niedziela, 7 maja 2023

WIZZARD - Wizzard Brew /1973/

 


1. You Can Dance the Rock 'n' Roll
2. Meet Me at the Jailhouse
3. Jolly Cup of Tea
4. Buffalo Station - Get on Down to Memphis
5. Gotta Crush (About You)
6. Wear a Fast Gun

Roy Wood
Rick Price
Bill Hunt
Hugh "H" McDowell
Nick Pentelow
Mike Burney
Keith Smart
Charlie Grima
The Cowbag Choir

Był sobie kiedyś taki bożonarodzeniowy numer „I Wish It Could Be Christmas Everyday” nagrany przez zespół Wizzard, którego założycielem był Roy Wood. Muzyk już wówczas dał się poznać jako twórca The Move oraz Electric Light Orchestra. Otóż ten melodyjny utwór charakteryzuje się dość hałaśliwą nutą ale jest przystępny i na swój sposób doskonały. Zresztą wydane w tym czasie single zespołu pokazują co prawda „ciężki” ich charakter, ale mimo to wykazują się popową wrażliwością  i wędrują nawet na listy przebojów. Rok 1971 był dla Wooda pracowity, jeszcze kończył finałowy lp. The Move „Message From the Country”. Zabierał się wraz z Lynnem za debiut ELO, który z dodaną wiolonczelą i skrzypcami był na swój sposób nowatorski oraz dokonał nagrań na solowy album „Boulders”, na którym zagrał i zaśpiewał sam każdą nutę. Wiele fragmentów „Message From the Country” i „ELO 1” powstało podczas tych samych sesji. Kiedy muzycy kończyli piosenkę The Move, to przechodzili do innej piosenki jako ELO. W czerwcu 1972 roku było już po wszystkim i Roy Wood opuścił ELO by spędzić następne kilka lat nagrywając albo jako artysta solowy albo w zespole Wizzard, który wprowadził nowe dźwięki dla publiczności. No właśnie znając parę singli grupy można znaleźć pewne wskazówki tego, co  miało się pojawić na albumie, ale raczej nikt nie był przygotowany na ten szok, jaki wywiera muzyka zawarta na płycie
„Wizzard Brew”. Roy Wood ze swoją bandą jaskiniowców żyjących w ruinach rock and rolla próbują odtworzyć muzykę, która wżera się w twoje zwoje mózgowe czyniąc je przesiąkniętymi, owłosionymi potworami straszącymi dzieci na dobranoc. To pełen obraz rock’n’rolla utopionego w dziwacznym brudzie. A brzmi to tak, jakby dwa tuziny muzyków zostało umieszczonych w studio i zaczęło grać w tym samym czasie różne utwory. Jest tu coś w rodzaju ściany dźwięku, efekt osiągnięty przez rozmazanie dźwięku wielu instrumentów z zastosowaniem modulatora pierścieniowego, co daje płycie całkowicie unikalny dźwiękowy charakter. Wszystko brzmi mocno rozdmuchanie, intensywnie i okropnie, a pejzaż dźwiękowy jest bardzo gęsty i opresyjny, co może być męczące. Ale to jest całkiem świetne. Tutaj rockandrollowa dusza Wooda, dla której najwyraźniej nie starczyło miejsca w ELO, dostaje wolną rękę, przefiltrowaną przez aranżacje o niszczycielskiej mocy, wspierane przez rozbudowany zespół, który oprócz dobrze znanych umiejętności Wooda jako multiinstrumentalisty, zawiera dwóch perkusistów, chór, instrumenty dęte i smyczki wszelkiego rodzaju. Otwierający „You Can Dance To Rock and Roll” od razu jasno określa brzmienie albumu. Wprowadzenie bombastycznym mini duetem perkusyjnym, szybko ustępuje miejsca zniekształconemu rock and rollowi napędzanemu przez łomoczące wiolonczele z ostrym głosem Wooda, również zniekształconym. Jednak to w „Meet Me At the Jailhouse” sprawy nabierają zdecydowanie poważniejszego charakteru. Ciężki gitarowy riff w połączeniu z wiolonczelami tworzy wstęp do zawodzącego sola na saksofonie. Wkrótce potem Wood śpiewa w charakterystycznym dla siebie stylu, po czym rozpętuje się całe piekło. Nie ma sensu próbować opisywać tego, co dzieje się przez pozostałe 9 minut, ale wirujące efekty fazowania, ostre zniekształcenia, wyjące sprzężenia, panoramowanie stereo, spowolnione wokale, jeszcze więcej wiolonczeli i saksofonu to tylko kilka smaczków, które napotkacie słuchając tej „piosenki”. To też jeden z najdziwniejszych numerów jakie słyszałem w życiu. „Jolly Cup Of Tea” stanowi kontrast z resztą albumu. Ten numer utrzymany w duchu wodewilowym z orkiestrą dętą, zawierający zmasowane męskie głosy i gwizdki z łatwością mógłby zostać nagrany przez Bonzo Dog Doo Dah Band. Doskonały i przyjemny numer. Szaleństwo Wooda i jego muzyki odzwierciedla się nawet w pastiszu Elvisa Presleya „Gotta Crush (About You)”, w którym plączą się, pokryte wieloma warstwami wokali, gitar, dęciaków i fortepianu tony brylantyny grzecznie świecące w obrazie. Ten krótki i zabawny utwór prowadzi nas do zamknięcia albumu. I to nie byle jakiego zamknięcia. „Wear A Fast Gun” wspaniały, powolny i melodyjny numer jest kolejną okazją dla Roya Wooda do pokazania swojego niezrównanego talentu kompozytorskiego i interpretacyjnego. Cudowna psychodeliczna melodia ozdobiona w pierwszej części fanfarami, wiruje świecącymi rogami i wzdychającymi harmoniami. Pięć minut później gitary i perkusja zatrzymują się i słyszymy jeszcze piękniejszą sekcję, którą zajmują waltornie i smyczki. Barokowa etiuda przyjemnie wypełnia uszy, a całość jest tak fajna, że nie chcesz aby się skończyła. Świetlista koda zamykająca utwór pozostawia trzepoczący swobodnie przez kilka sekund dźwięk fletu, który gasi światło nad płytą i pozwala odejść nutom w dalszą przestrzeń.

I oto mamy część uroku słuchania „Wizzard Brew”. 







niedziela, 23 kwietnia 2023

THE KINKS - Lola Versus Powerman and the Moneygoround Part One /1970/

 

1. The Contenders - 2:41
2. Strangers (Dave Davies) - 3:18
3. Denmark Street - 1:59
4. Get Back In Line - 3:04
5. Lola - 4:01
6. Top Of The Pops - 3:39
7. The Moneygoround - 1:43
8. This Time Tomorrow - 3:21
9. A Long Way From Home - 1:52
10.Rats (Dave Davies) - 2:38
11.Apeman - 3:51
12.Powerman - 4:16
13.Got To Be Free - 2:59

*Ray Davies - Lead Vocals, Guitar, Harmonica, Keyboards, Resonator Guitar
*Dave Davies - Lead Guitar, Banjo.  Vocals
*Mick Avory - Drums, Percussion
*John Dalton - Bass Guitar, Backing Vocals
*John Gosling - Keyboards, Piano, Organ

Temat działalności wytwórni muzycznych względem wykonawców podejmowany był nie raz ani dwa. Niektóre prace dają nam prawdziwy wgląd w te sytuacje. Zaczynasz z wysokimi artystycznymi aspiracjami, a okazuje się, że trafiłeś do systemu tak brudnego jak cuchnący kanał. Świetnie opisał całą sprawę Ray Davies na wydanym w 1970 roku albumie „Lola Versus Powerman and the Moneygoround Part One”. W tym czasie kariera The Kinks lekko się zachwiała. Ich ostatnie dwa albumy spotkały się z ogromnym uznaniem krytyki, ale nie sprzedały się zbyt dobrze. Z powodu zakazu występów w USA wysiłki promocyjne przyniosły znikome efekty i wtedy na drogę wkroczył przemysł muzyczny: chciwy dyrektorzy, brak kontroli nad ich wydawnictwami, szybkie i luźne praktyki księgowe, presja pisania przebojowych singli i sprzedawania miliardów albumów. Davies na swój sposób zareagował na tą sytuację. Wykorzystując swój dowcip oraz celny komentarz stworzył szereg piosenek dodając do nich jeszcze rodzynkowy szczyt: ponadczasowy przebój. Przemysł muzyczny dostaje tu niezłego łupnia i to w sposób inteligentny i gustowny. W końcu wersy: „Idziesz do wydawcy i grasz mu swoją piosenkę/ On mówi „Nienawidzę twojej muzyki i masz za długie włosy/ Ale podpiszę kontrakt, bo nie chciałbym się mylić”” są wystarczająco mocne.

Album rozpoczyna się folkowo bluesowym „The Contenders”, po czym następuje jedna z najbardziej poruszających piosenek, jakie słyszałem, „Strangers”, Dave’a Daviesa. Numer jest muzycznym i lirycznym arcydziełem, z prostą strukturą akordów i aranżacją, posiloną niemal żałobną perkusją Micka Avory’ego, służącą wzmocnieniu oddziaływania słów:  „Więc jesteś tu, gdzie przybyłem/ z ziemi, skąd przybywają przegrani/ więc będziemy dzielić tę drogę, którą podążamy/ uważaj na nasze słowa i strzeż naszych rozmów/ Weźmiemy co chcemy i rozdamy resztę/ nieznajomi na drodze, na której jesteśmy/ nie jesteśmy dwojgiem, jesteśmy jednością”. Po napisaniu tej pięknej rzeczy, naturalnym jest podzielić się nią ze światem. I tutaj rozpoczyna się atak na wydawcę, który ma swój „nos” i wie swoje. „Masz melodię, która jest w twojej głowie, chcesz ją umieścić/ więc bierzesz ją do wydawcy, żeby zobaczyć co powie/ on mówi „Nienawidzę melodii, nienawidzę słów, ale powiem ci co zrobię”/ Podpiszę kontrakt i zabiorę na ulicę, zobaczę czy to się uda/ może nawet usłyszysz ją na rockandrollowej paradzie przebojów”. Nasz bohater opuszcza „Denmark Street” całkowicie zniechęcony tym doświadczeniem i zbulwersowany komercjalizacją muzyki, jak i ordynarnym odrzuceniem jego twórczości. Następnym krokiem jest zwątpienie. „Get Back In Line” porusza kwestię społecznego piętna bezrobocia, jest to utwór bliski sercu zespołu o tak silnych robotniczych korzeniach. Ale wers: „Teraz myślę o tym, co powiedziała mi moja mama/ zawsze mówiła, że to się nigdy nie uda” oddaje drugą stronę. Muzycznie Dave ciekawie używa techniki bottleneck, która zostaje wzmocniona przez soulowe brzmienie organów elektrycznych. Zdesperowany bohater, by uniknąć życia w cichej desperacji, wraca do gitary i tworzy chwytliwa piosenkę z mocnym haczykiem. Temat transwestytyzmu odegrał znacząca rolę w latach 70-tych w twórczości takich artystów jak David Bowie i Lou Reed, a „Lola” w znacznym stopniu wprawiła koła w ruch. Osadzone na tle „starego Soho” Davies opisuje spotkanie z osobą, która „chodzi jak kobieta, ale mówi jak mężczyzna”. Chwytliwy refren sprawia, że jest to jeden z największych singli Kinksów. Mam wrażenie, że Ray Davies mógłby pisać hit za hitem, gdyby tylko chciał. Oczywiście dostałeś się na „Top of the Pops”. To najbardziej pogardliwy numer, który w sarkastyczny sposób pokazuje, że bycie ma szczycie listy przebojów nagle sprawia, że wszyscy stają się twoimi najlepszymi przyjaciółmi, a magazyny zadają setki bzdurnych pytań byle tylko cię dopaść. Ten tekst pokazuje drogę na szczyt po kolei: „Teraz moja płyta jest numerem 11 w BBC/ ale numer 7 w NME/ teraz Melody Maker chce przeprowadzić ze mną wywiad/ i zapytać o mój pogląd na politykę i teorie na temat religii/ Teraz moje płyta jest pod numerem 3/ a pewna kobieta rozpoznała mnie i zaczęła krzyczeć/ to wszystko wydaje się być szalonym snem/ zostałem zaproszony na kolacje z królową/ i teraz mam przyjaciół, o których istnieniu nie miałem pojęcia/ To dziwne, jak ludzie chcą cię mieć, gdy twoja płyta jest tak wysoko/ teraz mój agent zadzwonił do mnie i powiedział/ „Synu, twoja płyta jest na pierwszym miejscu”. Tak to działa, nieprawdaż? „The Moneygoround” jest jeszcze bardziej osobisty. Davies lamentuje: „Jeśli kiedykolwiek dostanę swoje pieniądze, będę zbyt stary i siwy, by je wydać”. Ostatni rozdział albumu również nie zawodzi. Rozdzierający serce „This Time Tomorrow” posiada tak silną melodię, że pozostaje w głowie przez kilka dni, a aranżacja łączy w sobie zarówno subtelność jak i siłę. Każda zmiana wiąże się ze stratą, a „A Long Way from Home” daje naszemu bohaterowi okazję do autorefleksji nad wszystkim, co stracił w pogoni i osiągnięciu sukcesu. Jego spokojną zadumę przerywają ostre dźwięki gitary w „Rats”, podróży przez metropolię, osoby, która ma już absolutnie dość tego zgiełku i przepychania się łokciami. A od tego już tylko krok do fantazji o ucieczce od społeczeństwa do kobiety którą: „Będę cię ogrzewał, a ty będziesz utrzymywać mnie przy zdrowych zmysłach/ będziemy siedzieć na drzewie i jeść banany przez cały dzień”. Blues rockowy numer „Powerman” jest kolejnym atakiem na przemysł muzyczny, choć bohater wydaje się być pogodzony ze swoim losem i odnajduje w nim dodatnie strony: „ On ma moje pieniądze i prawa wydawnicze/ ale ja mam swoją dziewczynę i jest mi dobrze”. Całość zamyka bardziej optymistyczny „Got To Free”, który oparty jest częściowo na otwieraczu. Bohater zakreśla koło ale „Dostałem wolność robienia tego, co chcę, mówienia tego, co chcę i przeklinania, jeśli lubię”.

Więc jeśli chodzi o wielkie rockandrollowe pierdol się, to ten album jest jednym z najlepszych.




niedziela, 2 kwietnia 2023

FERRE GRIGNARD - Captain Disaster /1968/

 


 

1.   I Won’t Have A Dance
2.   Tell Me Now
3.   Yama Hey
4.   My Friend
5.   Hansie Pansy
6.   Down In The Valley
7.   The Pirate Song
8.   Pleasure Train
9.   Captain Disaster
10. The Lost Affair



Oto artysta wyklęty, urodzony w 1939 roku w środowisku mieszczańskim, z którym później nie chciał mieć wiele wspólnego. Studiował sztukę, uzyskał dyplom beatnika, by w końcu udać się na emigrację do Stanów Zjednoczonych. Wrócił do Europy i założył zespół muzyczny wraz z bratem i kumplem. Ich występy odbywały się pod koniec lat 50-tych i zyskały pewną sławę na antwerpskiej scenie artystycznej. Czasem ludzie mówili – „On ma bluesa, mimo że nie mówi ani słowa po angielsku”. Ferre Grignard nauczył się gry na gitarze będąc harcerzem a podczas wielu harcerskich spotkań i obozów tworzył muzykę, którą sam wykonywał. Był to początek rockowego szaleństwa, a nagrania były w stylu modnego wówczas skiffla, który nieco później prześlizgnął się w bluesa. Charakterystyczny, nosowy skifflowy wokal towarzyszyć będzie artyście przez całą drogę muzyczną. Wraz z swoim zespołem Grignard bierze udział nawet w konkursie piosenki, który zresztą wygrywa co daje mu i kolegom impulsu do późniejszej kariery. W 1964 roku w Antwerpii otwarto kawiarnię muzyczną De Muze i Grignardowi pozwolono tam występować w każdy czwartek a towarzyszyli mu George Smits grający n a gitarze i harmonijce oraz Miel De Somer na washboardzie. Ich świetna piosenka „Ring Ring I’ve Got To Sing” odniosła tam taki sukces, że jeden z właścicieli De Muze, Walter Masselis, zainwestował pieniądze na wydanie jej na singlu. Pierwsze 500 egzemplarzy sprzedało się natychmiast. Łowca talentów z wytwórni Philips, Hans Kusters zlecił  wykonanie nowego nagrania i singiel stał się hitem w krajach Beneluksu i Francji. Śpiewane w łamanym angielskim, sprawiającym niechlujne wykonanie piosenki „Ring, Ring I’ve Got To Play” i „”My Crucified Jesus” oferowały mieszankę skiffle w stylu Lonnie Donegana i szorstkiego bluesa. Ferre Grignard ze swoim hipisowskim wizerunkiem, długimi włosami i nonszalanckim wyglądem nazywany był czasem flamandzkim Bobem Dylanem. Muzycznie również oscylował wokół autora „Like A Rolling Stone”. W 1966 roku Grignard wystąpił w paryskiej Olimpii, a następnie w słynnym Star Clubie w Hamburgu. W planach były też występy w Londynie. Pomimo, że nic z nich nie wyszło, Ferre zaczął być sławnym a po wydaniu drugiej płyty „Captain Disaster” nawet bogatym. Grignard żył zgodnie ze swoim wizerunkiem: dziko i swobodnie.

Podobna była muzyka zawarta na tym krążku, utrzymana w duchu psychodelicznego folku. Muzyk zabiera nas w swoje własne miejsce, flirtuje z szamańskimi rytmami ale ukazuje też swoje intymne wcielenie. Album wyprodukował Rikki Stein, który do tej mieszanki oryginałów oraz odświeżonych tradycyjnych utworów dodał sporą dawkę orkiestracji wspomaganą efektami psychodelicznymi. Już początek płyty pokazuje efekty działań całej ekipy. Prosta, akustyczna gitara, na którą dodaje swój jęczący wokal Grignard staje się coraz bardziej intrygująca, po tym jak Stein dodaje różnego rodzaju psychodeliczne orkiestracje. Numer nabiera kolorytu a końcowy efekt jest naprawdę fascynujący. Zresztą, nostalgia i intymność o której wspominałem odbija się szerokim echem w „Tell Me Now”, która mogłaby być typową popową balladą, gdyby nie kolejne efekty produkcyjne Steina. Tym razem podrasował on wokal Ferre’ego oraz dodał strumień psychodelicznych smyczków, nadając całości charakter kwasowego nastroju. Ale cały album nie jest w tym klimacie. Oto „Yama, Yama Hey”. Intensywny wpływ Dylana absolutnie nie przeszkadza a refren wręcz dobija do tych samych drzwi co mistrz. Ten chwytliwy i radosny tekst „Yama, Yama, Hey” długo błąka się w głowie i z trudem ją opuszcza. I jeszcze raz „yamma, yeeteee,  yammma, yeetee, hey”. A to nie wszystko. „My Friend” obraca się w mocno kwasowych odlotach wspartych brzęczącą w tle gitarą i wysuniętą na pierwszy plan nutą orkiestry natomiast „Hansie Pansy” poszukuje mrocznych dźwięków, wprowadzając na płycie niepokój i niepewność. Halucynacyjny i niechlujny „Down In The Valley” toczy się niczym parowóz po rowkach i nawet nie wiesz kiedy już dojeżdża do stacji. Ta chwytliwa melodia trzymająca countrową gitarę wspomagana jest bluesową harmonijką, a całość brzmi jakby to było nagrane gdzieś na zapadłej stacji w środku Ameryki. Dlaczego więc zaraz nie wrzucić tradycyjnej morskiej szanty, opowiadającej o starych wilkach morskich. „The Pirate Song” ponownie wyróżnia się fantastyczną melodią i interpretacją godną pochwały. Nie sposób tez przejść obojętnie przy tytułowym numerze. Otoczony rockową aranżacją jest chyba najbardziej komercyjnym przejawem albumu. Wokal Grignarda brzmi jakby walił z bicza a nakładki Steina spowalniające numer nakrywa psychodeliczny koc.

I taka to jest płyta tego zapomnianego belgijskiego barda, bo kto jeszcze pamięta zapomnianych belgijskich bardów.

 

Ps. Ferre Grignard nigdy nie płacił podatków ze swoich tantiem, więc jego majątek w 1979 roku został publicznie sprzedany a on sam trzy lata później umarł w nędzy.






sobota, 18 marca 2023

KALEIDOSCOPE - White Faced Lady /1970/


Disc 1
1. Overture - 2:47
2. Broken Mirrors - 2:49
3. Angel's Song: "Dear Elvis Presley..." - 2:38
4. Nursey, Nursey - 3:47
5. Small Song - Heaven In The Back Row - 3:21
6. Burning Bright - 2:03
7. The Matchseller - 3:50
8. The Coronation Of The Fledgling - 2:14
9. All Hail To The Hero - 3:09
10. White-Faced Lady - 4:46
Disc 2
1. Freefall - 5:13
2. Standing - 1:47
3. Diary Song: The Indian Head - 4:24
4. Song From Jon - 7:51
5. Long Way Down - 4:05
6. The Locket - 2:58
7. Picture With Conversation - 3:38
8. Epitaph: Angel - 7:54



*Eddy Pumer - Lead Guitar, Keyboards
*Steve Clark - Bass, Flute.
*Dan Bridgman - Drums, Percussions.
*Peter Daltrey - Lead Vocals, Keyboards




Peter Daltrey: „Wraz z Edem napisaliśmy wiele piosenek i w pewnym momencie powiedziałem do niego: „Te piosenki, które piszemy mają jakiś nastrój, rodzaj połączenia. Może je połączyć i napisać więcej tej historii”. Rozmawialiśmy z Dave’em i był tym zachwycony. Więc Ed i ja przez następne sześć miesięcy siedzieliśmy i pisaliśmy dalszy ciąg. Napisałem historię do nich i połączyliśmy kawałki. Poszliśmy i nagraliśmy to z błogosławieństwem gościa z Vertigo, Olava Wypera. Jednak po nagraniu taśm, gdy całość miała być ruszona, Olav powiedział, że odchodzi z Vertigo i że nie ma tam nikogo kto chciałby się podjąć zaczętych jego projektów. Z tego powodu byliśmy spłukani i zespół rozpadł się. Wprawdzie Olav dawał nam nadzieję mówiąc: „Idę, do RCA. Przynieście ten album do RCA, kiedy już się zadomowię. Dajcie mi kilka tygodni. Tam załatwimy sprawę”. Dave poszedł zobaczyć się z Olavem w RCA, który powiedział: „Przykro mi. Nie mogę tego zrobić. Szefowie RCA nie pozwalają mi robić niczego, w co byłem zaangażowany w Vertigo”. Zostaliśmy złapani w pułapkę. Poszliśmy do Island, Warner Brothers ale według nich czas na tego typu albumy właśnie się kończył”. I tak po raz kolejny historia sobie zadrwiła. Przecież wszystkowiedzący spece od robienia szmalu wiedzą wszystko najlepiej. Album pozostał niewydany przez ponad dwadzieścia lat, kiedy materiał w 1991 roku wydała niezależna wytwórnia UFO.

Opłaciło się? Nie wiem. Ale wiem, że to kolejny zagubiony klejnot brytyjskiej psychodelii, za którym wręcz szaleję.

Najogólniej rzecz biorąc, „White Faced Lady” plasuje się gdzieś pomiędzy albumem koncepcyjnym a rockową operą. Zawiera symfoniczną uwerturę, ale nie ma operowego dialogu „Tommy’ego”. Pod tym względem jest dość zbliżona strukturą do „S.F. Sorrow” The Pretty Things. Piosenki są oszałamiające, a aranżacje bezbłędne, podkreślające zarówno proste folkowe zmiany akordów, jak i wspaniałe melodie i melancholijne teksty piosenek. Historia podąża za tragicznym życiem niespokojnej gwiazdy filmowej o imieniu Angel, desperacko poszukującej zarówno miłości jak i sławy, ale nie znajdującej żadnej z nich. Podobno historia ta została luźno oparta na tragicznym życiu Marylin Monroe.

„White Faced Lady” to miejsce, w którym wszystko się połączyło dla Kaleidoscope. Głos Petera Daltreya nigdy nie był tak podobny. Utwory to samoistne perełki, które tylko Kaleidoscope mógł stworzyć.

Od samego początku wiadomo, ze czeka nas coś innego. „Overture” zawiera najbardziej klasyczne momenty całego albumu i łączy je w jedną z wielkich wstępów do całości. Orkiestra poprowadzona jest bardzo przyjemnie a uważny słuchacz znajdzie tam nawiązania do wcześniejszych dzieł grupy. Ścieżka usiana jest skrzypcami i symfonicznymi impulsami (cały Daltrey) a inspirowana jest XVII-wieczną muzyką barokową. Pierwsza część albumu ma w sobie coś figlarnego, radosnego i młodzieńczego. Obracające się w okolicach wcześniejszych brzmień nagrania, pełne są świetnych melodii z dominującymi akustycznymi gitarami, fletami, pełną orkiestrą i chórem. Taki „Broken Mirrors” to perełka miękkości i dyskrecji. Trzeba by być szalonym, by zaprzeczyć pięknu tych całkowicie urzekających melodii, bo gdy tylko dasz się uwieźć tym sennym chwilom, przepysznym instrumentacjom czy najbardziej misternej finezji to wrota raju zastaniesz otwarte. I nie ma co się dziwić, Peter jest najbardziej hojnym artystą, jaki istnieje. Jego żarliwość, jego liryzm, jego romantyzm są wszędzie, ratując go cały czas przed kiczem. Wszystko co nagrywa, brzmi jak sen, jest czyste i szczere. Ten podwójny album ze swoim zróżnicowaniem całkowicie nie nuży a smaczki jakie nam serwuje pełne są delikatesów. Druga płyta brzmi mniej zabawowo, jest poważniejsza. Wypełniające ją numery są czasami ostrzejsze, czasami brzmią tak jasno i bąbelkowo jak szklanka musującej lemoniady. Złożone i zagmatwane aranżacje mieszają się z psychodelicznymi elementami. Muzyka staje się czymś innym niż muzyką, tworzy fale obrazów, urzeka w najwyższym punkcie. Trzy ostatnie numery, które przewyższają wszystko, są totalnym cudem ale dają nam też najbardziej ponure dźwięki, gdyż to właśnie w nich Angel szybko zmierza ku swojej śmierci.

„Long Way Down” to odpowiednie pożegnanie, mające wspaniałą początkową nutkę, która prowadzi do porywającego refrenu. Wokal Daltreya jest tu po prostu rewelacyjny. „The Locket” jest opisem śmierci Angel. Muzycznie wydaje się, że Angel wreszcie odpocznie a  wszelkie smutki i troski przeminą. „Picture With Conversation” służy przejrzeniu się w lustrze tylko po to, by zaraz dobić słuchacza w zamykającym album numerze „Epitaph: Angel”. Sama muzyka puchnie i opada wraz z emocjami, przechodząc od ciszy do chóru, przez akustyczne dźwięki do pełnej orkiestry i z powrotem do tych kilku ostatnich nut granych na gitarze, które dają ci znać, że właśnie wysłuchałeś czegoś niepodobnego do niczego, co znałeś wcześniej ani później.






 

piątek, 3 marca 2023

JOHN LENNON/YOKO ONO - Double Fantasy /1980/


(Just Like) Starting Over
Kiss Kiss Kiss
Cleaup Time
Give Me Something
I/m Losing You
I/m Moving On
Beautiful Boy (Darling Boy)
Watching the Wheels
I'm Your Angel
Woman
Beautiful Boys
Dear Yoko
Every Man Has A Woman Who Loves Him
Hard Times Are Over

John - Vocals and guitar.
Yoko - Voice.
Earl Slick - Guitar.
Hugh McCracken - Guitar.
Tony Levin - Bass.
George Small - Keyboards.
Andy Newmark - Drums.
Arthur Jenkins Jr. - Percussion.

„Póki jest życie, jest nadzieja” (John Lennon z ostatniego wywiadu udzielonego na kilka godzin przed śmiercią)

Tak naprawdę to nigdy nie dowiemy się, co skłoniło tego gościa do tego czynu. Kompletny, życiowy nieudacznik, oddaje kilka strzałów w plecy nieuzbrojonego człowieka w zaledwie parę godzin po tym jak otrzymał autograf i odbył krótką rozmowę ze swoim idolem. No cóż, być może przeczytał „Buszującego w zbożu” o jeden raz za dużo i tak odreagował, marudząc na to, że jest do dupy w sporcie i nie może zdobyć ani zadowolić żadnej kobiety. A może jego potężna kombinacja wściekłości i nienawiści do samego siebie w końcu się zagotowała, gdy uszy tego samozwańczego fana Lennona zostały uraczone pierwszym od ponad 5 lat albumem największego Beatlesa. Pewnym jest, że to morderstwo jest ogromnym wstydem w historii rocka i nie ma żadnego wytłumaczenia ani przebaczenia. (Zresztą wszystkie prośby o warunkowe zwolnienie zostają przez Yoko Ono i synów Lennona odrzucane).

Kiedy „Double Fantasy” ukazało się w 1980 roku nie miało dobrej prasy a jednym z tego powodów wydaje się być fakt, że połowa piosenek na albumie jest autorstwa Johna Lennona - druga połowa jest autorstwa Yoko Ono. Z punktu widzenia pary jest to dobrym pomysłem, aby ich piosenki przeplatały się ze sobą na płycie. Czy w innym momencie dałbyś szansę Yoko Ono? Nie ma wątpliwości, że „Double Fantasy” odniosłoby znacznie większy sukces, gdyby było albumem Johna Lennona. Ale osobiście uważam, że piosenki Yoko tutaj są całkiem do słuchania. „Kiss Kiss Kiss” jest cholernie chwytliwa a jej dziwny wokal (japoński dialekt) intryguje oraz dodaje nieco dziwności, która sprawia, że ma kopa. Kolejnymi chwytliwymi, dyskotekowymi bitami artystka może pochwalić się w „Give Me Something” numerowi z pewnością nie przynoszącemu wstydu płycie oraz „I’m Moving On”. Muzycznie ten drugi bliski jest piosenkom Johna, jakby duch „Walls and Bridges” unosił się w studio. Wokalnie trzeba przyznać też jest przyzwoicie, no, cholera chciałbym coś jej zarzucić ale, nie mogę. Proszę, oto „Yes I’m Your Angel” zagrany w stylu kabaretowym, cofniętym w lata dwudzieste. Barowy fortepian wraz z wokalem tworzy świetną oprawę i rewelacyjnie pasowałby do filmu Bobba Fosse’a.

Yoko ma talent, niezależnie od tego czy próbuje być alternatywna, ale przede wszystkim gdy jest popowa. Sprawia, że zabieg pomieszania utworów z Johnem wyszedł bardzo dobrze.

Siedem piosenek napisanych przez Lennona jest doskonałych i reprezentuje jedne z jego najlepszych prac. Całość zaczyna się od wielkiego przeboju (wydanego na singlu) „(Just Like) Starting Over”, rockowej ballady w stylu lat 50-tych, z przepiękną melodią i wspaniałym wokalem. Aż czuć tu świetną formę Johna, jednak serce się kraje, gdy słyszysz go śpiewającego o „zaczynaniu od nowa”, nieświadomego, że jego życie zakończy się zaledwie kilka krótkich miesięcy później. „I’m Losing You” przypomina ten moment w związku dwojga ludzi, kiedy zdajesz sobie sprawę, jak bardzo jesteś samotny i bezbronny. Ta piosenka miażdży, człowieku. Posłuchajcie tylko tego intro: John Lennon jęczący nad jakimś obskurnym barowym riffem, brzmiącym jakby właśnie potknął się o świcie w klubie ze striptizem i zobaczył, że nikt nie czeka na parkingu, by zabrać go do domu. John budzi się w obcym pokoju i próbuje zadzwonić do Yoko. Kiedy ona nie odbiera, John dostaje szału. Ale Yoko nie zostawi go samego. „I’m Moving On” zagrany na tym samym podkładzie muzycznym scala ich w jedność, cementuje ten związek, pomimo wielu burz. Myślę, że to jest wreszcie ten moment, pełne złączenie dwóch bliskich sobie dusz. I znowu przykro się robi wiedząc, że już długo nie będą mogli się sobą nacieszyć. Pierdolony Chapman.

Utwór napisany dla syna Johna i Yoko, Seana zatytułowany „Beautiful Boy (Darling Boy)” jest bardzo delikatny i wzruszający. To taka prawdziwa rzeczywistość, którą przechodzą wszyscy rodzice, dająca wielką radość i pełnię szczęścia. Prosty tekst tylko to pokazuje: „ Zamknij oczy, nie bój się/ Potwór odszedł/ Właśnie ucieka, a twój tatuś jest już tutaj/ Piękny chłopczyku”. Kolejnym majstersztykiem jest „Watching the Wheels”. Świetnie wyprodukowany i ukazujący wspaniałe muzyczne wykonanie przez wszystkich graczy. Spektakularny bas w wykonaniu Tony’ego Levina wysunięty jest do przodu ale wciąż ładnie jest zamknięty w stabilnym rytmie perkusisty Andy’ego Newmarka. W górnych rejestrach, bluesowy fortepian dodaje kapryśnego nastroju, a wokal Lennona jest bardzo mocny i ekscytujący. I wreszcie „Woman”, jedna z moich ulubionych piosenek Johna. To ponadczasowa ballada z piękną melodią. Tutaj słowa są głęboko romantyczne, podczas gdy wokal jest niemal rozpaczliwy: „Kobieto, wiem że Ty rozumiesz to małe dziecko tkwiące w mężczyźnie/ Proszę, pamiętaj że moje życie jest w twych rękach/ Trzymaj mnie przy swoim sercu/ Żadna odległość nie będzie w stanie nas rozdzielić/ W końcu wszystko mamy zapisane w gwiazdach”.








 

niedziela, 19 lutego 2023

THE KINKS - Arthur (Or The Decline and Fall of the British Empire) /1969/

 


1   Victoria
2   Yes Sir, No Sir
3   Some Mother's Son
4   Drivin'
5   Brain Washed
6   Australia
7   Shangri-La
8   Mr. Churchill Says
9   She's Bought A Hat Like Princess Marina
10 Young And Innocent Days
11 Nothing To Say
12 Arthur

Ray Davies 
Dave Davies 
John Dalton 
Mick Avory 

John Gosling 
Lew Warburton 


Inspiracją dla Raya Daviesa dla stworzenia tego siódmego studyjnego albumu Kinksów był temat bardzo bliski jego sercu, gdyż tytułowy Arthur był jego szwagrem. Historia „Arthur Or The Decline And Fall Of The British Empire” opowiada o młodym człowieku, który dorasta w możnej rodzinie kupieckiej w czasach kryzysu. Jednak gdy osiąga już dorosły wiek przekreśla trud ojca i decyduje się na start życiowy w dalekiej Australii. Dostajemy tu ponadto zbiór bardzo mocnych kompozycji, z których wiele stało się klasykami The Kinks. Ten koncepcyjny materiał ukazuje nam dodatkowo bezsens i głupotę wojny a pióro Raya jest ostre jak brzytwa: „Daj szumowinie broń i naucz gnojka walczyć/ i upewnij się, żeby zastrzelić dezerterów/ jeśli zginie, wyślemy medal do jego żony” („Yes Sir, No Sir”). Choć najbardziej przemawia w „Some Mother’s Son”, chwytającej za serce opowieści o okropnościach wojny, widzianych oczami żołnierza, na sekundę przed jego śmiercią: „Dwóch żołnierzy walczy w okopie/ Jeden spogląda w górę, by zobaczyć słońce/ i marzy o grach, w które grał, gdy był młody/ I wtedy jego przyjaciel woła jego imię/ sekundę później jest martwy”. Ten mocno uderzający tekst podany jest na łagodnym pastoralnym tle muzycznym. Chociaż czasami muzyka na płycie daje czadu, jak to określił Dave Davies „poruszamy się w indiańskich psychodelicznych wibracjach”, to słuchając jej stwierdzam, że dostajemy brytyjskie psychodeliczne arcydzieło stworzone przez The Kinks na własnych warunkach.

Skarby „Arthura…” są dobrze znane. Hymniczna „Victoria” przemyca pod swoim płaszczem sztylet przewrotu w wersach: „Kiedy dorosnę będę walczyć/ na tej ziemi, przyjdzie mi umrzeć”. Muzycznie wydzwania tu świetna, chwytliwa rock’n’rollowa melodia idealnie pasująca do początku albumu. Jednym z najlepszych momentów The Kinks jest „Shangri-La” z przepiękną melodią i dwuznacznym tekstem: „Załóż kapcie i usiądź przy ogniu/ Osiągnąłeś swój szczyt i nie możesz wznieść się wyżej”. I oto jest nagroda za trud życia. Davies wkurza się na to, że nagrodą jest fotel bujany i para kapci. Pytania, które nurtowały Daviesa, dotyczące powojennych rozliczeń i tego, że kraj nie nadaje się dla bohaterów o skromnych dochodach, wciąż są aktualne. Pierwszą z trylogii pieśni wojennych na płycie jest „Yes Sir, No Sir”, najbardziej cyniczny i pogardliwy numer Daviesa, w którym obrazuje dehumanizację panującą w służbie wojskowej „Gdzie ja idę Sir?/ Co ja robię Sir?/ Jak mam się zachowywać?”. Głęboko poruszający „Some Mother’s Son” przenosi się z poligonu na pole bitwy. Tu Davies osiągnął apogeum swoich wersów. Ten prosty tekst przemawia najbardziej a oddźwięk jego pokazuje samotność zwykłych żołnierzy na polu bitwy oraz samotność ich rodzin pozostawionych samych sobie w obliczu tragedii: „Syn pewnej matki leży w polu/ Ale oczy jego matki wciąż patrzą tak samo/ Jak w dniu, kiedy odszedł”. No ale przecież Państwo jest rozgrzeszone: „Położyli jego portret na trumnie/ udekorowali ramy kwiatami/ wspomnienia pewnej matki pozostały”. Davies pokazuje nam, że ten żołnierz to nie prawdziwa osoba ale kolejna statystyka wojny. No i „Mr. Churchill Says” numer uzupełniony o słynne cytaty i syreny przeciwlotnicze oraz pozwalający Dave Davisowi rozciągnięcie swojej pracy na gitarze. Tytułowy Arthur dostaje odrobinę wytchnienia w „Drivin’”- celebracji wolności w promieniach słońca, podczas gdy walka toczy się gdzie indziej. Ale po co było to cierpienie i poświęcenie, skoro wszystko co dostajemy to społeczna stagnacja. Utwór jest wesoły i swawolny, czego nie można powiedzieć o „Brainwashed”. Mielący bas na początku numeru wciąga okrutnie a opadające dęciaki chwalą się przed punkową gitarą Daviesa. Ray daje tu upust swojej wściekłości na ludzi, którzy nie mają nic i do niczego nie dążą, a mimo to głosują za utrzymaniem systemu, w którym bogata garstka okrada ich samych. Bohater opuszcza Wyspy i emigruje do dalekiej Australii. „Australia” to bajeczny utwór opisujący obietnicę ziemi, w której „nie ma różnic klasowych” ani „uzależnienia od narkotyków”. Miejsce w którym marzenia mogą się spełnić dzięki nieustannie świecącemu słońcu i deskom surfingowym. Ten utwór patrzy na to z punktu widzenia Arthura, ale wers o „wiecznych uśmiechach” na ich twarzach jest nieco okrutny ze strony Daviesa. Znakomite „Shangri-La” początkowo zaczyna się jako numer o folkowym charakterze, a następnie przechodzi w fascynującą muzyczną podróż z syntezatorami i dęciakami. Nostalgiczna ballada „Young and Innocent Days” jest mile widzianym zwrotem retrospektywnym. Delikatna gitara akustyczna połączona zostaje z dodanymi klawiszami i smyczkami i brzmi to bardzo skutecznie. Zbliżające płytę ku końcowi  „Nothing To Say” opisuje rzeczywistość, dwoje ludzi zadowolonych z tego, że rozmawiają o pierdołach i nie muszą ujawniać swoich złamanych marzeń. Utwór tytułowy tak naprawdę daje podsumowanie życia Arthura, nieudanej podróży i niepowodzeń aby poprawić standard życia swojej rodziny. Z silną nutą country, numer kończy się wersem: „Arturze świat odszedł i przeszedł obok ciebie”.







niedziela, 12 lutego 2023

MICKEY HART BAND - Mysterium Tremendum /2012/

 


  1. Heartbeat of the Sun
  2. Slow Joe Rain
  3. Cut the Deck
  4. Starlight Starbright
  5. Who Stole The Show?
  6. Djinn Djinn
  7. This One Hour
  8. Supersonic Vision
  9. Time Never Ends
  10. Let There Be Light
  11. Ticket To Nowhere
  12. Through Endless Skies

Od czasu ostatniej trasy koncertowej The Dead w 2009 roku Mickey Hart nie wychylał się zbytnio, co nie znaczy, że wylegiwał się na plaży lub dryfował w domu nic nie robiąc. Jak prawdziwy szalony naukowiec, poświęcił się badaniom o dźwiękowych wibracjach w kosmosie, oglądając gwiazdy i wsłuchując się w dźwięki, do których przyciągają go obrazy widziane w jego teleskopie. Kiedy nie wybiegał w przyszłość, zajmował się przeszłością, majstrując przy starych taśmach magnetofonowych w Instytucie Smithsona, walcząc z czasem, by nagrania zbierające kurz w skarbcach udało się zachować zanim się rozpadną.

Podczas gdy Hart siedział w laboratorium, świat wciąż się kręcił. Bob Weir i Phil Lesh ponownie zebrali się jako Furthur a Bill Kreutzmann poszedł w kierunku „lepszym niż można by się spodziewać”. Nagrywając płytę jako 7 Walkers ustanowił jeden z najlepszych projektów pobocznych kiedykolwiek wymyślonych przez byłego członka Grateful Dead (o tej płycie już niebawem napiszę). Pośród tego zgiełku aktywności, Mickey i jego perkusja wydawali się niesamowicie cisi.

Ci, którzy śledzą twórczość Harta wiedzą, że jego solowe dzieła dzielą się na dwie kategorie. Płyty takie jak „Diga Rhythm Band” czy „Supralingua” to ciężkie, beatowe wycieczki, które z radością zanurzają się w eksperymentowanie z liniami perkusyjnymi i tradycjami transowymi pochodzącymi z całego świata, podczas gdy inne albumy, są bardziej ustrukturyzowane i zorientowane na piosenki. Wydany w 2011 roku „Mysterium Tremendum” mieści się gdzieś pomiędzy tymi dwoma albumami z mieszanką mocno rytmicznych utworów instrumentalnych i wyborem bardziej konwencjonalnych piosenek. Nagrywając ten krążek Hart postanowił stworzyć zespół z wieloma gośćmi wśród których znaleźli się m.in. basista Widespread Panic, Dave Schools, wokaliści  Crystal Monee Hall i Tim Hockenberry z Trans-Siberian Orchestra, długoletni przyjaciel Zakir Hussain a także Greg Ellis, Babatunde Olatunji i Steve Kimock. Oprócz tej ośmioosobowej grupy muzyków, trzeba wspomnieć o wkładzie wieloletniego przyjaciela i autora tekstów Grateful Dead, Roberta Huntera. Płytą tą Hart udowodnił, że muzyka nie zna granic. Połączył niesamowity jam band ze światową muzyką, a także kilkoma innymi rodzajami powodując podróż przez przestrzeń i czas, tworząc nowoczesną kosmiczną muzykę, która wypełnia kolumny pełnym dźwiękiem. I od razu pewne spostrzeżenie, ta płyta posiada bardzo nowoczesne brzmienie. Mickey Hart pracował nad nią ponad dwa lata i stworzył coś, co jest mocno innowacyjne w jego dorobku. Fascynacja muzyka dźwiękami i obrazami kosmosu, do których dotarł dzięki NASA, spowodowała, że na tej płycie Hart wykorzystuje „liczącą miliardy lat orkiestrę ruchu planetarnego” jako rodzaj odniesienia lub podkładu muzycznego. Każda kompozycja na albumie łączy się w płynną podróż, która nigdy nie traci swojego tempa. Kombinacja kosmicznych dźwięków, elektronicznych i ręcznych perkusji oraz konwencjonalnych instrumentów rockowych przeplata się, tworząc dźwiękową atmosferę, która jest całkowicie współczesna i wciągająca. Jest to twarda i napędzająca muzyka pobłogosławiona melodyczną wrażliwością. Utwory takie jak „Cut the Deck” potwierdzają powyższe stwierdzenia. Mieszanka dudniących bitów i złożonej melodii brzmi mocno rytmicznie a grające w tle odgłosy ruchu gwiazd dodają tajemniczości i niepokoju. „Slow Joe Rain” napisany przez Huntera, jest typowy dla nowego materiału, z impulsywnym bitem napędzającym narrację wokalną. I choć nigdy nie będzie się mówiło, że Hart ma najbardziej melodyjny głos na świecie, to nigdy nie brzmiał lepiej tutaj, a jego stary bluesowy głos doskonale uzupełnia teksty. Dodaj do tego egzotykę, taką jak złowieszcze brzęczenie starożytnego instrumentu zwanego bullroarer (który jest wymachiwany w kółko, aby stworzyć dźwięk), święte tybetańskie bębny czaszkowe (damaru), atmosferyczne dźwięki lasów deszczowych, a nawet dudnienia trzęsień ziemi, a otrzymasz dziwny i bogaty w szczegóły krajobraz pod konwencjonalnie skonstruowane utwory. To muzyka taneczna, transowa, kosmiczna, płynące ballady i ziarnisty rock’n’roll. Są tu smaczki z Afryki i Bliskiego Wschodu.

„Zakładam, ze znajdą się inni chcący skosztować tego owocu lub usłyszeć dźwięczne dźwięki wszechświata” – mówi. „Wyobrażam sobie, że inni będą próbować czegoś takiego – przynajmniej mam taka nadzieję. Dlatego nazywają to nieskończonym wszechświatem; ja nigdy nie mógłbym objąć wszystkich terenów, więc zakładam, że będą inni. Może nawet pewnego dnia będzie to własny gatunek muzyki. Czy nie byłoby to fajne?”.