środa, 12 stycznia 2022

Ocalić od zapomnienia

 

To już ponad czterdzieści lat minęło odkąd epoka lat sześćdziesiątych zaistniała w mojej świadomości i muzyka ta wypełniła moje życie.

Nie ukrywam, w ostatnich latach moja znajomość płyt z tą muzyką powiększyła się bardzo. Mnóstwo trafiło na moja półkę i dumnie się tam pręży, wiele też zostało odrzuconych. Stosując zasadę, czy to mi się podoba i czy będę do tego jeszcze wracał i tak zestaw nagrań powiększył mi się niebotycznie. Co tylko może cieszyć. Myślę, że w tej materii powoli docieram do dna Rowu Mariańskiego i odkrywanie kolejnych płyt będzie coraz rzadsze. Ale nie ma czym się martwić. Te tysiące, które przeszły selekcję, czekają na kolejny odsłuch, na kolejny zachwyt i nawet na opis na tym blogu. W tym miejscu muszę koniecznie podziękować różnym fanatykom i poszukiwaczom, dzięki którym te nagrania zostają odkurzone, wydarte z czeluści mrocznych archiwów i udostępnione różnym takim zapaleńcom jak ja. Muzyka lat sześćdziesiątych jest całym moim życiem i pewnie to już zauważyliście, więc nie pozostaje mi nic innego jak nadal zanurzać się w tych otchłaniach i penetrować oraz badać różne dziwolągi, będące dawno już wymarłe. Ale dzisiejszy opis będzie trochę inny. Otóż jest mnóstwo kapel, których kariera skończyła się na wydaniu singla lub na nagraniu dema. Na szczęście ( i tu kolejny raz, dzięki zapaleńcom) są wydawane różnego typu składanki, gdzie jesteśmy w stanie znaleźć i poznać te osobliwe indywidua.

I dziś parę takich odkryć.

Choć na początek, coś znanego ale zaskakującego.

Francuski zespół ART ZOYD, znany był mi z nagrań z początku lat 80-tych ale że to nie moja muzyka dałem sobie z nimi spokój. I tu niespodzianka. Na jednej ze składanek z muzyką bliższą kwasowym odlotom niż awangardowym napięciom znalazłem numer „Something in Love” tegoż zespołu. To jedna z zaginionych tajemnic natury: jak to możliwe, że tak wspaniały przykład ciężkiej psychodelii, może zostać dosłownie zapomniany, podczas gdy późniejsze wydawnictwa tej grupy osiągają niewyjaśnione uznanie. Tutaj mamy ciężki, z masywnym fuzzem i monstrualną gitarą numer w dodatku spotęgowany zadziornym wokalem i przyjemną linią refrenu. Niesamowite!


THE BLUEBEARDS, wiadomo, że pochodzą z Ohio i że na płycie pojawili się tylko raz, z singlem z 1967 roku. „Come on-a My House” został napisany przez Rossa Bagdasariana i jego kuzyna, Williama Saroyana. Melodia oparta jest na ormiańskiej pieśni ludowej. Wyjątkowe wykonanie piosenki przez młodocianą grupę z Ohio przynosi garażowo psychodeliczne brzmienie, wsparte gitarą, organami, dudniącymi bongosami, ciężkim basem i perkusją ze wschodnim klimatem. Szaleńczy pochód organowych klawiatur sprawia, że numer ten bliższy jest zakręconym odjazdom niż radosnemu Latu Miłości.



Kolejnym odkryciem wręcz zwalającym z nóg jest numer „Kaleidoscope” zespołu CAPTAIN BILLY’S WHIZBANG. Zawierający dużo pary, atakuje od początku wdzierającymi się organami, siejącymi wokół spustoszenie. To natężenie doprowadza do niemiłych myśli a całość prowadzi przez cieliste wzgórza prosto ku przepaści. Numer ten został napisany przez Gary’ego Brookera i Keitha Reida z Procol Harum. Captain Billy’s Whizbang pochodził z Nowego Jorku i na Wschodnim Wybrzeżu grupa miała wielu zwolenników. Niestety pobyt w studio gdy zarejestrowano ten numer był jedynym ale legenda o nich jako ekscytującym zespole żyje do dziś.



Charakterystyczny, mocny wokal Larry Haytona z pewnością wyróżnia numer „Love’s So Easy Now”, pochodzącego z Kanady  zespołu PEMBROOK LTD. Ten naturalny talent wspomaga całość utworu gdzie smaku dodają delikatne dęciaki z pełną duszą oraz rytmicznie grająca gitara. Ledwie ponad dwie minuty pozwala nam przeniknąć popowe frazy całkiem ładnie nurzające się w garażowej psychodelii. Na liście przebojów Spokane, singiel z tym nagraniem dotarł do 15 miejsca, więc wcale nieźle sobie poczynał.



THE PLEASURE GARDEN to w rzeczywistości początek grupy The Iveys, potem znanej jako Badfinger, artystów z wytwórni Apple Beatles. „Permissive Paradise” jest freakbeatowym kawałkiem przedstawiającym swingujący Londyn od tej niebagatelnej strony. Przyjemny psychodeliczny odłam oznacza się dudniącym basem, ciekawymi wokalami i sfuzzowaną gitarą. Całość dostarcza zmian tempa sięgających szczytów ponad chmurami. Napędzana końcówka numeru wściekle atakuje słuchacza i utrzymuje wciąż wysoką formę.



O holenderskim THE FALCONS wiadomo niewiele. Tyle, że zaczynali w 1962 roku wzorując się na The Shadows by w 1966 roku nagrać pełną ognia i szalonych gitarowych zagrywek swoją wersję utworu „Louie, Louie”. Już od pierwszych taktów porywające nuty podnoszą ciśnienie a wokal w pełni oddaje ducha całości numeru. Pełen lekceważenia i pewnej nonszalancji świetnie wypełnia kolejne sekundy płyty. Brudne dźwięki gitary wydobywają podziemne tornada niszcząc po drodze wszelkie przeszkody. Autentyzm wykonania i młodociana werwa powodują, że czapka sama uchyla się na te dźwięki.



Pochodzący z Londynu GERANIUM POND niestety również nie miał szczęścia w nagraniu całej płyty długogrającej. Znalazłem ich pięć nagrań i aż szkoda, bo tak cudnej psychodelii nie powinno się wypuszczać z rąk. Utrzymany w klimacie brytyjskiej nostalgii wypełniony narkotycznymi fluidami utwór „Dogs in Baskets” zagłębia nas w przyjemną otchłań, gdzie główną rolę odgrywają organy i różnego rodzaju efekty dźwiękowe. Wpasowany w to wokal snuje powolną tajemnicę nad całością materiału.



Oryginalne wcielenie THE FLY-BI-NITES powstało w Atlancie w stanie Georgia gdy Greg Presmanes i Doug Freedman uczęszczali do tamtejszego liceum. Po wielu zmianach personalnych, skład ustalił się na Greg Presmanes (wokal), Bob Wade (gitara), Steve Sherwood (klawisze), Doug Freedman (perkusja) i nieznany basista. W tym czasie zespół znalazł się w studio i nagrał jedyny wspaniały numer „Found Love”, który został wydany na singlu w 1967 roku. Tylko 300 kopii zostało wytłoczonych! A w oryginale cena ich osiąga czterocyfrowe sumy. Wysublimowany ale twardy garażowy psychodelik z sugestywnymi organami i znakomitym biciem perkusji mocno prowadzi do fantastycznych gitarowych przejść,  dodatkowo wspomaganym refleksyjnym wokalem. Intensywność nagrania nie słabnie ani na chwilę. Jeśli chodzi o zabójców wszechczasów, „Found Love” jest zabójcą wszechczasów. I jeszcze, numer ten zasłużenie znalazł nową publikę, gdy został zagrany w świetnym amerykańskim serialu „Mad Men”, podczas odlotowej podróży głównego bohatera, dyrektora reklamy Dona Drapera, granego przez Jon Hamma.



I na koniec taka ciekawostka. Otóż grupa NEXT OF KIN działająca w Ohio w czasie swojego powstania składała się z dwóch braci, z których jeden miał lat dziesięć a drugi sześć i pół! Do czasu nagrania uroczego numeru „A Lovely Song”  byli już dorośli, czternasto- i dziesięcioletni, a towarzyszyła im para trzynastoletnich wielkoludów. To była młodzież.



środa, 5 stycznia 2022

GIANT CRAB - A Giant Crab Comes Forth /1968/

 


 A Giant Crab Comes Forth 2:18 
 It Started With A Little Kiss 2:30 
 Directions 3:03 
 Watch Your Step 2:37 
 Intensify Your Soul 2:30 
 Enjoy It 2:04 
Hot Line Conversation 3:00 
 I Enjoy Being The Boy 2:45 
 Lydia Purple 2:42 
 Groovy Towne 2:37 
 Thru The Fields 2:39 
 The Chance You Take 2:44 
 Believe It Or Not 2:54 
 The Answer Is No 2:59 
 Hi Ho Silver Lining 2:30 
 Why Am I So Proud? 4:07 

Ernie Orosco - lead vocals, lead guitar, rhythm guitar, 12-string guitar, vocal harmonies
Raymond Orosco - 12-string guitar, dry box, bass guitar, clavinet, electronics (special effects), backing vocals
Ruben Orosco - bass guitar, drums, saxophone, electronics (special effects), backing vocals (vocal harmonies)
Kenny Fricia - organ, piano, clavinet, horns, vibraphone (vibes), electronics (special effects), backing vocals (vocal harmonies)
Dennis Fricia - drums, horns, electronics (special effects), backing vocals (vocal harmonies



I spójrz na okładkę albumu. Stonowane odcienie niebieskiego, kontur kraba pochłaniający krążek żółtych i czerwonych promieni, wizerunek będący bliski słynnym japońskim filmom grozy z Godzillą w roli głównej. Okrąg w okręgu a płonący olbrzymi krab w środku i ten tytuł unoszący się nad tym wszystkim. Wyobraźcie sobie, że wchodzicie w listopadzie 1968 roku do sklepu z płytami i widzicie to cudo patrzące wam w oczy. Trzeba być na niezłym haju aby nie dać się wciągnąć w sam środek tej okładki. Wiry jaskrawożółtych, różowych, niebieskich i zielonych pasków znikają w otworze wrzeciona, wir, który mógł wywołać zawrót głowy nawet w stanie spoczynku. To pierwszy z dwóch albumów nagranych przez grupę Giant Crab i debiut ten wymyka się łatwym kategoryzacjom, co pomaga wyjaśnić, dlaczego po kilkudziesięciu latach od wydania wciąż brzmi świeżo. Jest tu blue-eyed soul, bogate harmonie wokalne, wybitne wykorzystanie pomysłowych dęciaków, gitarowych riffów i pirotechniki. Obecne są również efekty psychodeliczne, szeroka gama smaków klawiszowych, w tym jazzujące wibracje, funkujący klawinet a nawet brzmienie mellotronu, jedno z najwcześniejszych amerykańskich zastosowań tej klawiatury magnetofonowej.

Już pierwsze zagranie nadaje niezwykły ton, otwieracz w formie „news flash” recytowanym przy wtórze filmowych grzmotów. Zapowiedź reportera brzmi jak kadr z filmu sci-fi z lat 50-tych, która nieprzypadkowo zawiera wszystkie tytuły utworów na płycie. To nieco zagmatwane intro nabiera sensu, gdy weźmiemy pod uwagę, że był to rok 1968 a reporterem był Johnny Fairchild, DJ z Santa Barbara, skąd pochodził sam zespół. Pierwsza prawdziwa piosenka Giant Crab, „It Started With A Little Kiss” pokazuje wiele mocnych stron zespołu w tym uduchowniony wokal Erniego Orosco, ich podejście do rocka z domieszką r&b oraz charakterystyczne aranżacje, które trzymają całą płytę ponad poziomem. Ten numer wykorzystuje klawesyn, który napędza refren a riffy gitarowe dodają posmaku słodkości. Bongosowe perkusyjne wstawki są bardzo pomysłowe i jako całość tworzą piosenkę, której nie sposób się oprzeć. I tak jest przez cały album. Gdy już wydaje się, że wiesz co będzie zaraz i może masz przesyt? Nagle albo idealnie słoneczny wokal albo riff lub dęciaki zagrodzą ci drogę do wyłącznika. To działa! W „The Chance You Take” chrupiąca gitara wygląda zza muru i spotyka się z instrumentami dętymi pełnymi list przebojów o smaku rhythm and bluesa a „Directions” przeplata złowieszczy, ciężki riff z funkującymi, synkopowanymi rogami. „Enjoy It” natomiast jest pełen wyrafinowanego popu, który dzieli beztroską energię w słonecznym wydaniu. Zwróćmy uwagę na kończący płytę „Why Am I So Proud”, gdzie nostalgiczna nuta przemieszcza się w stronę końcowych napisów. Film się kończy. Wersja „I Enjoy Being the Boy” Joe’ya Levine’a, piosenki spopularyzowanej przez The Banana Splits w ich sobotnim porannym programie telewizyjnym, wzmacnia psychodeliczny nastrój utworu za pomocą gęstych, ponad przestrzennych dęciaków i mellotronu, który dodaje trochę powagi do tych ogórkowych zamków i wzgórz powstałych z waniliowych krówek. Najbardziej wyszukaną aranżacją na płycie jest numer „Lydia Purple”, która jest jedną z trzech wersji wydanych w tym samym roku. Przy ogólnie bardzo onirycznej atmosferze środkowa zmiana tempa powoduje, że przejście na drugą stronę lustra jest bardzo proste. I widzimy ten sam świat, te same latające motyle i ten sam szumiący las, tylko całość spowija nutka tajemniczości i nostalgii. To bardzo udana wersja pomimo, że większy sukces zdobyła w wykonaniu The Collectors, ta, bardziej mi się podoba. „A Giant Crab Comes Fourth” jest jednym z tych albumów, spośród tysięcy obecnie wznawianych i odkrywanych na nowo, który jest tak dobry, że jego zapomnienie jest zastanawiające. Przecież te piętnaście piosenek wypełniających całość na dobre prezentuje wirtualny dźwięk popularnych stylów rockowych i popowych końca lat 60-tych, często łącząc liczne wpływy w pojedynczych utworach. Ta podróż bardziej radosna niż przygnębiająca, prędzej łącząca słońce i cień, podrzuca nam pełną dawkę optymistycznych brzmień, dzięki którym nasze życie staje się lepsze. I to pomimo nadchodzącego z oddali gigantycznego kraba.







niedziela, 26 grudnia 2021

JERRY GARCIA BAND - GarciaLive volume 16

 


01 – How Sweet It Is (To Be Loved by You)
02 – Struggling Man
03 – He Ain’t Give You None
04 – Simple Twist of Fate
05 – Lay Down Sally
06 – The Night They Drove Old Dixie Down
07 – My Sisters and Brothers
08 – Deal
09 – The Way You Do the Things You Do
10 – Waiting for a Miracle
11 – Shining Star
12 – Ain’t No Bread in the Breadbox
13 – Don’t Let Go
14 – That Lucky Old Sun
15 – Bright Side of the Road
16 – (What A) Wonderful World

Mamy różne serie archiwalnych występów zespołu Grateful Dead, bardzo cenione przez DeadHeadów, więc nie ukrywam wielkiej radości jaką parę lat temu sprawiła firma ATO zapowiadając udostępnienie nam solowych koncertów Jerry’ego Garcii. Do tej pory wyszło siedemnaście tomów zawierający wiele ekscytujących nagrań i dających niewspółmierną radość z ich słuchania. Nie będę opisywał ich chronologicznie od daty wydania ale raz na jakiś czas na pewno pisząc o niektórych koncertach Jerry’ego, mam pragnienie zachować je dla następnych pokoleń. Nie ukrywam, że najbardziej do mnie przemawiają sety z przełomu lat 90-tych i to nie tylko dzięki porywającym wykonaniom ale dodatkowo dzięki Melvinowi Sealsowi, wyśmienitemu organiście. Brzmienie Hammonda jest tym co zawsze raduje moje uszy, a uzupełniające się z gitarą i basem jest po prostu urzekające.

15 listopada 1991 roku grupa Jerry Garcia Band zawitała po raz pierwszy do sali Madison Square Garden w Nowym Jorku aby dać prawie trzygodzinny występ dla fanów spragnionych luźnej, swobodnej i optymistycznej chwili, która oderwałaby ich od otaczającej rzeczywistości. Słuchając go nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ten koncert jest ścieżką opowiadającą historię drogi jaką Garcia przeszedł do tej pory. Mamy tu wachlarz numerów jego ulubionych kompozytorów, wszechstronną i pomysłową pracę gitary oraz konsekwentnie energiczny wokal, podany w radosnym nastroju co możemy sprawdzić już od pierwszych taktów, otwierającego całość numeru. Koledzy z grupy lidera odpowiadają na jego aktywne zaangażowanie z nie mniejszym animuszem jak on sam. Perkusista David Kemper i długoletni współpracownik, basista John Kahn pozostają niezmiennie dyskretni, ale para jest tak sprawna, że miarowe pulsowanie w „Don’t Let Go” doprowadza do szemrzącej drogi wzdłuż ciała, by następnie płynnie podkreślić emocjonalne wykonanie przez Jerry’ego „Simple Twist of Fate” Boba Dylana. Klawiszowiec Melvin Seals jest bardzo rozległy w swoich barwach, chociaż czasem zostawia po sobie szaleńcze nuty. W rzeczywistości, w wielu momentach obu setów, jak na przykład na początku ścieżki Marvina Gaye’a „How Sweet It Is (To Be Loved By You), praktycznie kradnie on światło reflektorów frontmanowi. Kościelna atmosfera, którą wydobywa z organów w „That Lucky Old Sun” jest wprawdzie przerywnikiem ale intryguje i każe się uważniej wsłuchać w płynący dźwięk.

Jednak co by nie mówić faworytem wieczora zostaje Jerry Garcia i jego gitara. Najlepsza gra Garcii na gitarze zawsze odznaczała się precyzyjnym wyczuciem i swobodnym ruchem w nieznane tereny i te szesnaście numerów nie jest tu wyjątkiem. Wręcz przeciwnie, częste zmiany tonacji przez gitarzystę są godne uwagi. Na przykład, posłuchajmy jak w synkopowanym utworze „Ain’t No Bread in the Breadbox” ta gitara natarczywie popycha zespół w jego jednolitym ruchu. To się musi zdarzyć. Inaczej sprawa wygląda w „Deal” gdzie jego ostre prowadzenie przecina powietrze i zamyka bramy na klucz. Pajęczyny, które owijają koncert z każdej strony prowadzą w sam środek niezwykle mocnego „Don’t Let Go”. Zawsze ten numer wywierał na mnie ogromne wrażenie, jest jednym z najbardziej transcendentalnych utworów w repertuarze Jerry Garcia Band. Jest w tej piosence coś, co zawsze rozpala Garcię i jego zespół a gitarowe podróże prowadzą muzyków krętą ścieżką surrealistycznego krajobrazu aby w pełni zanurzyć się w głębi utworu. Publiczność wypełniająca to światowej sławy miejsce w wielu momentach odpowiada z szacunkiem i oddycha pełną swobodą, którą muzycy z chęcią jej oddają. Natomiast delikatność w głosach Jacklyn LaBranch i Glorii Jones jest rozczulająco barwna i pięknie współgra z wokalem Garcii. No i jeszcze rzadko bisujący ale będący w znakomitym nastroju zespół wykonuje na zakończenie wieczoru ponadczasowy „(What A) Wonderful World” wysyłając wszystkich do domu jakby stąpali po wodzie.




czwartek, 16 grudnia 2021

LOVE - Forever Changes /1967/

 


1. Alone Again Or (Bryan MacLean) - 3:17
2. A House Is Not A Motel - 3:32
3. Andmoreagain - 3:20
4. The Daily Planet - 3:31
5. Old Man (Bryan MacLean) - 3:00
6. The Red Telephone - 4:47
7. Maybe The People Would Be The Times Or Between Clark And Hilldale - 3:34
8. Live And Let Live - 5:26
9. The Good Humor Man He Sees Everything Like This - 3:07
10.Bummer In The Summer - 2:23
11.You Set The Scene - 6:49

*Arthur Lee - Lead Vocals, Guitar
*Johnny Echols - Lead Guitar
*Bryan Mac Lean - Rhythm Guitar,  Vocals
*Ken Forssi - Bass Guitar
*Michael Stuart - Drums, Percussion


„Forever Changes” grupy Love, to prawdziwe brzmienie Los Angeles końca lat 60-tych, które nie jest ani rajem dla trippów, ani Królestwem Jaszczurów, ale czyśćcem, w którym panuje paranoja i żal. Grupa będąc już weteranem lokalnej sceny, uchwyciła miasto w całej jego skwarnej chwale. Charyzmatyczny, czarnoskóry gitarzysta i wokalista Arthur Lee wytracił hippisów i słoneczną zabawę a zamiast tego pokazał nam wojnę w Wietnamie, uzależnienie przyjaciół od narkotyków i zagładę. Zamknięty w domu na wzgórzach Hollywood, patrzył na miasto z góry i odczuwał dziwny strach. W końcu nabrał przekonania, że zbliża się jego śmierć i że „Forever Changes” będzie jego ostatnią wypowiedzią dla świata. Stał się więc perfekcjonistą, wyrażając całe swoje nieszczęście, strach, winę i nadzieję nie tylko w mrocznych tekstach ale i w samej muzyce, która czerpiąc z różnych źródeł i mając wydawałoby się łagodny charakter, ma pewien w sobie niepokój. Ta płyta jest gąszczem poplątanych wątków fabularnych, co widać w tekstach Lee. Czy słuchając tego niepokojącego wołania o pomoc „Siedzę na wzgórzu, patrzę jak wszyscy ludzie umierają/ Po drugiej stronie będę czuł się lepiej” możesz przejść obojętnie. Arthur śpiewa te słowa na „The Red Telephone” a spokój w jego głosie, rzeczowość z jaką je wygłasza, czyni je tym bardziej niepokojącymi. Instrumentalnie, album zbudowany jest z akustycznego rdzenia gitarowych dźwięków z nakładkami instrumentów dętych blaszanych, smyczków i orkiestrowego zgiełku. Lee współpracował z aranżerem Davidem Angelem, spędzając kilka tygodni grając i śpiewając przewidziane partie orkiestrowe dla swoich kompozycji. Rezultatem tego jest zróżnicowany album z zawirowaniami w schematach rytmicznych, kolorystyce i lirycznej substancji. Chociaż najwięcej materiału napisał Lee to otwierający płytę „Alone Again Or” napisany został przez MacLeana. Zawiera on ładne hiszpańskie akustyczne i dęte instrumenty, które wiją się pośród basowych wersów napędzanych przez Kena Forssi. Inny wkład MacLeana w album, to folkowa piosenka „Old Man”, z meksykańskimi wpływami i strategicznymi dęciakami. Jednak to numery Arthura nadają pewien kształt muzyce, która jest zróżnicowana i logiczna, ale podstępna. Pełno w niej ślepych uliczek, niezwykłych przejść i zakrętasów. Tradycyjne struktury, które tak dobrze służyły grupie na dwóch poprzednich krążkach zostały porzucone na rzecz bardziej okrężnych aranżacji.

Jak posłuchamy to nawet najbardziej bezpośrednie, klarowne utwory niosą ze sobą poczucie niejasnego zagrożenia, jak chmury nad morzem zwiastujące burzę. I oto chodziło Arthurowi.

„Maybe the People Would Be the Times Between Clark and Hilldale” być może najbardziej chwytliwa piosenka na płycie, niestety pokazuje w sposób widoczny pożegnanie muzyka z Los Angeles i publicznością. W jego rezygnacji jest akceptacja, a może nawet ulga. Posłuchajcie jak Lee śpiewa razem z solówką na trąbce, jego ekscytacja jest napędzana i napędzana przez muzykę. To, że muzyka Love nie straciła nic ze swej siły, jest bez znaczenia. Ona zyskała nową powagę, gdyż paranoja Lee, daleko od nieuzasadnionej, stała się przerażająco łatwa do utożsamienia. Jednym z mocniejszym akcentów płyty jest akustyczny rocker „A House Is Not a Motel” budujący się na brzmieniu Kalifornii lat 60-tych aż do późniejszej eksplozji w cięższe elektryczne dźwięki prowadzone przez gitarzystę Johnny’ego Echolsa. To niesamowite bogactwo nut. Podnosząca na duchu ballada „Andmoreagain” jest jedną z najwspanialszych piosenek, jakie kiedykolwiek usłyszycie. Jej piękno, podobnie jak całej płyty polega na tym, że brzmi bardzo uroczo. Ale sprawy przybierają maniakalny obrót w numerze „Live and Let Live”, w którym Lee początkowo sięga po pistolet, by zestrzelić niebieskiego ptaka, po czym zmienia postać na Indianina, któremu zaraz ukradną ziemię. Poczucie zagrożenia, otoczone jednostajnym biciem bębnów i natarczywą gitarą nagle staje się wszechogarniające. Wokal brzmi jakby nie miał nic do stracenia i zatrzaskuje się wokół wspaniałej solówki. Po opadnięciu kurzu Lee z radością obserwuje karuzele i warkocze. Jest to trochę niepokojące, a w tej aranżacji smyczkowej wręcz złowieszcze. Ale to początek spokoju, bo utwór kończy się kakofonicznie, jak pobudka. Od obłąkanego i paranoika, Lee przechodzi do lakonicznego proroka śpiewając: „Są ludzie noszący zmarszczki, którzy cię wkręcą/ najlepiej głową w dół”. „Bummer In the Summer” to prawdziwie folkowo-hardrockowa piosenka, podana przez wokalistę w pre-rapowym stylu. Słucha jej się z przyjemnością i jest najszybszym numerem na płycie, którą kończy najdłuższy przegląd, siedmiominutowy „You Set the Scene”. Wieloczęściowy numer z partiami rogów, smyczkami i kontrastującą melodią dodatkowo popychany jest przez Forssiego i Stuarta napędzających rytm w zwrotkach. To ścieżka, którą podążali Beatlesi na „Revolverze”. Lee tych, którzy nie traktują życia poważnie, oskarża i drażni: „Dla każdego, kto myśli, że życie to tylko gra/ czy podoba ci się rola, którą grasz?”. Radzi, że „przyjdzie czas, by się przyłożyć”, że „na każde radosne przywitanie przyjdzie pożegnanie” po czym podsumowuje, że „to jest czas i życie, które przeżywam”. Jeśli brzmi to kaznodziejsko, w rzeczywistości wcale takie nie jest. Po burzliwej narracji poprzednich utworów, to jest jak słońce na twojej twarzy. Jest w nim ślad złowrogiego nastawienia, mądrości pogodzonej przez doświadczenie, a nie wyuczonej przez powtarzane praktyki. A końcowe „to już czas, czas, czas, czas…” zwycięża. Powstała jedna z idealnych płyt pokolenia Wolnej Miłości i LSD i pomimo upływu lat nadal słuchając jej przeżycia są ogromne.







czwartek, 9 grudnia 2021

BOHEMIAN VENDETTA - Bohemian Vendetta /1968/

 


Riddles & Fairytales 2:53
(She Always Gives Me) Pleasure 4:12
All Kinds Of Highs 3:46
(I Can't Get No) Satisfaction 5:23
Paradox City 2:10
Love Can Make Your Mind Go Wild 2:43
The House Of The Rising Sun 5:19
Images (Shadow In The Night) 1:50
Deaf, Dumb & Blind 3:28
I Wanna Touch Your Heart 2:29

*Victor Muglia - Bass
*Randy Pollock - Rhythm Guitar
*Nick Manzi - Guitar
*Chuck Monica - Drums
*Brian Cooke (aka Arthur Muglia) - Keyboards, Vocals, Tambourine, Maracas
*Richard Martinez - Lead Guitar
*Richie Sorrentino - Drums



I oto kolejny dowód jak wiele muzyki uciekło przed szeroką publiką i jak smutną prawdę kryją mroki show businessu. Tym się nie zajmiemy, tego nie wypromujemy a to zarzucimy. Musisz kopać, przebijać się, dociekać aby wydobywać perełki. A jak komuś się nie chce? No cóż, to zna The 13th Floor Elevators i The Electric Prunes, jak dobrze pójdzie. Kolejny klejnot sceny garażowo psychodelicznej założony został w 1966 roku w Nowym Jorku a ich olśniewająca muzyka odzwierciedla w pełni kwasowe środowisko Wschodniego Wybrzeża. W początkowym okresie swojej działalności zespół Bohemian Vendetta kierował swoje uszy w stronę podartego i postrzępionego bluesa. Surowy i naładowany hormonami drapiący feeling wypełnił dwa single, które zajmują miejsce na równi z płytkami Shadows of Knight. Jednak z biegiem czasu Bohemian Vendetta znaleźli swoją niszę, napisali oryginalny materiał, pełen koloru i kreatywności. Mamy wprawdzie na płycie dwa obce numery, tylko hmmm… będące w powolnym, sennym i miażdżącym trybie covery „House Of The Rising Sun” oraz „I Can’t Get No Satisfaction” są materiałem na którym piętno oryginałów jest mało widoczne. I o to chodzi. Bo co to za przyjemność ograć coś jeden do jednego? Posłuchajcie tego słynnego riffu Richardsa, tutaj staje się zamgloną, zauroczoną dziewicą stojącą na skraju szos. A wokół poruszają się ześlimaczone samochody. Będąc po serii rozrywających demówek i singli dla United Artist, a nawet mając zaliczony występ w programie telewizyjnym Dicka Clarka, chłopaki z Bohemian Vendetta dostają szansę na nagranie pełnego lp. Ci nastoletni kwasowi punkowcy dają czadu tworząc kilka świetnych potworów, które tylko czekają na wyjście z podziemi. Jednak wytwórnia płytowa (w tym wypadku) Mainstream opóźnia wydanie płyty i prawie w ogóle jej nie promuje, upychając ją do szczeliny w podłodze, ale na szczęście ona krzyczy!

Splot wirujących gitar, skrzeczących Vox Contintental, gęstego fuzzu, kwasu i czystej energii sprawia, że album „Bohemian Vendetta” jest jednym z najlepszych garażowych znalezisk. Nie jest to może arcydzieło, które zmieni twoje życie czy też rozwali twój umysł, ale jest to esencja muzyki rockowej, zbyt poważna aby ją przegapić. Pełnia numerów rozpala ogień, który podpala dźwięki wydobywające się z głośników a charyzmatyczny wokal, falujący z animuszem i ekscytacją, zwinnie łączy smarkate garażowe infekcje z odcieniami swingującej duszy i kwasowym szaleństwem. Muzycy wykazali się tutaj również talentem do zanurzania w swoich utworach mocnych haków i chwytliwych refrenów a numery takie jak „I Wanna Touch Your Heart” i „Love Can Make Your Mind Go Wild” pokazały, jak dobra popową wrażliwość posiadają. Oczywiście słuchając takiego „(She Always Gives Me) Pleasure” masz wrażenie jak wrzucone do młynka dźwięki mielą rytmy będące tylko dodatkiem do pełnego pasji wokalu. Złożony z rozległych melodii i zgrabnych organowych wierteł „All Kinds Of Highs” utrzymany jest w duchu kwasowego tematu co powoduje pełne odjazdy, bez trzymanki. No cóż, deklamowanie poezji na tle muzycznych poczynań najbardziej znane jest z wykonania The Doors ale tu w „Deaf, Dumb & Blind”, Bohemian Vendetta przebija Doorsów. Mroczna i niepokojąca muzyka odbija tekst wiersza bardzo sugestywnie zinterpretowanego przez wokalistę Arthura Muglia, a gdy jeszcze odcienie psychodelicznych kołowrotów napędzają czas – no to wychodzi świetna rzecz. Szybkie, zwarte jammy dodatkowo uosabiają piosenki zespołu, a pełne dramatyzmu nuty oddalają muzykę od typowego garażowo-bluesowego rocka. Niestety wysiłek zespołu poszedł na marne, gdyż grupa rozpadła się wkrótce po nagraniu płyty. Dlaczego? Pisałem na początku. I co, musimy poczekać 19 lat aby ukazał się wydany przez Distortions Records zbiór nagrań Bohemian Vendetta z dodatkowymi numerami. I to jest zbiór dla maniaków, dla tych co grzebią i wyszukują. I super. Pierwsze dwanaście numerów jest dodatkiem do kolejnych, które są już całą i jedyną płytą grupy. I to jest całość. Tyle zostaje z zespołów, które tworzą świetne, pełne pasji utwory a na które goście z wytwórni nie mają czasu.




środa, 1 grudnia 2021

ROBERT PLANT & ALISON KRAUSS - Raise the Roof /2021/

 


  1. Quattro (World Drifts In) [4:33]
  2. The Price of Love [4:50]
  3. Go Your Way [5:07]
  4. Trouble with My Lover [4:03]
  5. Searching for My Love [4:03]
  6. Can’t Let Go [3:41] (8/12/21, 8 AA)
  7. It Don’t Bother Me [5:06] (11/4/21)
  8. You Led Me to the Wrong [4:17]
  9. Last Kind Words Blues [4:06]
  10. High and Lonesome [4:33] (10/7/21)
  11. Going Where the Lonely Go [4:10]
  12. Somebody Was Watching Over Me [5:02]
  • Robert Plant (vocals)
  • Alison Krauss (vocals)
  • T-Bone Burnett (producer)
  • Marc Ribot, David Hidalgo, Bill Frisell, Buddy Miller (guitar)
  • Russ Pahl (pedal steel guitar)
  • Dennis Crouch, Viktor Krauss (bass)
  • Jay Bellerose (drums)


Czternaście lat po pierwszej współpracy, ten nieprawdopodobny duet spotyka się ponownie, aby zaprezentować nam dobrze dobrany wybór coverów, które obejmują całe pokolenia, dodając do każdego z nich swoją fascynującą tożsamość. Wyprodukowany, podobnie jak poprzedni lp przez T Bone Burnetta, „Raise the Roof” jest mrocznym i kosmicznym zbiorem melodii, w których głosy Alisson Krauss i Roberta Planta bez żadnych zahamowań podają nam najwyższej jakości dźwięki. Klimat w jakim występują razem wywołuje dreszcze ale ich głosy nie łączą się w symbiotyczną całość. Zamiast tego mamy perliste barwy, które zyskują siłę dzięki kontrastowi i dystansowi, energię, która zdaje się być generowana w przestrzeni pomiędzy nimi. Dzieli ich płeć i pokolenie, trening i tradycja a także atlantyckie wpływy między ich ojczyznami. Plant pochodzi z Black Country w brytyjskim West Midlands, a Krauss z Illinois, gdzie w młodym wieku stała się cudownym dzieckiem skrzypiec, a następnie gwiazdą bluegrassu. Bez względu na to, jak elegancko harmonizują, ucho słyszy ich jako dwie indywidualności, niezależne muzycznie umysły dokonujące wyborów w reakcji na siebie nawzajem. Drobne szczegóły tego połączenia i odpowiedzi, podejścia i odwrotu, wplecione w każdą piosenkę, są tym, co sprawia, że ich współpraca jest tak satysfakcjonująca przy wielokrotnym słuchaniu. Bogactwo tych melodii jest w równym stopniu zasługą głosów jak i aranżacji instrumentalnych. Burnett ponownie zebrał trzon zespołu, który grał na poprzednim krążku – geniusza gitary Marca Ribota, perkusistę Jaya Bellerose’a i basistę Dennisa Croucha a wzbogacił ich o niedorzeczne bogactwo, włączając w to między innymi wirtuozów gitary jazzowej i country Billa Frisella i Buddy’ego Millera, Davida Hidalgo z Los Lobos, grającego na regionalnej meksykańskiej odmianie gitary, jaranie oraz sesyjnego muzyka z Nashville, Jeffa Taylora, grającego na egzotycznych antykach, jak dolceola i marksofon. Dźwięk nie przytłacza ale często jest gęsty, jeden z muzyków szkicuje liście, podczas gdy drugi śledzi zygzaki owadów i ptaków pomiędzy nimi. Jednak to Krauss i Plant pozostają głównymi atrakcjami, podobnie jak same utwory. Weźmy taki „Go Your Way” prawie zapomnianej Anne Briggs, w którym Plant czule pieści melodię a całość zbliża się do koronnego klejnotu Led Zeppelin III „That’s The Way”. Zmiany stylistyczne jak np., połączenie miękkiego wokalu Planta z uwypuklonym rytmem perkusji i smutną stalową gitarą w przemyślany sposób zmieniają  utwór w list pożegnalny: „Siedzę cerując twoje ubrania/ Których nigdy nie założysz/ Gotuję codzienne dla ciebie/ ale biada mi…”. Natomiast Alisson w „It Don’t Bother Me” Berta Janscha, z mocnym przekonaniem wciela bunt prostego życia: „Przekręcasz moje słowa/ Jak splecione trzciny… Ale nie przeszkadza mi to, co mówisz/ Nie, nie, po prostu mi to nie przeszkadza”. I ta dwoistość panuje na całej płycie. Robert jest przekonujący i komfortowy w „Searching for My Love”, najdelikatniejszym i najbardziej niewinnym numerze na tym krążku. Magnetyczne gitarowe riffy świetnie współgrają z jego bezkresnym wokalem. Tymczasem Krauss przejmuje inicjatywę w historycznym „Last Kind Words Blues”, gdzie jej głos wznosi się ponad wszystko, niczym słonecznik zmierzający ku słonecznemu światłu. Przeciwstawne brzmienia pary wokalistów w połączeniu z delikatnymi pląsami Marca Ribota na banjo i hipnotyzującą mandoliną Stuarta Duncana, przywodzą na myśl symetrię wokalną Planta z jego inną żeńską partnerką w duecie, nieśmiertelną folkową wokalistką, Sandy Denny, jedyną która gościła na jakiejkolwiek płycie Led Zeppelin. Na albumie pojawia się jedna oryginalna kompozycja Planta i Burnetta „High and Lonesome”, utrzymana w tonacji bluesowej przywołuje przeszłość samego Plant’a. Następnie Krauss przywraca spokój wiernym, ale porywającym wykonaniem hitu country Merle’a Haggarda z 1982 roku, „Going Where the Lonely Go” a cały album zamyka utrzymany w stylu gospel „Somebody Was Watching Over Me”. I to wystarczy. Wystarczy aby bez zająknięcia włączyć ponownie całą płytę i delektować się nią a także podziwiać piękno muzyków, którzy już nic nie muszą ale chcą.








czwartek, 18 listopada 2021

MANDY MORE - But That Is Me /1972/

 


1. But That Is Me (4:02)
2. Listen Babe (3:37)
3. For To Find The Daffodil (1:24)
4. Fine (1:40)
5. Harvey Muscletoe (3:19)
6. Come With Me To Jesus (3:57)
7. If Not By Fire (4:25)
8. Alone In My Yellow (2:59)
9. Matthew Brought Me Flowers (2:53)
10. If I Smile On Saturday (3:00)
11. I'm Too Tall To Cry (2:27)
12. God Only Knows (3:44)



We wspaniałej tradycji brytyjskiego popu, wokalistki stanowią wyselekcjonowaną grupę. Z muzyczną klasą i dystynkcją tak niepodważalną jak ich świetny gust kostiumowy i fryzjerski, do dziś z przyjemnością słucha się Cilli Black, Lulu, Petuli Clark, Sandie Shaw i wielu innych a wśród nich niekwestionowanej królowej, Dusty Springfield. Prawdopodobnie ta ostatnia jest jedyną osobą, która weszłaby do tego małego klubu wielkich głosów muzyki popularnej, jedyną, która mogłaby choćby próbować dorównać Arethcie Franklin czy Dionne Warwick.

Ale istnieją jeszcze ukryte perełki, nieznane piosenkarki, pogrzebane przez zapomnienie, ignorancję i obojętność, razem lub osobno. I pewnego czasu zostałem mile zaskoczony, gdy mój kumpel Wojtek podrzucił mi jedno nazwisko, piosenkarki Mandy More, która w 1972 roku nagrała „But That Is Me”, album, który przeszedł bez śladu, przeznaczony do bycia jednym z milionów nagrań, które przepadają na drodze do sukcesu.

I jest to miła niespodzianka z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że zakres wokalny tej kobiety jest wysokich lotów. Mandy śpiewa dobrze, hmmm bardzo dobrze, potrafi wydłużać frazy, podnosić wysokość dźwięku lub obniżać go, kiedy jej to pasuje. Ona po prostu interpretuje piosenki, co wydaje się być w zasięgu każdego wokalisty, a to jedna z naprawdę trudnych rzeczy w muzyce. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na „Listen Babe”, przepiękną piosenkę, która sama w sobie uzasadnia zakup tej płyty.

A po drugie, Mandy More (Amanda Campbell-Moore) pojawia się także jako autorka wszystkich piosenek, z wyjątkiem ostrej wersji wysublimowanego „God Only Knows” Briana Wilsona. I to jest osobliwe, bo za Mandy nie stoi cały sztab, równie dobrze radzi sobie sama.

Pochodząca z Leeds, More stawiała pierwsze kroki jako kompozytorka w młodym wieku i udało jej się zdobyć miejsce w obsadzie jednej z produkcji słynnego musicalu „Hair”. Dwie z jej kompozycji znalazły się w programie telewizyjnym „I See Something Beautiful”, wyreżyserowanym przez Petera Knighta.  Program ten oglądał Tony Hall, znany brytyjski producent, disc jockey i menedżer, który w 1966 roku stał na czele Deramu, jednej z filii wytwórni Decca. On to zaproponował Mandy kontrakt płytowy, dzięki czemu w 1972 roku ujrzała światło dzienne pierwsza (i niestety jedyna) jej płyta. Została ona nagrana w Londynie, wyprodukowana przez Halla a wokale i fortepian zostały nagrane w jeden dzień. Później dołączyła do nich grupa doświadczonych muzyków: Roon Hutton, Mike Todman, Jake Falsworth, Philip Chen, Richard Bailey i Lennox Langton.

„But That Is Me” jest pięknym i poruszającym albumem. Mandy More ma wspaniały głos, a aranżacje są cudowne – smyczki, harfa, warstwy wokalu i fortepian. Przypomina to czasami Kate Bush, ale Mandy wyprzedziła pierwszy album Kate. Numery z płyty niosą ze sobą aurę odosobnienia i samotności. Oto „If Not by Fire” z głosem przekształconym i ze zniekształconą gitarą brzmiąca jak moog. Ten upiorny numer prowadzi prawie do szaleństwa i utrzymuje ten nastrój przez całość. Zasłony zaczynają drżeć a białe palce skradają się w czarnych fantastycznych kolorach, nieme cienie wpełzają do rogu pokoju i przykucają tam. Na zewnątrz słychać śpiew ptaków pośród liści, odgłosy mężczyzn idących do pracy, westchnienia i szloch wiatru schodzącego ze wzgórz i wędrującego po cichym domu, jakby obawiał się obudzić śpiących. To bardzo ciekawy utwór, zresztą podobnie jak cała płyta. A „Harvey Muscletoe” to już z pewnością musiałby być przebój. To rewelacyjny numer. Zmiany tempa tak muzyczne jak i wokalne (to tu zbliżyła się Bush) suną przez całą piosenkę. I jest to coś tak wciągającego, że trudno oprzeć się aby nie dać repeat. Perełka, po prostu perełka.

Trudno mi się tu rozpisywać, muszę przyznać, że do tej płyty podchodzę bardzo emocjonalnie. No zauroczyła mnie.

Nie, musicie sami sobie jej posłuchać. Ja już nie będę się o niej rozpisywał.

Niestety „But That Is Me” odeszła w zapomnienie. Mandy More nadal występowała w musicalach („Godspell”) i kilku programach telewizyjnych. Nigdy nie nagrała kolejnej płyty, a jej niewątpliwy talent przepadł w zapomnieniu. Szkoda. Jednak reedycja jej jedynego albumu przez Sunbeam Records dała nam szansę na odzyskanie jego śladu.

Witamy z powrotem, Mandy More, w świecie żywych!