piątek, 22 kwietnia 2022

THE LEMON FOG - The Psychedelic Sound Of Summer /1967-68/

 


1. Summer (Previously Unreleased Complete Version) - 3:48
2. Lemon Fog (Original Single Master) - 2:52
3. Echoes Of Time (Original Single Master) - 2:33
4. The Prisoner (Previously Unreleased Complete Version) - 4:04
5. Day By Day (Previously Unreleased Complete Version) - 3:31
6. Yes I Cry (Previously Unreleased Mix) - 2:49
7. Girl From The Wrong Side Of Town (Previously Unreleased Version) - 3:08
8. Summer (Original Single Master) - 2:42
9. Echoes Of Time (Previously Unreleased Outtake) - 1:26
10.Echoes Of Time (Previously Unreleased Outtake) - 3:38
11.Echoes Of Time (Previously Unreleased Complete Version) - 2:46
12.Lemon Fog (Previously Unreleased Complete Version) - 3:15
13.Day By Day - 3:25
14.The Prisoner - 3:30
15.Girl From The Wrong Side Of Town (Original Single Masters) - 2:52
16.Girl From The Wrong Side Of Town (Previously Unreleased, Discarded Outro) - 0:22


*Ted Eubanks - Keyboards, 12 String Guitar
*Bill Simmons - Lead Vocals
*Terry Horde - Lead Guitar
*Chris Lyons - Drums
*Danny Ogg - Bass

Houston. Rok 1963. W skład powstałego zespołu The Bar Eights weszli koledzy z Fillmore High School, Danny Ogg grający na gitarze prowadzącej i Terry Horde, perkusista oraz basista Timmy Thorpe i grający na saksofonie i wokalu Dale VanDeloo. Zasadniczo grupa grała covery i poza kilkoma występami w barach kawowych, przez dwa lata nie udało jej się zaistnieć nawet półprofesjonalnie. Kiedy podobno VanDeloo zaatakował Ogga statywem mikrofonowym podczas kłótni o to, kto dostanie wyższą gażę, The Bar Eights przestali istnieć. Latem 1965 roku Chris Lyons kręcił się po muzycznym sklepie Clem’s Music, szukając kolesiów do swojego nowego zespołu, który właśnie tworzył. Już wcześniej miał perkusistę Eddiego Sure’a i klawiszowca Jimmy’ego Spichera a szukał gitarzysty i basisty. Danny Ogg właśnie wypróbowywał nowy bajer gitarowy, kiedy Chris zaproponował mu przyjęcie do zespołu. Danny zgodził się ale pod warunkiem, że na basie będzie grał jego przyjaciel Timmy Thorpe, który właśnie został zwolniony z pracy w fabryce szkła i nudził się niemiłosiernie. Lyons zgodził się. Jednak po kilku próbach stało się boleśnie oczywiste, że Sura nie radzi sobie jako perkusista. Ogg: „Eddie ciągle krzyczał na wszystkich, a szczególnie na Timmy’ego, maskując tym swój problem jakim był brak umiejętności gry na instrumencie”.  Do grupy przyłączył się kumpel Ogga z The Bar Eight, Terry Horde i The Pla-Boys zagrali swój pierwszy koncert w St. Regis College for the Arts.

Tego wieczoru na widowni zasiadł człowiek, który miał zmienić ich życie…

Ted Eubanks, awangardowy kompozytor i stały bywalec muzycznej sceny Houston. Tak wspomina wrażenia z występu The Pla-Boys: „Oni grali to całe garażowe gówno. Ich set składał się głównie z coverów takich zespołów jak Sam the Sham and the Pharaophs i ? and the Mysterians. To było okropne. Ale coś mnie w nich uderzyło… Myślę, że to była chemia”. Po koncercie podszedł do chłopaków i zaproponował im, że zaopiekuje się ich muzyczną karierą. Zgodzili się. Eubanks postanowił, że trzeba będzie wprowadzić parę zmian. Po pierwsze, muzyka. Natychmiast zaczął wprowadzać do repertuaru grupy oryginalne numery i zniechęcił ją do typowego garażowego grania. Po drugie, wizerunek. The Pla-Boys wyglądali jak coś pospolitego, w szarych sportowych garniturach. Idąc z duchem czasu Eubanks zadbał o ich psychodeliczny wizerunek, ubierając chłopaków w modne garnitury, przyozdabiając w koraliki i tym podobne rzeczy. I wreszcie nazwa. Od tej pory The Pla-Boys byli znani jako The Lemon Fog.

I tak w krótkim czasie The Lemon Fog stał się jednym z dwóch najlepszych zespołów w okolicy, obok dobrze już znanego Nomads.

Po zmianie składu grupa zyskała status lokalnej gwiazdy i stała się etatową kapelą klubu Jimmy’ego Duncana „The Living Eye”(z ogromnym, pulsującym okiem na środku sufitu). Eubanks: „Nasz program składał się z oryginalnych kompozycji napisanych przeze mnie i Jimmy’ego. Otwieraliśmy występy przed Electric Prunes, The Moving Sidewalks, The 13th Floor Elevator oraz Fever Tree. Scott Holtzman był menedżerem tej ostatniej kapeli i w końcu zajął się też nami”. Pierwsza sesja nagraniowa The Lemon Fog odbyła się w studio Doyle Jones w Houston latem 1967 roku. Ukończono pięć utworów, które były wyrafinowanymi psychodelicznymi odjazdami zahaczającymi o słoneczne brzmienie amerykańskich klimatów. Pierwszym singlem z tej sesji był numer „Lemon Fog” wydany w listopadzie 1967 roku. Alternatywnie zatytułowany był „The Living Eye Theme” nawiązując do klubu Duncana. Jest to jeden z najbardziej eksperymentalnych numerów z danego roku. Instrumenty klawiszowe brzmią jak mellotron, choć w rzeczywistości były to organy Farfisa. Inżynier nagrania tak manipulował taśmą przesuwając ją po głowicach, aż uzyskał efekt fazowania. Jeśli chodzi o pierwsze single The Lemon Fog wyprzedzili inne zespoły swoim unikalnym brzmieniem i stylem łączenia kosmicznych tekstów z jeszcze bardziej kosmiczną, psychodeliczną muzyką. Na szczególną uwagę zasługuje, lokalnie zdobywający zasłużoną sławę drugi singiel grupy: „Summer”/”Girl From The Wrong Side Town”. Ten pierwszy numer zaprezentowany w programie telewizyjnym Larry’ego Kane’a  brzmi bardzo elegancko i mocno wchodzi do czołówki psychodelicznych klejnotów. Delikatne organy w tle oraz spokojny, melancholijny wokal są wskazówką dla niektórych bardziej znanych kapel i ich numerów. Większość nagrań The Lemon Fog utrzymanych jest w klimacie folkowo psychodelicznym a dodatkowym atutem są nieoczekiwane zwroty w partiach gitary oraz organów połączone z ciekawymi harmoniami. Poza pracą w studio, The Lemon Fog cieszyli się opinią jednego z najpopularniejszych zespołów klubowych w okolicy. Poza muzyką, grupa korzystała ze spektakularnej prezentacji scenicznej. W dużej mierze było to zasługą charyzmy i dobrego wyglądu Chrisa Lyonsa. Dodatkowym atutem był Ted Eubanks, tańczący na scenie w długiej, lejącej się cekinowej pelerynie. W szczytowym okresie świetności w zespole zaczęły pojawiać się problemy. Eubanks stawał się coraz bardziej wymagający wobec pozostałych, nalegając, by ćwiczyli każdego dnia, kiedy nie występują. Oprócz tego zaczął narzucać swoje kompozycje i nie myślał o kompromisie. Zaczęło się starcie o władzę. Na domiar złego, ofiarą kwasu stał się Bill Simmons co powodowało jego niekontrolowane odjazdy i opuszczanie występów. W rezultacie Lyons musiał przejmować część obowiązków związanych z grą na klawiszach, oprócz gitary i wokalu. W 1970 roku grupa była już w rozsypce. Kiedy Eubanks spotkał się z pozostałymi na próbie, planując zaprezentować swoją najnowszą kompozycję, chłopaki spakowali sprzęt i z ponurymi minami oznajmili mu, że to już koniec. Tego dnia cała czwórka opuściła miejsce prób i każdy poszedł w swoją stronę. I tak się skończyła historia The Lemon Fog.








środa, 13 kwietnia 2022

JOHN LENNON - Imagine /1971/

 


01. Imagine – 3:02
02. Crippled Inside – 3:47
03. Jealous Guy – 4:12
04. It's So Hard – 2:24
05. I Don't Wanna Be A Soldier Mama – 6:04
06. Gimme Some Truth – 3:14
07. Oh My Love (John Lennon, Yoko Ono) – 2:42
08. How Do You Sleep? – 5:34
09. How? – 3:41
10. Oh Yoko! – 4:16


Ledwo rok wcześniej John Lennon na „Plastic Ono Band” mówił nam, że „sen się skończył”(„God”) a teraz karze nam marzyć od nowa. Lennon zdaje się uważać, że marzenie Beatlesów nie sprawdziło się, więc próbuje je stworzyć sam, pokojową utopię bez granic, w której świat będzie mógł „żyć jak jeden”, bez tych kłótni, i że The Beatles nie są już najlepszym sposobem na odnalezienie tego świata. Tylko, że świat miał pretensje do Lennona za prawdopodobnie niesławny wers z albumu: „wyobraź sobie, że nie masz żadnych dóbr”, podczas gdy sam był multimilionerem. Cóż za sprzeczność! A może jednak? Piosenka „Imagine” jest spełnieniem życzeń Johna o tym, jak chciałby, aby wyglądał świat (i jak większość z nas, skrycie lub nie, chciałaby aby wyglądał) – nigdy nie twierdził, że to marzenie łatwe do zrealizowania, a jedynie, że być może pewnego dnia się spełni. Tak czy inaczej, album „Imagine” przypomina nieco pierwotną szczerość pierwszej płyty Lennona „Plastic Ono Band”, tylko że z pełną premedytacją John dodał do niego „słodzik”. Powstała płyta będąca taka jak debiut tylko z odrobiną cukru i jest: „dla takich konserwatystów jak Ty!”-powiedział Lennon podczas jednej z rozmów Johna i Paula w prasie muzycznej. No cóż, tak. Bez wątpienia „Imagine” okazał się najlepiej sprzedającym się albumem w karierze Lennona i to właśnie ten album lepiej niż jakikolwiek inny oddaje człowieka i jego sprzeczności. Gniewny Lennon, przestraszony Lennon, winny Lennon, zakochany Lennon, zabawny Lennon, zmęczony Lennon: jeśli „Plastic Ono Band” jest najlepszym albumem Lennona pod względem pokazania nam jego prawdziwego wnętrza, to „Imagine” jest najlepszym albumem Lennona pod względem pokazania nam twarzy, którymi dzieli się ze światem.

Zwróćcie uwagę, jak na tak dobrze sprzedającą się płytę, jest ona bezkompromisowo szczera i kontrowersyjna. „I Don’t Wanna Be A Soldier” nie jest bynajmniej najlepszą antywojenną pieśnią, jaką kiedykolwiek napisano, ale biorąc pod uwagę liczbę egzemplarzy, jaką rozeszła się „Imagine”, może być najlepiej sprzedającą się i najczęściej słuchaną antywojenną piosenką w historii. Zauważmy, wydana w czasach, gdy reakcja Richarda Nixona na pokojowe protesty przeciw Wietnamowi była nieproporcjonalna. „Gimme Some Truth” jest najbardziej kontrowersyjną piosenką, jaką Lennon kiedykolwiek napisał. Pluje w niej na polityków i światowych przywódców, którzy udają, że wszystko jest w porządku, podczas gdy najwyraźniej nie jest. Melodia w „Crippled Inside” może i prowadzi nas do wesołego tańca, ale tekst o tym, że każdy dorosły jest w rozsypce, a jeśli nie jest to tylko się okłamuje, to ciężki temat w 1971 roku, podany niemal samoświadomie jako żart. Nawet sam numer „Imagine” jest mocny, jak hymn światowy. Nie ma bardziej „komunistycznych” przebojów niż te, a wydawanie takich piosenek w Stanach Zjednoczonych w 1971 roku, w czasie, gdy próbuje się wjechać do kraju, aby tam zamieszkać, było nader odważnym posunięciem. W „How Do You Sleep?” Lennon traktuje Paula McCartneya jako najnowszego kozła ofiarnego i źródło wszelkiego zła-prawdopodobnie niesprawiedliwie, choć nigdy się nie dowiemy, co tak naprawdę zaszło między nimi pod koniec czasów Beatlesów.

No i kolejna sprzeczność. Album „Imagine” jest zarówno bardziej, jak i mniej ważny od „Plastic Ono Band”. Płyta z 1970 roku była ostatnim słowem Lennona o jego bólu i uczuciach. Pod względem muzycznym była surowa i to pokazywało jej klasę. Jednak „Imagine” jest ważniejsza po prostu dlatego, że to właśnie na nim większość fanów zaczyna zwracać uwagę na Lennona, a on powoli wypracowuje swoje solowe brzmienie. Jest punktem, w którym Lennon wreszcie robi dobry użytek ze swojego gwiazdorskiego nazwiska. Jeśli kochasz muzykę do tego stopnia, że bez niej twoje życie uległoby nieodwracalnemu zniszczeniu, to uważaj bo może ona być kapryśnym mentorem. Może sprawić, że wzniesiesz się na wyżyny tak radosne, że twoje serce poczuje się jak gdyby miało zerwać swoje włókniste kajdany. Może też wpędzić w taką rozpacz, że nie ma sensu dalej żyć. Może wywołać frustrację, gniew, empatię, miłość, pogardę, obojętność i śmiech w równych proporcjach. Pewnie to znasz. I tu masz wyjątkową rzecz, za jednym posiedzeniem dostajesz całą tą porcję uczuć.

Słuchaj „Imagine”.

I jeszcze zwróć uwagę.

Jak już pisałem piosenka „Imagine”, hymn światowy znaczy bardzo wiele. I z tekstem Lennona, który mówił o marzeniach i utopii rywalizuje ona z „I have a dream” Martina Luthera Kinga. I wyobraźcie sobie, że wciąż, nawet na ułamek sekundy świat nie zbliżył się do tej utopii i pewnie tak już pozostanie.

„Wyobraź sobie, że nie ma państw/ To nie jest trudne do osiągnięcia/ Nie ma za co zabijać, ani poświęcać życia/ I nie ma religii/ Wyobraź sobie, że wszyscy ludzie żyją w pokoju”.










niedziela, 3 kwietnia 2022

TIMMOTHY - Strange But True /1972/

 


1. Blue and Grey
2. You're Stayin' Here Tonight
3. A Woman
4. Evil Woman
5. Down Country
6. Rich Get Richer
7. The Sky
8. Good Morning

Bass - Don Scherzer/Lane Vallier
Lead Guitars - Larry Hadsall/Terry Bladecki
Drums - Tom Pfundt/Ham Roth
Guitar and Vocals - Timmothy


Ward, Tim Ward mieszkaniec Bay City, po raz pierwszy pojawił się na scenie muzycznej Michigan jako muzyk zespołu The Ides Of March (nie jest to zespół, który wydał płytę „Vehicle”), garażowo-rockowej grupy nastolatków z Essexville w stanie Michigan. To był wtedy szczyt Beatlemanii, a Ward – wówczas uczęszczający do Garber High School – dopiero zaczynał swoją karierę. Zespół występował w środowisku nastolatków w całym stanie a także w Ohio i Indianie. Później Tim został frontmanem The Blues Company. W latach świetności grupa wydała trzy single, które czasami pojawiają się na różnego rodzaju kompilacjach. Na początku lat 70-tych Ward odnalazł nową pasję, którą stało się pisanie samotnych, folkowych piosenek, umiejętnie wpływających w klimat kawiarnianego folku. I oto pod pseudonimem Timmothy, nagrał i wydał własnym sumptem w 1972 roku przepiękny album solowy „Strange But True”. Jest to poszukiwana przez entuzjastów płyt winylowych prywatna płyta, która powstała w nakładzie zaledwie 300 egzemplarzy. Jest to album, który można uznać za dziwaczną podróż w nieprzyzwoicie mroczny klejnot psychodelicznego folku. Na okładce tego dzieła znajduje się zwykłe czarno-białe zdjęcie Warda i nie jest to typowe zdjęcie promocyjne „gwiazdy rocka”. Z łatwością mogłoby to być przypadkowe zdjęcie z rodzinnego albumu. W jakiś sposób to działa i ma sens w przypadku tej czterdziestominutowej kolekcji intymnych dźwięków. To bardzo samotna, folkowa płyta z mieszanką gitary elektrycznej i akustycznej, basu i perkusji z subtelnymi wpływami bluesa plasująca się gdzieś tam w okolicach wczesnych nagrań Neila Younga. Po obu stronach płyty znalazło się wiele wyróżniających się numerów dla których warto poznać te nagrania i ….zachwycić się nimi.

Oto niebezpiecznie zbliżony do twórczości właśnie Younga otwieracz „Blue and Grey”, ale jest to fantastyczny wstęp. Ten numer to ciężka lirycznie, melancholijna, akustyczna piosenka o osobie, która straciła ukochaną osobę i chce być z nią po „drugiej stronie”. Ward śpiewa o tym, że minęły trzy lata, odkąd widział ją po raz ostatni i chciałby, aby tu była razem z nim. Kolejnym jest folkowy utwór, opowiadający o mężczyźnie, który chce by jego romantyczna wybranka została z nim na noc. Kusi ją łagodnością, czułymi słówkami, mówi, że kocha ją bardziej, ale ona zmienia się i zostawia go samego. Muzycznie przebija pod koniec optymizm i melancholijna aura. Ale już teraz mamy fantastyczne odjazdy w postaci dwóch piosenek. „A Woman” to energetyczna piosenka, mocna osadzona w psychodelii z rozmytą gitarą elektryczną, wyjątkowym wokalem wzmocnionym echem i zabójczą grą perkusisty. Czysta w swej prostocie pieśń brzmi jakby człowiek cieszył się z tego, ze trzyma swoją kobietę za rękę, co powoduje tęskne poczucie bliskości. Świetnie komponuje się to z energicznym klimatem utworu, z uderzeniami perkusji, doskonałymi solówkami gitarowymi i krzykliwym wokalem. Z drugiej strony, choć „Evil Woman” stonował brzmienie, wykorzystując jedynie minimalną ilość gitary, to klimat bagnistego bayou uderza w słuchacza. No ale jest to opowieść o złej kobiecie, która odeszła. Grany jest w swej istocie w postaci jamu, bardzo rytmicznej akustycznej gitarze i perkusji brzmiącej jakby w cieniu. Jednymi z najprzyjemniejszych piosenek na płycie są z pewnością dwa kolejne numery: „Down Country” i „Rich Get Richer”. Pierwsza to wesoły kawałek z żywą gitarą, z szybkimi, country bluesowymi zakrętami i zabawnymi akordami. Miły wokal uatrakcyjnia i tak już fajną melodię. Natomiast „Rich Get Richer” jest oparty na dźwiękach gitary i basu. To ballada mówiąca o tym, jak złe mogą być pieniądze i jak bogaci ciągle się bogacą, a biedni ciągle ubożeją. Tim śpiewa bardzo spokojnie a całość reperuje mocnymi rytmicznymi akordami gitary. Ostatnimi numerami na płycie są kompozycje, z których pierwsza „The Sky” to jeden z najważniejszych punktów albumu. Z gitarą pobudzoną echem, z mocno mieniącym się pogłosie i świetnym wokalem Tima, toczy się w smutku poruszającym każde uciekające sekundy numeru. Ale i słoneczne promienie wychylają się zza chmur, tworząc z całości barwne kolory tęczy. Psychodeliczne nutki buszują w głośnikach i sprawiają, że całość brzmi bardzo ładnie. „Good Morning” to mniej więcej standardowa akustyczna piosenka podparta basem i drugą gitarą. Cały numer jest spokojny, tylko czy na pewno ten dzień będzie dobry?

„Strange But True” to z pewnością zapomniany klejnot, który dzięki zawiłym tekstom, unikalnemu stylowi gry i wokalowi, przy odrobinie czasu i ekspozycji mógłby zostać okrzyknięty klasykiem, jak wiele innych albumów. Dla tych, którzy nieustannie szukają i polują na zapomnianych singer-songwriterów jest to pozycja obowiązkowa.





poniedziałek, 21 marca 2022

THE ANIMALS - The Animals /1964/

 


1.   Story of Bo Diddley
2.   Bury My Body
3.   Dimples
4.   I've been Around
5.   I'm in Love Again
6.   The Girl Can't Help It
7.   I'm Mad Again
8.   She Said Yeah
9.   The Right Time
10.   Memphis Tennessee
11.   Boom Boom
12.   Around and Around

Eric Burdon
Alan Price
Hilton Valentine
Chas Chandler
John Steel

Piosenka zostaje napisana, a jeśli jest wystarczająco wyjątkowa, czeka na artystę, który się jej podejmie, odciskając na niej swoje niezatarte piętno, tak że wszystkie inne wersje będą odtąd porównywane do tego jednego, niezapomnianego ujęcia. Nikt nie jest pewien, kto napisał "House of the Rising Sun". Muzykolog Alan Lomax nie potrafił wskazać dokładnego pochodzenia tej pieśni choć znalazł dowody na to, że muzycy jazzowi znali ją jeszcze przed I wojną światową. W tych wersjach narratorką jest kobieta opłakująca swój powrót do prostytucji. Męscy wokaliści uczynili z tej piosenki „ruinę wielu biednych chłopców”. Gdy nadeszły lata 60-te, legenda folku Dave Van Ronk na stałe włączył do swego repertuaru intensywne wykonanie numeru „House of the Rising Sun”. Jego młody uczeń, Bob Dylan w dużej mierze naśladował aranż Van Ronka i zamieścił ją na swoim debiucie. Mniej więcej w tym samym czasie Eric Burdon usłyszał tę pieśń od lokalnego piosenkarza ludowego w Anglii. Wprowadzając ją do repertuaru swojej grupy The Animals, numer został zelektryfikowany i zamieszczony w 1964 roku na singlu. Wersja ta odniosła niebywały sukces i to do tego stopnia, że pytając, kto napisał „House of the Rising Sun” wielu mówi, że The Animals. Fundamentem melodii jest stoicka partia gitary Hiltona Valentine’a, podczas gdy organy Alana Price’a próbują uwolnić każdą torturowaną duszę uwięzioną w tym złowrogim miejscu. „Jest taki dom w Nowym Orleanie/ Nazywają go domem wschodzącego słońca/ I był ruiną wielu biednych chłopców/ I Boże, wiem, że jestem z jednym z nich” śpiewa Burdon. I właśnie to jak śpiewa jest bez wątpienia wielkim wydarzeniem. Jeśli muzyka brzmi niemal jak nadprzyrodzona, to wokal nadaje piosence ziemskie serce, rozdarte na dwie części przez obciążone kości i przegrane zakłady. Burdon temperuje swój występ, zaczynając nisko i ze śmiertelnie poważnym zamiarem przyciągnięcia uwagi słuchacza. Kiedy wznosi się wyżej, cały ból i udręka wylewają się na zewnątrz. Tragizm utworu polega na tym, że narrator jakby stracił wolną wolę. Wie, że ten dom będzie jego potępieniem, a jednak jest w drodze, gdy opowiada swoją smutną historię.

Jak pisałem numer ten został nagrany i wydany w Anglii w postaci singla, natomiast w Stanach znalazł się on na długogrającym debiucie zespołu.

Kiedy historycy rocka dyskutują nad spuścizną Brytyjskiej Inwazji The Animals porównywani do współczesnych im kapel wyróżniają się tym, że jako jedyna i pierwsza grupa rockowa w tamtym czasie, mogła pochwalić się organami, które nie były tylko tłem ale podstawą swojego brzmienia. Innym wyznacznikiem The Animals jest oczywiście wokalista Eric Burdon, którego głęboki, gruby, szorstki głos jest bliższy dramatycznym opowieściom powstałym na progu zapadłej chaty u brzegów Mississippi. Debiut The Animals pokazuje jak wiele zespół zrobił dla popularyzacji bluesa i rhythm and bluesa dzięki swojemu unikalnemu brzmieniu i nowatorskiemu podejściu. No cóż, genialnych singli w wersji brytyjskiej płyty nie znajdziemy ale mamy tam inne znakomite utwory. Porywający numer z niespodziewanym wokalem mówionym i znienacka atakującymi sprzężeniami gitary (rok 1964!) to znakomity otwieracz albumu. „Story of Bo Diddley” opowiada o jednym z idoli zespołu. Bluesowo-popowy „Baby, Let Me Take You Home” to  wzmocniony żałobną grą organów numer, która kontrastuje z szybkim tempem utworu i kolejnym mistrzowskim występem Burdona. Zresztą każdy numer jest majstersztykiem jeśli chodzi o wokalistę bo przyznać trzeba, że Eric Burdon głos ma. Dudniący, potężny, który jest po prostu fantastyczny na całym albumie. Dodaje tyle energii i osobowości utworom oraz sprawia, że stają się one czymś wyjątkowym, nawet jeśli grają w dużej mierze ten sam materiał, co inne grupy w tym czasie. Posłuchajcie takiego „Dimples”. Czarny, mroczny wokal rozciąga się wokół pełnej ekspresji i zbliża wielkimi krokami ku złowieszczym rytmom. Wspaniale wtóruje mu sekcja rytmiczna a zabawa organ i gitary dopełnia całości. Podręcznikowym wręcz przykładem jak wykorzystać dynamikę do budowania intensywności jest numer „I’m Mad Again”, zawierający do tego porywającą solówkę na organach. To prowadzi do paru słów o tajnej broni, jaka posiada zespół: pianisty i organisty Alana Price’a. Gość potrafi grać. Jego organy są siłą napędową wielu utworów. Podobnie ma się rzecz z Hiltonem Valentinem. Otóż jego gitara właśnie brzmi tak jak ma brzmieć w tego typu numerach. Raz rytmicznie, raz drapieżnie, raz stonowanie. I o to chodzi. I tak jak posłuchamy sobie innych debiutów Brytyjskiej Inwazji bez problemów musimy stwierdzić, że „The Animals” jest nowatorski oraz przesiąknięty mocnym klimatem Delty i wart jest zainteresowania każdego fana dobrej muzyki.








niedziela, 13 marca 2022

THE SERPENT POWER -The Serpent Power /1967/

 


1. Don't You Listen To Her - 2:20
2. Gently, Gently - 2:36
3. Open House - 3:31
4. Flying Away - 4:26
5. Nobody Blues - 3:49
6. Up And Down - 3:37
7. Sky Baby - 2:31
8. Forget - 3:34
9. Dope Again - 0:47
10.Endless Tunnel - 13:13

*Clark Coolidge - Drums
*Denny Ellis - Lead Guitar
*David Meltzer - Vocals, Guitar, Harmonica
*Tina Meltzer - Vocals
*John Payne - Keyboards
*Jean-Paul Pickens - Banjo
*David Stenson - Bass


W niekończącym się strumieniu psychodelicznej muzyki wywodzącej się z Zachodniego Wybrzeża Stanów Zjednoczonych, kolejne zespoły wypływają na powierzchnię, co niewątpliwie cieszy mnie jak najbardziej, tym bardziej, że kiedyś to się musi skończyć. Ale na szczęście jeszcze dużo czasu musi upłynąć. Wprawdzie smutnym jest, że tak imponujące grupy jak The Serpent Power zostały pogrzebane pod powierzchnią muzycznej sagi lat 60-tych. Biorąc pod uwagę majestatyczny wokal Tiny Meltzer, jest rzeczą zdumiewającą, że grupa ta nigdy nie zdobyła uznania, na jakie zasługiwała. I nie tylko porywający wokal Tiny błyszczał, także jej mąż David Meltzer był sam w sobie bardzo zdolnym wokalistą. Małżonkowie sumiennie wykonywali swoje partie wokalne w sposób, o jakim wielu mogłoby tylko pomarzyć. Grając na koncertach w San Francisco zespół zwrócił na siebie uwagę Eda Dentona, który zarządzał grupą Country Joe & The Fish. Po podpisaniu kontraktu z wytwórnią Vanguard Records, The Serpent Power wydali swój debiutancki album pod własnym tytułem. Jest to jeden z moich ulubionych lp powstałych w latach 1966-67 na scenie SF. To album, który w moich uszach stoi w jednym szeregu z innymi cenionymi płytami dużo bardziej znanych zespołów tamtej sceny. Uważam, że to zadziwiające, że ten zespół nigdy nie został doceniony tak, jak na to zasługiwał w swoim czasie. Teraz otrzymują o wiele więcej. Podobnie jak inne wspaniałe płyty, ich dźwięki przywołują czasy i okres, których nigdy osobiście nie zaznałem, a jedynie czytałem, studiowałem i słuchałem. Eklektyczny, piękny, przejmujący i unikalny lp The Serpent Power wciąga mnie i poprzez swoje wibracje w jakiś sposób przenosi mnie do czasu i miejsca, w którym został nagrany. Nigdy nie chodziłem po Haight, nie brałem udziału w koncertach w Fillmore czy Avalon, ani nie leniuchowałem w Golden Gate Park, gdy zespoły grały swobodnie a dzieci-kwiaty tańczyły szaleńczo, ale kiedy słucham tego albumu, czuję się tak, jakbym to robił.

Otwierający płytę, zaraźliwy „Don’t You Listen to Her” zawiera zadziorne dźwięki organów John Payne’a i skoczny rytm, tworząc wesoły, cyrkowo-popowy utwór, napędzany dodatkowo chrzęszczącą gitarą. Muzycznie atmosfera jest tu całkowicie optymistyczna. Ciekawy początek. Ale to drugi numer jest moim faworytem. Cudownie nastrojowa i mroczna ballada działa bardzo hipnotycznie, a napięcie jest uwalniane i gromadzone przez wokal i grę zespołu. Zauroczenie „Gently, Gently” sprawia, że jesteś oczarowany i marzenia wpływają wprost do ciebie. Podobnym w klimacie jest numer „Flying Away” zaśpiewany fantastycznie przez Tinę Meltzer. Uchwycenie magii to niełatwy wyczyn a to tutaj udało im się osiągnąć. Ta magia wykorzystywana zostaje również w bardziej skocznych utworach, takich jak „Up and Down”. Cóż to za wesoła piosenka, przepełniona nostalgią. Przypomina nam o prostym życiu, bez trosk i kłopotów, które pojawiają się wraz z upływem mijającego czasu. Trzecią i ostatnią piosenką zaśpiewaną przez Tinę jest numer „Forget”, który jest powrotem do mrocznej strony, z tekstem, który przywodzi na myśl utratę pamięci i to, jak bardzo może być ona wyniszczająca i przerażająca. Mamy tu doskonały akompaniament, pełen wirującej gitary i uroczego brzmienia organów a całość jest odpowiednio połączone z porywającym wokalem. Jak wcześniej wspominałem David Meltzer, niczym swojej żonie nie ustępował. Potrafił doskonale panować nad piosenką, co udało mu się w utworze „Sky Baby”, który zapada w pamięć dzięki ostrej, akustycznej gitarze. Dobrze wypada w jedynym bluesowym numerze na płycie. „Nobody Blues” to lament, w którym znów pojawia się świetna, wrażliwa gra gitary oraz ozdobnik w postaci kończącej nagranie harfy. No cóż, jeśli to wszystko nie jest dla ciebie wystarczająco niesamowite, nie szukaj dalej, bo oto nadchodzi ponad trzynastominutowy numer „Endless Tunnel”. Czytałem porównania do The Doors „The End” i „When the Music’s Over” pod względem tonu i nastroju i nie mam nic przeciwko temu, by The Serpent Power stawiano w podobnym świetle co The Doors. Złowieszczy nastrój przenikający ten numer jest po prostu genialny. Już wcześniej odbieraliśmy mroczne tony, ale w tym utworze są one bliskie przerażenia. To fantastyczny sposób na zamknięcie tak fantastycznego albumu.

Niestety po rozczarowującej sprzedaży płyty grupa rozpadła się. Cóż za strata. David i Tina Meltzerowie, tworząc muzyczny duet, wydali w 1969 roku ciekawy album „Poet Song” a „The Serpent Power” z wiekiem osiągnął status zaginionego klejnotu psychodelicznej sceny.






czwartek, 3 marca 2022

CREME SODA - Tricky Zingers /1975/


1. Give It Up (Man) - 4:06
2. Tonight - 2:58
3. Numero Uno - 4:53
4. (I'm) Chewin' Gum - 2:41
5. Deep In A Dream - 4:28
6. The Nazz Are Blue - 3:07
7. Keep It Heavy - 2:46
8. Roses All Around - 2:11
9. And That Is That - 2:02
10.The Beat Song - 3:43
11.When It Sun Shines - 5:41
12.Daydreamin' - 2:23

*Jim Wilson - Bass, Piano, Percussion, Vocals
*Bill Tanon - Guitar, Bass, Harp, Mandolin, Bowed Guitar, Vocals
*Ron Juntunen - Electric, Acoustic, Slide Guitar, Bass
*Art Hicks - Drums, Bongos

Wiecie co? Jest taka historia o takim jednym zespole i ich pomyśle aby niekonwencjonalnie promować własną płytę, wydaną swoim sumptem.

Posłuchajcie.

Zespół nazywa się Creme Soda a płyta o której mowa to „Tricky Zingers”, wydana w 1975 roku ale klimatem trzymająca się dobrze w latach wcześniejszych. Jeszcze przed nagraniem albumu grupa wypuściła w 1974 roku singiel, który frontman Creme Soda Billy Tanon tak reklamował. Wlazł na gzyms z megafonem piątego piętra budynku Mitchell Building i krzyczał o zespole, reklamując go. Siedział tam przez kilka godzin, zanim nie przyjechała policja. W maju dwa lata później opracował nowy plan promocji lp. „Tricky Zingers”.

Otóż wraz ze swoim współlokatorem udali się na most Hoan Bridge, gdzie za pomocą łańcuchów zaczepili huśtawkę i przymocowali do niej prześcieradło reklamujące nową płytę. Następnie Tanon opuścił się na huśtawkę, używając sprzętu do wspinaczki górskiej. W tym momencie jego kumpel zaczął wydzwaniać do lokalnych stacji radiowych, informując je o tym wyczynie, co miało na celu zdobycie radiowego rozgłosu dla „Tricky Zingers”. Podczas gdy muzyczne nadzieje muzyka zależały od słuchowisk radiowych, jego ciało wisiało na huśtawce nad jeziorem Michigan. W pewnym momencie wzmógł się wiatr i Billy zaczął spadać. Przez kilka minut jego ciało obracało się do góry nogami na wietrze, a w końcu spadł do wody, gdzie uratował go przepływający obok statek wycieczkowy. Tanon miał na sobie żółtą koszulkę z napisem „I like Creme Soda”. Spadając w dół, wspominał, że zakręciło mu się w głowie, ale zdołał zobaczyć łódź poniżej. „Krzyknąłem do nich, że spadam, ale wiedziałem, że mnie nie słyszą”. Na szczęście kapitan statku zorientował się w sytuacji i wyłowił Tanona z wody. Przybywająca straż przybrzeżna przetransportowała go do czekającej karetki policyjnej, która zabrała go do szpitala, gdzie mimo urazu pleców jego stan był zadowalający. A wszystko to dla zespołu, który rozpadł się poprzedniego lata…

Wspomina perkusista grupy Hicks:”Podejście Billa do przemysłu muzycznego było, delikatnie mówiąc, niekonwencjonalne”. A sam lider twierdził, że „Wszystkie moje instynkty przetrwania mówiły mi, że jestem szalony, ale to było coś, co musiałem zrobić”. Chociaż dzięki temu wyczynowi Tanon znalazł się w gazetach, najwyraźniej nie wpłynęło to na sprzedaż „Tricky Zingers”. Jak pisałem płytę wydano własnym kosztem a jej dystrybutorem była firma Kiderian z Chicago. Niestety brak jakiejkolwiek chęci wsparcia reklamowego doprowadził do braku kompletnego zainteresowania ją. I nie pomogła nawet specyficzna reklama lidera grupy.

A szkoda. Właściciel We Buy Records, Andy Noble, który jest w posiadaniu jednego z tych nielicznych egzemplarzy wydanych w tamtym czasie, mówi, że to „absolutnie świetna płyta”. I ja się z tym zdaniem w zupełności zgadzam. Myślę, że nasza międzynarodowa psychodeliczna społeczność powinna darzyć ją bardzo dużym szacunkiem. Pomimo nagrania w roku 1974 to są lata 60-te w wielkim stylu.

No dobrze. „Tricky Zingers” to dwanaście piosenek, w których można usłyszeć klasyczne rockowe klimaty, gitarowe akordy, lekkie, prawie popowe melodie i wirujące psychodeliczne momenty. Większość płyty zawiera wyraźne elementy garażowe, a całość pokazuje, że chłopcy byli utalentowanym i zgranym zespołem z dobrą gitarą i solidną harmonią wokalną. Można powiedzieć, że nagrania z płyty mają swój własny smak, pomimo pewnych naleciałości. Ciekawą stroną całej zawartości płyty jest fakt, że dzięki niej fenomen amerykańskich „zespołów garażowych” nigdy nie wygasł. To dzięki mieszance prostych aranżacji i eklektycznej stylistyce, „Tricky Zingers” stanowi pomost od rozwijającej się garażowej formy z połowy lat 60-tych do połowy lat 70-tych. Choć mamy tutaj wiele kierunków muzycznych, jest na tym albumie pewien prosty, nieco niedbały, pełen radości aspekt, który stanowi rdzeń garażowej estetyki. Muzycy z Creme Soda naprawdę wiedzą, jak wziąć to, co najlepsze z przeszłości i przerobić na ciekawe formy rock and rollowe. Weźmy takie punkabillowe „I’m Chewin’  Gum”, które zawstydza wszystkie te próby z lat osiemdziesiątych albo „Tonight” przypominający wczesne dokonania Floydów. Druga strona płyty jest bardziej klimatyczna, pociągająca nostalgią ze zniekształconymi gitarami i delikatnymi wokalami. To usposobienie tego, czym powinien być psychodeliczny rock. Może nie jest to najdoskonalsza, samodzielnie wyprodukowana płyta z połowy lat siedemdziesiątych, ale dla mnie jest wystarczająco dobra i z godnością zajmuje swoje miejsce na mojej muzycznej półce.



 

niedziela, 20 lutego 2022

COLOURS - Colours /1968/

 


1. Black Day at Black Rock, Baby
2.Love Heals
3.Hekping You Out
4.Where Is She
5.Rather But Me
6.I'm Leaving
7.Brother Lou's Love Colony
8.I Think Of Her {She's On My Mind}
9.Lovin'
10.Cataleptic
11.Don't You Realize

Carl Radle - bass,voc
Chuck Blackwell - drums,voc 
Jack Dalton - gtr,voc
Rob Edwards - lead gtr,voc
Gary Montgomery - piano,voc

Byłem niemal pewien, że słuchając grupy Colours mam do czynienia z młodymi Anglikami, inspirującymi się „Revolverem” The Beatles czy też zapatrzonymi w harmonie wokalne braci Gibb. A tu niespodzianka. Otóż mamy kolejną amerykańską trupę, której korzenie sięgają Oklahomy gdzie perkusista Chuck Blackwell i basista Carl Radle byli kumplami młodego Leona Russela. Zasadniczo Colours był projektem studyjnym a album powstawał przez kilka miesięcy pod koniec 1967 roku. W następnym roku wydała go wytwórnia Dot Records, która głównie nastawiona była na muzykę łatwą, lekką i przyjemną, przez co nie miała zbyt dużego doświadczenia w pracy z taką grupą jak Colours i dlatego ich album nie eksplodował w wyniku słabego marketingu. Szybko jednak płyta zatytułowana jak zespół stała się obiektem kolekcjonerskim, a jej wartość rosła przez lata.

To prawdziwa zapomniana perełka (któraż to już), która choć nieco wtórna, obfituje w żywiołowe aranżacje, mocne melodyjne haki i wyrafinowane pejzaże dźwiękowe. Od początku do końca album jest zwarty i skupiony. Lekki psychodeliczny temperament zespołu idealnie zrównoważony został z nieskazitelną muzykalnością i doskonałymi harmoniami. Wystarczy posłuchać otwierające płytę „Bad Day at Black Rock, Baby” i ich misja staje się jasna. Zespół nigdy się nie poddaje a na zakończenie słuchania płyty „Colours” pozostaje niedosyt. Niestety nic więcej nie zostało.

Album został wyprodukowany przez Danny’ego Moore’a i Richarda Delvy’ego a materiał został napisany przez gitarzystę Jacka Daltona i klawiszowca Gary’ego Montgomery’ego. Wyszła im wspaniała kolekcja gotowego do słuchania psychodelicznego popu lub jak kto woli baroque popu. Uwagę zwraca rytmika nagrań, która jest bardzo udana. Doskonały bas zawsze wciska się we właściwe miejsce, a klawisze i harmonie mają silny beatlesowski charakter. Posłuchajcie „Love Heals” ociekający wpływem Sgt. Peppera co nie jest zarzutem. Przetworzone wokale, operowe podkłady wokalne a całość bardzo melodyjna – nic więc dziwnego, że Dot wybrało ten numer na singla. Klimat utworów jest po prostu bardzo słoneczny, przecież czas w jakim powstały był kalejdoskopowo kolorowy. „Helping You Out” jest właśnie takim słonecznym dźwiękiem, gdzie fajne wrażenie robią akcenty wokalne przy wejściach w zwrotki. „Where Is She” tu sam uśmiech wstępuje na myśl o pięciu gościach z Oklahomy, którzy nasłuchali się Paula McCartneya i stworzyli ładną balladę w dodatku wzbogaconą partią fletu w tle. Jak już pisałem to były czasy gdzie kalejdoskop dźwięków mieszał na płytach różne sfery i urozmaicał dzięki temu dane krążki. Wpływ raga-rocka w „Rather Be Me” z dodatkowym przetworzonym wokalem i wrzuconymi efektami produkcyjnymi jest bardzo kwasowym numerem grubym jak pieprz w słoiku z konfiturami. Zresztą w podobnym stylu mamy i kolejne perełki, „Brother Lou’s Love Colony” czy „Lovin’”. Ten drugi ma fantastyczny rytm a całość jest pełna bliskości Lennonowskim barwom. Ciekawym efektem zwrotnej gitary i akustycznej pracy jest „I Think of Her (She’s On My Mind)” gdzie dodatkowo zespół wydobywa soulowe ruchy z epoki. Na pewno w pamięci pozostanie numer „Cataleptic” z mocno trippową partią i wyśmienitą psychodeliczną solówką gitarową a kończący płytę „Don’t You Realize” doprowadza do tego, że ledwo ostatnie dźwięki się kończą, już masz ochotę na powtórkę. Niestety gdy gusta publiczności oswoiły się z latem miłości, kolekcja „Colours” została przeoczona przez krytyków i przepadła. A przecież nazwać tą płytę niewyśpiewanym klejnotem to spore niedopowiedzenie. Grupa przestała istnieć w 1970 roku a muzycy zaczęli współpracę z innymi zespołami m.in. z Taj Mahalem, Derek and the Dominoes, Ericiem Claptonem czy Joe Cockerem. Carl Radle w 1980 roku zmarł na skutek śmiertelnej kombinacji alkoholu i narkotyków. Kalejdoskopowa kombinacja kolorowych barw odeszła na zawsze.