czwartek, 29 czerwca 2023

MAYO THOMPSON - Corky's Debt to His Father /1970/

 


1. The Lesson 2:42
2. Oyster Thins 6:04
3. Horses 3:14
4. Dear Betty Baby 3:52
5. Venus In The Morning 2:33
6. To You 2:52
7. Fortune 2:14
8. Black Legs (Mayo Thompson, Ricky Barthelme) - 3:54
9. Good Brisk Blues 3:11
10.Around The Home 2:55
11.Worried Worried 5:02
All songs by Mayo Thompson except where noted.


*Mayo Thompson - Vocals, Guitar, Bass
*Frank Davis - Fiddle Guitar, Timpani
*Roger Romano - Percussion
*Joe Duggan - Piano
*Mike Sumler - Slide Guitar, Bass, Tenor Saxophone
*Le Anne Romano - Baritone Sax
*Chuck Conway - Drums, Bongos, Percussion
*Jimi Newhouse - Drums
*Carson Graham - Drums
*The La Las - Backing Vocals
*The Whoaback Singers - Backing Vocals

Raz na jakiś czas, jeśli masz szczęście zakochujesz się w jakimś albumie. Może to nie być natychmiastowe. Czasami może to zająć miesiące, a nawet lata, ale jak już chwyci to zdajesz sobie sprawę, że masz obsesję, że tkwi ta muzyka w tobie i za cholerę nie chce cię opuścić.

U mnie coś takiego stało się z „Corky’s Debt to His Father” Mayo Thompsona. Nagrany po tym jak jego awangardowa grupa Red Krayola została zawieszona, został wydany w 1970 roku przez małą niezależna wytwórnię, a następnie po latach ukazał się ponownie. Miałem pewną niechęć do spojrzenia na tą muzykę. Pomimo tworzenia w cudownych latach 60-tych, Red Krayola jest jednym z nielicznych bandów, które mnie nie zachwyciły. Obawiałem się, że na solowym tworze lidera grupy, może być podobnie.

Muzycznie, „Corky’s Debt to His Father” tworzy swój własny wszechświat, w którym na pozór dziwna muzyka folkowa nie ma tej błyskotliwości, co jest rażąco oczywiste lub nawet uderzające przy pierwszym kontakcie. Jest to dalekie od tego, co Thompson robił przez kilka poprzednich lat u boku Steve’a Cunninghama i Fredericka Barthelme’a w ramach działań The Red Krayola. Pod wpływem nowoczesnej klasyki i free jazzu, a także rocka, trio brzmiało jak nikt inny pod koniec lat 60-tych. W 1969 roku The Red Krayola zdawała się już nie istnieć. „To był w pewnym sensie przystanek z napisem stop” – mówi Thompson. „Nic się nie działo, więc po prostu odpłynąłem i robiłem inne rzeczy. Altamont pozbawił wiatru w żaglach ruch Flower Power. Byliśmy u progu lat 70-tych, każdy musiał podjąć decyzję. Wszedłem do studia i nagrałem „Corky’s Debt..”. I to wszystko”.

To album, który się nie zaczyna, nie kończy, nie ma sprecyzowanego celu, nastroju, ani domieszki abstrakcji. To po prostu jest i trwa. Jest to płyta z porządnymi, dobrze wyprodukowanymi piosenkami i za każdym wysłuchaniem intryguje zniszczonym odkrywczym pięknem. To jedna z tych płyt, które nigdy mi się nie znudzą, która staje się coraz bogatsza, słodsza i zabawniejsza z każdym przesłuchaniem. Ciekawie brzmi wokal Mayo. Nie od razu przystępny, możesz myśleć, że nie ma w nim żadnego wysiłku i że nie potrafi śpiewać, ale kiedy spróbujesz śpiewać razem z nim, zauważysz, jak bardzo trudno jest dobrze dopasować się do muzyki. Styl Thompsona jest trudny do naśladowania, ten refleksyjny ton tylko w jego wykonaniu ma pozytywne zacięcie. Każde dziwactwo wydaje się nieskalkulowane, a przez to niepowtarzalne. Już „The Lesson” brzmi dziwacznie, wokal jakby nie trzymał się linii, folkowe tony uciekają a głos goni je po całym numerze. Mayo Thompson właśnie w tym czasie się ożenił, a album wyrósł z jego nowo odkrytego uczucia błogości. Taka „Horses” jest piękną piosenką o miłości, i wcale nie tej zagubionej a tej radosnej i pełnej werwy. „Oyster Thins” porównywalne może być do Tima Buckleya, z pewnością jest tu ten sam styl, ale jak wsłuchasz się to i odnajdziesz klimat „Let It Be”. Kapryśność utworu prowadzi do trudności w klasyfikacji. A takie „To You” już całkiem wymyka się z kontroli. Przy chaotycznych dźwiękach, tu znowuż wokal trzyma linię a muzyka idzie w przeciwnym kierunku. To są pierwsze wrażenia, a one mijają z każdym kolejnym przesłuchem. Całość zaczyna ładnie brzmieć i płyta robi się całkiem przystępna. Tej przystępności nie musisz szukać w „Fortune”, dla mnie najsłodszej piosence na albumie. Ten utrzymany w klimacie country rocka numer świetnie ukazuje nostalgiczno-radosny wokal Thompsona, a muzyka płynie, po prostu sobie płynie, i tak mogłaby bez końca. Na płycie jest parę numerów o niezwykłej delikatności, choćby taki folkowy blues „Black Legs”, który brzmi jak list do ukochanej żony pisany na pokładzie Titanica. A będący w klimacie „Highway 61 Revisited”, „Good Brisk Blues” pokazuje, że Thompson znał Dylana i cenił jego numery.

No cóż, „Corky’s Debt to His Father” Mayo Thompsona przebił wszystko, co zrobił jego zespół, choć w znacznie bardziej okrojonym stylu. Mimo, że duch The Red Krayola jest wciąż obecny, w nieregularnych akordach i zwrotach melodycznych, Mayo jest bardziej zainteresowany wykonywaniem wpływowych kompozycji, wprawdzie dewastująco zinterpretowanymi w stylach folk, blues, bossa nova czy country ale z dojrzałym zacięciem. 











niedziela, 18 czerwca 2023

THE ZOMBIES - Different Games /2023/

 


Different Games
Dropped Reeling & Stupid
Rediscover
Runaway
You Could Be My Love
Merry-Go-Round
Love You While I Can
I Want to Fly
Got to Move On
The Sun Will Rise Again

Pierwszy przebój The Zombies, „She’s Not There”, znalazł się na szczycie list przebojów pod koniec 1964 roku. Ich arcydzieło, „Odessey and Oracle”, z klasycznym „Time of the Season” ukazało się cztery lata później. Dwóch oryginalnych muzyków grupy, którzy nadal pracują w zespole w pełnym wymiarze godzin mają po 77 lat a sam zespół jest o rok starszy od The Rolling Stones!

Osiem lat po ich ostatnim wydawnictwie „Still Got That Hunger” grupa powraca kolejną płytą z nowymi kompozycjami. I tak, Colin Blunstone i Rod Argent wciąż mają ten głód, aby tworzyć i nieustannie koncertować dla swoich oddanych fanów. A co ciekawe tych mają dość sporo. Tylko w zeszłym roku Blunstone i Argent-wspierani przez swój obecny skład składający się z trzech członków zespołu-zagrali imponujące 65 koncertów w całej Europie i Ameryce Północnej!

The Zombies rozpoczęli prace nad nowym albumem zaraz po ich zasłużonym wprowadzeniu do Rock & Roll Hall of Fame w 2019 roku. Gotowy wynik z pewnością był wart czekania. Album jest bogatą mieszanką rocka i R&B z dodatkiem tych nostalgicznych nut do których jesteśmy przyzwyczajeni od The Zombies. To świetny wybór dobrze brzmiących piosenek, w czym zasługa Argenta, który wyprodukował album i był głównym autorem tekstów. Ale też potrzeba zwrócić uwagę na wokal Blunstone’a, który prawie nie zmienił się na przestrzeni lat i nadal ma tą specyficzna charyzmę wokalną. Talent Argenta nie stracił ani kroku; piosenki na „Different Games” mogłyby pochodzić z klasycznych płyt z wczesnych lat ich działalności. Doskonałym przykładem jest tytułowy numer, który otwiera album. Klimat i aranżacja, ze smyczkami i organami, są prosto z czasów świetności zespołu. Wspaniale jest usłyszeć, jak jeden z twórców psychodelicznego popu wciąż tworzy nową muzykę w tym stylu. Można argumentować, że konsekwencja The Zombies w pisaniu jest znakiem przeciwko nim, świadczącym o braku ewolucji. Muzyka jest teraz zupełnie inna niż wtedy, gdy pojawili się pierwszy raz na scenie. Ale można też powiedzieć, że jest to Muzyka a nie różne te gówna pływające na falach eteru.

The Zombies zdecydowali się kultywować rodzaj eterycznej, eleganckiej atmosfery, który najlepiej do nich pasuje. Bujne harmonie, czasem ozdobne instrumentarium i sugestywne teksty nadają ich muzyce starożytną jakość, jakby znaleźli kolekcję ludowych pieśni pochodzących z zaginionego Albionu, wśród wróżek i zaczarowanych lasów. „Love You While I Can” ukazuje tą magię. Niby prosta ballada, ale gdy poczujesz ten klimat to nie oprzesz się już, to są te trzy minuty z hakiem, które zapadają w pamięci na zawsze. Hej, „I Want to Fly”, gdzie ja jestem? Oto niemal abstrakcyjny numer, który kontynuuje barokowy klimat, a smyczki i wokal wkradają się do twego serca dając mu cieplejsze i łagodniejsze bicie. To jest bardzo urocze. A do tego dodajmy „The Sun Will Rise Again”, kolejną balladę zmieniającą myśli w głowie na te bardziej otwarte. Nie należy zapominać, że chłopaki obracali się wokół sceny rhythm and bluesowej, co świetnie pokazują „Got to Move On” i „Dropped Reeling and Stupid” oparte na bluesie z wybornymi solami Argenta. Ciekawy jest utwór „Merry-Go-Round”, napędzany przez radośnie uderzające pianino i harmonie wokalne tak typowe dla lat minionych.

„Different Games” jest jak odnalezienie jednego z zaginionych klejnotów z okresu, gdy muzyka jaśniała potężnym blaskiem i jak załapiesz się na ten hak to będziesz z pewnością wielce zadowolony słuchając i przygarniając do siebie te dźwięki. 









niedziela, 21 maja 2023

ROBERT PLANT AND THE SENSATIONAL SPACE SHIFTERS - Lullaby and... the Ceaseless Roar /2014/


  1. Little Maggie
  2. Rainbow 
  3. Pocketful of Golden
  4. Embrace Another Fall
  5. Turn It Up
  6. A Stolen Kiss
  7. Somebody There
  8. Poor Howard
  9. House of Love
  10. Up on the Hollow Hill (Understanding Arthur)
  11. Arbaden (Maggie’s Babby)

Dla wielu muzyków, którzy kiedyś byli częścią jednego z najbardziej udanych zespołów w historii muzyki, dzień rozpadu grupy jest jednym z najgorszych dni w ich życiu. Ten dzień może oznaczać koniec ich kariery. Historia muzyki jest pełna przykładów artystów, którzy nie osiągnęli tych wyżyn co z zespołem. Obejmuje to byłych członków The Beatles, The Rolling Stones, Pink Floyd czy Led Zeppelin. Ale nie dotyczy to Roberta Planta.

Zaczął tworzyć i wydawać płyty, które wraz z nim dorastały do poważnego wieku i które otaczała magia i świat nieistniejący wokół. Jego solowa twórczość od początku przynosiła złote i platynowe krążki. I od samego początku jest to muzyka obok której nie przejdziesz obojętnie. Podczas gdy Jimmy Page wciąż tęskni za dawnymi czasami, Plant nadal poszukuje nowych horyzontów do eksploracji, niezależnie od tego czy są to rock, folk, country czy blues.

Nagrywając dziesiąty swój album Plant wspomógł się grupą zaprzyjaźnionych muzyków, którzy występują pod nazwą The Sensational Shape Shifters i m.in. to dzięki nim skierował swoją muzykę w różne kierunki. Częściowo wynikało to z eklektycznego i jakże ciekawego doboru instrumentów, których używali i o których pewnie wielu z nas pierwszy raz usłyszało. Justin Adams grał na bendirach, djembe, gitarach i tehardancie. Liam „Skin” Tyson grał na banjo i gitarze, Dave Smith na perkusji, a Juldeh Camara na kologo i ritti. John Baggott używał klawiszy, moog bass, pianino, tablę i loopy. Billy Fuller grał na basie, omnichordzie, kontrabasie i zajął się programowaniem perkusji. Nicola Powell zaśpiewała w numerze „Poor Howard”, a Julie Murphy w „Embrace Another Fall”. Robert Plant dostarczył swój charakterystyczny główny wokal i wyprodukował „Lullaby and… The Ceaseless Roar”, który został wydany w 2014 roku.

Otwierająca płytę tradycyjna pieśń „Little Maggie” łączy muzykę afrykańską,  folkową i elektroniczną z doskonałym efektem. To tylko banjo, brzęczący bas, dudniąca perkusja i perkusjonalia, które tworzą tło dla czułego, beznamiętnego wokalu Planta. Pulsująca aranżacja jest fuzją gatunków muzycznych, które przenikają się wzajemnie. Później numer nabiera celtyckiego charakteru gdy pojawiają się flety. To sygnał, ze wokal Roberta i aranżacja nabierają mocy. Ale to następny numer dostarcza wielkie emocje. Grzmiąca perkusja uderza w „Rainbow”. Celowo napędzające gitary i bas dołączają jako tło dla wokalu Planta. Jest on szczery i powściągliwy. W międzyczasie aranż emanuje dramatyzmem. Stonowane, gruchające harmonie, towarzyszą Robertowi, który opowiada o wielkich podróżach i cudach świata przyrody. „Pocketful of Garden” to kolejny utwór, w którym gatunki muzyczne i wpływy stapiają się w jedno. Słychać tu elementy elektroniki, folka, rocka i afrykańskich rytmów a całość przywołuje ducha Zeppelina. Uwolnione gitary wraz z perkusją i syntezatorami tworzą urzekające tło dla wokalu Planta. On nie tylko śpiewa teksty, on brzmi tak, jakby je przeżył, ponieważ tchnie w nie życie, znaczenie i emocje. Jest tu też „Embrace Another Fall” piękna miłosna piosenka, którą otwierają fale tęsknych syntezatorów. Dołącza do nich wybrana gitara i wybuchy perkusji. Kiedy wchodzi wokal, jest to mieszanka dramatu, nadziei i pasji. Dusza zostaje przebudzona, uratowana ze snu przez kochankę. Za nim wybuchy palących gitar, pęczniejące syntezatory i pulsująca perkusja łączą się. Zbyt szybko wszystko się kończy. Zastępuje je jednak eteryczne piękno wokalu Julie Murphy. Jest on niesiony w tęsknej atmosferze, w której dramat i piękno siedzą obok siebie. Chyba najbardziej rockowym numerem na płycie jest „Turn It Up”. Wampiryczny wokal Planta i rozdzierający gitarowy riff odgrywają główne role w tekście pełnym społecznych komentarzy na temat Ameryki XXI wieku. „A Stolen Kiss” to ballada oparta na pianinie, która jest bardzo atrakcyjna. To stonowana ballada. Ból i tęsknota wypełnia wokal, który „patrzy, jak dni uciekają”. Gitara szlocha a całość zawiera subtelne nuty. Popowa „Somebody There” zabiera nas w młodzieńcze lata. To hołd wspaniałej rockowej przeszłości Roberta. Szarpiące, świdrujące gitary ustawiają scenę dla Planta. Zespół dba o to aby nie przytłoczyć wokalu Roberta, czuwając by zadumany głos zajmował centralne miejsce. Następnie następuje „Poor Howard” i jest to kolejna mieszanka stylów, która działa naprawdę dobrze. Podobnie jak „House of Love”, w którym subtelny wokal Planta jest przekonywujący a odważna perkusja czuwa nad całością. Tajemniczy i klimatyczny jest wstęp do „Up on the Hollow Hill (Understanding Arthur)”. Gitary szlochają, rozbrzmiewając w oddali. Sekcja rytmiczna prowadzi aranżację do rozdzierających i zgrzytających dźwięków gitar stanowiących akompaniament dla dramatycznego wokalu Roberta. Dodaje to tajemniczego, atmosferycznego brzmienia temu klasycznemu rockowemu krajobrazowi. Zamykające „Arbaden (Maggie’s Babby)” jest klamrą spinająca całość. To hipnotyzujące połączenie bluesa, rocka i nawiedzonej elektroniki.

I wiesz co?

Czasami po wysłuchaniu muzyki zbierasz szczękę z podłogi, a słowa nie są w stanie oddać tego co usłyszałeś.

I tak jest właśnie z tą płytą.





 

niedziela, 7 maja 2023

WIZZARD - Wizzard Brew /1973/

 


1. You Can Dance the Rock 'n' Roll
2. Meet Me at the Jailhouse
3. Jolly Cup of Tea
4. Buffalo Station - Get on Down to Memphis
5. Gotta Crush (About You)
6. Wear a Fast Gun

Roy Wood
Rick Price
Bill Hunt
Hugh "H" McDowell
Nick Pentelow
Mike Burney
Keith Smart
Charlie Grima
The Cowbag Choir

Był sobie kiedyś taki bożonarodzeniowy numer „I Wish It Could Be Christmas Everyday” nagrany przez zespół Wizzard, którego założycielem był Roy Wood. Muzyk już wówczas dał się poznać jako twórca The Move oraz Electric Light Orchestra. Otóż ten melodyjny utwór charakteryzuje się dość hałaśliwą nutą ale jest przystępny i na swój sposób doskonały. Zresztą wydane w tym czasie single zespołu pokazują co prawda „ciężki” ich charakter, ale mimo to wykazują się popową wrażliwością  i wędrują nawet na listy przebojów. Rok 1971 był dla Wooda pracowity, jeszcze kończył finałowy lp. The Move „Message From the Country”. Zabierał się wraz z Lynnem za debiut ELO, który z dodaną wiolonczelą i skrzypcami był na swój sposób nowatorski oraz dokonał nagrań na solowy album „Boulders”, na którym zagrał i zaśpiewał sam każdą nutę. Wiele fragmentów „Message From the Country” i „ELO 1” powstało podczas tych samych sesji. Kiedy muzycy kończyli piosenkę The Move, to przechodzili do innej piosenki jako ELO. W czerwcu 1972 roku było już po wszystkim i Roy Wood opuścił ELO by spędzić następne kilka lat nagrywając albo jako artysta solowy albo w zespole Wizzard, który wprowadził nowe dźwięki dla publiczności. No właśnie znając parę singli grupy można znaleźć pewne wskazówki tego, co  miało się pojawić na albumie, ale raczej nikt nie był przygotowany na ten szok, jaki wywiera muzyka zawarta na płycie
„Wizzard Brew”. Roy Wood ze swoją bandą jaskiniowców żyjących w ruinach rock and rolla próbują odtworzyć muzykę, która wżera się w twoje zwoje mózgowe czyniąc je przesiąkniętymi, owłosionymi potworami straszącymi dzieci na dobranoc. To pełen obraz rock’n’rolla utopionego w dziwacznym brudzie. A brzmi to tak, jakby dwa tuziny muzyków zostało umieszczonych w studio i zaczęło grać w tym samym czasie różne utwory. Jest tu coś w rodzaju ściany dźwięku, efekt osiągnięty przez rozmazanie dźwięku wielu instrumentów z zastosowaniem modulatora pierścieniowego, co daje płycie całkowicie unikalny dźwiękowy charakter. Wszystko brzmi mocno rozdmuchanie, intensywnie i okropnie, a pejzaż dźwiękowy jest bardzo gęsty i opresyjny, co może być męczące. Ale to jest całkiem świetne. Tutaj rockandrollowa dusza Wooda, dla której najwyraźniej nie starczyło miejsca w ELO, dostaje wolną rękę, przefiltrowaną przez aranżacje o niszczycielskiej mocy, wspierane przez rozbudowany zespół, który oprócz dobrze znanych umiejętności Wooda jako multiinstrumentalisty, zawiera dwóch perkusistów, chór, instrumenty dęte i smyczki wszelkiego rodzaju. Otwierający „You Can Dance To Rock and Roll” od razu jasno określa brzmienie albumu. Wprowadzenie bombastycznym mini duetem perkusyjnym, szybko ustępuje miejsca zniekształconemu rock and rollowi napędzanemu przez łomoczące wiolonczele z ostrym głosem Wooda, również zniekształconym. Jednak to w „Meet Me At the Jailhouse” sprawy nabierają zdecydowanie poważniejszego charakteru. Ciężki gitarowy riff w połączeniu z wiolonczelami tworzy wstęp do zawodzącego sola na saksofonie. Wkrótce potem Wood śpiewa w charakterystycznym dla siebie stylu, po czym rozpętuje się całe piekło. Nie ma sensu próbować opisywać tego, co dzieje się przez pozostałe 9 minut, ale wirujące efekty fazowania, ostre zniekształcenia, wyjące sprzężenia, panoramowanie stereo, spowolnione wokale, jeszcze więcej wiolonczeli i saksofonu to tylko kilka smaczków, które napotkacie słuchając tej „piosenki”. To też jeden z najdziwniejszych numerów jakie słyszałem w życiu. „Jolly Cup Of Tea” stanowi kontrast z resztą albumu. Ten numer utrzymany w duchu wodewilowym z orkiestrą dętą, zawierający zmasowane męskie głosy i gwizdki z łatwością mógłby zostać nagrany przez Bonzo Dog Doo Dah Band. Doskonały i przyjemny numer. Szaleństwo Wooda i jego muzyki odzwierciedla się nawet w pastiszu Elvisa Presleya „Gotta Crush (About You)”, w którym plączą się, pokryte wieloma warstwami wokali, gitar, dęciaków i fortepianu tony brylantyny grzecznie świecące w obrazie. Ten krótki i zabawny utwór prowadzi nas do zamknięcia albumu. I to nie byle jakiego zamknięcia. „Wear A Fast Gun” wspaniały, powolny i melodyjny numer jest kolejną okazją dla Roya Wooda do pokazania swojego niezrównanego talentu kompozytorskiego i interpretacyjnego. Cudowna psychodeliczna melodia ozdobiona w pierwszej części fanfarami, wiruje świecącymi rogami i wzdychającymi harmoniami. Pięć minut później gitary i perkusja zatrzymują się i słyszymy jeszcze piękniejszą sekcję, którą zajmują waltornie i smyczki. Barokowa etiuda przyjemnie wypełnia uszy, a całość jest tak fajna, że nie chcesz aby się skończyła. Świetlista koda zamykająca utwór pozostawia trzepoczący swobodnie przez kilka sekund dźwięk fletu, który gasi światło nad płytą i pozwala odejść nutom w dalszą przestrzeń.

I oto mamy część uroku słuchania „Wizzard Brew”. 







niedziela, 23 kwietnia 2023

THE KINKS - Lola Versus Powerman and the Moneygoround Part One /1970/

 

1. The Contenders - 2:41
2. Strangers (Dave Davies) - 3:18
3. Denmark Street - 1:59
4. Get Back In Line - 3:04
5. Lola - 4:01
6. Top Of The Pops - 3:39
7. The Moneygoround - 1:43
8. This Time Tomorrow - 3:21
9. A Long Way From Home - 1:52
10.Rats (Dave Davies) - 2:38
11.Apeman - 3:51
12.Powerman - 4:16
13.Got To Be Free - 2:59

*Ray Davies - Lead Vocals, Guitar, Harmonica, Keyboards, Resonator Guitar
*Dave Davies - Lead Guitar, Banjo.  Vocals
*Mick Avory - Drums, Percussion
*John Dalton - Bass Guitar, Backing Vocals
*John Gosling - Keyboards, Piano, Organ

Temat działalności wytwórni muzycznych względem wykonawców podejmowany był nie raz ani dwa. Niektóre prace dają nam prawdziwy wgląd w te sytuacje. Zaczynasz z wysokimi artystycznymi aspiracjami, a okazuje się, że trafiłeś do systemu tak brudnego jak cuchnący kanał. Świetnie opisał całą sprawę Ray Davies na wydanym w 1970 roku albumie „Lola Versus Powerman and the Moneygoround Part One”. W tym czasie kariera The Kinks lekko się zachwiała. Ich ostatnie dwa albumy spotkały się z ogromnym uznaniem krytyki, ale nie sprzedały się zbyt dobrze. Z powodu zakazu występów w USA wysiłki promocyjne przyniosły znikome efekty i wtedy na drogę wkroczył przemysł muzyczny: chciwy dyrektorzy, brak kontroli nad ich wydawnictwami, szybkie i luźne praktyki księgowe, presja pisania przebojowych singli i sprzedawania miliardów albumów. Davies na swój sposób zareagował na tą sytuację. Wykorzystując swój dowcip oraz celny komentarz stworzył szereg piosenek dodając do nich jeszcze rodzynkowy szczyt: ponadczasowy przebój. Przemysł muzyczny dostaje tu niezłego łupnia i to w sposób inteligentny i gustowny. W końcu wersy: „Idziesz do wydawcy i grasz mu swoją piosenkę/ On mówi „Nienawidzę twojej muzyki i masz za długie włosy/ Ale podpiszę kontrakt, bo nie chciałbym się mylić”” są wystarczająco mocne.

Album rozpoczyna się folkowo bluesowym „The Contenders”, po czym następuje jedna z najbardziej poruszających piosenek, jakie słyszałem, „Strangers”, Dave’a Daviesa. Numer jest muzycznym i lirycznym arcydziełem, z prostą strukturą akordów i aranżacją, posiloną niemal żałobną perkusją Micka Avory’ego, służącą wzmocnieniu oddziaływania słów:  „Więc jesteś tu, gdzie przybyłem/ z ziemi, skąd przybywają przegrani/ więc będziemy dzielić tę drogę, którą podążamy/ uważaj na nasze słowa i strzeż naszych rozmów/ Weźmiemy co chcemy i rozdamy resztę/ nieznajomi na drodze, na której jesteśmy/ nie jesteśmy dwojgiem, jesteśmy jednością”. Po napisaniu tej pięknej rzeczy, naturalnym jest podzielić się nią ze światem. I tutaj rozpoczyna się atak na wydawcę, który ma swój „nos” i wie swoje. „Masz melodię, która jest w twojej głowie, chcesz ją umieścić/ więc bierzesz ją do wydawcy, żeby zobaczyć co powie/ on mówi „Nienawidzę melodii, nienawidzę słów, ale powiem ci co zrobię”/ Podpiszę kontrakt i zabiorę na ulicę, zobaczę czy to się uda/ może nawet usłyszysz ją na rockandrollowej paradzie przebojów”. Nasz bohater opuszcza „Denmark Street” całkowicie zniechęcony tym doświadczeniem i zbulwersowany komercjalizacją muzyki, jak i ordynarnym odrzuceniem jego twórczości. Następnym krokiem jest zwątpienie. „Get Back In Line” porusza kwestię społecznego piętna bezrobocia, jest to utwór bliski sercu zespołu o tak silnych robotniczych korzeniach. Ale wers: „Teraz myślę o tym, co powiedziała mi moja mama/ zawsze mówiła, że to się nigdy nie uda” oddaje drugą stronę. Muzycznie Dave ciekawie używa techniki bottleneck, która zostaje wzmocniona przez soulowe brzmienie organów elektrycznych. Zdesperowany bohater, by uniknąć życia w cichej desperacji, wraca do gitary i tworzy chwytliwa piosenkę z mocnym haczykiem. Temat transwestytyzmu odegrał znacząca rolę w latach 70-tych w twórczości takich artystów jak David Bowie i Lou Reed, a „Lola” w znacznym stopniu wprawiła koła w ruch. Osadzone na tle „starego Soho” Davies opisuje spotkanie z osobą, która „chodzi jak kobieta, ale mówi jak mężczyzna”. Chwytliwy refren sprawia, że jest to jeden z największych singli Kinksów. Mam wrażenie, że Ray Davies mógłby pisać hit za hitem, gdyby tylko chciał. Oczywiście dostałeś się na „Top of the Pops”. To najbardziej pogardliwy numer, który w sarkastyczny sposób pokazuje, że bycie ma szczycie listy przebojów nagle sprawia, że wszyscy stają się twoimi najlepszymi przyjaciółmi, a magazyny zadają setki bzdurnych pytań byle tylko cię dopaść. Ten tekst pokazuje drogę na szczyt po kolei: „Teraz moja płyta jest numerem 11 w BBC/ ale numer 7 w NME/ teraz Melody Maker chce przeprowadzić ze mną wywiad/ i zapytać o mój pogląd na politykę i teorie na temat religii/ Teraz moje płyta jest pod numerem 3/ a pewna kobieta rozpoznała mnie i zaczęła krzyczeć/ to wszystko wydaje się być szalonym snem/ zostałem zaproszony na kolacje z królową/ i teraz mam przyjaciół, o których istnieniu nie miałem pojęcia/ To dziwne, jak ludzie chcą cię mieć, gdy twoja płyta jest tak wysoko/ teraz mój agent zadzwonił do mnie i powiedział/ „Synu, twoja płyta jest na pierwszym miejscu”. Tak to działa, nieprawdaż? „The Moneygoround” jest jeszcze bardziej osobisty. Davies lamentuje: „Jeśli kiedykolwiek dostanę swoje pieniądze, będę zbyt stary i siwy, by je wydać”. Ostatni rozdział albumu również nie zawodzi. Rozdzierający serce „This Time Tomorrow” posiada tak silną melodię, że pozostaje w głowie przez kilka dni, a aranżacja łączy w sobie zarówno subtelność jak i siłę. Każda zmiana wiąże się ze stratą, a „A Long Way from Home” daje naszemu bohaterowi okazję do autorefleksji nad wszystkim, co stracił w pogoni i osiągnięciu sukcesu. Jego spokojną zadumę przerywają ostre dźwięki gitary w „Rats”, podróży przez metropolię, osoby, która ma już absolutnie dość tego zgiełku i przepychania się łokciami. A od tego już tylko krok do fantazji o ucieczce od społeczeństwa do kobiety którą: „Będę cię ogrzewał, a ty będziesz utrzymywać mnie przy zdrowych zmysłach/ będziemy siedzieć na drzewie i jeść banany przez cały dzień”. Blues rockowy numer „Powerman” jest kolejnym atakiem na przemysł muzyczny, choć bohater wydaje się być pogodzony ze swoim losem i odnajduje w nim dodatnie strony: „ On ma moje pieniądze i prawa wydawnicze/ ale ja mam swoją dziewczynę i jest mi dobrze”. Całość zamyka bardziej optymistyczny „Got To Free”, który oparty jest częściowo na otwieraczu. Bohater zakreśla koło ale „Dostałem wolność robienia tego, co chcę, mówienia tego, co chcę i przeklinania, jeśli lubię”.

Więc jeśli chodzi o wielkie rockandrollowe pierdol się, to ten album jest jednym z najlepszych.




niedziela, 2 kwietnia 2023

FERRE GRIGNARD - Captain Disaster /1968/

 


 

1.   I Won’t Have A Dance
2.   Tell Me Now
3.   Yama Hey
4.   My Friend
5.   Hansie Pansy
6.   Down In The Valley
7.   The Pirate Song
8.   Pleasure Train
9.   Captain Disaster
10. The Lost Affair



Oto artysta wyklęty, urodzony w 1939 roku w środowisku mieszczańskim, z którym później nie chciał mieć wiele wspólnego. Studiował sztukę, uzyskał dyplom beatnika, by w końcu udać się na emigrację do Stanów Zjednoczonych. Wrócił do Europy i założył zespół muzyczny wraz z bratem i kumplem. Ich występy odbywały się pod koniec lat 50-tych i zyskały pewną sławę na antwerpskiej scenie artystycznej. Czasem ludzie mówili – „On ma bluesa, mimo że nie mówi ani słowa po angielsku”. Ferre Grignard nauczył się gry na gitarze będąc harcerzem a podczas wielu harcerskich spotkań i obozów tworzył muzykę, którą sam wykonywał. Był to początek rockowego szaleństwa, a nagrania były w stylu modnego wówczas skiffla, który nieco później prześlizgnął się w bluesa. Charakterystyczny, nosowy skifflowy wokal towarzyszyć będzie artyście przez całą drogę muzyczną. Wraz z swoim zespołem Grignard bierze udział nawet w konkursie piosenki, który zresztą wygrywa co daje mu i kolegom impulsu do późniejszej kariery. W 1964 roku w Antwerpii otwarto kawiarnię muzyczną De Muze i Grignardowi pozwolono tam występować w każdy czwartek a towarzyszyli mu George Smits grający n a gitarze i harmonijce oraz Miel De Somer na washboardzie. Ich świetna piosenka „Ring Ring I’ve Got To Sing” odniosła tam taki sukces, że jeden z właścicieli De Muze, Walter Masselis, zainwestował pieniądze na wydanie jej na singlu. Pierwsze 500 egzemplarzy sprzedało się natychmiast. Łowca talentów z wytwórni Philips, Hans Kusters zlecił  wykonanie nowego nagrania i singiel stał się hitem w krajach Beneluksu i Francji. Śpiewane w łamanym angielskim, sprawiającym niechlujne wykonanie piosenki „Ring, Ring I’ve Got To Play” i „”My Crucified Jesus” oferowały mieszankę skiffle w stylu Lonnie Donegana i szorstkiego bluesa. Ferre Grignard ze swoim hipisowskim wizerunkiem, długimi włosami i nonszalanckim wyglądem nazywany był czasem flamandzkim Bobem Dylanem. Muzycznie również oscylował wokół autora „Like A Rolling Stone”. W 1966 roku Grignard wystąpił w paryskiej Olimpii, a następnie w słynnym Star Clubie w Hamburgu. W planach były też występy w Londynie. Pomimo, że nic z nich nie wyszło, Ferre zaczął być sławnym a po wydaniu drugiej płyty „Captain Disaster” nawet bogatym. Grignard żył zgodnie ze swoim wizerunkiem: dziko i swobodnie.

Podobna była muzyka zawarta na tym krążku, utrzymana w duchu psychodelicznego folku. Muzyk zabiera nas w swoje własne miejsce, flirtuje z szamańskimi rytmami ale ukazuje też swoje intymne wcielenie. Album wyprodukował Rikki Stein, który do tej mieszanki oryginałów oraz odświeżonych tradycyjnych utworów dodał sporą dawkę orkiestracji wspomaganą efektami psychodelicznymi. Już początek płyty pokazuje efekty działań całej ekipy. Prosta, akustyczna gitara, na którą dodaje swój jęczący wokal Grignard staje się coraz bardziej intrygująca, po tym jak Stein dodaje różnego rodzaju psychodeliczne orkiestracje. Numer nabiera kolorytu a końcowy efekt jest naprawdę fascynujący. Zresztą, nostalgia i intymność o której wspominałem odbija się szerokim echem w „Tell Me Now”, która mogłaby być typową popową balladą, gdyby nie kolejne efekty produkcyjne Steina. Tym razem podrasował on wokal Ferre’ego oraz dodał strumień psychodelicznych smyczków, nadając całości charakter kwasowego nastroju. Ale cały album nie jest w tym klimacie. Oto „Yama, Yama Hey”. Intensywny wpływ Dylana absolutnie nie przeszkadza a refren wręcz dobija do tych samych drzwi co mistrz. Ten chwytliwy i radosny tekst „Yama, Yama, Hey” długo błąka się w głowie i z trudem ją opuszcza. I jeszcze raz „yamma, yeeteee,  yammma, yeetee, hey”. A to nie wszystko. „My Friend” obraca się w mocno kwasowych odlotach wspartych brzęczącą w tle gitarą i wysuniętą na pierwszy plan nutą orkiestry natomiast „Hansie Pansy” poszukuje mrocznych dźwięków, wprowadzając na płycie niepokój i niepewność. Halucynacyjny i niechlujny „Down In The Valley” toczy się niczym parowóz po rowkach i nawet nie wiesz kiedy już dojeżdża do stacji. Ta chwytliwa melodia trzymająca countrową gitarę wspomagana jest bluesową harmonijką, a całość brzmi jakby to było nagrane gdzieś na zapadłej stacji w środku Ameryki. Dlaczego więc zaraz nie wrzucić tradycyjnej morskiej szanty, opowiadającej o starych wilkach morskich. „The Pirate Song” ponownie wyróżnia się fantastyczną melodią i interpretacją godną pochwały. Nie sposób tez przejść obojętnie przy tytułowym numerze. Otoczony rockową aranżacją jest chyba najbardziej komercyjnym przejawem albumu. Wokal Grignarda brzmi jakby walił z bicza a nakładki Steina spowalniające numer nakrywa psychodeliczny koc.

I taka to jest płyta tego zapomnianego belgijskiego barda, bo kto jeszcze pamięta zapomnianych belgijskich bardów.

 

Ps. Ferre Grignard nigdy nie płacił podatków ze swoich tantiem, więc jego majątek w 1979 roku został publicznie sprzedany a on sam trzy lata później umarł w nędzy.






sobota, 18 marca 2023

KALEIDOSCOPE - White Faced Lady /1970/


Disc 1
1. Overture - 2:47
2. Broken Mirrors - 2:49
3. Angel's Song: "Dear Elvis Presley..." - 2:38
4. Nursey, Nursey - 3:47
5. Small Song - Heaven In The Back Row - 3:21
6. Burning Bright - 2:03
7. The Matchseller - 3:50
8. The Coronation Of The Fledgling - 2:14
9. All Hail To The Hero - 3:09
10. White-Faced Lady - 4:46
Disc 2
1. Freefall - 5:13
2. Standing - 1:47
3. Diary Song: The Indian Head - 4:24
4. Song From Jon - 7:51
5. Long Way Down - 4:05
6. The Locket - 2:58
7. Picture With Conversation - 3:38
8. Epitaph: Angel - 7:54



*Eddy Pumer - Lead Guitar, Keyboards
*Steve Clark - Bass, Flute.
*Dan Bridgman - Drums, Percussions.
*Peter Daltrey - Lead Vocals, Keyboards




Peter Daltrey: „Wraz z Edem napisaliśmy wiele piosenek i w pewnym momencie powiedziałem do niego: „Te piosenki, które piszemy mają jakiś nastrój, rodzaj połączenia. Może je połączyć i napisać więcej tej historii”. Rozmawialiśmy z Dave’em i był tym zachwycony. Więc Ed i ja przez następne sześć miesięcy siedzieliśmy i pisaliśmy dalszy ciąg. Napisałem historię do nich i połączyliśmy kawałki. Poszliśmy i nagraliśmy to z błogosławieństwem gościa z Vertigo, Olava Wypera. Jednak po nagraniu taśm, gdy całość miała być ruszona, Olav powiedział, że odchodzi z Vertigo i że nie ma tam nikogo kto chciałby się podjąć zaczętych jego projektów. Z tego powodu byliśmy spłukani i zespół rozpadł się. Wprawdzie Olav dawał nam nadzieję mówiąc: „Idę, do RCA. Przynieście ten album do RCA, kiedy już się zadomowię. Dajcie mi kilka tygodni. Tam załatwimy sprawę”. Dave poszedł zobaczyć się z Olavem w RCA, który powiedział: „Przykro mi. Nie mogę tego zrobić. Szefowie RCA nie pozwalają mi robić niczego, w co byłem zaangażowany w Vertigo”. Zostaliśmy złapani w pułapkę. Poszliśmy do Island, Warner Brothers ale według nich czas na tego typu albumy właśnie się kończył”. I tak po raz kolejny historia sobie zadrwiła. Przecież wszystkowiedzący spece od robienia szmalu wiedzą wszystko najlepiej. Album pozostał niewydany przez ponad dwadzieścia lat, kiedy materiał w 1991 roku wydała niezależna wytwórnia UFO.

Opłaciło się? Nie wiem. Ale wiem, że to kolejny zagubiony klejnot brytyjskiej psychodelii, za którym wręcz szaleję.

Najogólniej rzecz biorąc, „White Faced Lady” plasuje się gdzieś pomiędzy albumem koncepcyjnym a rockową operą. Zawiera symfoniczną uwerturę, ale nie ma operowego dialogu „Tommy’ego”. Pod tym względem jest dość zbliżona strukturą do „S.F. Sorrow” The Pretty Things. Piosenki są oszałamiające, a aranżacje bezbłędne, podkreślające zarówno proste folkowe zmiany akordów, jak i wspaniałe melodie i melancholijne teksty piosenek. Historia podąża za tragicznym życiem niespokojnej gwiazdy filmowej o imieniu Angel, desperacko poszukującej zarówno miłości jak i sławy, ale nie znajdującej żadnej z nich. Podobno historia ta została luźno oparta na tragicznym życiu Marylin Monroe.

„White Faced Lady” to miejsce, w którym wszystko się połączyło dla Kaleidoscope. Głos Petera Daltreya nigdy nie był tak podobny. Utwory to samoistne perełki, które tylko Kaleidoscope mógł stworzyć.

Od samego początku wiadomo, ze czeka nas coś innego. „Overture” zawiera najbardziej klasyczne momenty całego albumu i łączy je w jedną z wielkich wstępów do całości. Orkiestra poprowadzona jest bardzo przyjemnie a uważny słuchacz znajdzie tam nawiązania do wcześniejszych dzieł grupy. Ścieżka usiana jest skrzypcami i symfonicznymi impulsami (cały Daltrey) a inspirowana jest XVII-wieczną muzyką barokową. Pierwsza część albumu ma w sobie coś figlarnego, radosnego i młodzieńczego. Obracające się w okolicach wcześniejszych brzmień nagrania, pełne są świetnych melodii z dominującymi akustycznymi gitarami, fletami, pełną orkiestrą i chórem. Taki „Broken Mirrors” to perełka miękkości i dyskrecji. Trzeba by być szalonym, by zaprzeczyć pięknu tych całkowicie urzekających melodii, bo gdy tylko dasz się uwieźć tym sennym chwilom, przepysznym instrumentacjom czy najbardziej misternej finezji to wrota raju zastaniesz otwarte. I nie ma co się dziwić, Peter jest najbardziej hojnym artystą, jaki istnieje. Jego żarliwość, jego liryzm, jego romantyzm są wszędzie, ratując go cały czas przed kiczem. Wszystko co nagrywa, brzmi jak sen, jest czyste i szczere. Ten podwójny album ze swoim zróżnicowaniem całkowicie nie nuży a smaczki jakie nam serwuje pełne są delikatesów. Druga płyta brzmi mniej zabawowo, jest poważniejsza. Wypełniające ją numery są czasami ostrzejsze, czasami brzmią tak jasno i bąbelkowo jak szklanka musującej lemoniady. Złożone i zagmatwane aranżacje mieszają się z psychodelicznymi elementami. Muzyka staje się czymś innym niż muzyką, tworzy fale obrazów, urzeka w najwyższym punkcie. Trzy ostatnie numery, które przewyższają wszystko, są totalnym cudem ale dają nam też najbardziej ponure dźwięki, gdyż to właśnie w nich Angel szybko zmierza ku swojej śmierci.

„Long Way Down” to odpowiednie pożegnanie, mające wspaniałą początkową nutkę, która prowadzi do porywającego refrenu. Wokal Daltreya jest tu po prostu rewelacyjny. „The Locket” jest opisem śmierci Angel. Muzycznie wydaje się, że Angel wreszcie odpocznie a  wszelkie smutki i troski przeminą. „Picture With Conversation” służy przejrzeniu się w lustrze tylko po to, by zaraz dobić słuchacza w zamykającym album numerze „Epitaph: Angel”. Sama muzyka puchnie i opada wraz z emocjami, przechodząc od ciszy do chóru, przez akustyczne dźwięki do pełnej orkiestry i z powrotem do tych kilku ostatnich nut granych na gitarze, które dają ci znać, że właśnie wysłuchałeś czegoś niepodobnego do niczego, co znałeś wcześniej ani później.