niedziela, 5 czerwca 2022

DONOVAN - Sunshine Superman /1966/


01. Sunshine Superman     3:19
02. Legend Of A Girl Child Linda (Arranged By – John Cameron)  6:52
03. Three Kingfishers     3:19
04. Ferris Wheel     4:13
05. Bert's Blues  (Arranged By – John Cameron)  3:59
06. Season Of The Witch     4:58
07. The Trip     4:38
08. Guinevere     3:44
09. The Fat Angel     4:18
10. Celeste     4:13


Rok 1966, ulice Londynu kwitną niespotykaną, różnorodną barwą, pełną zalotności atmosferą. Dziewczęta, uśmiechnięte paradują w krótkich spódniczkach lub sukienkach w wielokolorowe paski lub kratkę a chłopcy puszą się dumnie niczym „paw” w nowych fryzurach w których przebudzone światło słoneczne odbija swoje promienie. A zewsząd dobiega muzyka, wszędobylska, pojawiająca się na każdym kroku czyniąca z tego miasta młodzieżową stolicę Europy zwaną Swingującym Londynem.

Jazz, blues, rock’n’roll i halucynogenne dźwięki psychodelii wtapiają się w wielobarwny tłum młodzieży by pomóc im odkrywać nieokrzesaną radość życia. A w tym tłumie, w całym tym zgiełku ochoczo kroczy z samego rana, pełen swobody i wesołości, będący w trakcie „podróży” słoneczny superman.

Gdy Donovan nagrał tą płytę, „Sunshine Superman” cały Londyn bawił się i przełamywał wszelkie bariery zastanej rzeczywistości.

Urodzony w 1946 roku w Glasgow, Donovan szybko zakochał się w muzyce oraz w nastroju panującej chwili. Już w okresie nastoletnim przemierzał „drogi w poszukiwaniu siebie i duchowego dobrobytu”. Związał się też z muzyką. Karierę rozpoczynał w lokalnych klubach, a następnie przeniósł się do Anglii, by w końcu wylądować w samym jej sercu - Londynie. Podczas tych różnych pobytów utrwalał swoją wiedzę na temat muzyki ludowej oraz jej tradycyjnego repertuaru. Pod koniec 1964 roku podpisał kontrakt z wytwórnią Pye Records i po wydaniu dwóch płyt został zupełnie niesłusznie nazwany kopią Boba Dylana z Wysp. Pozwólcie, że to wyjaśnię. Donovan pomimo niepokojących podobieństw do Dylana wcale się do niego nie upodabniał. No chyba, że weźmiemy za naśladownictwo instrumentarium, gitara i harmonijka. Ale to jest śmieszne. Muzyka folkowa inspirowana brytyjskimi podaniami jest przecież zupełnie inna od tradycyjnej muzyki amerykańskiej. No ale krytycy zawsze uwielbiają wbić szpilę bez zastanowienia. Jeśli krytycy nie pochwalali twórczości Donovana, to publika wręcz przeciwnie. Dwa pierwsze albumy odniosły spory sukces komercyjny. A jeśli chcecie zanurzyć się w ten okres współczesnego folku, radzę posłuchać jego pierwszego singla „Catch the Wind”, który jest po prostu zachwycającą piosenką.

Podjęcie decyzji przez Donovana o zmianie producentów i menedżerów prowadzi do podpisania kontraktu z Epic Records i idąc za ciosem nagrania płyty „Sunshine Superman”. Album z powodów kontraktowych zostaje wydany najpierw w Stanach Zjednoczonych. Składająca się z 10 utworów płyta to nie tylko ogromna ewolucja osobista i artystyczna muzyka, ale także jeden z pierwszych albumów z gatunku psychodelicznego popu i folku. Po raz pierwszy Donovan zakasał rękawy, by wydać album złożony w całości z oryginalnych, napisanych przez siebie piosenek.

Jego nietypowe uniwersum zorientowane na abstrakcyjne, średniowieczne i beatnikowe tematy ujawnia światu talent pisarski i kompozytorski. Wiele numerów jest inspirowanych sekretną miłością, jaka łączy go z byłą dziewczyną Briana Jonesa, która później zostaje jego żoną.

Styl interpretacji, czasem zbliżony do barokowego popu, pozwala mu w pełni rozkwitnąć w trippowych historiach i krajobrazach, które tworzy. Album rozpoczyna mityczny tytułowy singiel, nagrany w grudniu 1965 roku, na dwa miesiące przed premierą kultowych dokonań The Yardbirds czy The Byrds. Kluczowy i absolutnie genialny numer. Ponadto w tej piosence wspierają go dwaj przyszli muzycy Led Zeppelin – Jimmy Page i John Paul Jones. To psychodeliczny majstersztyk bez dwóch zdań. Następnie mamy folkowo – barokową balladę „Legend Of A Girl Child Linda”, która przenosi słuchacza w czasy średniowieczne. Posłuchajcie orkiestracji jak wspaniale wypełnia ten stan. W kolejnych numerach „Three King Fishers” oraz „Ferris Wheel” folk łączy się ze wschodnioindyjską mantrą, tak halucynogenną, że mam wrażenie iż podróżuję do samego jądra gwiezdnej autostrady, prowadzącej na krańce świadomości.

„Season of the Witch” to jeden z cudów albumu. Psychodeliczna wersja obłąkanego awangardowego rocka, wyróżnia się w sposobie podejścia do wersów za pomocą słowa mówionego, jak i linii basu/gitary, która tworzy rytm. Uduchowiony wokal zamyka się w stonowanej zwrotce, ale uwalnia się żywiołowym refrenie.

Piosenka, którą „Guinevere” pisze do swojego tajemniczego kochanka, jest okrutnie przejmującą romantyczną pieśnią, tak osiadłą, że reszta albumu przedłuża tę podniosłą atmosferę w innych balladach, by zakończyć całość bezbłędną „Celeste”.

To z pewnością radosne chwile tak bardzo trzymające nostalgiczną, pełną barw podróż, która wcale nie musi się szybko skończyć. Zawsze możesz nastawić repeat i odjechać dalej.








 

niedziela, 29 maja 2022

SMALL FACES - From the Beginning /1967/

 


"Runaway".
"My Mind's Eye".
"Yesterday, Today And Tomorrow".
"That Man".
"My Way Of Giving".
"Hey Girl".
"Tell Me Have You Ever Seen Me".
"Take This Hurt Off Me".
"All Or Nothing".
"Baby Don't You Do It".
"Plum Nellie".
"Sha La La La Lee".
"You've Really Got A Hold On Me".
"What'cha Gonna Do About It".





Dzięki staraniom menedżera Dona Ardena, grupa Small Faces w 1965 roku podpisała umowę nagraniową z wytwórnią Decca. Już pierwszy album zespołu przyniósł zadowalające efekty muzyczne. Grupa osiągnęła też spory sukces a jej popularność bardzo szybko rosła. Żywiołowe występy na żywo powodowały euforię bywalców ich koncertów a zainteresowanie telewizji i ukazanie się w programach takich jak: Ready Steady Go! I Tops of the Pops tylko zwiększyło ich sukces. Szczyt popularności przypadł na sierpień 1966 r., kiedy to „All or Nothing”, ich piąty singiel, trafił na wierzchołek brytyjskiej listy przebojów. Mimo, że Small Faces był jednym z najlepiej zarabiających zespołów koncertowych w kraju chłopaki nadal nie mieli zbyt wielu pieniędzy. W związku z tym podjęli decyzję zerwania współpracy tak z Ardenem jaki i z wytwórnią Decca. W czerwcu 1967 roku wyszedł drugi album zespołu zatytułowany „From the Beginning”, który został wydany bez zgody Small Faces i był aktem zemsty byłego menedżera za przekazanie interesów Andrew Loog Oldhamowi i Immediate Records. Płyta ta ukazała się w sklepach na kilka dni przed wydaniem „prawdziwego” drugiego albumu grupy i zawierała materiał odrzucony z poprzedniej sesji. Biorąc pod uwagę, co Arden miał z zwyczaju robić z tymi którzy mu przeszkadzali (próba uduszenia czy wyrzucenia przez okno), można powiedzieć, że zespół wyszedł z tego bez szwanku.

Ale paradoksalnie „From the Beginning” nieumyślnie opowiedziało historię brytyjskiego popu połowy lat 60 w mikrokosmosie. Na przestrzeni 14 utworów można usłyszeć sejsmiczną zmianę punktu ciężkości: od lekkiego popu, amerykańskiego rhythm and bluesa z domieszką soulu, do muzycznego wszechświata napędzanego LSD, w którym można bezkarnie śpiewać o słuchaniu oddychających kwiatów.

Dość nietypowy strumień operowego głosu otwiera „From the Beginning”, to manewr będący preludium do wspaniałej wersji „Runaway” Del Shannona. Zachowując strukturę oryginału, Small Faces w zasadzie zapewniają, że nie będą lepsi od źródła, ale nie poprzestają też na odtwórczym odtwarzaniu, oferując wariacje, gdy Marriott wymienia się wersami z grupą, Jones daje popis gry na perkusji, a McLagan zgrabnie wpina się na klawiszach. Część konfliktu zespołu z Ardenem wiąże się z szybkim wydaniem ”My Mind’s Eye” jako singla po tym, jak „All or Nothing” zdobyło szczyt. Utwór ten pokazuje, że grupa ociera się o rodzącą się psychodelię tworząc bogate w harmonie wykonanie.  Ale bardziej otwarcie psychodeliczny jest „Yesterday, Today and Tomorrow”, który w niespełna dwie minuty rozwija się jak pąk dojrzałego kwiatu pięknie lawirując wśród dźwięków typowych dla „Revolver” The Beatles.

I kolejnym przykładem, że taką muzykę trzeba pokochać jest „That Man”. Folkowe harmonie wokalistów współgrają z sekcją i pracą w studio. To jest przykład za co kocham swingujący Londyn. Brzmienie i elementy brytyjskiej psychodelii rozciągają się na przestrzeń lat mojego słuchania muzyki. Jak pisałem wcześniej ta płyta to przekrój, więc nie może zabraknąć też i korzeni. „My Way of Giving” łączy zeznania Marriotta i potężne uderzenie Jonesa jako wokal wspierający, to gratka będąca w stylu Motown. Chichoczące akordy i grzmoty perkusji w „Tell Me Have You Ever Seen Me” ujawniają dziwacznie satysfakcjonującą aranżację wokalną. Ten numer pojawi się na kolejnej płycie grupy, tu w zasadzie jest demo. Napisany wspólnie przez Covaya i Millera utwór „Come Back and Take This Hurt off Me” jest mięsisty i pszeniczny i stanowi płynne przejście do (chyba) najważniejszego utworu albumu i kariery grupy – „All or Nothing”. Wspaniały kawałek, po prostu wspaniały kawałek. Marriott daje tu całe swoje życie, gdy jego głos wyskakuje z macicy z siłą porodu, gotując też popisowe solo gitarowe, jako, że grupa zapewnia klinikę właściwej rockowej dynamiki: organy McLagana są zawsze wysmakowane, bas Lane’a jest mocny, ale giętki, a Jones bije skórę jak gigant. Numer jeden na liście? Tak i to bez wątpienia na liście wszechczasów.

Numer „Baby Don’t You Do It” został napisany przez spółkę Holland-Dozier-Holland i tu gra jak garażowy kombajn sunący wśród łan aż pod sam las dziewiczy.

Co jeszcze? „Plum Nellie”, ostre rytmy ciągną klawiszowe popisy McLagana a gitara szaleńczo rwie struny w środku całej zabawy.

I „Sha-La-La-La-Lee”, znany już z debiutu zespołu. Kolejny przebój i kolejna rzecz, która słuchając powoduje brak koordynacji ruchów i chęć gibania się wokół świata. I nic ani nikt mnie nie obchodzi.

W odróżnieniu od „Runaway”, w odczytaniu kasztanowego „You Really Got a Hold on Me”, McLagan pozwala sobie na swobodny rajd z polotem przechodząc w podniosłe „What’cha Gonna do About It”. Drugi numer wydany wcześniej przez Deccę przełamuje schemat powtarzalności, zamykając „From the Beginning” doskonałym przykładem klasycznego rdzenia zespołu. 









niedziela, 15 maja 2022

THE FUGS - Tenderness Junction /1968/

 


01. Turn On / Tune In / Drop Out — 4:44
02. Knock Knock — 4:20
03. The Garden Is Open — 6:09
04. Wet Dream — 3:21
05. Hare Krishna — 3:24
06. Exorcising The Evil Spirits From The Pentagon October 21, 1967 — 3:18
07. War Song — 5:24
08. Dover Beach — 4:01
09. Fingers Of The Sun — 2:23
10. Aphrodite Mass — 8:28

Personnel:
- Ed Sanders — vocals, producer
- Tuli Kupferberg — vocals, erectorine
- Ken Pine — guitar, mouth harp, organ, occilator, vocals
- Danny Kortchmar — guitar, electric violin, percussion, vocals
- Charles Larkey — bass
- Ken Weaver — drums, vocals
+
- Gregory Corso — harmonium (05)
- Allen Ginsberg, Maretta Greer, The Fug Chorale — vocals (05)

Jak na undergroundowy zespół, zespół zakręconych poetów, The Fugs w ciągu swojego życia w imponujący sposób przebili się do głównego nurtu psychodelicznych emocji lat 60-tych. Otóż w lutym, założyciel grupy, Ed Sanders znalazł się na okładce magazynu „Life”, a guru beatników Allen Ginsberg napisał parę słów do jednej z płyt zespołu. Jakby tego było mało to The Fugs zostali zaproszeni do programu telewizyjnego Johnny’ego Carsona.

A dziś jednak tylko zdeterminowany kontrkulturowy odkrywca jest w stanie znaleźć tę kapelę. Jak doszliśmy do tego stanu rzeczy? Kim byli The Fugs i dlaczego wszyscy o nich mówili?

Zespół założony został przez poetę Teli Kupferberga i przez undergroundowego wydawcę Eda Sandersa a jego początki sięgają Greenwich Village połowy lat 60-tych. W podstawowym składzie znalazł się jeszcze perkusista Ken Weaver. The Fugs specjalizowali się w niestabilnym koktajlu profanacji, satyry, montażu taśm, pastiszu i naćpanych rapów, co nadawało ich twórczości charakter niezwykłej podróży w psychodeliczne otchłanie.

Najwcześniejsze nagrania zespołu pochodzą z 1965 roku i są to niepokorne, antyestablishmentowe, garażowo-folkowe numery. W tym czasie grupa nagrywała dla jazzowej wytwórni ESP, a jej ambitny i kontrowersyjny materiał przyniósł jej łączną sławę. Do czasu nagrania płyty „Tenderness Junction” reputacja The Fugs jako wzorcowych nosicieli skandalu była już ustalona. W październiku 1967 roku, w ramach większej demonstracji antywojennej, w której wzięło udział 100 000 protestujących, grupa wraz z filmowcem i magikiem Kennethem Angerem oraz z Abbie Hoffman ustawiła się pod Pentagonem. Celem było uniesienie Pentagonu 300 stóp w górę, a następnie obrócenie go w powietrzu, aby wszyscy mogli go zobaczyć, w proteście przeciwko zaangażowaniu USA w wojnę w Wietnamie. Zarodek tego niesamowitego planu wyszedł od Allena Cohena i Michaela Bowena, redaktorów podziemnej gazety „The Oracle” z San Francisco. To oni natknęli się na książkę Lewisa Mumforda, w której sugerował on, że sam kształt i struktura pięciobocznego Pentagonu kryją w sobie okultystyczne zło. Uznali, że ktoś powinien coś z tym zrobić. Tym kimś okazał się The Fugs. Odprawianie egzorcyzmów poprowadzone było wzorcowo. Przy dźwiękach anarchistycznej muzyki łączącej prymitywny hałas z satyrycznymi tekstami, w których mieszały się seks, narkotyki i polityka całość została sprowadzona go ogólnego skandowania: „Wynocha, demony, wynocha! Precz, demony, precz!”. Fragment tego zjawiska możemy usłyszeć na płycie „Tenderness Junction”. Innym nietuzinkowym występem zespołu był happening, aby wyrazić sprzeciw wobec inspektora nadzoru Los Angeles, Warrena Dorna i  jego nowej innowacji „Tygodnia Przyzwoitości”. W skład tej „magicznej ceremonii” wchodziła młoda kobieta, kilku skandujących oraz marchewka. Sanders: „Marchewki będą duchowo przenosić młodą wolontariuszkę z kwiatami sromu w sny pana Dorna”. Nie inaczej sytuacja przedstawiała się z tekstami. Podczas gdy większość śpiewu wykonywał na żywo Sanders, spora część uroku The Fugs pochodziła z naćpanej poezji i opowieści o kudłatych psach Kena Weavera.

Prawdopodobnie najbardziej przystępną pozycją zespołu jest płyta „Tenderness Junction”. Porywający „Turn On, Tune In, Drop Out” dzięki paru sesyjnym muzykom staje się świetnym otwieraczem albumu. Gdy początek numeru sugeruje chaos i surrealne świty, tak z czasem całość nabiera fajnej melodii i ciekawej solówki gitarowej. A po niej niespodziewanie dostajemy uroczo brzmiącą partię country. Cudowny „The Garden Is Open” jest mistrzowskim przykładem psychodelicznej łagodności popartej ognistą solówką gitarową imitującą ludowy taniec mandoliny, która w dalszej części spotyka kwasowy przester , by następnie poruszać się tam i z powrotem. Podobnie cienką granicę między komercyjną parodią a czystą elegancją odnaleźć można w „Wet Dream” czy w mantrowym „Hare Krishna”. Odważniejszym eksperymentem, takim jak ceremonia konkretnej muzyki był wspomniany już przeze mnie „Excorsing The Evil Spirits From Pentagon”. Ten album przesiąknięty został dźwiękowym ekspresjonizmem, który czerpał z różnych form popularnej muzyki: folku, pieśni tradycyjnej, marszu wojskowego, muzyki kościelnej itp. W kolejnych wymownych eksperymentach, ballada „Dover Beach” jest folkową wędrówką z bliskowschodnimi posmakami, a „Fingers of the Sun” pastoralną baśnią. Całość płyty zamyka suita „Aphrodite Mass” stanowiąca podsumowanie całego tego przedsięwzięcia.









poniedziałek, 2 maja 2022

JONI MITCHELL - Clouds /1969/

 


01 - Tin Angel
02 - Chelsea Morning
03 - I Don't Know Where I Stand
04 - That Song About the Midway
05 - Roses Blue

06 - The Gallery
07 - I Think I Understand
08 - Songs to Aging Children Come
09 - The Fiddle and the Drum
10 - Both Sides Now

Na debiucie była eteryczną syreną śpiewającą z odległych mgieł, tutaj na „Clouds” jest pięknością z sąsiedztwa, przeglądającą własną poezję i pamiętniki. Kwintesencja lat 60-tych, zbiór gotowy do śpiewania z gitarą, przedwczesne artystyczne maleństwo, które głosi swoje mądrości świadomie ignorując popowy szum. Tak, Joni Mitchell, może trochę za młoda, by śpiewać o smutku, przygnębieniu i melancholii (choć życie już ją niemiłosiernie dotknęło) ale z pewnością ma to swój urok i wdzięk. I bliższe są mi raczej tutaj letnie wieczory niż jesienne smutki. Spoglądam czasami ukradkiem na nią, gdy siedzi na werandzie, ubrana w sukienkę w kwiatki, mająca spięte włosy i bose stopy. A ona udaje, że mnie nie widzi i śpiewa mając przymknięte powieki: „Obudziłam się, to było poranne Chelsea/ I pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam/ Było słońce, które przeszło przez żółte zasłony/ I tęczę na ścianie/ Niebieski, czerwony, zielony i żółty wita cię/ Szkarłatne kryształowe koraliki kołyszą się”. No a gdy dodaje jeszcze to: „Znalazłam dziś kogoś kogo kocham/ W jego oczach jest smutek. Jak u anioła z cyny/ Co się stanie jeśli spróbuję umieścić w nim kolejne serce/ W kawiarni Bleeker Street znalazłam dziś kogoś kogo kocham”, to tylko wisi w powietrzu lekkie rozczarowanie, że to nie o mnie ta piosenka. A przecież te pojedyncze dźwięki gitary akustycznej wprawiają w niezwykłe akordy, które oddzielają się od oczekiwań i tworzą poczucie oderwania od codzienności. Delikatny głos Joni w „Songs to Aging Children Come” skutecznie harmonizuje z samym sobą, krążąc wokół melodii jak satelity wokół gwiazdy. Wsparta pięknymi harmoniami, czysta melodia, jedna z najpiękniejszych znajduje się w utworze „The Gallery”, który opowiada o wartości kobiet w naszym społeczeństwie, bezpośrednio związanych z przemijającym pięknem: „Dałam ci wszystkie moje piękne lata/ Potem zaczęła się pogoda/ I zostałam tu na zimę/ Podczas gdy ty wyjechałeś na zachód, by zaznać przyjemności”. W tym nastroju będąc o mało nie przeoczyłem, że gitarowe dźwięki zanikły a sam wokal, czysty i pełen żalu porusza temat groźnej rzeczywistości. „I tak jeszcze raz mój drogi Johnny/ Mój drogi przyjacielu/ I tak po raz kolejny walczysz z nami wszystkimi/ A kiedy pytam cię/ dlaczego podnosisz kije i płaczesz, a ja upadam/ Och, mój przyjacielu/ Jak mogłeś zamienić skrzypce na bęben”. Grzmot w oddali jakby dochodził do nas ale ten jasny wokal świeci, przynosząc mi okrycie przed deszczem. Nadal wpatruję się na drewnianą, w kolorze ciemno brązowym werandę. Nadal widzę piękną kobietę i tylko smutek oraz rezygnacja przebija przez ciemne okulary. Bo takie jest życie i nic z tym nie zrobisz. I nawet nie patrząc w moją stronę, chociaż tak pragnąłbym jej choć uśmiechem podziękować, kończy śpiewanie i znika zza zamkniętymi drzwiami: „Ale teraz starzy przyjaciele zachowują się dziwnie/ Kręcą głowami, mówią, że się zmieniłam/ Cóż, coś się straciło, ale coś się zyskało/ Jak to w życiu bywa”.





piątek, 22 kwietnia 2022

THE LEMON FOG - The Psychedelic Sound Of Summer /1967-68/

 


1. Summer (Previously Unreleased Complete Version) - 3:48
2. Lemon Fog (Original Single Master) - 2:52
3. Echoes Of Time (Original Single Master) - 2:33
4. The Prisoner (Previously Unreleased Complete Version) - 4:04
5. Day By Day (Previously Unreleased Complete Version) - 3:31
6. Yes I Cry (Previously Unreleased Mix) - 2:49
7. Girl From The Wrong Side Of Town (Previously Unreleased Version) - 3:08
8. Summer (Original Single Master) - 2:42
9. Echoes Of Time (Previously Unreleased Outtake) - 1:26
10.Echoes Of Time (Previously Unreleased Outtake) - 3:38
11.Echoes Of Time (Previously Unreleased Complete Version) - 2:46
12.Lemon Fog (Previously Unreleased Complete Version) - 3:15
13.Day By Day - 3:25
14.The Prisoner - 3:30
15.Girl From The Wrong Side Of Town (Original Single Masters) - 2:52
16.Girl From The Wrong Side Of Town (Previously Unreleased, Discarded Outro) - 0:22


*Ted Eubanks - Keyboards, 12 String Guitar
*Bill Simmons - Lead Vocals
*Terry Horde - Lead Guitar
*Chris Lyons - Drums
*Danny Ogg - Bass

Houston. Rok 1963. W skład powstałego zespołu The Bar Eights weszli koledzy z Fillmore High School, Danny Ogg grający na gitarze prowadzącej i Terry Horde, perkusista oraz basista Timmy Thorpe i grający na saksofonie i wokalu Dale VanDeloo. Zasadniczo grupa grała covery i poza kilkoma występami w barach kawowych, przez dwa lata nie udało jej się zaistnieć nawet półprofesjonalnie. Kiedy podobno VanDeloo zaatakował Ogga statywem mikrofonowym podczas kłótni o to, kto dostanie wyższą gażę, The Bar Eights przestali istnieć. Latem 1965 roku Chris Lyons kręcił się po muzycznym sklepie Clem’s Music, szukając kolesiów do swojego nowego zespołu, który właśnie tworzył. Już wcześniej miał perkusistę Eddiego Sure’a i klawiszowca Jimmy’ego Spichera a szukał gitarzysty i basisty. Danny Ogg właśnie wypróbowywał nowy bajer gitarowy, kiedy Chris zaproponował mu przyjęcie do zespołu. Danny zgodził się ale pod warunkiem, że na basie będzie grał jego przyjaciel Timmy Thorpe, który właśnie został zwolniony z pracy w fabryce szkła i nudził się niemiłosiernie. Lyons zgodził się. Jednak po kilku próbach stało się boleśnie oczywiste, że Sura nie radzi sobie jako perkusista. Ogg: „Eddie ciągle krzyczał na wszystkich, a szczególnie na Timmy’ego, maskując tym swój problem jakim był brak umiejętności gry na instrumencie”.  Do grupy przyłączył się kumpel Ogga z The Bar Eight, Terry Horde i The Pla-Boys zagrali swój pierwszy koncert w St. Regis College for the Arts.

Tego wieczoru na widowni zasiadł człowiek, który miał zmienić ich życie…

Ted Eubanks, awangardowy kompozytor i stały bywalec muzycznej sceny Houston. Tak wspomina wrażenia z występu The Pla-Boys: „Oni grali to całe garażowe gówno. Ich set składał się głównie z coverów takich zespołów jak Sam the Sham and the Pharaophs i ? and the Mysterians. To było okropne. Ale coś mnie w nich uderzyło… Myślę, że to była chemia”. Po koncercie podszedł do chłopaków i zaproponował im, że zaopiekuje się ich muzyczną karierą. Zgodzili się. Eubanks postanowił, że trzeba będzie wprowadzić parę zmian. Po pierwsze, muzyka. Natychmiast zaczął wprowadzać do repertuaru grupy oryginalne numery i zniechęcił ją do typowego garażowego grania. Po drugie, wizerunek. The Pla-Boys wyglądali jak coś pospolitego, w szarych sportowych garniturach. Idąc z duchem czasu Eubanks zadbał o ich psychodeliczny wizerunek, ubierając chłopaków w modne garnitury, przyozdabiając w koraliki i tym podobne rzeczy. I wreszcie nazwa. Od tej pory The Pla-Boys byli znani jako The Lemon Fog.

I tak w krótkim czasie The Lemon Fog stał się jednym z dwóch najlepszych zespołów w okolicy, obok dobrze już znanego Nomads.

Po zmianie składu grupa zyskała status lokalnej gwiazdy i stała się etatową kapelą klubu Jimmy’ego Duncana „The Living Eye”(z ogromnym, pulsującym okiem na środku sufitu). Eubanks: „Nasz program składał się z oryginalnych kompozycji napisanych przeze mnie i Jimmy’ego. Otwieraliśmy występy przed Electric Prunes, The Moving Sidewalks, The 13th Floor Elevator oraz Fever Tree. Scott Holtzman był menedżerem tej ostatniej kapeli i w końcu zajął się też nami”. Pierwsza sesja nagraniowa The Lemon Fog odbyła się w studio Doyle Jones w Houston latem 1967 roku. Ukończono pięć utworów, które były wyrafinowanymi psychodelicznymi odjazdami zahaczającymi o słoneczne brzmienie amerykańskich klimatów. Pierwszym singlem z tej sesji był numer „Lemon Fog” wydany w listopadzie 1967 roku. Alternatywnie zatytułowany był „The Living Eye Theme” nawiązując do klubu Duncana. Jest to jeden z najbardziej eksperymentalnych numerów z danego roku. Instrumenty klawiszowe brzmią jak mellotron, choć w rzeczywistości były to organy Farfisa. Inżynier nagrania tak manipulował taśmą przesuwając ją po głowicach, aż uzyskał efekt fazowania. Jeśli chodzi o pierwsze single The Lemon Fog wyprzedzili inne zespoły swoim unikalnym brzmieniem i stylem łączenia kosmicznych tekstów z jeszcze bardziej kosmiczną, psychodeliczną muzyką. Na szczególną uwagę zasługuje, lokalnie zdobywający zasłużoną sławę drugi singiel grupy: „Summer”/”Girl From The Wrong Side Town”. Ten pierwszy numer zaprezentowany w programie telewizyjnym Larry’ego Kane’a  brzmi bardzo elegancko i mocno wchodzi do czołówki psychodelicznych klejnotów. Delikatne organy w tle oraz spokojny, melancholijny wokal są wskazówką dla niektórych bardziej znanych kapel i ich numerów. Większość nagrań The Lemon Fog utrzymanych jest w klimacie folkowo psychodelicznym a dodatkowym atutem są nieoczekiwane zwroty w partiach gitary oraz organów połączone z ciekawymi harmoniami. Poza pracą w studio, The Lemon Fog cieszyli się opinią jednego z najpopularniejszych zespołów klubowych w okolicy. Poza muzyką, grupa korzystała ze spektakularnej prezentacji scenicznej. W dużej mierze było to zasługą charyzmy i dobrego wyglądu Chrisa Lyonsa. Dodatkowym atutem był Ted Eubanks, tańczący na scenie w długiej, lejącej się cekinowej pelerynie. W szczytowym okresie świetności w zespole zaczęły pojawiać się problemy. Eubanks stawał się coraz bardziej wymagający wobec pozostałych, nalegając, by ćwiczyli każdego dnia, kiedy nie występują. Oprócz tego zaczął narzucać swoje kompozycje i nie myślał o kompromisie. Zaczęło się starcie o władzę. Na domiar złego, ofiarą kwasu stał się Bill Simmons co powodowało jego niekontrolowane odjazdy i opuszczanie występów. W rezultacie Lyons musiał przejmować część obowiązków związanych z grą na klawiszach, oprócz gitary i wokalu. W 1970 roku grupa była już w rozsypce. Kiedy Eubanks spotkał się z pozostałymi na próbie, planując zaprezentować swoją najnowszą kompozycję, chłopaki spakowali sprzęt i z ponurymi minami oznajmili mu, że to już koniec. Tego dnia cała czwórka opuściła miejsce prób i każdy poszedł w swoją stronę. I tak się skończyła historia The Lemon Fog.








środa, 13 kwietnia 2022

JOHN LENNON - Imagine /1971/

 


01. Imagine – 3:02
02. Crippled Inside – 3:47
03. Jealous Guy – 4:12
04. It's So Hard – 2:24
05. I Don't Wanna Be A Soldier Mama – 6:04
06. Gimme Some Truth – 3:14
07. Oh My Love (John Lennon, Yoko Ono) – 2:42
08. How Do You Sleep? – 5:34
09. How? – 3:41
10. Oh Yoko! – 4:16


Ledwo rok wcześniej John Lennon na „Plastic Ono Band” mówił nam, że „sen się skończył”(„God”) a teraz karze nam marzyć od nowa. Lennon zdaje się uważać, że marzenie Beatlesów nie sprawdziło się, więc próbuje je stworzyć sam, pokojową utopię bez granic, w której świat będzie mógł „żyć jak jeden”, bez tych kłótni, i że The Beatles nie są już najlepszym sposobem na odnalezienie tego świata. Tylko, że świat miał pretensje do Lennona za prawdopodobnie niesławny wers z albumu: „wyobraź sobie, że nie masz żadnych dóbr”, podczas gdy sam był multimilionerem. Cóż za sprzeczność! A może jednak? Piosenka „Imagine” jest spełnieniem życzeń Johna o tym, jak chciałby, aby wyglądał świat (i jak większość z nas, skrycie lub nie, chciałaby aby wyglądał) – nigdy nie twierdził, że to marzenie łatwe do zrealizowania, a jedynie, że być może pewnego dnia się spełni. Tak czy inaczej, album „Imagine” przypomina nieco pierwotną szczerość pierwszej płyty Lennona „Plastic Ono Band”, tylko że z pełną premedytacją John dodał do niego „słodzik”. Powstała płyta będąca taka jak debiut tylko z odrobiną cukru i jest: „dla takich konserwatystów jak Ty!”-powiedział Lennon podczas jednej z rozmów Johna i Paula w prasie muzycznej. No cóż, tak. Bez wątpienia „Imagine” okazał się najlepiej sprzedającym się albumem w karierze Lennona i to właśnie ten album lepiej niż jakikolwiek inny oddaje człowieka i jego sprzeczności. Gniewny Lennon, przestraszony Lennon, winny Lennon, zakochany Lennon, zabawny Lennon, zmęczony Lennon: jeśli „Plastic Ono Band” jest najlepszym albumem Lennona pod względem pokazania nam jego prawdziwego wnętrza, to „Imagine” jest najlepszym albumem Lennona pod względem pokazania nam twarzy, którymi dzieli się ze światem.

Zwróćcie uwagę, jak na tak dobrze sprzedającą się płytę, jest ona bezkompromisowo szczera i kontrowersyjna. „I Don’t Wanna Be A Soldier” nie jest bynajmniej najlepszą antywojenną pieśnią, jaką kiedykolwiek napisano, ale biorąc pod uwagę liczbę egzemplarzy, jaką rozeszła się „Imagine”, może być najlepiej sprzedającą się i najczęściej słuchaną antywojenną piosenką w historii. Zauważmy, wydana w czasach, gdy reakcja Richarda Nixona na pokojowe protesty przeciw Wietnamowi była nieproporcjonalna. „Gimme Some Truth” jest najbardziej kontrowersyjną piosenką, jaką Lennon kiedykolwiek napisał. Pluje w niej na polityków i światowych przywódców, którzy udają, że wszystko jest w porządku, podczas gdy najwyraźniej nie jest. Melodia w „Crippled Inside” może i prowadzi nas do wesołego tańca, ale tekst o tym, że każdy dorosły jest w rozsypce, a jeśli nie jest to tylko się okłamuje, to ciężki temat w 1971 roku, podany niemal samoświadomie jako żart. Nawet sam numer „Imagine” jest mocny, jak hymn światowy. Nie ma bardziej „komunistycznych” przebojów niż te, a wydawanie takich piosenek w Stanach Zjednoczonych w 1971 roku, w czasie, gdy próbuje się wjechać do kraju, aby tam zamieszkać, było nader odważnym posunięciem. W „How Do You Sleep?” Lennon traktuje Paula McCartneya jako najnowszego kozła ofiarnego i źródło wszelkiego zła-prawdopodobnie niesprawiedliwie, choć nigdy się nie dowiemy, co tak naprawdę zaszło między nimi pod koniec czasów Beatlesów.

No i kolejna sprzeczność. Album „Imagine” jest zarówno bardziej, jak i mniej ważny od „Plastic Ono Band”. Płyta z 1970 roku była ostatnim słowem Lennona o jego bólu i uczuciach. Pod względem muzycznym była surowa i to pokazywało jej klasę. Jednak „Imagine” jest ważniejsza po prostu dlatego, że to właśnie na nim większość fanów zaczyna zwracać uwagę na Lennona, a on powoli wypracowuje swoje solowe brzmienie. Jest punktem, w którym Lennon wreszcie robi dobry użytek ze swojego gwiazdorskiego nazwiska. Jeśli kochasz muzykę do tego stopnia, że bez niej twoje życie uległoby nieodwracalnemu zniszczeniu, to uważaj bo może ona być kapryśnym mentorem. Może sprawić, że wzniesiesz się na wyżyny tak radosne, że twoje serce poczuje się jak gdyby miało zerwać swoje włókniste kajdany. Może też wpędzić w taką rozpacz, że nie ma sensu dalej żyć. Może wywołać frustrację, gniew, empatię, miłość, pogardę, obojętność i śmiech w równych proporcjach. Pewnie to znasz. I tu masz wyjątkową rzecz, za jednym posiedzeniem dostajesz całą tą porcję uczuć.

Słuchaj „Imagine”.

I jeszcze zwróć uwagę.

Jak już pisałem piosenka „Imagine”, hymn światowy znaczy bardzo wiele. I z tekstem Lennona, który mówił o marzeniach i utopii rywalizuje ona z „I have a dream” Martina Luthera Kinga. I wyobraźcie sobie, że wciąż, nawet na ułamek sekundy świat nie zbliżył się do tej utopii i pewnie tak już pozostanie.

„Wyobraź sobie, że nie ma państw/ To nie jest trudne do osiągnięcia/ Nie ma za co zabijać, ani poświęcać życia/ I nie ma religii/ Wyobraź sobie, że wszyscy ludzie żyją w pokoju”.










niedziela, 3 kwietnia 2022

TIMMOTHY - Strange But True /1972/

 


1. Blue and Grey
2. You're Stayin' Here Tonight
3. A Woman
4. Evil Woman
5. Down Country
6. Rich Get Richer
7. The Sky
8. Good Morning

Bass - Don Scherzer/Lane Vallier
Lead Guitars - Larry Hadsall/Terry Bladecki
Drums - Tom Pfundt/Ham Roth
Guitar and Vocals - Timmothy


Ward, Tim Ward mieszkaniec Bay City, po raz pierwszy pojawił się na scenie muzycznej Michigan jako muzyk zespołu The Ides Of March (nie jest to zespół, który wydał płytę „Vehicle”), garażowo-rockowej grupy nastolatków z Essexville w stanie Michigan. To był wtedy szczyt Beatlemanii, a Ward – wówczas uczęszczający do Garber High School – dopiero zaczynał swoją karierę. Zespół występował w środowisku nastolatków w całym stanie a także w Ohio i Indianie. Później Tim został frontmanem The Blues Company. W latach świetności grupa wydała trzy single, które czasami pojawiają się na różnego rodzaju kompilacjach. Na początku lat 70-tych Ward odnalazł nową pasję, którą stało się pisanie samotnych, folkowych piosenek, umiejętnie wpływających w klimat kawiarnianego folku. I oto pod pseudonimem Timmothy, nagrał i wydał własnym sumptem w 1972 roku przepiękny album solowy „Strange But True”. Jest to poszukiwana przez entuzjastów płyt winylowych prywatna płyta, która powstała w nakładzie zaledwie 300 egzemplarzy. Jest to album, który można uznać za dziwaczną podróż w nieprzyzwoicie mroczny klejnot psychodelicznego folku. Na okładce tego dzieła znajduje się zwykłe czarno-białe zdjęcie Warda i nie jest to typowe zdjęcie promocyjne „gwiazdy rocka”. Z łatwością mogłoby to być przypadkowe zdjęcie z rodzinnego albumu. W jakiś sposób to działa i ma sens w przypadku tej czterdziestominutowej kolekcji intymnych dźwięków. To bardzo samotna, folkowa płyta z mieszanką gitary elektrycznej i akustycznej, basu i perkusji z subtelnymi wpływami bluesa plasująca się gdzieś tam w okolicach wczesnych nagrań Neila Younga. Po obu stronach płyty znalazło się wiele wyróżniających się numerów dla których warto poznać te nagrania i ….zachwycić się nimi.

Oto niebezpiecznie zbliżony do twórczości właśnie Younga otwieracz „Blue and Grey”, ale jest to fantastyczny wstęp. Ten numer to ciężka lirycznie, melancholijna, akustyczna piosenka o osobie, która straciła ukochaną osobę i chce być z nią po „drugiej stronie”. Ward śpiewa o tym, że minęły trzy lata, odkąd widział ją po raz ostatni i chciałby, aby tu była razem z nim. Kolejnym jest folkowy utwór, opowiadający o mężczyźnie, który chce by jego romantyczna wybranka została z nim na noc. Kusi ją łagodnością, czułymi słówkami, mówi, że kocha ją bardziej, ale ona zmienia się i zostawia go samego. Muzycznie przebija pod koniec optymizm i melancholijna aura. Ale już teraz mamy fantastyczne odjazdy w postaci dwóch piosenek. „A Woman” to energetyczna piosenka, mocna osadzona w psychodelii z rozmytą gitarą elektryczną, wyjątkowym wokalem wzmocnionym echem i zabójczą grą perkusisty. Czysta w swej prostocie pieśń brzmi jakby człowiek cieszył się z tego, ze trzyma swoją kobietę za rękę, co powoduje tęskne poczucie bliskości. Świetnie komponuje się to z energicznym klimatem utworu, z uderzeniami perkusji, doskonałymi solówkami gitarowymi i krzykliwym wokalem. Z drugiej strony, choć „Evil Woman” stonował brzmienie, wykorzystując jedynie minimalną ilość gitary, to klimat bagnistego bayou uderza w słuchacza. No ale jest to opowieść o złej kobiecie, która odeszła. Grany jest w swej istocie w postaci jamu, bardzo rytmicznej akustycznej gitarze i perkusji brzmiącej jakby w cieniu. Jednymi z najprzyjemniejszych piosenek na płycie są z pewnością dwa kolejne numery: „Down Country” i „Rich Get Richer”. Pierwsza to wesoły kawałek z żywą gitarą, z szybkimi, country bluesowymi zakrętami i zabawnymi akordami. Miły wokal uatrakcyjnia i tak już fajną melodię. Natomiast „Rich Get Richer” jest oparty na dźwiękach gitary i basu. To ballada mówiąca o tym, jak złe mogą być pieniądze i jak bogaci ciągle się bogacą, a biedni ciągle ubożeją. Tim śpiewa bardzo spokojnie a całość reperuje mocnymi rytmicznymi akordami gitary. Ostatnimi numerami na płycie są kompozycje, z których pierwsza „The Sky” to jeden z najważniejszych punktów albumu. Z gitarą pobudzoną echem, z mocno mieniącym się pogłosie i świetnym wokalem Tima, toczy się w smutku poruszającym każde uciekające sekundy numeru. Ale i słoneczne promienie wychylają się zza chmur, tworząc z całości barwne kolory tęczy. Psychodeliczne nutki buszują w głośnikach i sprawiają, że całość brzmi bardzo ładnie. „Good Morning” to mniej więcej standardowa akustyczna piosenka podparta basem i drugą gitarą. Cały numer jest spokojny, tylko czy na pewno ten dzień będzie dobry?

„Strange But True” to z pewnością zapomniany klejnot, który dzięki zawiłym tekstom, unikalnemu stylowi gry i wokalowi, przy odrobinie czasu i ekspozycji mógłby zostać okrzyknięty klasykiem, jak wiele innych albumów. Dla tych, którzy nieustannie szukają i polują na zapomnianych singer-songwriterów jest to pozycja obowiązkowa.