wtorek, 19 września 2023

SPOOKY TOOTH - Spooky Two /1969/

 


1. Waitin' for the Wind (Luther Grosvenor, Mike Harrison, Gary Wright) - 3:45
2. Feelin' Bad (Mike Kellie, Gary Wright) - 3:24
3. I've Got Enough Heartache (Mike Kellie, Gary Wright) - 3:29
4. Evil Woman (Larry Weiss) - 9:07
5. Lost in My Dream (Gary Wright) - 5:06
6. That Was Only Yesterday (Gary Wright) - 3:58
7. Better by You, Better Than Me (Gary Wright) - 3:42
8. Hangman Hang My Shell on a Tree (Gary Wright) - 5:47

*Mike Harrison - Keyboards, Vocals
*Gary Wright - Keyboards, Vocals
*Luther Grosvenor - Guitar
*Greg Ridley - Bass, Guitar
*Mike Kellie - Drums


Rok 1969, na rynku pojawia się jedna z najlepszych płyt The Rolling Stones „Let It Bleed”. I to nie tylko dlatego, że mamy na niej genialne numery, różnorodność stylów czy nowego gitarzystę. Całość jest też charakterystycznie dla tego roku wyprodukowana. Surowość a zarazem ciekawe wyeksponowanie instrumentów połączone z dodatkowym podkręceniem potencjometrów głośności stworzyło standard za który odpowiedzialny jest Jimmy Miller.

To charakterystyczne brzmienie wypełniło wiele płyt powstałych w tamtym czasie a jedną z nich była „Spooky Two”, niestety zapomnianej kapeli Spooky Tooth. To, że Miller wyprodukował również ten album już dodaje kolorytu oraz otwiera przy okazji kanały głośnikowe podkręcone na odpowiednią ilość decybeli. Ale nie tylko to jest istotne. Przed powstaniem Spooky Tooth, kwartet Mike Harrison, Luther Grosvenor, Greg Ridley i Mike Kelie tworzył ostateczny skład rhythm and bluesowej formacji The VIP’s, która następnie przekształciła się w Art. Ta krótko działająca grupa wydała tylko jeden krążek, a także pojawiła się jako nieakredytowany zespół wspierający na pierwszym lp Hapshash And The Coloured Coat. Ale kiedy amerykański emigrant Gary Wright dołączył do kwartetu jako klawiszowiec, wokalista i główny kompozytor narodził się nowy Spooky Tooth, napędzany dwoma klawiszami, wydobywającymi każdy gram uczucia z wokalnej ekspresji, rytmicznej frazy i dobrze umiejscowionego riffu. Ostatecznie, główny wpływ na „Spookt Two” miała muzyka soul – reprezentowana przez aranżacje stworzone wokół siły dwóch wokalistów, podczas gdy przebłyski gospel, country, zniekształconego bluesa i psychodelicznych elementów przeplatały się i łączyły ze sobą w różnorodności i spójności, która była jedną z trwałych rockowych form. Nie był to tylko eklektyzm dla samego eklektyzmu ale raczej ekspansja na zewnątrz od ich poprzednich doświadczeń w coś innego. W 1969 roku poszukiwano czegoś nowego, a cokolwiek to było najlepiej jakby miało klawisze, a Spooky Tooth miał ich dwa: organy Gary’ego Wrighta i elektryczny klawesyn Baldwin obsługiwany prze Mike’a Harrisona. Obaj mieli fantastyczne głosy i przy wsparciu ciekawego gitarzysty oraz solidnej sekcji rytmicznej, można było poczuć ogień ich poszukiwań zawarty w talentach muzycznych, podczas gdy wizjonerska produkcja Millera umiejętnie uchwyciła jego szalejącą dynamikę w całej jej bezpośredniości.

Przesiąknięty duchem krótszych dni, dłuższych nocy i chłodniejszej aury zbliżającej się zimy, „Spooky Two” rozpoczyna się wiecznie jesiennym „Waitin’  For the Wind”. Ten gwiezdny otwieracz zaczyna się od powolnego spalania się surowo pozbawionych akompaniamentu i równych kroków perkusji, które wkrótce stają się podwójnie śledzone, aż do wejścia lodowatych podmuchów przesterowanych organów Hammonda Wrighta, unoszącymi się nad wszystkim złowieszczo. Na szczęście wokal Harrisona opiera się burzy przecinając ją z wielką siłą. Gitarowe zniekształcenia lądują dokładnie w refrenie, aby szaleńczo go wzmocnić i jednocześnie zawiązać węzły w ciągle zaciskających się wzorach organowych. Nastrój zmienia się wraz z wejściem pary kompozycji Kellie/Wright, „Feelin’  Bad” i „I’ve Got Enough Heartaches”. Te dwa numery,  mają jednak potężną siłę w wokalnej postaci. Gdy drugi wspomagany jest przez Joe Cockera i duet wokalny Sue i Sunny co daje niesamowite przeżycie w gospelowym duchu. Te odjazdy wypełniające pustą przestrzeń jutra bez wysiłku wchodzą w miażdżącą kompozycję „Evil Woman”. Wersja wydana w 1968 roku przez Lou Rawlsa była podstawą tego rozległego na osiem minut eposu. Spooky Tooth podkręcił swoją nutę ponad trzykrotnie, położył ją na arkuszach kłujących organów Hammonda, ciężkich gitarowych riffów i dodał bombastyczne wymiany wokalne. Absolutnymi punktami kulminacyjnymi są dwie solówki gitarowe Luthera Grosvenora, które w obu przypadkach zagrane są z takim zaangażowaniem i przekonaniem jak tylko można się temu oddać. Na tle zapalnego rozpylania riffów Grosvenora, piorunującego autorytetu Kellie i linii basu Ridleya hałaśliwie podsycających płomienie, rozpaczliwe zawodzenie Harrisona wymieniające się z niesłabnącymi falsetowymi odpowiedziami Wrighta łączy się w coś tak nieziemskiego i dziwacznego, że musisz zadzwonić po straż pożarną, ponieważ jest to najbardziej zapalający i szalony moment albumu. Po prawie nieskończonych powtórzeniach słowa „Woman” wyszczekiwanego, skrzeczącego i wydzierającego w niemal każdy możliwy emocjonalnie sposób, przedłużony rozkwit kończący utwór oznacza, że piosenka wraz z pierwsza stroną płyty dobiega końca.

Na drugiej stronie mamy w całości kompozycje Gary’ego Wrighta, pokazujące jego talent jako autora piosenek. Niesamowity „Lost In My Dream” zaczyna się spokojnie ale z czasem stopniowo narasta. Fantastyczną robotę wykonuje Harrison desperacko oddając narrację, a instrumenty towarzyszą refrenowi za pomocą skutecznego wzrostu. Wokalista zeznaje o swoim koszmarnym uwięzieniu, podczas gdy perkusja czujnie rozbrzmiewa nad pulsującym basem. Całość prowadzi do wokalnego chóru rozbrzmiewającego harmonicznie wraz z podtrzymywanymi organami Wrighta. Zanika…. A następnie powraca, by ponownie narastać jak niespokojny sen, który wydaje się nie mieć szans na uwolnienie. „That Was Only Yesterday” jest po prostu kwintesencją blues rockowego grania a „Better By You, Better Than Me” prowadzi wprost ku hard rockowym rytmom. Surowe krawędzie gitary przechylają się w świetle reflektorów, aż do refrenu, który nieustannie wysyła zrozpaczone błagania Harrisona daleko poza horyzont w poszukiwaniu zanikającej drogi. I koniec. „Hangman Hang My Shell On A Tree” to oda do wolności odczuwanej na końcu liny. Prawie całość pochłonięta zostaje przez powtarzający się chór wokalny a gitara cicho ryczy w przypływie tego przebudzenia, śpiew trwa do jutra, gdy drzwi przeznaczenia otwierają się i rozlewają oślepiające światło przez próg.









wtorek, 5 września 2023

THE WHO - Who's Next /1971/

 


1. Baba O'Riley - 5:01
2. Bargain - 5:33
3. Love Ain't For Keeping - 2:10
4. My Wife (John Entwistle)3:35
5. The Song Is Over - 6:17
6. Getting In Tune - 4:49
7. Going Mobile - 3:43
8. Behind Blue Eyes - 3:42
9. Won't Get Fooled Again - 8:35

*Roger Daltrey – Lead Vocals, Harmonica
*Pete Townshend – Guitars, Organ, VCS3 And ARP Synthesiser, Backing Vocals, Piano, Vocals
*John Entwistle – Bass Guitar, Vocals,  Piano
*Keith Moon – Drums, Percussion
Additional Musicians
*Nicky Hopkins – Piano
*Dave Arbus – Violin
*Al Kooper – Organ
*Leslie West – Guitar


„Siedzę rozglądając się dookoła/ Patrzę na swoją twarz w lustrze/ Wiem, że nie jestem nic wart bez ciebie/ W życiu jeden plus jeden nie daje dwa/ Jeden i jeden tworzą jeden/ I szukam tej właściwej drogi dla mnie/ Szukam ciebie”.

Nie ma nic bardziej prawdziwego niż te słowa. Powiedz prawdę i przypomnij sobie. Każdy z nas przechodził ten czas, każdego z nas dorwały te słowa. Piosenka „Bergain” z której pochodzi ten fragment oddaje istotę tego, kim naprawdę byli The Who.

„Who’s Next” został nagrany po triumfalnym występie na Woodstock i fiasku jakim był projekt Townshenda o nazwie „Lifehouse”. Producent Glyn Johns przekonał chłopaków aby nagrali zwykły album bez żadnego konceptu, zwykły album rockowy. I nagrali, jeden z najlepszych w swoim katalogu. 

Pomiędzy otwierającym „Baba O’Riley” a zamykającym „Won’t Get Fooled Again” znajdują się utwory o wyjątkowej sile, mające w sobie ogrom barw i nut prowadzących do miejsca, do którego może dotrzeć niewielu autorów piosenek. Ta płyta przywołuje na myśl faceta, którego znałeś w dzieciństwie, z którym można się było świetnie bawić i który pobiłby każdego, kto by ci zagrażał. Razem piliście, przesiadywał za długo w domu ale zawsze dobrze się bawiliście. Później odkrywasz, że kiedy siedzisz sam w domu, brakuje ci tego nachalnego skurczybyka, więc pijesz więcej, piszesz poezję i malujesz pieprzone słoneczniki. Zapętlony syntezator, który trwa przez czterdzieści sekund przywołuje poranek nad nieskazitelnym krajobrazem a nuty fortepianu brzmią tak jakby odbijały się echem od górskich zboczy. „Baba O’Riley” znany też jako „Teenage Wasteland” brzmi bardzo emocjonalnie, podobnie jak śpiew Daltreya. W końcu gitara Townshenda schodzi na szczyt fortepianowego riffu i przesuwa granice krajobrazu jeszcze szerzej. „Spotkajmy się, zanim się zestarzejemy” – te czasy młodości nie wrócą, ale jeśli masz trochę szczęścia to spotkasz ją i czas się zatrzyma.  I wcale tak nie jest, że to jedyny moment świetności na albumie. W rzeczywistości następny następuje natychmiast: „Bargain” ma jedną z najbardziej chwytliwych melodii wokalnych w całej dyskografii The Who. Daltrey śpiewa fantastycznie i słychać, że jego wokal został tu w pełni wykorzystany. Fajne jest również to, jak płynnie udaje im się pracować w różnych nastrojach. Przecież po „Baba O’Riley” nie można przejść od razu do energicznego hard rocka. Trzeba najpierw okazać trochę szacunku. Lekkość albumu poddaje „My Wife” napisany przez Johna Entwistle’a. Pomimo gęstej i ekscytującej aranżacji most zbudowany z rogów wprowadza element solidnej tamy, której wody wzburzonej rzeki nie zerwą. I kolejny mój faworyt.  „The Song Is Over”, który zręcznie sobie radzi z trudnym nastrojem bohatera, lamentującego i opłakującego koniec pewnego etapu w swoim życiu. To piękna piosenka zaśpiewana przez Townshenda z fajnym użyciem syntezatorów. Projekt „Lifehouse” nie wypalił ale trzy numery z niego zostały zaadoptowane na rzecz „Who’s Next”. „Behind Blue Eyes”, „Getting in Tune” oraz „Going Mobile” tworzą ciekawe trio, zaczynające się balladą, którą chyba wszyscy we wszechświecie znają. Kwitnąca linia gitary akustycznej z doskonałym wokalem znajduje ten spokojny kawałek w ustronnym miejscu, on schował się i ujawni się tylko wtedy gdy sam będzie tego chciał. A wtedy jest już twój na zawsze. „Getting in Tune” spokojnym rytmem fortepianu zmienia nastrój na rockową balladę i pokazuje, że życie może być pełne smutku i rozpaczy, a nastoletnie rozstania prowadzą do końca świata. To genialny numer. Natomiast w „Going Mobile” syntezator zmienia widnokrąg za horyzontem a porywająca perkusja nie zostawia śladów na piasku. No i na koniec „Won’t Get Fooled Again”. Osiem minut nieustannie odnawiającej się energii, obdarzonej jednym z najbardziej pamiętnych riffów, jakie kiedykolwiek powstały i rockandrollowym krzykiem tak głośnym, że jego echa są słyszalne do dziś. Nie mam ani jednego złego słowa do powiedzenia na temat „Won’t Get Fooled Again” – jest bezbłędny.

„Who’s Next” to genialny album, który stał się koronnym osiągnięciem zespołu, choć już do drzwi pukał kolejny duży pomysł, „Quadrophenia”.




czwartek, 29 czerwca 2023

MAYO THOMPSON - Corky's Debt to His Father /1970/

 


1. The Lesson 2:42
2. Oyster Thins 6:04
3. Horses 3:14
4. Dear Betty Baby 3:52
5. Venus In The Morning 2:33
6. To You 2:52
7. Fortune 2:14
8. Black Legs (Mayo Thompson, Ricky Barthelme) - 3:54
9. Good Brisk Blues 3:11
10.Around The Home 2:55
11.Worried Worried 5:02
All songs by Mayo Thompson except where noted.


*Mayo Thompson - Vocals, Guitar, Bass
*Frank Davis - Fiddle Guitar, Timpani
*Roger Romano - Percussion
*Joe Duggan - Piano
*Mike Sumler - Slide Guitar, Bass, Tenor Saxophone
*Le Anne Romano - Baritone Sax
*Chuck Conway - Drums, Bongos, Percussion
*Jimi Newhouse - Drums
*Carson Graham - Drums
*The La Las - Backing Vocals
*The Whoaback Singers - Backing Vocals

Raz na jakiś czas, jeśli masz szczęście zakochujesz się w jakimś albumie. Może to nie być natychmiastowe. Czasami może to zająć miesiące, a nawet lata, ale jak już chwyci to zdajesz sobie sprawę, że masz obsesję, że tkwi ta muzyka w tobie i za cholerę nie chce cię opuścić.

U mnie coś takiego stało się z „Corky’s Debt to His Father” Mayo Thompsona. Nagrany po tym jak jego awangardowa grupa Red Krayola została zawieszona, został wydany w 1970 roku przez małą niezależna wytwórnię, a następnie po latach ukazał się ponownie. Miałem pewną niechęć do spojrzenia na tą muzykę. Pomimo tworzenia w cudownych latach 60-tych, Red Krayola jest jednym z nielicznych bandów, które mnie nie zachwyciły. Obawiałem się, że na solowym tworze lidera grupy, może być podobnie.

Muzycznie, „Corky’s Debt to His Father” tworzy swój własny wszechświat, w którym na pozór dziwna muzyka folkowa nie ma tej błyskotliwości, co jest rażąco oczywiste lub nawet uderzające przy pierwszym kontakcie. Jest to dalekie od tego, co Thompson robił przez kilka poprzednich lat u boku Steve’a Cunninghama i Fredericka Barthelme’a w ramach działań The Red Krayola. Pod wpływem nowoczesnej klasyki i free jazzu, a także rocka, trio brzmiało jak nikt inny pod koniec lat 60-tych. W 1969 roku The Red Krayola zdawała się już nie istnieć. „To był w pewnym sensie przystanek z napisem stop” – mówi Thompson. „Nic się nie działo, więc po prostu odpłynąłem i robiłem inne rzeczy. Altamont pozbawił wiatru w żaglach ruch Flower Power. Byliśmy u progu lat 70-tych, każdy musiał podjąć decyzję. Wszedłem do studia i nagrałem „Corky’s Debt..”. I to wszystko”.

To album, który się nie zaczyna, nie kończy, nie ma sprecyzowanego celu, nastroju, ani domieszki abstrakcji. To po prostu jest i trwa. Jest to płyta z porządnymi, dobrze wyprodukowanymi piosenkami i za każdym wysłuchaniem intryguje zniszczonym odkrywczym pięknem. To jedna z tych płyt, które nigdy mi się nie znudzą, która staje się coraz bogatsza, słodsza i zabawniejsza z każdym przesłuchaniem. Ciekawie brzmi wokal Mayo. Nie od razu przystępny, możesz myśleć, że nie ma w nim żadnego wysiłku i że nie potrafi śpiewać, ale kiedy spróbujesz śpiewać razem z nim, zauważysz, jak bardzo trudno jest dobrze dopasować się do muzyki. Styl Thompsona jest trudny do naśladowania, ten refleksyjny ton tylko w jego wykonaniu ma pozytywne zacięcie. Każde dziwactwo wydaje się nieskalkulowane, a przez to niepowtarzalne. Już „The Lesson” brzmi dziwacznie, wokal jakby nie trzymał się linii, folkowe tony uciekają a głos goni je po całym numerze. Mayo Thompson właśnie w tym czasie się ożenił, a album wyrósł z jego nowo odkrytego uczucia błogości. Taka „Horses” jest piękną piosenką o miłości, i wcale nie tej zagubionej a tej radosnej i pełnej werwy. „Oyster Thins” porównywalne może być do Tima Buckleya, z pewnością jest tu ten sam styl, ale jak wsłuchasz się to i odnajdziesz klimat „Let It Be”. Kapryśność utworu prowadzi do trudności w klasyfikacji. A takie „To You” już całkiem wymyka się z kontroli. Przy chaotycznych dźwiękach, tu znowuż wokal trzyma linię a muzyka idzie w przeciwnym kierunku. To są pierwsze wrażenia, a one mijają z każdym kolejnym przesłuchem. Całość zaczyna ładnie brzmieć i płyta robi się całkiem przystępna. Tej przystępności nie musisz szukać w „Fortune”, dla mnie najsłodszej piosence na albumie. Ten utrzymany w klimacie country rocka numer świetnie ukazuje nostalgiczno-radosny wokal Thompsona, a muzyka płynie, po prostu sobie płynie, i tak mogłaby bez końca. Na płycie jest parę numerów o niezwykłej delikatności, choćby taki folkowy blues „Black Legs”, który brzmi jak list do ukochanej żony pisany na pokładzie Titanica. A będący w klimacie „Highway 61 Revisited”, „Good Brisk Blues” pokazuje, że Thompson znał Dylana i cenił jego numery.

No cóż, „Corky’s Debt to His Father” Mayo Thompsona przebił wszystko, co zrobił jego zespół, choć w znacznie bardziej okrojonym stylu. Mimo, że duch The Red Krayola jest wciąż obecny, w nieregularnych akordach i zwrotach melodycznych, Mayo jest bardziej zainteresowany wykonywaniem wpływowych kompozycji, wprawdzie dewastująco zinterpretowanymi w stylach folk, blues, bossa nova czy country ale z dojrzałym zacięciem. 











niedziela, 18 czerwca 2023

THE ZOMBIES - Different Games /2023/

 


Different Games
Dropped Reeling & Stupid
Rediscover
Runaway
You Could Be My Love
Merry-Go-Round
Love You While I Can
I Want to Fly
Got to Move On
The Sun Will Rise Again

Pierwszy przebój The Zombies, „She’s Not There”, znalazł się na szczycie list przebojów pod koniec 1964 roku. Ich arcydzieło, „Odessey and Oracle”, z klasycznym „Time of the Season” ukazało się cztery lata później. Dwóch oryginalnych muzyków grupy, którzy nadal pracują w zespole w pełnym wymiarze godzin mają po 77 lat a sam zespół jest o rok starszy od The Rolling Stones!

Osiem lat po ich ostatnim wydawnictwie „Still Got That Hunger” grupa powraca kolejną płytą z nowymi kompozycjami. I tak, Colin Blunstone i Rod Argent wciąż mają ten głód, aby tworzyć i nieustannie koncertować dla swoich oddanych fanów. A co ciekawe tych mają dość sporo. Tylko w zeszłym roku Blunstone i Argent-wspierani przez swój obecny skład składający się z trzech członków zespołu-zagrali imponujące 65 koncertów w całej Europie i Ameryce Północnej!

The Zombies rozpoczęli prace nad nowym albumem zaraz po ich zasłużonym wprowadzeniu do Rock & Roll Hall of Fame w 2019 roku. Gotowy wynik z pewnością był wart czekania. Album jest bogatą mieszanką rocka i R&B z dodatkiem tych nostalgicznych nut do których jesteśmy przyzwyczajeni od The Zombies. To świetny wybór dobrze brzmiących piosenek, w czym zasługa Argenta, który wyprodukował album i był głównym autorem tekstów. Ale też potrzeba zwrócić uwagę na wokal Blunstone’a, który prawie nie zmienił się na przestrzeni lat i nadal ma tą specyficzna charyzmę wokalną. Talent Argenta nie stracił ani kroku; piosenki na „Different Games” mogłyby pochodzić z klasycznych płyt z wczesnych lat ich działalności. Doskonałym przykładem jest tytułowy numer, który otwiera album. Klimat i aranżacja, ze smyczkami i organami, są prosto z czasów świetności zespołu. Wspaniale jest usłyszeć, jak jeden z twórców psychodelicznego popu wciąż tworzy nową muzykę w tym stylu. Można argumentować, że konsekwencja The Zombies w pisaniu jest znakiem przeciwko nim, świadczącym o braku ewolucji. Muzyka jest teraz zupełnie inna niż wtedy, gdy pojawili się pierwszy raz na scenie. Ale można też powiedzieć, że jest to Muzyka a nie różne te gówna pływające na falach eteru.

The Zombies zdecydowali się kultywować rodzaj eterycznej, eleganckiej atmosfery, który najlepiej do nich pasuje. Bujne harmonie, czasem ozdobne instrumentarium i sugestywne teksty nadają ich muzyce starożytną jakość, jakby znaleźli kolekcję ludowych pieśni pochodzących z zaginionego Albionu, wśród wróżek i zaczarowanych lasów. „Love You While I Can” ukazuje tą magię. Niby prosta ballada, ale gdy poczujesz ten klimat to nie oprzesz się już, to są te trzy minuty z hakiem, które zapadają w pamięci na zawsze. Hej, „I Want to Fly”, gdzie ja jestem? Oto niemal abstrakcyjny numer, który kontynuuje barokowy klimat, a smyczki i wokal wkradają się do twego serca dając mu cieplejsze i łagodniejsze bicie. To jest bardzo urocze. A do tego dodajmy „The Sun Will Rise Again”, kolejną balladę zmieniającą myśli w głowie na te bardziej otwarte. Nie należy zapominać, że chłopaki obracali się wokół sceny rhythm and bluesowej, co świetnie pokazują „Got to Move On” i „Dropped Reeling and Stupid” oparte na bluesie z wybornymi solami Argenta. Ciekawy jest utwór „Merry-Go-Round”, napędzany przez radośnie uderzające pianino i harmonie wokalne tak typowe dla lat minionych.

„Different Games” jest jak odnalezienie jednego z zaginionych klejnotów z okresu, gdy muzyka jaśniała potężnym blaskiem i jak załapiesz się na ten hak to będziesz z pewnością wielce zadowolony słuchając i przygarniając do siebie te dźwięki. 









niedziela, 21 maja 2023

ROBERT PLANT AND THE SENSATIONAL SPACE SHIFTERS - Lullaby and... the Ceaseless Roar /2014/


  1. Little Maggie
  2. Rainbow 
  3. Pocketful of Golden
  4. Embrace Another Fall
  5. Turn It Up
  6. A Stolen Kiss
  7. Somebody There
  8. Poor Howard
  9. House of Love
  10. Up on the Hollow Hill (Understanding Arthur)
  11. Arbaden (Maggie’s Babby)

Dla wielu muzyków, którzy kiedyś byli częścią jednego z najbardziej udanych zespołów w historii muzyki, dzień rozpadu grupy jest jednym z najgorszych dni w ich życiu. Ten dzień może oznaczać koniec ich kariery. Historia muzyki jest pełna przykładów artystów, którzy nie osiągnęli tych wyżyn co z zespołem. Obejmuje to byłych członków The Beatles, The Rolling Stones, Pink Floyd czy Led Zeppelin. Ale nie dotyczy to Roberta Planta.

Zaczął tworzyć i wydawać płyty, które wraz z nim dorastały do poważnego wieku i które otaczała magia i świat nieistniejący wokół. Jego solowa twórczość od początku przynosiła złote i platynowe krążki. I od samego początku jest to muzyka obok której nie przejdziesz obojętnie. Podczas gdy Jimmy Page wciąż tęskni za dawnymi czasami, Plant nadal poszukuje nowych horyzontów do eksploracji, niezależnie od tego czy są to rock, folk, country czy blues.

Nagrywając dziesiąty swój album Plant wspomógł się grupą zaprzyjaźnionych muzyków, którzy występują pod nazwą The Sensational Shape Shifters i m.in. to dzięki nim skierował swoją muzykę w różne kierunki. Częściowo wynikało to z eklektycznego i jakże ciekawego doboru instrumentów, których używali i o których pewnie wielu z nas pierwszy raz usłyszało. Justin Adams grał na bendirach, djembe, gitarach i tehardancie. Liam „Skin” Tyson grał na banjo i gitarze, Dave Smith na perkusji, a Juldeh Camara na kologo i ritti. John Baggott używał klawiszy, moog bass, pianino, tablę i loopy. Billy Fuller grał na basie, omnichordzie, kontrabasie i zajął się programowaniem perkusji. Nicola Powell zaśpiewała w numerze „Poor Howard”, a Julie Murphy w „Embrace Another Fall”. Robert Plant dostarczył swój charakterystyczny główny wokal i wyprodukował „Lullaby and… The Ceaseless Roar”, który został wydany w 2014 roku.

Otwierająca płytę tradycyjna pieśń „Little Maggie” łączy muzykę afrykańską,  folkową i elektroniczną z doskonałym efektem. To tylko banjo, brzęczący bas, dudniąca perkusja i perkusjonalia, które tworzą tło dla czułego, beznamiętnego wokalu Planta. Pulsująca aranżacja jest fuzją gatunków muzycznych, które przenikają się wzajemnie. Później numer nabiera celtyckiego charakteru gdy pojawiają się flety. To sygnał, ze wokal Roberta i aranżacja nabierają mocy. Ale to następny numer dostarcza wielkie emocje. Grzmiąca perkusja uderza w „Rainbow”. Celowo napędzające gitary i bas dołączają jako tło dla wokalu Planta. Jest on szczery i powściągliwy. W międzyczasie aranż emanuje dramatyzmem. Stonowane, gruchające harmonie, towarzyszą Robertowi, który opowiada o wielkich podróżach i cudach świata przyrody. „Pocketful of Garden” to kolejny utwór, w którym gatunki muzyczne i wpływy stapiają się w jedno. Słychać tu elementy elektroniki, folka, rocka i afrykańskich rytmów a całość przywołuje ducha Zeppelina. Uwolnione gitary wraz z perkusją i syntezatorami tworzą urzekające tło dla wokalu Planta. On nie tylko śpiewa teksty, on brzmi tak, jakby je przeżył, ponieważ tchnie w nie życie, znaczenie i emocje. Jest tu też „Embrace Another Fall” piękna miłosna piosenka, którą otwierają fale tęsknych syntezatorów. Dołącza do nich wybrana gitara i wybuchy perkusji. Kiedy wchodzi wokal, jest to mieszanka dramatu, nadziei i pasji. Dusza zostaje przebudzona, uratowana ze snu przez kochankę. Za nim wybuchy palących gitar, pęczniejące syntezatory i pulsująca perkusja łączą się. Zbyt szybko wszystko się kończy. Zastępuje je jednak eteryczne piękno wokalu Julie Murphy. Jest on niesiony w tęsknej atmosferze, w której dramat i piękno siedzą obok siebie. Chyba najbardziej rockowym numerem na płycie jest „Turn It Up”. Wampiryczny wokal Planta i rozdzierający gitarowy riff odgrywają główne role w tekście pełnym społecznych komentarzy na temat Ameryki XXI wieku. „A Stolen Kiss” to ballada oparta na pianinie, która jest bardzo atrakcyjna. To stonowana ballada. Ból i tęsknota wypełnia wokal, który „patrzy, jak dni uciekają”. Gitara szlocha a całość zawiera subtelne nuty. Popowa „Somebody There” zabiera nas w młodzieńcze lata. To hołd wspaniałej rockowej przeszłości Roberta. Szarpiące, świdrujące gitary ustawiają scenę dla Planta. Zespół dba o to aby nie przytłoczyć wokalu Roberta, czuwając by zadumany głos zajmował centralne miejsce. Następnie następuje „Poor Howard” i jest to kolejna mieszanka stylów, która działa naprawdę dobrze. Podobnie jak „House of Love”, w którym subtelny wokal Planta jest przekonywujący a odważna perkusja czuwa nad całością. Tajemniczy i klimatyczny jest wstęp do „Up on the Hollow Hill (Understanding Arthur)”. Gitary szlochają, rozbrzmiewając w oddali. Sekcja rytmiczna prowadzi aranżację do rozdzierających i zgrzytających dźwięków gitar stanowiących akompaniament dla dramatycznego wokalu Roberta. Dodaje to tajemniczego, atmosferycznego brzmienia temu klasycznemu rockowemu krajobrazowi. Zamykające „Arbaden (Maggie’s Babby)” jest klamrą spinająca całość. To hipnotyzujące połączenie bluesa, rocka i nawiedzonej elektroniki.

I wiesz co?

Czasami po wysłuchaniu muzyki zbierasz szczękę z podłogi, a słowa nie są w stanie oddać tego co usłyszałeś.

I tak jest właśnie z tą płytą.





 

niedziela, 7 maja 2023

WIZZARD - Wizzard Brew /1973/

 


1. You Can Dance the Rock 'n' Roll
2. Meet Me at the Jailhouse
3. Jolly Cup of Tea
4. Buffalo Station - Get on Down to Memphis
5. Gotta Crush (About You)
6. Wear a Fast Gun

Roy Wood
Rick Price
Bill Hunt
Hugh "H" McDowell
Nick Pentelow
Mike Burney
Keith Smart
Charlie Grima
The Cowbag Choir

Był sobie kiedyś taki bożonarodzeniowy numer „I Wish It Could Be Christmas Everyday” nagrany przez zespół Wizzard, którego założycielem był Roy Wood. Muzyk już wówczas dał się poznać jako twórca The Move oraz Electric Light Orchestra. Otóż ten melodyjny utwór charakteryzuje się dość hałaśliwą nutą ale jest przystępny i na swój sposób doskonały. Zresztą wydane w tym czasie single zespołu pokazują co prawda „ciężki” ich charakter, ale mimo to wykazują się popową wrażliwością  i wędrują nawet na listy przebojów. Rok 1971 był dla Wooda pracowity, jeszcze kończył finałowy lp. The Move „Message From the Country”. Zabierał się wraz z Lynnem za debiut ELO, który z dodaną wiolonczelą i skrzypcami był na swój sposób nowatorski oraz dokonał nagrań na solowy album „Boulders”, na którym zagrał i zaśpiewał sam każdą nutę. Wiele fragmentów „Message From the Country” i „ELO 1” powstało podczas tych samych sesji. Kiedy muzycy kończyli piosenkę The Move, to przechodzili do innej piosenki jako ELO. W czerwcu 1972 roku było już po wszystkim i Roy Wood opuścił ELO by spędzić następne kilka lat nagrywając albo jako artysta solowy albo w zespole Wizzard, który wprowadził nowe dźwięki dla publiczności. No właśnie znając parę singli grupy można znaleźć pewne wskazówki tego, co  miało się pojawić na albumie, ale raczej nikt nie był przygotowany na ten szok, jaki wywiera muzyka zawarta na płycie
„Wizzard Brew”. Roy Wood ze swoją bandą jaskiniowców żyjących w ruinach rock and rolla próbują odtworzyć muzykę, która wżera się w twoje zwoje mózgowe czyniąc je przesiąkniętymi, owłosionymi potworami straszącymi dzieci na dobranoc. To pełen obraz rock’n’rolla utopionego w dziwacznym brudzie. A brzmi to tak, jakby dwa tuziny muzyków zostało umieszczonych w studio i zaczęło grać w tym samym czasie różne utwory. Jest tu coś w rodzaju ściany dźwięku, efekt osiągnięty przez rozmazanie dźwięku wielu instrumentów z zastosowaniem modulatora pierścieniowego, co daje płycie całkowicie unikalny dźwiękowy charakter. Wszystko brzmi mocno rozdmuchanie, intensywnie i okropnie, a pejzaż dźwiękowy jest bardzo gęsty i opresyjny, co może być męczące. Ale to jest całkiem świetne. Tutaj rockandrollowa dusza Wooda, dla której najwyraźniej nie starczyło miejsca w ELO, dostaje wolną rękę, przefiltrowaną przez aranżacje o niszczycielskiej mocy, wspierane przez rozbudowany zespół, który oprócz dobrze znanych umiejętności Wooda jako multiinstrumentalisty, zawiera dwóch perkusistów, chór, instrumenty dęte i smyczki wszelkiego rodzaju. Otwierający „You Can Dance To Rock and Roll” od razu jasno określa brzmienie albumu. Wprowadzenie bombastycznym mini duetem perkusyjnym, szybko ustępuje miejsca zniekształconemu rock and rollowi napędzanemu przez łomoczące wiolonczele z ostrym głosem Wooda, również zniekształconym. Jednak to w „Meet Me At the Jailhouse” sprawy nabierają zdecydowanie poważniejszego charakteru. Ciężki gitarowy riff w połączeniu z wiolonczelami tworzy wstęp do zawodzącego sola na saksofonie. Wkrótce potem Wood śpiewa w charakterystycznym dla siebie stylu, po czym rozpętuje się całe piekło. Nie ma sensu próbować opisywać tego, co dzieje się przez pozostałe 9 minut, ale wirujące efekty fazowania, ostre zniekształcenia, wyjące sprzężenia, panoramowanie stereo, spowolnione wokale, jeszcze więcej wiolonczeli i saksofonu to tylko kilka smaczków, które napotkacie słuchając tej „piosenki”. To też jeden z najdziwniejszych numerów jakie słyszałem w życiu. „Jolly Cup Of Tea” stanowi kontrast z resztą albumu. Ten numer utrzymany w duchu wodewilowym z orkiestrą dętą, zawierający zmasowane męskie głosy i gwizdki z łatwością mógłby zostać nagrany przez Bonzo Dog Doo Dah Band. Doskonały i przyjemny numer. Szaleństwo Wooda i jego muzyki odzwierciedla się nawet w pastiszu Elvisa Presleya „Gotta Crush (About You)”, w którym plączą się, pokryte wieloma warstwami wokali, gitar, dęciaków i fortepianu tony brylantyny grzecznie świecące w obrazie. Ten krótki i zabawny utwór prowadzi nas do zamknięcia albumu. I to nie byle jakiego zamknięcia. „Wear A Fast Gun” wspaniały, powolny i melodyjny numer jest kolejną okazją dla Roya Wooda do pokazania swojego niezrównanego talentu kompozytorskiego i interpretacyjnego. Cudowna psychodeliczna melodia ozdobiona w pierwszej części fanfarami, wiruje świecącymi rogami i wzdychającymi harmoniami. Pięć minut później gitary i perkusja zatrzymują się i słyszymy jeszcze piękniejszą sekcję, którą zajmują waltornie i smyczki. Barokowa etiuda przyjemnie wypełnia uszy, a całość jest tak fajna, że nie chcesz aby się skończyła. Świetlista koda zamykająca utwór pozostawia trzepoczący swobodnie przez kilka sekund dźwięk fletu, który gasi światło nad płytą i pozwala odejść nutom w dalszą przestrzeń.

I oto mamy część uroku słuchania „Wizzard Brew”. 







niedziela, 23 kwietnia 2023

THE KINKS - Lola Versus Powerman and the Moneygoround Part One /1970/

 

1. The Contenders - 2:41
2. Strangers (Dave Davies) - 3:18
3. Denmark Street - 1:59
4. Get Back In Line - 3:04
5. Lola - 4:01
6. Top Of The Pops - 3:39
7. The Moneygoround - 1:43
8. This Time Tomorrow - 3:21
9. A Long Way From Home - 1:52
10.Rats (Dave Davies) - 2:38
11.Apeman - 3:51
12.Powerman - 4:16
13.Got To Be Free - 2:59

*Ray Davies - Lead Vocals, Guitar, Harmonica, Keyboards, Resonator Guitar
*Dave Davies - Lead Guitar, Banjo.  Vocals
*Mick Avory - Drums, Percussion
*John Dalton - Bass Guitar, Backing Vocals
*John Gosling - Keyboards, Piano, Organ

Temat działalności wytwórni muzycznych względem wykonawców podejmowany był nie raz ani dwa. Niektóre prace dają nam prawdziwy wgląd w te sytuacje. Zaczynasz z wysokimi artystycznymi aspiracjami, a okazuje się, że trafiłeś do systemu tak brudnego jak cuchnący kanał. Świetnie opisał całą sprawę Ray Davies na wydanym w 1970 roku albumie „Lola Versus Powerman and the Moneygoround Part One”. W tym czasie kariera The Kinks lekko się zachwiała. Ich ostatnie dwa albumy spotkały się z ogromnym uznaniem krytyki, ale nie sprzedały się zbyt dobrze. Z powodu zakazu występów w USA wysiłki promocyjne przyniosły znikome efekty i wtedy na drogę wkroczył przemysł muzyczny: chciwy dyrektorzy, brak kontroli nad ich wydawnictwami, szybkie i luźne praktyki księgowe, presja pisania przebojowych singli i sprzedawania miliardów albumów. Davies na swój sposób zareagował na tą sytuację. Wykorzystując swój dowcip oraz celny komentarz stworzył szereg piosenek dodając do nich jeszcze rodzynkowy szczyt: ponadczasowy przebój. Przemysł muzyczny dostaje tu niezłego łupnia i to w sposób inteligentny i gustowny. W końcu wersy: „Idziesz do wydawcy i grasz mu swoją piosenkę/ On mówi „Nienawidzę twojej muzyki i masz za długie włosy/ Ale podpiszę kontrakt, bo nie chciałbym się mylić”” są wystarczająco mocne.

Album rozpoczyna się folkowo bluesowym „The Contenders”, po czym następuje jedna z najbardziej poruszających piosenek, jakie słyszałem, „Strangers”, Dave’a Daviesa. Numer jest muzycznym i lirycznym arcydziełem, z prostą strukturą akordów i aranżacją, posiloną niemal żałobną perkusją Micka Avory’ego, służącą wzmocnieniu oddziaływania słów:  „Więc jesteś tu, gdzie przybyłem/ z ziemi, skąd przybywają przegrani/ więc będziemy dzielić tę drogę, którą podążamy/ uważaj na nasze słowa i strzeż naszych rozmów/ Weźmiemy co chcemy i rozdamy resztę/ nieznajomi na drodze, na której jesteśmy/ nie jesteśmy dwojgiem, jesteśmy jednością”. Po napisaniu tej pięknej rzeczy, naturalnym jest podzielić się nią ze światem. I tutaj rozpoczyna się atak na wydawcę, który ma swój „nos” i wie swoje. „Masz melodię, która jest w twojej głowie, chcesz ją umieścić/ więc bierzesz ją do wydawcy, żeby zobaczyć co powie/ on mówi „Nienawidzę melodii, nienawidzę słów, ale powiem ci co zrobię”/ Podpiszę kontrakt i zabiorę na ulicę, zobaczę czy to się uda/ może nawet usłyszysz ją na rockandrollowej paradzie przebojów”. Nasz bohater opuszcza „Denmark Street” całkowicie zniechęcony tym doświadczeniem i zbulwersowany komercjalizacją muzyki, jak i ordynarnym odrzuceniem jego twórczości. Następnym krokiem jest zwątpienie. „Get Back In Line” porusza kwestię społecznego piętna bezrobocia, jest to utwór bliski sercu zespołu o tak silnych robotniczych korzeniach. Ale wers: „Teraz myślę o tym, co powiedziała mi moja mama/ zawsze mówiła, że to się nigdy nie uda” oddaje drugą stronę. Muzycznie Dave ciekawie używa techniki bottleneck, która zostaje wzmocniona przez soulowe brzmienie organów elektrycznych. Zdesperowany bohater, by uniknąć życia w cichej desperacji, wraca do gitary i tworzy chwytliwa piosenkę z mocnym haczykiem. Temat transwestytyzmu odegrał znacząca rolę w latach 70-tych w twórczości takich artystów jak David Bowie i Lou Reed, a „Lola” w znacznym stopniu wprawiła koła w ruch. Osadzone na tle „starego Soho” Davies opisuje spotkanie z osobą, która „chodzi jak kobieta, ale mówi jak mężczyzna”. Chwytliwy refren sprawia, że jest to jeden z największych singli Kinksów. Mam wrażenie, że Ray Davies mógłby pisać hit za hitem, gdyby tylko chciał. Oczywiście dostałeś się na „Top of the Pops”. To najbardziej pogardliwy numer, który w sarkastyczny sposób pokazuje, że bycie ma szczycie listy przebojów nagle sprawia, że wszyscy stają się twoimi najlepszymi przyjaciółmi, a magazyny zadają setki bzdurnych pytań byle tylko cię dopaść. Ten tekst pokazuje drogę na szczyt po kolei: „Teraz moja płyta jest numerem 11 w BBC/ ale numer 7 w NME/ teraz Melody Maker chce przeprowadzić ze mną wywiad/ i zapytać o mój pogląd na politykę i teorie na temat religii/ Teraz moje płyta jest pod numerem 3/ a pewna kobieta rozpoznała mnie i zaczęła krzyczeć/ to wszystko wydaje się być szalonym snem/ zostałem zaproszony na kolacje z królową/ i teraz mam przyjaciół, o których istnieniu nie miałem pojęcia/ To dziwne, jak ludzie chcą cię mieć, gdy twoja płyta jest tak wysoko/ teraz mój agent zadzwonił do mnie i powiedział/ „Synu, twoja płyta jest na pierwszym miejscu”. Tak to działa, nieprawdaż? „The Moneygoround” jest jeszcze bardziej osobisty. Davies lamentuje: „Jeśli kiedykolwiek dostanę swoje pieniądze, będę zbyt stary i siwy, by je wydać”. Ostatni rozdział albumu również nie zawodzi. Rozdzierający serce „This Time Tomorrow” posiada tak silną melodię, że pozostaje w głowie przez kilka dni, a aranżacja łączy w sobie zarówno subtelność jak i siłę. Każda zmiana wiąże się ze stratą, a „A Long Way from Home” daje naszemu bohaterowi okazję do autorefleksji nad wszystkim, co stracił w pogoni i osiągnięciu sukcesu. Jego spokojną zadumę przerywają ostre dźwięki gitary w „Rats”, podróży przez metropolię, osoby, która ma już absolutnie dość tego zgiełku i przepychania się łokciami. A od tego już tylko krok do fantazji o ucieczce od społeczeństwa do kobiety którą: „Będę cię ogrzewał, a ty będziesz utrzymywać mnie przy zdrowych zmysłach/ będziemy siedzieć na drzewie i jeść banany przez cały dzień”. Blues rockowy numer „Powerman” jest kolejnym atakiem na przemysł muzyczny, choć bohater wydaje się być pogodzony ze swoim losem i odnajduje w nim dodatnie strony: „ On ma moje pieniądze i prawa wydawnicze/ ale ja mam swoją dziewczynę i jest mi dobrze”. Całość zamyka bardziej optymistyczny „Got To Free”, który oparty jest częściowo na otwieraczu. Bohater zakreśla koło ale „Dostałem wolność robienia tego, co chcę, mówienia tego, co chcę i przeklinania, jeśli lubię”.

Więc jeśli chodzi o wielkie rockandrollowe pierdol się, to ten album jest jednym z najlepszych.