poniedziałek, 21 września 2020

THE KINKS - The Kinks Are The Village Green Preservation Society /1968/

 


01. The Village Green Preservation Society - 2:46
02. Do You Remember Walter? - 2:24
03. Picture Book - 2:35
04. Johnny Thunder - 2:29
05. Last Of The Steam-Powered Trains - 4:08
06. Big Sky - 2:48
07. Sitting By The Riverside - 2:20
08. Animal Farm - 2:58
09. Village Green - 2:07
10. Starstruck - 2:19
11. Phenomenal Cat - 2:34
12. All Of My Friends Were There - 2:22
13. Wicked Annabella - 2:40
14. Monica - 2:13
15. People Take Pictures Of Each Other - 2:11

- Ray Davies (Raymond Douglas Davies) - lead vocals, guitar, keyboards, producer
- Dave Davies (David Russell Gordon Davies) - lead guitar, backing vocals, lead vocals (13)
- Pete Quaife (Peter Alexander Greenlaw Quaife) - bass, backing vocals
- Mick Avory (Michael Charles Avory) - drums, percussion
+
- Nicky Hopkins - additional keyboards
- Rasa Davies - female backing vocals


Tematem płyty „The Kinks Are the Village Green Preservation Society” jest nostalgia. Wiele utworów skupia się po prostu na wspominaniu przeszłości ale Ray Davies, główny dostarczyciel tekstów jest niepewny co do tego jak żyć – z jednej strony pragnie, aby przeszłość została zostawiona sama sobie a z drugiej strony jest rozczarowany i cyniczny co do niepewnego i obojętnego świata, który chce eksplorować. To że nie może wrócić do pełnego melancholii, niewinnego, prostego życia, które prowadził już w otwierającym płytę „Village Green” jest głównym tematem. Ukazuje on tu obie strony wewnętrznego konfliktu. Piosenkarz czuje się dobrze w Village Green, ale chce żyć własnym życiem, więc odchodzi, ale kiedy wraca, gdy zewnętrzny świat go męczy, widzi, że do wioski przybyli również inni, pragnący znaleźć ukojenie w idyllicznym, prostym miejscu. Ale dzięki ich obecności to niegdyś nostalgiczne miejsce nie jest już wyjątkowe, a wszystko co było kiedyś naturalne, przypomina wypolerowany antyk.

Teksty utworów zamieszczonych na tej płycie zadają pytanie: czy jest naprawdę sens wykorzystywanie wspomnień z przeszłości? Jeśli tak, czy doceniamy je za to, czym naprawdę były, czy po prostu spoglądamy na nie w różowych okularach, gdy starzejemy się i nasza rzeczywistość nas przygniata?

Mimo upływu 52 lat te kwestie nadal są aktualne i jakże rzeczywiste w obecnych czasach.

No a teraz porozmawiajmy trochę o muzyce. Każda z piosenek ma swoje unikalne i zapadające w pamięć melodyjne haczyki, które tworzą bogatą i bujną kompozycję, czasem psychodeliczną produkcję a namiętny wokal wciąga Cię dalej w słodko-gorzkie emocje. Dave Davies po wydaniu płyty powiedział:”to najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiliśmy”, a jego brat Ray nazwał to „marzeniem zagubionego”.

Kapryśny otwierający utwór „The Village Green Preservation Society” wymienia wszystkie „staroangielskie” rzeczy, którym grozi wyginięcie, np. „małe sklepiki”, porcelanowe filiżanki i dziewictwo. To idealny początek, ponieważ tworzy nastrój na cały album. „Do You Remember Walter?” wspomina przyjaciela z dzieciństwa i zastanawia się, jacy są teraz gdy dorośli. Ray śpiewa:”Walter, pamiętasz, kiedy byłeś młody, a wszystkie dziewczyny znały Twoje imię?/ Walter czy to nie wstyd, że nasz mały świat się zmienił?”. Całość leci w tym samym nostalgicznym tonie, na tle wspaniałej perkusji i charakterystycznych dla Dave’a gitarowych uprzejmości, połączonych do tego z odważną grą na basie. Bardzo mocna melodia.

„Picture Book” jest prawdopodobnie najbardziej naturalnym wyborem dla singla, będąc numerem bardzo przyjemnym w słuchaniu, z mocnym basem i chwytliwym refrenem. Mnie natomiast bierze kolejna porcja. „Johnny Thunder” to po prostu świetna, radosna piosenka pop, oparta na entuzjastycznym brzmieniu, sugerowanym przez gitarę i świetne harmonie wokalne, które to napędzają do dania ci kuksańca:”Chociaż wszyscy starali się jak najlepiej/ Stary Johnny przysiągł, że nigdy, przenigdy nie skończy tak jak reszta”.

Całość przechodzi do ciężkiego rhythm and bluesowego „Last of the Steam Powered Trains”, który dodaje albumowi nieco różnorodności. To numer o niesamowicie kreatywnej strukturze. Piosenka rozwija się powoli i leniwie, po czym w miarę postępu utworu stopniowo nabiera energii, a pod koniec nawet przyspiesza. Brzmi jak powoli odjeżdżający pociąg, coraz szybciej…

Najbliższą psychodelicznemu zawiasowi jest „Big Sky”. Świetny riff i bębnienie przeplata się z mówionymi wersetami a wiktoriański posmak zwrotek rozjaśnia całość. Przyjemna piosenka „Sitting by the Riverside” zagrana została w stylu music hallu i bez dwóch zdań oddaje ona sielski obraz siedzenia na trawiastym brzegu rzeki z koszem pełnym piknikowskich wiktuałów. Wysoka i roztrzęsiona melodia nadaje mu kapryśny charakter, a klawesyn pod koniec refrenu właśnie przenosi nas w oniryczną atmosferę. Kolejnym numerem jest „Animal Farm”, prosty, rockowy numer z ładnym pakietem harmonii wokalnych szalejących przez cały album. To następny mocny punkt programu.

Kolejne piosenki zasługują na wspomnienie, ponieważ są tu smaczki bez których torcik byłby co najmniej gorzki. „Village Green” ma piękną, melancholijną melodię i to wystarczy. „Starduck” biegnie wzdłuż linii i to następna radosna popowa piosenka. Ładnie wkomponowane skrzypce podkreślają tylko charakterystyczny wokal, w refrenie zbliżający się do plażowego chłopca. Obszerne użycie fletu w „Phenomenal Cat” czyni z tego utworu dziwną psychodeliczną melodię spotęgowaną rymowanką o kocie a atmosferę wiejskiego jarmarku odczujesz w „All Of My Friends Were There”. Zaśpiewany przez Dave’a Daviesa „Wicked Annabella” opowiada mroczną historię o czarownicy i jej demonicznych niewolnikach. Muzyka stara się dopasować do tajemniczych metafor tekstów zmierzając w stronę acid rockowych dźwięków. Uff, po tych kwasach zespół przedstawia w bardzo niewinnej formule opartej na rytmach calypso, miłosną piosenkę „Monica”, która prowadzi do radosnego święta w zamykającym płytę numerze „People Take Pictures of each Other”.

„The Kinks Are The Village Green Preservation Society” udaje się zrobić dokładnie to, do czego dąży każdy album koncepcyjny, od początku do końca: opowiedzieć historię i sprawić byś żył nią przez cały czas trwania płyty. Niektóre z piosenek potrzebują trochę czasu, zanim wyrosną w Tobie, ale kiedy już się pojawią, nie będziesz w stanie wyrzucić ich z głowy. To w pełni angielska płyta a kiedy pragniesz złapać trochę świeżego wiejskiego powietrza i do tego czujesz się przygnębiony to zamiast wsiadać do samochodu i jechać po prostu włącz sobie płytę zespołu The Kinks i spójrz przez okno.







niedziela, 13 września 2020

TANGERINE ZOO - Tangerine Zoo /1968/



01. Gloria - 6:09
02. Trip To The Zoo - 3:53
03. Please Don't Set Me Free - 3:52
04. Nature's Children - 3:53
05. The Flight - 4:29
06. Mommy and Daddy - 1:45
07. Symphonic Psyche - 3:56
08. Crystalescent Heaven - 4:51
09. One More Heartache - 2:40

- Wayne Gagnon - vocals, rhythm guitar
- Tony Tavares - bass
- Donald Smith - drums
- Robert Benevides - lead guitar
- Ronald Medeiros - organ, harmonica


Tony Taveira: „Na początku nazywaliśmy się The Flower Pot. Dowiedzieliśmy się, że istnieje już zespół o tej nazwie, więc zdecydowaliśmy, że najlepiej będzie ją zmienić. Więc w drodze na koncert zaczęliśmy rzucać najróżniejsze propozycje… wtedy nasz perkusista krzyknął „Tangerine Zoo!”. Wszyscy zaczęliśmy się śmiać, ale po paru chwilach zgodziliśmy się używać tej nazwy. Byliśmy w Newport na Rhode Island i występowaliśmy przed Vanilla Fudge. Podziwialiśmy ich. Dlatego nasze brzmienie zbliżało się do tego zespołu. Aranżacja na „One More Heartache” była właściwie ich aranżacją. Byliśmy zarozumiali a jedynymi facetami z którymi chcieliśmy gadać, to byli goście z Vanilla Fudge. Naszą debiutancką płytę nagrywaliśmy w Nowym Jorku. Producentem był Bob Shad, który pracował z Janis Joplin i Tedem Nugentem.
W 13 godzin nagraliśmy 9 piosenek. Płyta napędzana była przez całe hipisowskie towarzystwo. Nagrywaliśmy w nocy, od północy do piątej nad ranem. Wtedy studio jest najtańsze. Pomimo wielu substancji wyzwalających energię my byliśmy trzeźwi. Owszem wypiliśmy dość dużo alkoholu ale narkotyki płynęły wśród osób towarzyszących w studio. Nasza muzyka była zbyt trudna do zagrania aby w trakcie jej grania jeszcze lewitować”.
Ten pierwszy album zespołu zatytułowany „The Tangerine Zoo” został wydany w lutym 1968 roku i zawiera bardzo solidną kolekcję psychodelicznego rocka. Siedem z dziewięciu piosenek to oryginalne utwory napisane przez muzyków zespołu a dwa numery to covery. Po nagraniu płyty zespół rozpoczął występy promujące to wydawnictwo. Kampusy uniwersyteckie a następnie nocne psychodeliczne kluby umożliwiały dwa, a czasami trzy występy dziennie. W niektórych klubach Tangerine Zoo występowali wraz z Cream i Boston Tea Party. Podczas gdy to się działo, grupa została przywiązana do szeroko nagłośnionego Boston Sound promowanego przez wytwórnię MGM, która podpisała kontrakty płytowe z zespołami z Bostonu: The Beacon Street Union, Ultimate Spinach i Orpheus.
Debiutancki krążek grupy wyróżnia się fantastycznym gitarowym psychofuzem i ładnym brzmieniem organów, które wprowadzają czasami nastrój dołujących łódek płynących pod mostowymi filarami.
Album otwiera się intensywną przeróbką Van the Mana, „Glorią”, która tu istnieje przez ponad sześć minut a zawijający Hammond i przesiąknięta sprzężeniem zwrotnym gitara nadaje temu klasykowi piękny psychodeliczny makaron nurzający się prawdziwie w Lecie Miłości. Szalona atmosfera utworu zaznaczona jest instrumentalnymi solówkami i hałasami. Jeśli myślisz, że to było dobre, to następny numer to prawdziwy początek smakołyków. „Trip to the Zoo” jest skąpo zamaskowany, oszałamiająca linia basu nadaje posmak jazzowej ciężkiej, odlotowej muzyce. Tekst: „Weź mój mózg, mózg, mózg” nie pozostawia wątpliwością, o jaką podróż chodzi. Jeszcze dźwięki agresywnej harmonijki ustnej wżerają się do głowy oplatają każdy nerw. To czysta droga do fazy odlotowej ale jak to słuchasz to upewnij się, że twoja głowa mocno siedzi na karku. Muzyczna ekspansja umysłu kontynuowana jest w kolejnym utworze. Marszczący Hammond nadaje ton, przeciąga groźnie przez coś niedopowiedzianego. Bluesowy rytm uspokaja, całość zgrabnie prowadzi do uspokojenia.
Nature’s Child” to tytuł, który przywołuje wizje kapryśnej hipisowskiej muzyki. Brzmienie bliższe jest The Doors, ale mamy tu dużo garażu i dynamiki. Więcej tu gniewnej melancholii. Gitarowy popis ładnie przechodzi w organową orgię, popychając do kolejnej zwrotki. Ładny, harmonicznie rozwiązany numer.
Dudniący bas i wirniki Hammonda tworzą rozsądne podejście w utworze „The Flight”. Gitarowe sprzężenia zwrotne poparte idealną solówką napierają ze zdwojoną siłą w środkowej części numeru. To powinno trwać, trwać. Jeden z najlepszych fragmentów na płycie. „Mommy and Daddy” to krótka wstawka poparta dziecięcymi wokalami inspirowanymi londyńską ulicą.
No i maniakalny rytm, lekko łagodnej podróży rozpoczyna „Symphonic Psyche”. Chwytliwa melodia i wszędobylskie Hammondy czynią z tego numeru prawdziwą perełkę. Gitara wije się nie reagując na nic, tu nie ma granicy. To musiało się zdarzyć. Podtrzymujący wszystko bas jest strażnikiem rozwiązłości.
No i powoli zbliżamy się do końca płyty. Bardziej otwarty na przystępność „Crystalescent Heaven” mógłby nawet być przebojem. Otwarte, pełne życzliwości nutki miło wypełniają kolejne rowki płyty. Harmonie wokalne ładnie dopasowują się do reszty a całość pomaga odprężyć się i poczekać na ostatni numer.
One More Heartache” to szybki rocker zaczepiony w obwódkę psychodelicznego kręgu. Kolejne wiry organ w tle dodają maniakalne dźwięki a zwarta całość kończy się bardzo zaokrąglonym wysiłkiem dzięki czemu ten debiut zespołu Tangerine Zoo jest tak dobry.



piątek, 4 września 2020

BOB DYLAN - Moden Times /2006/



1. Thunder on the Mountain
2. Spirit on the Water
3. Rollin' and Tumblin'
4. When the Deal Goes Down
5. Someday Baby
6. Workingman's Blues #2
7. Beyond the Horizon
8. Nettie Moore
9. The Levee's Gonna Break
10. Ain't Talkin'



Gdy wyszedłem nocą do ogrodu cudów
Zranione kwiaty zwisały z winorośli
Gdy mijałem krystalicznie chłodną fontannę
Ktoś od tyłu uderzył mnie

Głos Dylana w ostatnich latach nigdy nie był tak dobry jak na płycie „Modern Times” z 2006 roku. Jest trochę rozstrzelony ale przecież gdybym chciał usłyszeć naprawdę dobry wokal, to sięgnąłbym raczej po Roberta Planta niż Dylana. Ale Dylan wpasowuje się w klimat nagrań i o to chodzi. Ot choćby ciepło i delikatność w „Spirit On the Water” czy pokazanie swojej mocniejszej nuty, która od czasu do czasu wślizguje się w kilka subtelnych akcentów (wstrzymywanie nut, łapanie oddechu itp.). To pomaga w skuteczności tych piosenek bez końca. „Modern Times” jest trzecia płytą typu „come back” Dylana. Pierwsze dwie to „Time Out of Mind” oraz „Love and Theft”. Na pewno dorównuje poprzedniczkom a nawet je przewyższa. Doznaję tutaj pewnego rodzaju magii i muszę zgodzić się z moim kolegą Mieszkiem, że „Ain’t Talkin’” jest jednym z najlepszych utworów Dylana. Stworzył w nim niesamowitą intensywność z fortepianem, skrzypcami i prostą perkusją, a w tekście zawarł opis stanu psychicznego z „płonącym” i „tęskniącym” sercem.

Nic nie mówię, tak chodzę
Przez zmęczony świat niedoli
Serce w ogniu, wciąż tęskni
Nikt na ziemi nigdy nie dowie się

Płyta zaczyna się świetnym akordem. „Thunder on the Mountain” tworzy złowieszczy obraz katastrofy, łącząc ze sobą grupę wersów, które są powiązane jedynie tonem ich treści. Bluesowo countrowe rytmy uciszają zagrania zespołu a melodyjność na wskroś bardzo dobrze tu się czuje. W podobnej konwencji Dylan nagrał znane już stare standardy, przerabiając ich teksty. „Rollin’ and Tumblin”’ i „The Levee’s Gonna Break” pokazują Dylana jako wiarygodnego bluesowego człowieka. Uzależniający rytm w tym drugim numerze staje się coraz bardziej satysfakcjonujący przy kolejnych odsłuchach. A taki solidny, refleksyjny utwór jak „Workingman’s Blues #2”. To obok wspomnianej już „Ain’t Talkin”” najbardziej odkrywcza piosenka na „Modern Times”. Ten ton utworu najlepiej oddaje obecny stan umysłu Dylana. Natychmiast przychodzą na myśl słowa takie jak „spacerując przez miasta zarazy” i „świat jest pełen spekulacji”. Fakt, że temat ten jest skąpany w muzyce, która nie brzmi współcześnie, nie ma najmniejszego wpływu na jego aktualność, ponieważ zastosowanie ma wszędzie i zawsze. No i „Someday Baby” w którym słyszę ducha Muddy Watersa przechodzącego przez głos Dylana gdy mówi: „Cóż nie chcę się chwalić, ale skręcę ci kark/ Kiedy wszystko inne zawiedzie/ Sprawie, że będzie to kwestia szacunku do samego siebie”, podczas gdy gitary zawodzą a rytmy odbijają bluesowe piosenki z minionych lat.

Mówią, że modlitwa ma uzdrawiania moc
Więc módl się za mnie, matko
W sercu człowieka może mieszkać zło
Próbuję kochać bliźniego i czynić dobrze innym
Ale och, matko, nie idzie mi to

Dla mnie to jednak te wolniejsze piosenki wyróżniają „Modern Times”. „Spirit in the Water” ma bardzo jazzowy klimat ale jest bardzo wzruszającą pieśnią w refleksyjnym i kontemplacyjnym nastroju. To pieśń o miłości. Natomiast „Nettie Moore” odzwierciedla niespokojny świat i jest prawdopodobnie mrocznym koniem tego albumu. Opiera się na pojedynczym brzmieniu perkusji i przyciąga słuchacza szarpiąc za struny serca szczególnie w trakcie gdy głos Dylana jest bliski pęknięcia.

Cierpienie nie ma końca
Każdy zaułek i rysa ma swe łzy
Nie gram, nie udaję
Nie pielęgnuję żadnych zbędnych obaw

Modern Times” to solidne wydanie. To nie jest płyta, która zmieni świat ale Dylanowi nie o to chodzi. On zadowala się po prostu wyrażeniem swojego niepokoju, bólu, niezadowolenia i rozczarowania. Muzycznie Bob łączy tutaj po raz kolejny w sobie wiele wpływów sprzed rock’n’rolla, takich jak blues, country, jazz i od czasu do czasu w tym brzmieniu pojawia się nutka rockabilly. Brzmienie płyty zostało nieco złagodzone, aby odsłonić Dylana w bardziej refleksyjnym i kontemplacyjnym nastroju. Nawet szybsze numery są rozgrywane z nieco większą łatwością. 
Bez dwóch zdań słuchając tej płyty należy zwrócić uwagę na zespół wspierający Dylana. Denny Freeman, Tony Garnier, Donny Herron, Stu Kimball oraz George Receli pozwoliłem sobie na wymienienie nazwisk tych muzyków bo zasługują na to. Posłuchajcie jaka idealna spójność panuje między nimi. To jest kolejna rzecz, która w znacznym stopniu przyczyniła się do stworzenia tak wspaniałego albumu.
Chociaż „Modern Times” nie ma lirycznej gęstości, surrealizmu i niedwuznaczności wczesnych dni Dylana, to ma większe ciepło, więcej zabawy i cudownie zabawnych chwil. I jeśli na tym polega starzenie się, to nie jest to wcale taka zła rzecz.

Nic nie mówię, tak chodzę
Drogą w górę, za zakręt
Serce w ogniu, wciąż tęskni
W ostatniej dziurze na końcu świata


niedziela, 23 sierpnia 2020

FEVER TREE - Fever Tree /1968/



  • Imitation Situation 1 (Toccata and Fugue) (Holtzman / Holtzman / Landes / Bach)
  • Where Do You Go? (Holtzman / Holtzman / Michael)
  • San Francisco Girls (Return of the Native) (Holtzman / Holtzman / Michael)
  • Ninety-Nine and a Half (Won't Do) (Pickett / Cropper)
  • Man Who Paints the Pictures (Holtzman / Holtzman)
  • Filigree and Shadow (Holtzman / Holtzman)
  • The Sun Also Rises (Holtzman / Holtzman)
  • Day Tripper / We Can Work It Out (Lennon / McCartney)
  • Nowadays Clancy Can't Even Sing (Young)
  • Unlock My Door (Holtzman / Holtzman / Landes)
  • Come With Me (Rainsong) (Holtzman / Holtzman / Landes)
Musicians
  • Rob Landes - piano, organ, harpsichord, clavinette, flute, harp, cello
  • Dennis Keller - vocals
  • John Tuttle - drums, percussion
  • E.E. Wolfe - bass
  • Michael Knust - guitar, vocals
  • David Angel - strings, horns (tracks 1 to 6)
  • Gene Page - strings, horns (tracks 7 to 11)
Zespół Fever Tree pochodził z Houston w Teksasie a do Kalifornii wyemigrował z początkiem 1968 roku. Zanim muzycy zdecydowali się przenieść do mekki jaką było San Francisco nagrali singla, który uczcił wdzięki dziewcząt z Bay Area w piosence „San Francisco Girls (Return of the Native). Intrygujący singiel niestety ledwo trafił na listę singli Bilboardu w 1968 roku. Utwór napisała para menedżer/producent, Scott i Vivian Holtzman, a numer ten deptał po piętach przebojów z 1967 roku: „San Francisco (Be Sure to Wear Some Flowers in Your Hair), Scotta McKenzie i „San Francisco Nights”, Erica Burdona i jego The New Animals. Piosenka Fever Tree podtrzymuje koniec tej trylogii miejskiej.

San Francisco Girls (Return of the Native) otwiera się balladą ze smakowitym, ale nieprawdopodobnym tańcem klawesynu i talerza. Nastrój łagodzi flet a Dennis Keller ustawia scenę: „Tam jest lato/ mleczne i miodowe dni/ Och, dziewczyny z San Francisco/ San Francisco”. Zaduma trwa krótko bo do głosu dochodzi wzmocniona gitara, która przyspiesza utwór przekształcając piosenkę w galop. Dochodzą nuty garażowych dźwięków a wokalista z zimnym sercem przekazuje pocałunek: „Nie próbuj mnie powstrzymać dziewczyno, nie możesz postawić na swoim/ Nie próbuj mnie powstrzymać dziewczyno, nic nie możesz powiedzieć/ Żyj tak, jakbyś chciała żyć i zostań tam, gdzie chcesz/ Ja muszę tylko iść i wrócić do Bay”. Tempo zmienia się jeszcze kilka razy a kinowy finał zapoczątkowuje szybująca, przepełniona podtrzymaniem gitara.
Piosenka ta znalazła się również na wydanym w 1968 roku albumie grupy zatytułowanym „Fever Tree”. Elegancka z jednej strony za sprawą klawesynu i fletu dostaje mocy od gitarzysty Michaela Knusta i perkusisty Johna Tuttle.
Cała płyta to kapiąca dawka optymizmu, połączona z serią ballad nasyconych psychodelią, barokowym popem i folk rockiem. Znajdziemy tam też muzyczne obrazy odległej klasyki ocierające się o filmowe doznania Mistrza Ennio Morricone. 
Tak zaczyna się płyta, otwierającą piosenką „Imitation Situation 1 (Toccata & Fugue) zaaranżowaną na klawiszowy instrument, tak aby pokazać dotyk i technikę wykonawcy. Ale ten psychodeliczny akord doprowadza do takiego stanu utraty własnej tożsamości, że jedynie chęć ucieczki ze zwykłego otoczenia pogłębia cię w oszałamiających latach 60-tych. Na pewno aranżacje utworów wzbogacone niezwykłymi partiami orkiestrowymi z wpływami muzyki klasycznej, które nie tylko odzwierciedlały trend na eksperymentowanie ale w jakiś sposób wybiegły naprzód, wprowadziły Fever Tree na progresywny szlak. Te kawałeczki są słyszalne chociaż całość pozostaje w wyraźnym stanie ciężkiego, bardzo teksaskiego, psychodelicznego brzmienia.
Obok aranżów muzyka na płycie wyróżnia się niesamowitymi partiami gitary oraz basu co wraz z mocnym wokalem tworzy niezapomnianą całość. 
 W „Where Do You Go?” dostajesz kojący rześki wieczór odbijający promienie słoneczne na brzegu pustyni a całość płyty posiada doskonałe rytmy z wężowymi solówkami gitarowymi, przy akompaniamencie organów. Energiczne, wysokiej jakości numery wypełniają ten debiutancki krążek Fever Tree. Mocne garażowe dźwięki podrasowane sfuzzowaną gitarą wypełniają „Ninety-Nine and a Half”, który jak rzucone kamienie rozpryska wokół organowych akordów a „Man Who Paints the Pictures” jest jak lokomotywa opanowana przez bandytów i szalejąca po szynach przez otwarte pola, całość znajduje nagły koniec wraz z początkiem „Filigree & Shadow”, piękną utrzymaną w anglikańskiej atmosferze pieśnią. 
O ta płyta ma swoje chwile! Koniec tego utworu wprowadza nastrój szaleństwa za sprawą pracy przy stole mikserskim. Psychodelia pełną gębą.
I oto druga strona zaczyna się „The Sun Also Rises”, dobry czas dla muzyki. Optymistyczne dźwięki zapewniają poczucie komfortu i wiary, że przyjdzie nowy dzień. Chodzi o miłość, stary.
Chłopcy z Fever Tree wzięli na warsztat utwór spółki Lennon-McCartney, „Day Tripper/ We Can Work It Out”. Zrobili to dobrze. Ciekawie jest usłyszeć znajomą piosenkę z nowej perspektywy.
Większość numerów z drugiej strony jest bardziej stonowana w porównaniu do mocno zaciętej pierwszej strony. 
Ale to tutaj jest piosenka Neila Younga „Nowadays Clancy Can’t Even Sing”, która wprowadza radosne chwile, wypełnione pewną nutą nostalgii , to tutaj jest „Unlock My Door” spokój, wyłączenie zmysłów na otoczenie, pogrążenie się w kwasowym śnie. Otwierasz szeroko oszołomione oczy i spoglądasz w stronę gwiazd w pamięci nadchodzących żniw. 
No i kończący płytę numer „Come With Me” z odgłosami burzy zarejestrowanymi na żywo, wystawiając mikrofon przez okno studia. I ta ballada, bez wątpienia nagrana w klimacie Tima Buckleya, jest…. no po prostu piękna. Smutek i żal otoczony przez deszcz i grzmoty burzy miękko wpada w zaginioną rzeczywistość pozostawiając cię w samotnym kursie aż po horyzont, gdzie wszystko połamało się i tańczy.






środa, 12 sierpnia 2020

THE KOOBAS - Koobas /1969/


1. Royston Rose (Ellis, Morris) - 3:51
2. Where are the Friends? (Ellis, Leathwood) - 3:37
3. Constantly Changing (Ellis, Morris, Leathwood) - 2:44
4. Here's a Day (Ellis, Morris, Leathwood) - 3:10
5. Fade Forever (Ellis, Leathwood) - 2:59
6. Barricades (Ellis, Stratton-Smith, Leathwood) - 5:02
7. A Little Piece of My Heart (Blackwell, Scott) - 2:42
8. Glod Leaf Tree (Ellis) - 3:38
9. Mr. Claire (Leathwood) - 3:44
10.Circus (Ellis, Leathwood) - 5:42


*Stuart Leathwood - Lead Vocals, Guitar
*Roy Morris - Guitar, Vocals
*Tony O'Reilly - Drums
*Keith Ellis - Bass




The Koobas byli jednym z lepszych brytyjskich zespołów, które ledwo odcisnęły piętno na ścieżce muzycznej kariery w połowie lat sześćdziesiątych. Niestety to kolejny zespół ulubiony przez dziennikarzy i popularny podczas występów na żywo, który nagrywając jedyną płytę w 1969 roku już stracony był na pożarcie. A było świetnie. Przecież to oni otwierali trasy koncertowe The Beatles i to ich bardzo szybko zauważyło kierownictwo EMI-Columbia, które od razu zaproponowało kontrakt.
Grupa została założona w 1962 roku przez gitarzystę i wokalistę Stuarta Leathwooda i Roya Morrisa, perkusistę Johna Morrisa (którego szybko zastąpił Tony O’Reilly) oraz basistę Keitha Ellisa. Wszyscy oni byliu weteranami liverpoolskiej sceny muzycznej a grali w takich kapelach jak: Thunderbeats i The Midnighters. Na początku nazywali się Kubas i w grudniu 1963 roku przez trzy tygodnie występowali w Star Club w Hamburgu, gdzie zdobyli sobie poważną pozycję jako wykonawcy „nowej” muzyki. Brzmienie mieli porównywalne do The Beatles, The Searchers czy Mojos ale mieli dodatek amerykańskiego rhythm and bluesa z silnym ale lirycznym atakiem gitary i przekonywującym wokalem.
W 1965 roku grupa The Koobas dała dziewięć koncertów w najbardziej prestiżowych klubach w Londynie i zaczęła zdobywać świetną prasę, ale single, które nagrywała nie zdołały zaliczyć żadnego miejsca na listach przebojów. I choć nadal otrzymywał ciekawe propozycje koncertów, a to z The Who lub trasa po Szwajcarii z Jimi Hendrix Experience to jednak nie przekładało się to na utrwalanie nagrań w studio. Brzmienie grupy było smukłą, melodyjną marką opartą na R&B ale jako kompozytorzy muzycy zaczęli rozkwitać dość późno, co mogło być częścią ich problemów.
Nagrali dobrze brzmiące i zabawne piosenki, ale jakoś nigdy nie połączyli się z odpowiednim dźwiękiem we właściwym momencie. Do połowy 1967 roku zmienili wygląd i brzmienie odchodząc od R&B w amerykańskim stylu i kierując się w stronę psychodelii. Członkowie zespołu zaczęli pisać własny materiał, czasem z pomocą przychodził im nowy manager Tony Stratton-Smith. Jednak jedyny singiel, który zyskał popularność to nie była ich własna kompozycja tylko przeróbka numeru Cata Stevensa „The First Cut Is the Deepest”. Dodając ciężką gitarę o fuzzowym tonie do tej melodyjnej piosenki zespół wskoczył na listy przebojów ale znowu zadziałał pech. W tym samym czasie numer ten nagrała P.P. Arnold i to jej wersja weszła do Top 20. Pomimo wszelkich starań Strattona-Smitha zespół nie mógł się odnaleźć. Jakość ich koncertów i wynagrodzenia zaczęły spadać. Pod koniec 1968 roku uzgodnili, że się rozejdą. Jak na ironię, podział grupy zbiegł się z ostatnim wysiłkiem Strattona-Smitha aby wywalczyć nagranie dużej płyty. Grupa przetrwała wystarczająco długo by dokonać nagrań ale już w trasę promującą album nie pojechała. Zamiast tego, w 1970 roku Keith Ellis przeszedł do Van Der Graaf Generator, a następnie do Juicy Lucy a Stuart Leathwood stał się częścią duetu Gary & Stu z Garym Holtonem.
Koobas” ukazał się w 1969 roku gdy grupa już nie istniała.
Strona pierwsza:
Rozpoczyna się numerem „Royston Rose” napędzanym przez Rickenbackera z mocnym rytmem i ciekawą solówką sfuzzowanej gitary. Klimatycznie ten jak i pozostałe numery mocno siedzi w brytyjskiej psychodelii i możemy je na równi stawiać z dokonaniami Small Faces, The Zombies czy The Pretty Things. Piękne melodie i chwytliwe refreny tylko olśniewają pozostałe fragmenty płyty. Właśnie „Where Are The Friends” podsyca nastrój melodyjną partią refrenu co powoduje u mnie konieczność ponownego wysłuchania tych kilku taktów. Zwarta aranżacja i kapitalne współgranie chórków z wręcz trippowymi schodami i przeplatanymi organami z precyzyjnymi przerwami buduje klimat podnoszący pełny odsłuch do niebiańskiego oblicza a to usłyszysz w „Constently Changing” następnej piosence zawartej na płycie. Natomiast „Here’s A Day” daje zespołowi możliwość oddania hołdu Liverpoolowi w doskonałym stylu a’la The Kinks, z kolanami uniesionymi do góry i kapiącym piwem w jakimś portowym barze. No i ten jakże pospolity fragment tekstu: „Na rowerze do stoczni/ wszyscy chłopcy, którzy nie lubią poniedziałku”.
Fade Forever” to coś w rodzaju niebieskookiego soulowego śpiewaka, ale nie dajcie się zwieść. Ten świetny numer zaczyna się dziwacznym intro, no nie wiem o co chodzi? Ale zaraz namiętny wokal jest złowiony przez mellotron i znakomitą grą zespołu. Już dochodzi do końca, już pełne wyciszenie (zresztą dość niespodziewane) kończy numer, gdy pod koniec odbija z wyjątkowo głośnym poziomem.
Strona druga:
Zniekształcona gitara, klawisze i warstwy melodyjnych gitar splatające się wokół ciężkiego rytmu rozpoczynają tą stronę numerem „Barricades”, bardzo aktualnym a dotyczącym zamieszek społecznych, które wybuchły w Czechosłowacji, którą zajęły w tym czasie wojska radzieckie. Melodia wpadająca łatwo w ucho jest złowieszcza na tle wybuchów eksplozji a gitarowe sola atakują czołgi „wyzwoleńczej” armii.
Janis Joplin pięknie zaśpiewała „Piece Of My Heart”. Piosenka sama w sobie jest urocza, pełna dynamizmu i kunsztownej woli nadążania za spadającymi gwiazdami. The Koobas zrobili to po swojemu aczkolwiek ich aranż jest podobny do oryginału. No ale to naprawdę fajna melodia.
Kolejnym numerem jest ballada „Gold Leaf Tree” zaśpiewana przez Ketha Ellisa, najpierw z towarzyszeniem fortepianu a potem piękną partią fletu. Ona tam jest ale musisz jej poszukać. Ona cyka, gdzieś w wyschniętej trawie a całość przenosi się na otwarte przestrzenie i płynie lekko przed siebie. No cóż, o kolejnym utworze zawartym na płycie, „Mr. Claire” mogę napisać tylko tyle, to jest przebój. Dlaczego nie został? Nie wiem.
Po prostu posłuchaj go.
I ostatnią piosenką zawartą na tym lp. jest „Circus”. Jesteśmy w cyrku na przedstawieniu. Tak, tak.
Oto mamy żonglerkę, linoskoczków, clownów, słoni, siłaczy i każdy z nich ma swój własny mały 20-30 sekundowy utwór, zachwycający główną melodią. A gdy tak podniebne akrobacje dobiegają końca, całość opanowuje parada wizualnych obrazów, która oddala się w ostatnie sekundy kończące płytę.
Krótsza recenzja?
Proszę bardzo.
Jeśli kochasz „Odessey and Oracle” The Zombies to „Koobas” jest z pewnością płytą dla ciebie.







niedziela, 2 sierpnia 2020

THE ELECTRIC FLAG - A Long Time Comin' /1968/


01. "Killing Floor" (Chester Burnett a.k.a. Howlin' Wolf) – 4:11
02. "Groovin' Is Easy" (Nick Gravenites) – 3:06
03. "Over-Lovin' You" (Mike Bloomfield, Barry Goldberg) – 2:12
04. "She Should Have Just" (Ron Polte) – 5:03
05. "Wine" (Traditional arr. Bloomfield) – 3:15
06. "Texas" (Bloomfield, Buddy Miles) – 4:49
07. "Sittin' in Circles" (Goldberg) – 3:54
08. "You Don't Realize" (Bloomfield) – 4:56
09. "Another Country" (Polte) – 8:47
10. "Easy Rider" (Bloomfield) – 0:53


♦ Mike Bloomfield – lead guitar, vocals
♦ Buddy Miles – drums, vocals
♦ Barry Goldberg – keyboards
♦ Harvey Brooks – bass
♦ Nick Gravenites – vocals, guitar
♦ Herb Rich – organ, vocals, baritone saxophone, guitar
♦ Michael Fonfara – keyboards
♦ Marcus Doubleday – trumpet
♦ Peter Strazza – tenor saxophone
♦ Stemsy Hunter – alto saxophone







W muzyce i sztuce jest wiele tragicznych historii, jest zbyt wiele przedwczesnych śmierci utalentowanych muzyków i artystów i niestety bardzo częsta przyczyną tego stanu rzeczy są narkotyki. Nie ogranicza się to do żadnego gatunku, a nawet do żadnego stulecia-jest to coś co wydaje się nękać artystyczny temperament i co powoduje najpierw entuzjastyczne wyzwolenie a potem… przepaść i samotność.
Chciałbym więc zacząć od napisania paru słów o Michaelu Bernardzie Bloomfieldzie, który zmarł 15 lutego 1981 roku w wieku 37 lat. To heroina zrujnowała karierę Mike’a Bloomfielda i to narkotyki go zabiły. A jak się cofniemy do 1965 roku, Bloomfield był prawdopodobnie najlepszym gitarzystą na świecie, mającym już swój styl a także grający z wielkim wyczuciem i oddaniem. Grał w The Paul Butterfield Blues Band i budował reputację świetnego muzyka. Zagrał na jednym z największych albumów wszech czasów-”Highway 61 Revisited” Boba Dylana oraz występował wraz z nim na słynnej elektrycznej trasie po Anglii. Ale usłyszymy go również na epickiej płycie „East-West”, The Paul Butterfield Blues Band, gdzie połączył muzykę indyjską z jazzem i chicagowskim bluesem.
Aż nadszedł czas na założenie swojego własnego bandu. The Electric Flag, grali nie tylko bluesa, ale wspomagani świetną sekcją dętą umiejętnie połączyli: soul, rhythm and blues i muzykę psychodeliczną w oryginalną całość.
A co to był za skład!
Mike Bloomfield-gitara i wokal, Harvey Brooks-bas, Barry Goldberg-instrumenty klawiszowe, Buddy Miles-perkusja, Nick Gravenites-gitara i wokal, Michael Fonfara-instrumenty klawiszowe, Herb Rich-saksofon barytonowy, Stemsy Hunter-saksofon altowy, Peter Strazza-saksofony i Marcus Doubleday-trąbka. A przynajmniej wszyscy oni pojawiają się na debiutanckim krążku grupy zatytułowanym „A Long Time Comin’”.
Płytę rozpoczyna głos prezydenta Lyndona Johnsona wygłaszającego przemówienie przed Kongresem, a mówiącego o „godności człowieka”, gdy jego przemówienie przerywa ochrypły śmiech, oklaski i dźwięk The Electric Flag prowadzący do porywającego otwieracza „Killing Floor”. Oryginał Howlina Wolfa dotyczył destrukcyjnego związku z kobietą, zespół Mike’a Bloomfielda przedstawia Amerykę jako niszczycielska damę, a tytułową „podłogą śmierci” staje się wojna w Wietnamie. Obecność Bloomfielda jest ugruntowana od samego początku dzięki jego charakterystycznemu brzmieniu i stylowi mocno osadzonemu w chicagowskim bluesie, ale to nie tylko-te dźwięki są takie eleganckie, takie wypełnione dostojeństwem a nawet gdy gra ostro i ochryple, te nuty wznoszą się ponad wszystko. Reszta ekipy żwawo podąża za gitarą i zaglądając w każdy zakamarek wypełnia cały utwór dostatkiem.
Niemal królewski początek utworu „Groovin’ Is Easy” to idealnie zsynchronizowane instrumenty dęte z perkusyjnymi uderzeniami z dramatyczną intensywnością. Gravenites jest tak gładki w tej piosence jak jedwab, dopasowuje swoje frazowanie do przodu i do tyłu, ale zawsze jest uzależniony od rytmu. Piosenka ta oparta jest na jego klawiszach, a ten pop soulowy numer jest majstersztykiem albumu. W „Over-Lovin’ You” wokal bierze Buddy Miles. Piękny ma głos a piosenkę tą śpiewa z cholerną radosną energią. Ale najważniejszą w tym utworze jest gra Brooksa na basie. Mocna, pełna polotu i zadziornej werwy kontrastuje z resztą nagrania. Zresztą podobnie jak w „She Should Have Just”, jego bas jest zachwycająco słyszalny a zagrana w średnim tempie melodia wzbogacona zostaje strunami i pluskami hiszpańskiej gitary.
Oddająca doskonale ducha zabawy „Wine” kopie w tyłek już od pierwszych taktów. Tu jest fantastyczna praca Bloomfielda. Ta rozdarte solo idzie w górę, w dół, oplata całą przestrzeń i długo jeszcze tkwi w moich uszach. Te niewiarygodne dźwięki są nagrodą słuchania, są nagrodą umieszczenie tej płyty w swoich zbiorach.
Dęciaki prowadzą swoje kolory, gitara kąśliwie podbarwia linie a Buddy Miles śpiewnie wypełnia środki w „Texas”, bluesowo rockowym killerze. Cudownie uwodzicielska gitara utwierdza tylko w mnie w przekonaniu, że Bloomfielda to ja mogę słuchać bardzo często, zdecydowanie jego dźwięki wtapiają się w mój umysł i dobrze tam się czują. Rozpoczynająca się grzmotem i ciągłym deszczem „Sittin’ in Circles” jest zdecydowanym klimatem San Francisco i epoki Flower Power. Forma ballady z delikatnym soulowym puchem wypełnia nastrój radości i optymizmu. I pomimo pojawiających się ostrych zniekształceń gitarowych zabójczych dla nastroju to nadal jest mocna psychodeliczna ballada. A „You Don’t Realize” to znowuż bardziej zwarta i spójna ballada o czystym soulu. Świetny wokal Buddy’ego Milesa ładnie współgra z resztą kompozycji a sekcja dęciaków mile buja w tym duchowym klimacie.
Pod całą kwiecistą patyną epoki hipisów w Stanach pojawiła się równie silna obawa i odraza, ogólny niepokój. Polaryzacja w społeczeństwie amerykańskim osiągnęła nowe skrajności. Nagrany jeszcze przed ofensywą Tet i dwoma zabójstwami popularnych polityków „Another Country” okazuje się zarówno pouczający, jak i proroczy.
Znajdź najbezpieczniejszy pokój, jaki możesz znaleźć/ I zamknij drzwi/ Znajdź sobie inny kraj/ Gdybym mógł przegrać, wszystkie moje problemy/ Uciekając/ Nie, nie zostałbym tam”.
Utwór rozpoczyna się od sprzężenia zwrotnego, które przekształca się w zawodząca syrenę. Pojawia się cały zespół, po zdyscyplinowanej aranżacji wezwań i odpowiedzi, w których Bloomfield wyrywa te same trzy nuty na gitarze, a dęciaki odpowiadają kombinacją dźwięków poza linią bazową. Gravenites dostarcza zwrotki w wokalu i tak do 2:25 gdy aranżacja zostaje zdmuchnięta przez kakofonię sprzężenia zwrotnego, ryku klaksonów i odległego dźwięku Lyndona Johnsona, który wykręcił się z przemówienia, które rozpoczął na początku albumu. Dźwięki w sekcji kakofonicznej obejmują szaloną mieszankę recitali wokalnych, a trąbki nabierają smaku psychodelicznych mariachi. W końcu docieramy do sola Bloomfielda. Zaczyna się w odpowiedzi na kołyszący się rytm napędzany przez kastaniety i hiszpańską gitarę, w tej sekcji nuty Bloomfielda brzmią jak spadające kwiaty w ciepłej, wiosennej bryzie, słodkie i och, jak piękne!
Pod koniec tego segmentu, Bloomfield brzmi tak jakbyś podążał od podstaw za płynnymi liniami kwitnących liliowców, lawiną nut kończącą się bluesowym riffem, który daje zespołowi wskazówkę, aby się dostroić. Dęciaki reagują, a po kilku kolejnych taktach tempo przechodzi na szybszy blues rock, w którym gitarzysta wykonuje oszałamiający bieg jeden po drugim. I tak do kolejnego przejścia z powrotem do zwrotki i uspokojenia.
A Long Time Comin’” kończy trwający niespełna minutę „Easy Rider”, który brzmi jak Mike Bloomfield grający bluesa w nieszczelnej piwnicy.
Och, jakże bym chciał, żeby ten mały kawałek trwał dziesięć razy dłużej!
I jakże żałuję, że Mike Bloomfield spotkał na swojej drodze pieprzoną heroinę.




niedziela, 26 lipca 2020

BOB DYLAN - Love and Theft /2001/


1. Tweedle Dee Tweedle Dum
2. Mississippi
3. Summer Days
4. Bye and Bye
5. Lonesome Day Blues
6. Floter (Too Much to Ask)
7. High Water (For Charley Patton)
8. Moonlight
9. Honest With Me
10. Po' Boy
11. Cry a While
12. Sugar Baby



Mój Boże, Bob Dylan nagrał płytę, która nie jest przygnębiająca a brzmi jak doskonałe albumy z lat sześćdziesiątych. Oczywiście ta niesamowita magia dźwięku „Highway 61 Revisited” czy „Blonde On Blonde” jest nie do podrobienia ale tu pachnie mocno tamtymi rowkami płyty i jest to naprawdę świetna sprawa. Poważnie, to niesamowity album. To nie jest hałaśliwe BUUUUM, tylko jest to płyta, która zajmuje zasłużone miejsce gdzieś między akustycznymi kawałkami Boba a introspekcyjnymi ćwiczeniami country rocka z wczesnych lat siedemdziesiątych. I jeszcze „Love and Theft” zdecydowanie podsumowuje jedną rzecz – stary Bob Dylan jeszcze się nie poddał.
Idea płyty jest zasadniczo prosta. Dylan bierze kilka starych standardowych melodii i dopasowuje je do całości uatrakcyjniając je dowcipnymi tekstami. Zaraz, mam na myśli naprawdę stare standardowe melodie. Niektóre prymitywne boogie-woogie, kilka typowych jazzowych ballad, zupełnie proste bluesowe rytmy i parę dźwięków country ogołoconych do samego korzenia. Po drodze jest kilka niespodziewanych zwrotów akcji, takich jak nagła zmian tempa w „Cry A While” ale i tak to niczemu nie przeszkadza ponieważ Bob dociera do swoich korzeni i basta.
O co tyle szumu?
Cóż, przede wszystkim sposób w jakim grane są te rzeczy. Wszyscy fani powinni być wdzięczni Larry’emu Campbellowi, Charlie Sexton, Tony’emu Garnier, Davidowi Kemper i Augie Meyers za te pełne ducha z iskierką życia tlącą się pod prawdziwymi emocjami nagrania.
Towarzysząc Dylanowi na „Love and Theft” muzycy ci często po prostu angażują się we wszelkiego rodzaju klisze jazzowe lub rockabilly, ale robią to z takim prawdziwym entuzjazmem i energią, że nie sposób nie dać się porwać zabawie. Krystalicznie czyste, pyszne linie gitary, ładne wirujące frazy organowe, wiesz, o czym mówię… to nie tylko grupa muzyków, którzy pokazują ci, jak skutecznie opanowali formalną sztukę grania bluesa, ale to grupa muzyków, którym naprawdę zależy jak dopasować ją do stylu wokalizy Dylana.
Wszystko jest dość lekkie, a teksty nawiązują do tych relacji Boba z okresu akustycznego. Hymnowe „Mississippi” jest tego dobitnym przykładem: „Niektórzy podadzą ci rękę inni zaś nie/ Wczoraj wieczorem znałem cię, a dziś już nie chcę/ Potrzebuję czegoś mocnego aby rozproszyć swe myśli/ Będę patrzył na ciebie zanim moje oczy oślepnął/ Dobrze, dostałem się tutaj idąc za gwiazdą południa/ Przebyłem rzekę tylko po to by być z tobą/ Jedną tylko rzecz zrobiłem źle,/ Zostałem w Mississippi o jeden dzień za długo”.
W bardziej rockowych utworach Dylan śpiewa swoim szorstkim, przerażającym głosem co doskonale pasuje do szorstkiego, groźnego rytmu rhythm and bluesowych naleciałości choćby w „Twiddle Dee & Twiddle Dum”. Co ciekawe piosenka to z łatwością pasuje do niezbyt ulubionej przeze mnie „Under the Red Sky”, ale tutaj jest lepiej, ponieważ po prostu nie mogę się oderwać od tych nut i współgrających gitar. Dylan pokazuje się równie dobrze w niechlujnym rockabilly („Summer Days”) jak i w bardziej szorstkim blues rockowym „Honest With Me”.
Lonesome Day Blues” jest konkretnym bluesem w którym tekst jest pełen bólu i przygnębienia, jak to w bluesie bywa: „Dobrze, miałem dziś smutny, samotny, cały dzień/ Tak, miałem dziś smutny, samotny, cały dzień/ Siedzę właśnie tutaj będąc własnych myśli więźniem/ Dobrze, oni wycierają nogi, sypią na podłogę piach/ Oni wycierają nogi, sypią na podłogę piach/ Zostawiłem swoją wierną kochankę, stojąca w drzwiach/ Dobrze, mój ojciec umarł, brata zabili na wojnie/ Dobrze, mój ojciec umarł, brata zabili na wojnie/ Siostra uciekła, wyszła za mąż, i więcej nie słyszano o niej”. „Moonlight” to natomiast wspaniały jazzowy walc a zamykający płytę kawałek „Sugar Baby” jest głęboką introspekcyjną akustyczną balladą, zabójczo powolną i przerywaną po każdym wersie, prowadzącą do nieprzewidywalnego finału: „Twoje wdzięki złamały niejedno serce i moje jest jednym z nich/ Masz zwyczaj rozdzierania świata na strzępy, kochana, zobacz co zrobiłaś/ Jest to tak pewne, jak to że żyjemy, tak pewne jak to że się urodziłaś/ Patrz w górę, patrz w górę-szukaj swego Stwórcy-zanim Gabriel zagra na rogu/ Słodkie dziecko, idź swoją drogą/ Niestety nie masz rozumu, ani trochę/ Całymi latami byłaś beze mnie/ Tak samo możesz być i teraz”.
No i sprawa bardzo fajna o której należy koniecznie napisać. Na płycie ”Love and Theft” nie ma ani jednej złej piosenki, co jest bardzo miłe i pozytywnie zaskakujące. Dylan czegoś szukał przed nagraniem tego albumu i myślę, ze ten powrót do muzycznych korzeni, że ta próba odmłodzenia tych paru nut wyszedł tylko nam i jemu na dobre. Dylan ma swój plan, zresztą nie po raz pierwszy i pozostaje nam tylko życzyć mu dobrego zdrowia i poczekać na kolejne płyty.