niedziela, 19 lutego 2023

THE KINKS - Arthur (Or The Decline and Fall of the British Empire) /1969/

 


1   Victoria
2   Yes Sir, No Sir
3   Some Mother's Son
4   Drivin'
5   Brain Washed
6   Australia
7   Shangri-La
8   Mr. Churchill Says
9   She's Bought A Hat Like Princess Marina
10 Young And Innocent Days
11 Nothing To Say
12 Arthur

Ray Davies 
Dave Davies 
John Dalton 
Mick Avory 

John Gosling 
Lew Warburton 


Inspiracją dla Raya Daviesa dla stworzenia tego siódmego studyjnego albumu Kinksów był temat bardzo bliski jego sercu, gdyż tytułowy Arthur był jego szwagrem. Historia „Arthur Or The Decline And Fall Of The British Empire” opowiada o młodym człowieku, który dorasta w możnej rodzinie kupieckiej w czasach kryzysu. Jednak gdy osiąga już dorosły wiek przekreśla trud ojca i decyduje się na start życiowy w dalekiej Australii. Dostajemy tu ponadto zbiór bardzo mocnych kompozycji, z których wiele stało się klasykami The Kinks. Ten koncepcyjny materiał ukazuje nam dodatkowo bezsens i głupotę wojny a pióro Raya jest ostre jak brzytwa: „Daj szumowinie broń i naucz gnojka walczyć/ i upewnij się, żeby zastrzelić dezerterów/ jeśli zginie, wyślemy medal do jego żony” („Yes Sir, No Sir”). Choć najbardziej przemawia w „Some Mother’s Son”, chwytającej za serce opowieści o okropnościach wojny, widzianych oczami żołnierza, na sekundę przed jego śmiercią: „Dwóch żołnierzy walczy w okopie/ Jeden spogląda w górę, by zobaczyć słońce/ i marzy o grach, w które grał, gdy był młody/ I wtedy jego przyjaciel woła jego imię/ sekundę później jest martwy”. Ten mocno uderzający tekst podany jest na łagodnym pastoralnym tle muzycznym. Chociaż czasami muzyka na płycie daje czadu, jak to określił Dave Davies „poruszamy się w indiańskich psychodelicznych wibracjach”, to słuchając jej stwierdzam, że dostajemy brytyjskie psychodeliczne arcydzieło stworzone przez The Kinks na własnych warunkach.

Skarby „Arthura…” są dobrze znane. Hymniczna „Victoria” przemyca pod swoim płaszczem sztylet przewrotu w wersach: „Kiedy dorosnę będę walczyć/ na tej ziemi, przyjdzie mi umrzeć”. Muzycznie wydzwania tu świetna, chwytliwa rock’n’rollowa melodia idealnie pasująca do początku albumu. Jednym z najlepszych momentów The Kinks jest „Shangri-La” z przepiękną melodią i dwuznacznym tekstem: „Załóż kapcie i usiądź przy ogniu/ Osiągnąłeś swój szczyt i nie możesz wznieść się wyżej”. I oto jest nagroda za trud życia. Davies wkurza się na to, że nagrodą jest fotel bujany i para kapci. Pytania, które nurtowały Daviesa, dotyczące powojennych rozliczeń i tego, że kraj nie nadaje się dla bohaterów o skromnych dochodach, wciąż są aktualne. Pierwszą z trylogii pieśni wojennych na płycie jest „Yes Sir, No Sir”, najbardziej cyniczny i pogardliwy numer Daviesa, w którym obrazuje dehumanizację panującą w służbie wojskowej „Gdzie ja idę Sir?/ Co ja robię Sir?/ Jak mam się zachowywać?”. Głęboko poruszający „Some Mother’s Son” przenosi się z poligonu na pole bitwy. Tu Davies osiągnął apogeum swoich wersów. Ten prosty tekst przemawia najbardziej a oddźwięk jego pokazuje samotność zwykłych żołnierzy na polu bitwy oraz samotność ich rodzin pozostawionych samych sobie w obliczu tragedii: „Syn pewnej matki leży w polu/ Ale oczy jego matki wciąż patrzą tak samo/ Jak w dniu, kiedy odszedł”. No ale przecież Państwo jest rozgrzeszone: „Położyli jego portret na trumnie/ udekorowali ramy kwiatami/ wspomnienia pewnej matki pozostały”. Davies pokazuje nam, że ten żołnierz to nie prawdziwa osoba ale kolejna statystyka wojny. No i „Mr. Churchill Says” numer uzupełniony o słynne cytaty i syreny przeciwlotnicze oraz pozwalający Dave Davisowi rozciągnięcie swojej pracy na gitarze. Tytułowy Arthur dostaje odrobinę wytchnienia w „Drivin’”- celebracji wolności w promieniach słońca, podczas gdy walka toczy się gdzie indziej. Ale po co było to cierpienie i poświęcenie, skoro wszystko co dostajemy to społeczna stagnacja. Utwór jest wesoły i swawolny, czego nie można powiedzieć o „Brainwashed”. Mielący bas na początku numeru wciąga okrutnie a opadające dęciaki chwalą się przed punkową gitarą Daviesa. Ray daje tu upust swojej wściekłości na ludzi, którzy nie mają nic i do niczego nie dążą, a mimo to głosują za utrzymaniem systemu, w którym bogata garstka okrada ich samych. Bohater opuszcza Wyspy i emigruje do dalekiej Australii. „Australia” to bajeczny utwór opisujący obietnicę ziemi, w której „nie ma różnic klasowych” ani „uzależnienia od narkotyków”. Miejsce w którym marzenia mogą się spełnić dzięki nieustannie świecącemu słońcu i deskom surfingowym. Ten utwór patrzy na to z punktu widzenia Arthura, ale wers o „wiecznych uśmiechach” na ich twarzach jest nieco okrutny ze strony Daviesa. Znakomite „Shangri-La” początkowo zaczyna się jako numer o folkowym charakterze, a następnie przechodzi w fascynującą muzyczną podróż z syntezatorami i dęciakami. Nostalgiczna ballada „Young and Innocent Days” jest mile widzianym zwrotem retrospektywnym. Delikatna gitara akustyczna połączona zostaje z dodanymi klawiszami i smyczkami i brzmi to bardzo skutecznie. Zbliżające płytę ku końcowi  „Nothing To Say” opisuje rzeczywistość, dwoje ludzi zadowolonych z tego, że rozmawiają o pierdołach i nie muszą ujawniać swoich złamanych marzeń. Utwór tytułowy tak naprawdę daje podsumowanie życia Arthura, nieudanej podróży i niepowodzeń aby poprawić standard życia swojej rodziny. Z silną nutą country, numer kończy się wersem: „Arturze świat odszedł i przeszedł obok ciebie”.







niedziela, 12 lutego 2023

MICKEY HART BAND - Mysterium Tremendum /2012/

 


  1. Heartbeat of the Sun
  2. Slow Joe Rain
  3. Cut the Deck
  4. Starlight Starbright
  5. Who Stole The Show?
  6. Djinn Djinn
  7. This One Hour
  8. Supersonic Vision
  9. Time Never Ends
  10. Let There Be Light
  11. Ticket To Nowhere
  12. Through Endless Skies

Od czasu ostatniej trasy koncertowej The Dead w 2009 roku Mickey Hart nie wychylał się zbytnio, co nie znaczy, że wylegiwał się na plaży lub dryfował w domu nic nie robiąc. Jak prawdziwy szalony naukowiec, poświęcił się badaniom o dźwiękowych wibracjach w kosmosie, oglądając gwiazdy i wsłuchując się w dźwięki, do których przyciągają go obrazy widziane w jego teleskopie. Kiedy nie wybiegał w przyszłość, zajmował się przeszłością, majstrując przy starych taśmach magnetofonowych w Instytucie Smithsona, walcząc z czasem, by nagrania zbierające kurz w skarbcach udało się zachować zanim się rozpadną.

Podczas gdy Hart siedział w laboratorium, świat wciąż się kręcił. Bob Weir i Phil Lesh ponownie zebrali się jako Furthur a Bill Kreutzmann poszedł w kierunku „lepszym niż można by się spodziewać”. Nagrywając płytę jako 7 Walkers ustanowił jeden z najlepszych projektów pobocznych kiedykolwiek wymyślonych przez byłego członka Grateful Dead (o tej płycie już niebawem napiszę). Pośród tego zgiełku aktywności, Mickey i jego perkusja wydawali się niesamowicie cisi.

Ci, którzy śledzą twórczość Harta wiedzą, że jego solowe dzieła dzielą się na dwie kategorie. Płyty takie jak „Diga Rhythm Band” czy „Supralingua” to ciężkie, beatowe wycieczki, które z radością zanurzają się w eksperymentowanie z liniami perkusyjnymi i tradycjami transowymi pochodzącymi z całego świata, podczas gdy inne albumy, są bardziej ustrukturyzowane i zorientowane na piosenki. Wydany w 2011 roku „Mysterium Tremendum” mieści się gdzieś pomiędzy tymi dwoma albumami z mieszanką mocno rytmicznych utworów instrumentalnych i wyborem bardziej konwencjonalnych piosenek. Nagrywając ten krążek Hart postanowił stworzyć zespół z wieloma gośćmi wśród których znaleźli się m.in. basista Widespread Panic, Dave Schools, wokaliści  Crystal Monee Hall i Tim Hockenberry z Trans-Siberian Orchestra, długoletni przyjaciel Zakir Hussain a także Greg Ellis, Babatunde Olatunji i Steve Kimock. Oprócz tej ośmioosobowej grupy muzyków, trzeba wspomnieć o wkładzie wieloletniego przyjaciela i autora tekstów Grateful Dead, Roberta Huntera. Płytą tą Hart udowodnił, że muzyka nie zna granic. Połączył niesamowity jam band ze światową muzyką, a także kilkoma innymi rodzajami powodując podróż przez przestrzeń i czas, tworząc nowoczesną kosmiczną muzykę, która wypełnia kolumny pełnym dźwiękiem. I od razu pewne spostrzeżenie, ta płyta posiada bardzo nowoczesne brzmienie. Mickey Hart pracował nad nią ponad dwa lata i stworzył coś, co jest mocno innowacyjne w jego dorobku. Fascynacja muzyka dźwiękami i obrazami kosmosu, do których dotarł dzięki NASA, spowodowała, że na tej płycie Hart wykorzystuje „liczącą miliardy lat orkiestrę ruchu planetarnego” jako rodzaj odniesienia lub podkładu muzycznego. Każda kompozycja na albumie łączy się w płynną podróż, która nigdy nie traci swojego tempa. Kombinacja kosmicznych dźwięków, elektronicznych i ręcznych perkusji oraz konwencjonalnych instrumentów rockowych przeplata się, tworząc dźwiękową atmosferę, która jest całkowicie współczesna i wciągająca. Jest to twarda i napędzająca muzyka pobłogosławiona melodyczną wrażliwością. Utwory takie jak „Cut the Deck” potwierdzają powyższe stwierdzenia. Mieszanka dudniących bitów i złożonej melodii brzmi mocno rytmicznie a grające w tle odgłosy ruchu gwiazd dodają tajemniczości i niepokoju. „Slow Joe Rain” napisany przez Huntera, jest typowy dla nowego materiału, z impulsywnym bitem napędzającym narrację wokalną. I choć nigdy nie będzie się mówiło, że Hart ma najbardziej melodyjny głos na świecie, to nigdy nie brzmiał lepiej tutaj, a jego stary bluesowy głos doskonale uzupełnia teksty. Dodaj do tego egzotykę, taką jak złowieszcze brzęczenie starożytnego instrumentu zwanego bullroarer (który jest wymachiwany w kółko, aby stworzyć dźwięk), święte tybetańskie bębny czaszkowe (damaru), atmosferyczne dźwięki lasów deszczowych, a nawet dudnienia trzęsień ziemi, a otrzymasz dziwny i bogaty w szczegóły krajobraz pod konwencjonalnie skonstruowane utwory. To muzyka taneczna, transowa, kosmiczna, płynące ballady i ziarnisty rock’n’roll. Są tu smaczki z Afryki i Bliskiego Wschodu.

„Zakładam, ze znajdą się inni chcący skosztować tego owocu lub usłyszeć dźwięczne dźwięki wszechświata” – mówi. „Wyobrażam sobie, że inni będą próbować czegoś takiego – przynajmniej mam taka nadzieję. Dlatego nazywają to nieskończonym wszechświatem; ja nigdy nie mógłbym objąć wszystkich terenów, więc zakładam, że będą inni. Może nawet pewnego dnia będzie to własny gatunek muzyki. Czy nie byłoby to fajne?”.




wtorek, 7 lutego 2023

DONOVAN - Gaelia /2022/

 


1.   Moon Over Clare
2.   Watching the Sun Go Down
3.   Glasgow Town
4.   The Ferryman's Daughter
5.   The Ghost Of Pagan Song
6.   Where Are You Now?
7.   Living on Love
8.   The Lake Isle of Innisfree
9.   Madrigalinda
10.   Down by the Harbour
11.   Rock Me
12.   Love O'Lover
13.   Awaking Year




”Za tym albumem stoi kontynuacja tego, co było w mojej wczesnej twórczości i jest w moim nowym materiale. To rodzaj naturalnej miłości Matki Natury do sekwencji i kręgów czasu, które toczą się , gdy jesteśmy tu, żyjąc na planecie. Śpiewam o ptakach, pszczołach, oceanach, drzewach, mewach nad Atlantykiem” – mówi Donovan. „Gaelia” to dwudziesty ósmy zbiór jego piosenek wydany nie tak dawno, bo w grudniu zeszłego roku. Ten szkocki bard swoje pierwsze płyty wydawał w radosnych latach sześćdziesiątych i do dziś najbardziej kojarzony jest z swingującym Londynem i tym co tam się wtedy działo. Co ciekawe ten charakterystyczny głos na najnowszym lp brzmi prawie tak samo jak na pierwszym a przecież upłynęło już sporo czasu i muzyk dobiega już zacnego wieku. „Gaelia” to ekscytująca kolekcja trzynastu piosenek od faceta, którego życiowe oddanie pokojowi, miłości i zrozumieniu wypełnia unikalnym sercem i duszą cały świat zanurzony w folkowych barwach. Melodyjne kompozycje wychodzące z gaelickich korzeni Donovana pięknie współgrają z popisowym gitarowym frazowaniem, klasycznymi cygańskimi smyczkami i wokalnymi emocjami. Za tym wszystkim stoi, jako żywy Szaman Poeta. Tutaj otoczony jest przyjaciółmi, którzy wzbogacają utwory swoimi znakomitymi talentami i wielkim szacunkiem do wszystkiego, co Donovan osiągnął w niesieniu światowego uznania dla gaelickiej tradycji.

„Gaelia” powstawała w niespiesznym tempie w atmosferze magicznych zaklęć, które muzycy tkali puszczając je swobodnie przed siebie. Radość dzielenia się tymi dźwiękami udziela się słuchaczowi, i tylko trzeba poddać się jej, bo można ją szybko utracić. Nie zawracaj sobie głowy tym co cię otacza, co grzmi wokół i atakuje z każdego kąta, po prostu włącz Muzykę i kontempluj każdą nutkę tej strawy a oddech i ulga same przyjdą do ciebie. Numery na płycie kręcą się i utrzymują wzór i rytm dla sposobu życia na naszej planecie. To zostało zakłócone i zniszczone, dlatego jedynym wyjściem jest szukanie własnej ścieżki. Każda piosenka Donovana celebruje Boginię. Ona jest Matką Naturą. A my zostaliśmy postawieni niemal na krawędzi wyginięcia, gdy każda rzeka, każdy zasób, każda chmura, każdy metal został w ziemi zgwałcony i splądrowany i sprzedany jako towar.

Jednym z najmocniejszym utworów na płycie jest ośmiominutowy „The Ghost of Pagan Song”. Ta ballada mocno zakorzeniona w tradycji ma też coś szczególnego w stosunku do wczesnej twórczości Donovana. Ten duch lat sześćdziesiątych mocno owija każdą sekundę numeru a niespokojny sen inspiruje tą opowieść o duchach, naturze, pytaniach i odpowiedziach.  

Ta wielka oratorska moc pogańskiej pieśni doprowadza, że coś czuwa i prowadzi cię do rzeczywistości snu, nawiedzonego przez te nuty. „Lover O’Lover” w swej prostocie urzeka a przepiękna solówka kumpla Donovana, Davida Gilmoura ukazuje nostalgiczne obrazy szkockich wrzosowisk. Kolejnym krokiem w współpracy obu muzyków jest „Rock Me”, numer lekko zadziorny, w tle przywracający poetycki temat, celebracje czterech pór roku na ziemi, których ludzie nie honorują prowadząc do katastrofy.

Choć nie wszystkie piosenki są tak dramatyczne, to ten facet, krzepki ale też upiornie wiekowy, daje nam do zrozumienia, że te wszystkie nuty wypływają z tej samej studni, której kopanie rozpoczął pięćdziesiąt osiem lat temu.





niedziela, 29 stycznia 2023

Swinging London - Brian

 


Jeśli umysłem i ciałem The Rolling Stones byli Richards i Jagger to Brian Jones był wyraźnie duszą. Był ciekawym muzykiem i aranżerem muzycznym i był również najbardziej przyciągającym wzrok członkiem Stonesów. Zawsze był nienagannie ubrany. I nie ważne było jaki styl wtedy panował, czy to mods czy peacock, on zawsze był dobrze ubrany. Jego przyjaciel Christopher Gibbs, handlarz antykami i redaktor „Men in Vogue” wspomina: „Brian absolutnie uwielbiał się ubierać. Miał ogromną ilość ubrań i spędzał strasznie dużo czasu na przygotowywaniu się do późnonocnych wypadów do klubów”. W latach 1965-1967 gdy Jones spotykał się z Anitą Pallenberg byli „złotą parą” Swingującego Londynu. Giuliano, biograf Jonesa pisze: „Razem wykuwali rewolucyjny wygląd, trzymając swoje ubrania razem, mieszając i dopasowując nie tylko tkaniny i wzory, ale kultury, a nawet wieki. Brian paradował po ulicach Londynu w wiktoriańskiej koronkowej koszuli, klapniętym kapeluszu z przełomu wieków, edwardiańskim aksamitnym surducie, wielobarwnych zamszowych butach, ozdobiony chustami zwisającymi z szyi, talii i nóg oraz mnóstwem antycznej berberyjskiej biżuterii". 



W mieszkaniu Briana zbierała się śmietanka życia artystycznego Londynu, począwszy od Johna Lennona i George’a Harrisona aż do Sonny’ego i Cher, Donovana i Jimiego Hendrixa, zbierali się aby palić trawkę, odlatywać przy kwasie i dyskutować o problemach dnia. Pallenberg: ” Brian był bardzo interesujący społecznie. Radził sobie ze sławą i tym wszystkim. Wybierał najlepszych, śmietankę, Dylana, Terry’ego Southerna, Andy Warhola. Brian nadawał tempo”.

Jones był stałym klientem Granny Takes A Trip, Hung On You a przede wszystkim Dandie Fashions, niezwykle popularnych butików powstałych w tamtym czasie przy Carnaby Street.

Marianne Faithfull wspomina: ”Jedną z najlepszych rzeczy w odwiedzinach Anity i Briana było obserwowanie jak przygotowują się do wyjścia. Cóż to była za scena! Oboje byli niestrudzonymi zakupoholikami i do tego nadmiernie próżnymi. Godzinami zakładali i zdejmowali ubrania. Z szuflad i kufrów wylatywały sterty szalików, kapeluszy, koszul i butów. Niekończące się przymierzanie strojów, przekomarzanie się i przepychanie. Oni byli piękni, stanowili swoje przeciwieństwo i nie było między nimi ani krzty skromności. Godzinami siedziałam zahipnotyzowana, patrząc jak przeglądają się w lustrze, jak przymierzają sobie nawzajem ubrania. Wszystkie role i płeć wyparowywały w tych narcystycznych przedstawieniach, w których Anita zamieniała Briana w Króla Słońce, Francoise Hardy lub lustrzane odbicie samej siebie”.

I nie ma co się dziwić gdy para pojawiała się na ulicach Londynu towarzyszyła im grupa fotografów a Jones został nie raz okrzyknięty prawdziwym dandysem lat 60-tych – przykładem panującego wówczas stylu Pawia.




























niedziela, 22 stycznia 2023

CPR - CPR /1998/

 



1 - Morrison*
2 - That House
3 - One For Every Moment*
4 - At The Edge
5 - Somebody Else’s Town*
6 - Rusty And Blue
7 - Somehow She Knew
8 - Little Blind Fish
9 - Yesterday’s Child
10 - It’s All Coming Back To Me Now
11 - Time Is The Final Currency


Słuchając CPR, nie trudno zwrócić uwagę na jedną rzecz: jakość muzyczną. Dzięki prostemu podejściu David Crosby, Jeff Pevar i James Raymond wnoszą wdzięk i elegancję do współczesnych harmonii, w których pobrzmiewają echa najlepszych jazzowych i rockowych korzeni. Mieszanka talentu solowego jaki i zespołowego trójki artystów jest podstawą sukcesu zespołu zarówno w studio jak i na trasie. Crosby wnoszący prawie cztery dekady doświadczenia, Pevar będący siłą w zespołach Raya Charlesa, Jamesa Taylora czy B.B. Kinga i Raymond, kompozytor, aranżer grający z najlepszymi grupami jazzowymi i rockowymi tutaj stworzyli niesłychane złote i srebrne nici biegnące przez tkaninę ich muzyki. Jeff przyjaciel Davida od dawna, grał z nim przez pewien czas w zespole CS&N a James był błyskotliwym, utalentowanym młodym dzieciakiem, z pasją do tego rodzaju jazzujących akordów i niezwykłych zwrotów, które idealnie pasowały do nietypowo skonstruowanych piosenek Crosby’ego. I tak się złożyło, że był synem, którego David oddał do adopcji z powodu trudności utrzymania rodziny.

Płyta „CPR” powinna się znaleźć w płytotece każdego fana rodziny Crosby Stills Nash & Young. Choćby poniekąd z tego względu, że mamy tu dwa znacznie starsze utwory, które poprzedzają koncepcję CPR. „Rust and Blue” to piękna piosenka, opowiadająca o tym, o co chodzi w życiu. Nieco surrealistyczne realia nabierają sensu gdy odwiedzający autora mężczyzna z „księżycem w oczach”  prosi go o radę, ale Crosby nie czuje się na siłach, by jej udzielić. Mający nietypowy jazzujący styl numer i długie solówki zanurzone w mętnej wodzie zgrabnie odbijają się od tekstu, a gra Raymonda stopniowo oddala się od punktu wyjścia, zanim piosenka odnajdzie drogę powrotną do domu. Drugi „stary” numer to legendarny odrzut nagrany przez CSN&Y na potrzeby „Human Highway”. „Little Blind Fish” oparty na bluesowym dźwięku odzwierciedla poszukiwanie przez Crosby’ego odpowiedzi na pytania dotyczące życia, przedstawiając ludzi jako „ślepców” w masywnej rzece, którzy nie mają mózgów, aby zrozumieć życie. Okraszona riffem gitary akustycznej Pevara pokazuje jego wkład w CPR, i udowadnia, że bez niego to nie byłoby to samo.

Jednak „CPR” jest doskonały pod każdym względem. Crosby rzadko śpiewał z taką pasją i słychać jego radość ze znalezienia czegoś nowego po tylu latach śpiewania. Choć korzenna muzyka zapobiega temu, by album brzmiał zbyt mocno, inteligentna a zarazem ciepła gra Jamesa na fortepianie idealnie pasuje do otoczenia. Dodatkowym punktem jest usłyszeć piosenki, które stworzyły zachwycający efekt. Sama odwaga tych melodii brzmiących jak trudne do napisania i jeszcze trudniejsze do przeżycia jest wystarczająca by bić brawo.

Otrzymaliśmy ponadczasowe brzmienie albumu o wciąż ważnej tematyce, która będzie ważna za wieki i tysiąclecia (chociaż kto wie? Nasi następcy mogą nie mieć pojęcia o filmie The Doors i zakładać, że Crosby śpiewa o sieci supermarketów(Morrison)). Wszystko na tej płycie zostało przemyślane i stworzone ze smakiem. To doskonały początek nowego zespołu. Weźmy wyjątkowy „That House”. Na całym albumie czuć, że Crosby wyrzuca z siebie rzeczy, które prześladowały go przez cały czas, a „That House” brzmi jak woda destylowana wszystkich tych mrocznych czasów. Z płaczliwej ballady, dzięki partii gitary Pevara numer przechodzi w epicką opowieść o walce, gdy narrator opuszcza swoją „więzienną celę” w sypialni („Dźwięk prowadzi do kuchni, kuchnia prowadzi do drzwi”). Wiele utworów Crosby’ego jest wypełnionych „dźwiękiem” – zazwyczaj jest to muzyka, ale dość często po prostu jest to dźwięk toczącego się życia. Panująca w tym numerze, na początku cisza między dwojgiem ludzi zaprzecza komunikacji międzyludzkiej, będącej kluczem do przezwyciężenia każdego problemu. To CPR w najlepszym wydaniu. Zarówno Pevar jak i Raymond oferują Crosby’emu to czego szuka. Również harmonie brzmią doskonale, a szczytem ich jest nagła niespodziewana zmiana tonacji zwiększająca napięcie o jeszcze jeden nieznośny szczebel. David nigdy nie krył się z tym, że Jim Morrison nie należał do jego przyjaciół. Otwierający płytę numer „Morrison” to pierwsza piosenka napisana wspólnie z Raymondem. Jest to dziwna piosenka dla Crosby’ego, który zazwyczaj nie komentuje swoich rówieśników. Crosby i jemu podobni reprezentują słońce, hippisowskie ideały i nadzieję – istnieje niebezpieczeństwo przeciwności, którą reprezentuje Morrison. Ciemność, zmęczony światem pesymizm, że rzeczy nigdy nie będą lepsze jest postawą destrukcyjną. Przy takiej postawie trudno jest uwierzyć we własne możliwości, co tak komentuje Crosby śpiewając o Morrisonie, że „jest zbyt głuchy by usłyszeć własną piosenkę, ślepy jak nietoperz”. Muzycznie mamy tu kolejne niezapomniane dźwięki i fantastyczną jazzującą melodię jakże odległą od stylu Manzarka. Zresztą największym momentem Jamesa na płycie jest utwór „Yesterday’s Child”. Podczas gdy muzyka przypisana jest do CPR jako całości, tekst jest wyłącznie Jamesa i jest to dowód na to, jak silna jest nasza genetyka. Z powodzeniem mógłby napisać tą pieśń David. James widzi współczesnego człowieka jako aroganckiego typa, który myśli, że jest na szczycie. Ale narrator widzi w ludziach sprzed wieków duchowość i jedność z naturą o której współczesny człowiek zapomniał. Niesamowita sekwencja akordów prześladuje piosenkę a świetna solówka Pevara w środkowej części szykuje atak na arogancję człowieka, która jest jego zgubą.

Ogólnie „CPR” jest ważnym dodatkiem do kanonu Crosby’ego. Choć słynie z tego, że nie szczędzi ciosów, wiele ujawnia na temat autora piosenek, którego uważaliśmy, że znamy całkiem dobrze. I mam nadzieję, że tekst ten zmusi więcej fanów do zapoznania się z tym materiałem, który jest kluczowy dla zrozumienia jednego z największych songwriterów naszych czasów.



niedziela, 8 stycznia 2023

ORA - Ora /1969/

 



1. Seashore - 2:51
2. About You - 2:41
3. Deborah - 3:06
4. Whitch - 6:24
5. Venetia II - 2:09
6. You - 2:45
7. Fly - 3:44
8. Ladyfriend - 2:19
9. Are You Seeing - 2:55
10.Emma’s Sage - 2:37
11.The Morning After The Night Before - 2:19
12.The Seagull And The Sailor - 3:18


Oto płyta zawierająca niewiarygodnie piękną muzykę, nagraną przez kilku utalentowanych chłopaków, którzy spotkali się w University Collage School w Hampstead. Kluczową postacią w zespole Ora był osiemnastoletni Jamie Rubenstein, główny wokalista i gitarzysta a także autor wszystkich zamieszczonych na płycie piosenek. Jego współpracownikami byli Robin Sylvester, grający na gitarze basowej, fortepianie i organach, gitarzysta Jon Weiss oraz perkusista Julian Diggle.

Te dwanaście piosenek zostało wydanych w 1969 roku, a mały nakład sprawił, że wśród kolekcjonerów była to bezcenna zdobycz. Dopiero w 2006 roku reedycja sprawiła szerszą dostępność tej twórczości a dodatkowo otrzymaliśmy drugi dysk z różnymi demówkami.

Gdy to wydawnictwo trafiło do mojego odtwarzacza, no to zagościło tam na długi czas.

Ten lp przypomina mi nostalgiczne, psychodeliczne lato, pełne cichych szmerów i żebrzących o wodę kwiatów. Ścieżkę po której bosonoga dziewczyna biegnie w stronę strumyka a jedyne co po niej zostaje to znikomy ślad na piasku. I tak jest z tą muzyką. Folkowo-kwasowe klimaty zostawiają niewidoczne ślady, które płynąc własnym rytmem dochodzą do początku nocy. To tak jakbyś otworzył okno, a ciemnogranatowe niebo zbliżyło się do ciebie, usiane gwiazdami, niczym piegi rozrzucone na jej twarzy. Układające się w jakieś tajemnicze kształty, figury – konstelacje. Jakieś wiry, liny, układy – nieregularne i nieprzeliczone. Wyobraź sobie, że możesz tak sobie skakać po tych świecących punktach. Tworzyć nowe, przesuwać je, zmieniać ich kształty. I nie przytłaczają cię sprawy doczesne, gdyż ich po prostu nie ma. Gwiazdy z ich świetlnymi aureolami przyciągają cię. A kosmos wchłonął twoje oblicze i w ciemności nie ma już podziału na niebo i ziemię. Istnieje już tylko w całości świat, w całym swym ogromie.

I tak od pierwszych minut nurzamy się w tych tajemniczych dźwiękach, pełnych melodyjności i dwuznaczności. „Seashore”, ten subtelny otwieracz dodaje uroku nakładającymi się wokalami oraz oszczędną narracją, pokazując czego możesz spodziewać się słuchając tych nagrań. „About You” idzie jeszcze dalej. Ta urocza melodia wprowadza słuchacza do podmiejskiej kafejki, pełnej gorących filiżanek z parującą kawą. Wyrafinowany folk pop bliższy jest wiejskim zakątkom wiktoriańskiej Anglii niż jej ponurej miejskiej rzeczywistości.

Wszystko jest tu dobrze napisane, melodyjne i interesujące, z jednolitą atmosferą zabarwioną sepią, z którą czuję się jakoś związany.

Ale przecież gdyby całość była taka z pewnością znudziłaby się nam po paru przesłuchaniach. Wszak mamy produkt pewnej epoki. Epoki, zadziwiającej i szokującej. Więc szalony kawałek psychodelicznej jazdy „Witch” jest jak najbardziej na miejscu. Od początku mamy kwasową gitarę, która wwierca się i sunie niczym walec drogowy do czego przyczynia się perkusja. Różne nakładki wokalne dodają potęgi a kroczący bas mocno trzyma rytm. Z czasem rozwijające się dźwięki gitary Weissa przygniatają i wcale nie mają ochoty zostawić cię w spokoju. Ten ponad sześciominutowy numer z pewnością zasługuje na wyróżnienie. Ciekawie sprawa wygląda z kawałkiem „Fly”, opartym na szybkim rytmie „Take Five”(Dave Brubecka) z akompaniamentem gitary elektrycznej i wokalem wychodzącym zza ściany. Jazzowa solówka pod koniec zbliża utwór do oryginału. No cóż, jednak większość numerów jest akustycznych z delikatnymi melodiami, mającymi oszczędną gitarę i dyskretną perkusję.

Mi się ta płyta podoba bardzo, zresztą inaczej bym jej nie polecał (przecież).







niedziela, 25 grudnia 2022

THE ARTWOODS - Art Gallery /1966/

 


1.Can You Hear Me?
2.Down In The Valley
3.Things Get Better
4.Walk On The Wild Side
5.I Keep Forgetting
6.Keep Looking
7.One More Heartache
8.Work Work Work
9.Be My Lady
10.If You Gotta Make A Fool Of Somebody
11.Stop And Think It Over
12.Don't Cry No More

DEREK GRIFFITHS gtr A
KEEF HARTLEY drms A
JON LORD organ A
MALCOLM POOL bs A
ARTHUR WOOD vcls A

Tak, najpierw wyjaśnię to co oczywiste, Art Wood był starszym bratem znanego z gry w The Rolling Stones, Ronniego. W rzeczywistości, podczas gdy młody Ronnie grał w psychodelicznej grupie Birds, brat Art prowadził The Artwoods, wysoko oceniany rhythm and bluesowy band, który wspiął się na 35 pozycję na liście przebojów z singlem „I Take What I Want” i nagrał kolekcjonerski Lp. „Art Gallery”.

Arthur Wood urodził się 7 lipca 1937 roku w West Drayton, Middlesex, jako najstarszy z trzech braci. Podobnie jak Garfunkel uznał, że pełne imię, które odziedziczył po swoim ojcu jest staroświeckie i skrócił je na Art, co brzmiało bardziej wzniośle. Początki jego muzycznej drogi sięgają 1955 roku gdy po powrocie z wojska zajął się skifflem, wyjeżdżając do Londynu i zakładając swój pierwszy zespół. Gdy rok 1962 nabrał tempa, stał się jednym z wokalistów współtworzących Alexis Korner’s Blues Incorporated. W kolejnym roku poznał Dereka Griffithsa i Jona Lorda a po zwerbowaniu basisty Malcolma Poola i perkusisty Keefa Hartleya założył zespół o nazwie New Art Woods Combo. W niedługim czasie grupa rozwinęła się w jedną z najbardziej szanowanych i niedocenianych grup bluesowych swoich czasów.

A jakie to były czasy?

Cała piątka grała w najbardziej wpływowych miejscach, od „Eel Pie Island” do „Klooks Kleek” w Hampstead, od „Ad-Lib” i „Cromwellian” do rezydencji w „100 Club”. Repertuar opierał się na płynnym ujęciu amerykańskich coverów bluesowych i rockowych. Art pobłażliwie zabierał młodszego brata Ronniego na koncerty w Harrow „Railway Tavern”, gdzie manager Kit Lambert po raz pierwszy zobaczył The Who oraz do legendarnego „Crawdaddy Club”. Rhythm and blues tworzył swoją siłę i kształtował środowisko młodych, gniewnych Brytyjczyków. Zarodek Rolling Stones, The Yardbirds, Manfreda Manna i Johna Mayalla, fermentował wtedy mocniej, z większym niż kiedykolwiek wcześniej zainteresowaniem. Od klubów takich jak słynny „Marquee” aż po zaplecza regionalnych pubów, akordy Howlin’  Wolfa spierały się wygodnie z riffami Lightnin’  Slima, podczas gdy wielbiciele Charliego Parkera czy Zoota Simsa znaleźli atmosferę na tyle luźną, że mogli wtłoczyć swoje własne style w ten twórczy strumień.

Sekretna historia muzyki tamtych lat, krąży wokół rezonansowego brzmienia organów Hammonda, brzmienia które przybyło z Ameryki

dzięki Jimmy Smithowi. Na Wyspach największego komercyjnego przełomu dokonał Georgie Fame, ale równie aktywny był Zoot Money oraz Graham Bond. No i oczywiście organy były istotnym składnikiem brzmienia The Artwoods.

Jon Lord: „Zacząłem grać na organach poprzez słuchanie Jimmy’ego Smitha, potem usłyszałem Grahama Bonda. On był moim mentorem. Uczyłem się od niego”. Z czasem The Artwoods byli silnie wskazani przez prasę muzyczną jako naturalni następcy liderów The Yardbirds i The Animals. Pierwszą firmą, która zaczęła węszyć była Decca Records. Efektem tego było nagranie paru singli, które odniosły spory sukces a także potwierdziły możliwości muzyków. Największą swoją widoczność osiągnęli The Artwoods singlem „I Take What I Want” z katalogu wytwórni Stax, co pokazało, że zespół nie będzie tylko gonił stylu r&b. Tych parę sprzecznych minut czyniło, że zyskiwałeś pewność siebie idąc przez parkiet w klubie do tej dziewczyny, którą obserwowałeś, z całą arogancją, którą posiada niewielu z nas.

Rok 1966 przyniósł ich jedyny długogrający lp zatytułowany „Art Gallery”. Ukazuje on, że muzycy byli bardzo sprawni i wiedzieli jakimi ścieżkami podążać. Choć (z perspektywy czasu) błędem wydaje się zamieszczenie na płycie samych coverów, co w porównaniu z innymi kapelami tamtych lat było już zgrzytem. Ale słuchając płyty możemy podziwiać mocny, bezpretensjonalny styl wokalny Arta połączony z właściwą, nieskazitelną osobowością, która trzymała razem zespół. Gitara Dereka gustownie krzykliwa sprzymierzyła się z aktywnym basem Malcolma Poola, a mocno zakorzeniony w jazzie styl Hartleya świetnie pasował do wirtuozerskich ataków Lorda na Hammondzie. Projekt okładki „Art Gallery” zawiera rondo w stylu Mod, nałożone na zdjęcie z próby grupy, co zapewnia jej kultowość. A wyprodukowany przez Mike’a Vernona album ukazuje całą świetność zespołu.

Oto otwierający „Can You Hear Me”, Allena Toussainta, leci wśród  napomnień Arta z grupą dodającą śpiew call and response a mocny riff gitary i basu dobrze kręci do wyzywającej solówki Lorda na organach. Z kolei „Down in the Valley” podaje, że będziemy świetnie się bawić słuchając reszty numerów. Z pewnością na uwagę zwraca „Walk On the Wild Side” wcześniej zagrany przez Jimmy’ego Smitha. Z pewnością wersja ta zwróciła uwagę Lorda, co tutaj możemy z przyjemnością zauważyć. Wszak mamy tu wirtuozerski popis Jona, który od początku istnienia grupy stanowi jej wyróżnik. Zagrany w stylu funk „Be My Lady” jest drugim instrumentalnym kawałkiem dodającym tylko radoścć ze słuchania płyty. Mocny, modowy „Don’t Cry No More” ze swoimi szarpanymi rytmami powraca do techniki call and response znów pozwalając organom grać pierwsze skrzypce. Ale i Art daje tu swój wielki styl. Tak, mamy tu dwanaście klasowych numerów cudzego autorstwa, wykonanych do tego rewelacyjnie.

Ale po wydaniu płyty zaczęło panować poczucie, że być może swój twórczy szczyt minął ich. Melody Maker sugerował, że „jednym z wielkich mankamentów w dążeniu do sukcesu Artwoods jest fakt, że wszyscy są miłymi facetami i dobrymi muzykami. Gdyby tylko byli paskudni i pozbawieni talentu, trafili by na listy przebojów”. No nie!

No cóż. The Artwoods pozostawili po sobie spuściznę w postaci chłodnego wizerunku Mods a ich archiwum muzyczne wciąż korzystnie wypada w porównaniu z innymi współczesnymi zespołami.

Jon Lord: „To było bardzo w swoim czasie, prawda? Jestem dumny z grania w The Artwoods. To było czterech czy pięciu młodych muzyków szukających czegoś trochę innego i mieliśmy przy tym dużo zabawy. Świetna sprawa”.