środa, 22 kwietnia 2020

EVIE SANDS - Any Way That You Want Me /1970



1. Crazy Annie (Al Gorgoni, Chip Taylor) - 3:42
2. But You Know I Love You (Mike Settle) - 2:57
3. I'll Never Be Alone Again (Al Gorgoni, Chip Taylor) - 3:05
4. Any Way That You Want Me (Chip Taylor) - 3:39
5. Close Your Eyes, Cross Your Fingers (Chip Taylor, Ted Daryll) - 4:02
6. It's This I Am (Evie Sands) - 4:10
7. Shadow Of The Evening (Chip Taylor) - 4:16
8. Take Me For A Little While (Trade Martin) - 2:43
9. Until It's Time For You To Go (Buffy Sainte-Marie) - 2:58
10.I'll Hold Out My Hand (Al Gorgoni, Chip Taylor) - 3:27
11.Carolina In My Mind (James Taylor) - 0:40
12.One Fine Summer Morning (Al Gorgoni) - 3:23


*Evie Sands - Vocals, Guitar
*Chip Taylor - Guitar
*Al Gorgoni - Guitar
*James Burton - Dobro
*George Devens - Percussion
*Sal Ditroia - Guitar
*Jeannie Thomas Foxx - Vocals
*Paul Griffin - Piano
*Ernie Hayes - Piano
*Eddie Hinton - Guitar
*Paul Humphreys - Drums
*Barney Kessel - Guitar
*Larry Knechtel - Piano
*Herb Lovelle - Drums
*Joe Mack - Bass
*Lou Morro - Bass
*Trade Martin - Guitar
*Hugh Mccracken - Guitar
*Vicki Mikey - Vocals
*Frank Owens - Harpsichord
*Lyle Ritz - Bass
*Al Rogers - Drums
*Toni Wine - Vocals



Wyobraź sobie maj 1971 roku, studia A&M Recording w Hollywood, podczas gdy Carol King kończy swoją „Tapestry” w Studio B a The Carpenters jednocześnie dopracowują swój tytułowy album w większym Studio A. Teraz wyobraź sobie, że King and The Carpenters mówią: dobrze, a co, jeśli połączymy nasze zasoby i stworzymy supergrupę. Wymieńmy piosenki i wartości produkcyjne i zobaczmy, co nam wyjdzie. Wyobraź sobie Boba Dylana pojawiającego się ze swoją gitarą akustyczną. Wyobraź sobie aranżacje, wyobraź sobie wokale, które zaczynają się od psychodelicznych dźwięków i ciągną w stronę dusznych wysokości. Piosenki posiadają intymny, salonowy styl. Jest to pop, który dokładnie przekazuje wibracje Zachodniego Wybrzeża, tak jakby melodie miały na celu poprowadzenie muzyki boso po kanionie Laurel wśród kadzideł i brzęczących intymnych głosów. Chociaż dwaj sąsiedzi ze studia nigdy się nie spotkali, dźwięki, które sobie wyobraziłeś, nie są pozorne. Pod wieloma względami jest to dźwięk znacznie mniej znanego, ale w żaden sposób mniejszego lp, nagranego rok wcześniej w studiach A&M.
To, że „Any Way That You Want Me” Evie Sands nie stał się albumem określającym epokę, jest być może jednym z bardziej okrutnych żartów w historii muzyki popularnej.
A to płyta mówiąc najprościej, jedna z najbardziej wysublimowanych i uderzająco wspaniałych z tego okresu. Tytułowy numer został nagrany przez Sands jeszcze w 1965 roku, gdy jej muzycznym opiekunem był Chip Taylor. Później została ona spopularyzowana przez grupę The Troggs i choćby z tego wykonania zawojowała listy przebojów. Sands na swoim debiutanckim albumie znowu ją zamieszcza i czyni z niej piękną pieśń porywającą duszę upiększając jej barwy wyciszoną orkiestracją i uduchowionym gospel-folkiem.
To z tego zakurzonego planu, opalonego kalifornijskim słońcem powstał niezwykle bogaty dźwięk, który łączy lud, duszę, kraj i ewangelię.
Cała płyta przedstawia ciekawą falę smyczków, kameralny wokal oraz niesamowicie zapętloną orkiestrę, co daje obraz pożądania. Efektem tego jest powrót do całej teatralności Girl Group a zarazem nowoczesny skok w stronę kwasowej nuty. Już początek płyty zaczynający się w ciemności z upiornym głosem małej dziewczynki delikatnie przemienia się w niebiańskie światło a gitara akustyczna oferuje mini-operowe akordy. Głos piasków unosi się w świetle reflektorów miękkim szeptem a następnie ustępuje miejsca refrenowi, który jest pełen wzruszenia.
Reszta płyty jest podobnie wykonana: mieszanka nastrojowej ballady i wielkich chórów alleluja, serca Girl Group i tradycyjnego soulu. Kluczowe są aranżacje piosenek. „But You Know I Love You” ma trochę wiejskiego puchu ale akustyczny kręgosłup piosenki wychodzi z piwnicy w Big Pink. „Close Your Eyes, Cross Your Fingers” to brzmienie w stylu Memphis, a jakby tego było za mało, dodana sekcja smyczkowa nasila do granic niemożliwości ten zakurzony korytarz.
Z drugiej strony „This I Am I Find” to cicha, poruszająca ballada, napisana przez samą Sands, która unosi się na lśniących gitarach i fletach.”I’ll Hold Out My Hand” pokazuje, że lata sześćdziesiąte jeszcze pachną. Mocna gitara zanurzona w kwasowych pączkach wprowadza w pięknie zaaranżowaną pieśń, łatwo manewrującą w środkowej części drogi, wspomaganą smyczkami i sfuzzowanymi akordami. A wokal doprowadza do olśnienia. To idealny duch wokalnej przestrzeni, tak bardzo zamurowany w moim sercu. To ideał.
Shadow of the Evening”, pięknie zaaranżowana, porywająca ballada, gdzie delikatny głos Sands chwyta mnie za rękę i prowadzi do pełnej błękitnej przestrzeni. Orkiestra? Jest. Wiedzie mnie ku prostemu życiu, które jest takie normalne. Pstryk. To się kiedyś skończy. Smutny koniec, który czeka każdego z nas. Jak pięknie opowiada Sands. Jak piękna jest to płyta. Posłuchaj „I’m Never Be Alone Again”. Przesłodzone? Nic z tych rzeczy! To kolejny dźwięk zbliżający się ku twojej duszy, by błysnąć bolącymi strunami i chórem kościelnym. Nie wiem gdzie jestem? To takie proste.
Kończące płytę „One Fine Summer Morning” jest przewiewną, zgrabną piosenką umieszczoną w wiejskim miasteczku. Lekki podmuch wiatru dociera do werandy różowego domku i muska brwi kochanej dziewczyny będącej wyobraźnią moich myśli.
Zamiatające orkiestracje w „Picture Me Gone” i „Take Me For a Little While” mocno wciągają nas w swingujące rytmy Londynu. Tego nie było w „Top on the pops”? Przecież to otwarta furtka do brytyjskich sal balowych.
Ale cóż. „Anyway You That Want Me” nie został zauważony. Ten album przepadł. Znalazłem go i musiałem się nim podzielić z Wami. Ta muzyka płonie w moim sercu i cieszę się, że jest blisko, tak blisko mojego domu.






niedziela, 12 kwietnia 2020

BOB DYLAN - Oh Mercy /1989/


1. Political World
2. Where T
eardrops Fall
3. Everything is Broken
4. Ring Them Bells
5. Man in the Long Black Coat
6. Most of the Time
7. What Good Am I?
8. Disease of Conceit
9. What Was It You Wanted
10. Shooting Star



Bob Dylan: „W Większości utwory na „Oh Mercy” to pieśni strumienia świadomości, które mogą nawiedzać cię w środku nocy, kiedy marzysz tylko o ponownym zaśnięciu”.
Oh Mercy” powstała w 1989 roku i wygląda na to, że Bob wyciągnął królika z kapelusza. Oprócz ogromnego napływu nowych inspiracji, które wypełniały utwory na płycie, najnowszym wpływem i największym dodatkiem do albumu okazał się producent Daniel Lanois, odpowiadający za najnowsze nagrania U2 a także solowe albumy Petera Gabriela i Robbie Robertsona. Dylan po raz pierwszy spotkał Lanoisa w Nowym Orleanie, kiedy przysłuchiwał się sesjom do nowego albumu The Neville Brothers. Lanois był ich producentem a zespół postanowił włączyć do repertuaru dwie piosenki Dylana: „Hollis Brown” i „With God on Our Side”. Dylan był zachwycony produkcją tych utworów. Lanois: „ Siedział tu sobie, myśląc, że „With God on Our Side” to jedno z najlepszych nagrań, jakie kiedykolwiek słyszał. W kółko powtarzał: „Wspaniałe nagranie”. To olbrzymi komplement ze strony Boba”.
Dylan pracował nad tymi numerami na długo przed tym, jak Lanois je opanował, ale akurat na tej płycie produkcja robi różnicę. Album stworzony został „do słuchania w nocy, ponieważ został zaprojektowany w nocy”. Pomimo sześciu tygodni nagrań i wstępnego zgrywania materiału, Dylan zamierzał nagrać utwory dokładnie tak, jak to zawsze robił – najtańszym kosztem. Ale tu wtrącił swoje trzy grosze Lanois. Większość czasu strawiono na opracowywaniu i zgrywaniu alternatywnych wersji poszczególnych numerów. Szczególną uwagą obdarzono ścieżki wokalne, co jest od pierwszych taktów płyty zauważalne. Choć przez długie tygodnie pracy w studio Dylan wykazywał ogromną dyscyplinę, z biegiem czasu na Lanoisa spał obowiązek pilnowania, aby w Dylanie nie wygasły chęci i zainteresowanie albumem, który powinien być wielkim wydarzeniem a nie połową wielkiego wydarzenia. Lanois musiał rozwinąć w sobie umiejętności dyplomaty i nadzorcy. 
Lanois: „Przy nagrywaniu każdej płyty nadchodzi czas, kiedy ludzie rozleniwiają się trochę, bo praca staje się męcząca i trudna. W owym momencie ważne jest wziąć ster we własne dłonie. Dylan w pewnym momencie zaczął oddawać się swoim starym przyzwyczajeniom - „Niech kto inny na tym zagra” mówił wtedy, gdy sam powinien zagrać. Wyjaśniłem mu, ze ani nikogo nie będziemy ściągać, ani nie będziemy prosić muzyków sesyjnych. Te partie zagrają ludzie znajdujący się w tym pokoju – on sam, ja, inżynier dźwięku Malcolm Burn, miejscowi faceci, których wybraliśmy do płyty”. I tak się stało. To czego zabrakło na poprzednich albumach Dylana w latach osiemdziesiątych, tej samodyscypliny, tutaj dzięki Lanoisowi uaktywniła się ona.

Żyjemy w politycznym świecie/dla miłości nie ma miejsca/Żyjemy w czasach, kiedy ludzie popełniają przestępstwa/A zbrodnia nie ma twarzy/Żyjemy w politycznym świecie/Sople wiszą w dół/Dzwony weselne biją i anioły śpiewają/Chmury okrywają ziemię”, tak rozpoczyna się dwudziesty szósty album Boba Dylana. „Political World” podobnie jak „Everything is Broken” to kołyszące się bardzo przekonująco rytmiczne numery utrzymane, zresztą podobnie jak cała płyta w późnych latach siedemdziesiątych. 
Ale większość materiału to powolne i ciche piosenki z dramatycznymi pauzami wypełnionymi klawiszami, stalową gitarą lub po prostu bardzo głośną ciszą. „Man in the Long Black Coat” szczególnie ukazuje dobrą pracę Dylana jako wokalisty. Znowu pojawia się facet w ciemnym kapeluszu stojący za zaułkiem a jedyną jego obecnością jest wypełzający powoli dym papierosowy. Nagrania zbliżają się do wielkich nut zapisanych przez Artystę w latach sześćdziesiątych ale jednak jeszcze daleko im do nich. Chociaż naprawdę fajnie jest się zanurzyć w ciepłych wodach „Where Teardrops Fall” lub zobaczyć w krótkim błysku „Shooting Star” to musimy dostrzec pewną sztuczność tych nagrań. Może ta dyscyplina jednak ukradła spontaniczność i tą swobodę bezkompromisowego spaceru Dylana po swojej ścieżce. Wyzbyte z syntezatorowych piszczałek klimaty czynią te nagrania wielkimi ale zatracona atmosfera znanych wcześniejszych prac Dylana uciekła gdzieś znad mikserskiego stołu.

Ale pomimo wszystko „Oh Mercy” jest płytą bliską mojemu sercu. Głos Dylana jest wzruszający i wystarczy posłuchać mojego faworyta jakim jest pieśń „Most of the Time” by zapomnieć o gorszej stronie. 
Alleluja, co za melodia! 
Nastrojowa, ponura i piękna sprawia, że autor z tęsknotą spogląda na poprzedni związek z ukochaną kobietą: „Przez większość czasu nie ma jej w mych snach/Nie wiem nawet, czy na pewno ją widziałem/Jest tak daleko/I przez większość czasu jestem też pewien/Że była ze mną/Ja z nią”. Ale dopiero na końcu dostrzegamy jego prawdziwe uczucia: „Nie oszukuję samego siebie, nie uciekam, nie ukrywam się przed uczuciami płonącymi wewnątrz/Nie idę na kompromis i niczego nie żałuję/I nawet mnie to nie obchodzi, czy jeszcze ja kiedyś zobaczę/Nie dbam o to/Przez większość czasu”. Przewrotności tekstu niczym nie zdradza wokal Dylana, będący pełnej pasji. 
 Ukazanie się albumu „Oh Mercy” zamknęło rok, w którym kilku artystów ocalałych z poprzedniego dziesięciolecia powróciło na rynek z najbardziej udanymi propozycjami lat osiemdziesiątych. Poza Dylanem byli to: Neil Young z „Freedom”, Lou Reed z „New York” czy The Rolling Stones z „Steel Wheels”. Ale płyta ta świadczyła o tym, że Dylan – weteran lat sześćdziesiątych, ma w sobie więcej życia niż trio odszczepieńców, współtowarzyszy z tej samej dekady, The Rolling Stones, The Who i Paul McCartney. Cała trójka odbyła trasy po Ameryce, grając na stadionach dla olbrzymich rzesz fanów. W miesiąc po ukazaniu się „Oh Mercy” Dylan grał w Nowym Jorku w sali na dwa tysiące osób, zaś tego samego wieczoru The Rolling Stones dali koncert dla siedemdziesięciu tysięcy zaślepionych fanów. Różnica między tymi koncertami była taka, że Dylan okazał się Artystą, gotowym stawić czoło swej świetlanej przeszłości, a nie tylko zwymiotować ją, jak zrobili to Stonesi.


niedziela, 5 kwietnia 2020

THE OUTSIDERS - C.Q /1968/


1. Misfit (F. Beek, Buzz) - 3:04
2. Zsarrahh (Buzz, W. Tax) - 3:25 
3. CQ (Buzz, W. Tax) - 3:26 
4. Daddy Died On Saturday (R. Splinter, W. Tax) - 3:01 
5. It Seems Like Nothing's Gonna Come My Way Today (F. Beek, R. Splinter) - 1:50 
6. Doctor (F. Beek, Buzz) - 4:42 
7. The Man On The Dune (F. Beek, R. Splinter) - 2:07 
8. The Bear (Buzz, R. Splinter) - 1:03 
9. Happyville (F. Beek, W. Tax) - 2:25 
10.You're Everything On Earth (R. Splinter, W. Tax) - 3:05 
11.Wish You Were Here With Me Today (R. Splinter, W. Tax) - 1:54 
12.I Love You No.2 (F. Beek, W. Tax) - 3:13 
13.Prison Song (Buzz, W. Tax) - 5:42 


*Frank Beek - Bass, Composer, Cymbals, Guitar, Organ, Piano, Vibraphone, Voices
*Ronald Splinter - Bass, Guitar, 12 String Guitar, Vocals
*Wally Tax - Balalaika, Cymbals, Flute, Guitar, Harmonica, Organ, Tambourine, Vibraphone, Vocals
*Buzz - Drums, Congas, Tambourine, Maracas, Mouthharp, Vocals





Richie Unterberger w swojej książce „Unknown Legends of Rock n ‘Roll” holenderską grupę The Outsiders określił jako „nie tylko najlepsza holenderska grupa lat 60., ale także najlepsza grupa z kraju nieanglojęzycznego”. Trudno nie zgodzić się z tą trafną opinią. The Outsiders tworzyli: wokalista Wally Tax, gitarzysta Ronny Splinter, basista Frank Beek i perkusista Lennart „Buzz” Busch. Zespół czerpiąc wpływy z epoki Pretty Things, The Yardbirds stworzył jeden z bardziej przyjemnych albumów swojej ery. No cóż, może trochę brakuje mu do „Odyssey and Oracle” czy „The Kinks Are the Village Green Preservation Society” ale mimo to jest to klasyk.

Jest to płyta absolutnie niezbędna dla każdego, kto interesuje się rockiem lat sześćdziesiątych.
Muzyka zawarta na tym krążku wyczarowuje psychodeliczne dźwięki muzyki beatowej i kwasowego garażu, który wypełnia się twardą, mroczną atmosferą podróżującej paranoi.
Posłuchaj „Prison Song” piosenki, która pokazuje umiejętności wokalne Taxa, zaczynającej się od poprawnej nuty flower power by powoli wypełniać grozą krew pulsująca w żyłach. Muzyczne napięcie zaczyna rosnąć a wokalista wypowiada cicho słowa: „Kiedy idziemy, uczucie w moim żołądku wspina się na moją klatkę piersiową/ i nie wiem, co to jest, ale na pewno czuję się dziwnie”. I następujące teraz minuty muzycznego szaleństwa ogarniają nas tak jakbyśmy siłą zostali wrzuceni na wzburzone morze. Narasta hałas i chaos, a Tax wypowiada niepokojące teksty, które sprawiają, że źle się zaczynasz czuć. Piosenka kończy się potężną dawką chaosowego szaleństwa, ...proszę skończcie już..., nagle ten garażowy schizofrenik zostaje zamknięty w pokoju z którego nie ma wyjścia a ten ponad pięciominutowy utwór uosabia wszystko, co jest geniuszem The Outsiders.
No dobrze, tak kończy się płyta, a jak się zaczyna?
Misfit” to czysty garażowy rock z lat sześćdziesiątych, w najlepszym wydaniu, z dudniącymi i zgrzytliwymi gitarami, ryczącymi wypełnieniami basu i niepokojącymi rytmami perkusji. Gdy dostosowujesz się do tej twardej natury utworu, krzyczące solo na gitarze uderzy cię jeszcze mocniej a zjeżdżający bas pociągnie cię ze sobą.
Choć jest tu cudownie to intensywne brzmienie garażowego rocka nie zdominowało całego albumu. W rzeczywistości styl muzyczny płyty jest absolutnie nieprzewidywalny i nie można go przypisać do konkretnego gatunku. Przecież „Zsarrah” jest odjechanym psychodelicznym monstrum błądzącym we wschodnich klimatach i utrzymujących tą atmosferę pomimo atakujących gitar.
Trwający trochę ponad minutę „The Bear” stanowi kolaż dźwiękowy, który przypomina rytmikę The Velvet Underground a tytułowy „C.Q” jest mroczną psychodelią, wciskającą się na siłę w wątłe obszary mózgu i robiącą tam spustoszenie, ...nieodwracalne.
Ale piosenka „You’re Everything Earth” jest słodka i zawiera ciepły gitarowy riff i ładną melodię wprowadzającą ukojenie w to muzyczne szaleństwo.
It Seems Like Nothing’s Gonna Come My Way Today” to zwiewny blues błąkający się po kosmicznych otchłaniach a „I Love No. 2” jest folk rockowym klejnotem z miękkim, ekspresyjnym wokalem. Jednak psychodeliczny robak drąży temat chaosu i szaleństwa a napędzane linie basu i pogłosy wypełniają takie piosenki jak „Wish You Were Here With Me Today” czy „Happyville”. To połączenie agresji, siły i piękna oszałamia, postrzępione gitarowe puzzle wprowadzają zamieszanie w tą garażową rebelię. Niepokojące rytmy w „The Man On The Dune” bardzo zbliżają się do muzyki, która w połowie lat siedemdziesiątych wypełni Wyspy Brytyjskie. Myślę, że paru chłopców z czubami na głowach mogło znać nagrania The Outsiders, bo inaczej nie byłoby punk rocka. Ale tutaj należy zatrzymać się na numerze „Doctor”, który dodatkowo ukazuje jeszcze innowacyjność i niesamowite zaangażowanie gitarzysty Ronniego Splintera. To utwór mający już od pierwszych taktów pokręcony garażowy rytm, ale przecież jeszcze łagodny choć bas już szaleje w oddali. Gitarowa solówka na tle chropowatych dźwięków oblewa całość gorącą cieczą by za chwilę przejść w najbardziej feakoutowe odjazdy wzmocnione perkusyjnymi dziwami. Psychodeliczne poziomki rozgniatają się na ścieżce pełnej krwistych odcieni, a Splintera przechodzi samego siebie w tym nieubłaganym chaosie. Nic więcej nie napiszę, po prostu musisz tego wysłuchać sam.
The Outsiders mieli krótką karierę, nagrali dwie płyty a „C.Q” był ich ostatnią. Można prawie zrozumieć, dlaczego był to ostatni album zespołu. Znajduje się na nim maksimum mocy i uczuć, których powtórzenie byłoby prawie niemożliwe a nagrywanie własnej kopii mijało się z sensem.
No cóż, jeśli lubisz psychodelię, byłbym bardzo zaskoczony, gdyby nie podobał ci się ten album.
Wprawdzie to nie jest filiżanka herbaty dla wszystkich ale zamieszkujący w tej muzyce osobliwy świat geniuszu wart jest poznania.




środa, 25 marca 2020

COUNT FIVE - Psychotic Reaction /1966/



1. Double-Decker Bus - 2:01 
2. Pretty Big Mouth (Atkinson, Byrne, Michalski, Ellner, Chaney) - 2:09 
3. The World - 2:12 
4. My Generation (Townshend) - 3:06 
5. She's Fine - 2:12 
6. Psychotic Reaction (Atkinson, Byrne, Michalski, Ellner, Chaney) - 3:06 
7. Peace Of Mind (Byrne, Michalski, Chaney) - 2:19 
8. They're Gonna Get You - 2:29 
9. The Morning After - 1:58 
10.Can't Get Your Loving - 1:45 
11.Out In The Streets (Townshend) - 2:26 


*Sean Byrne - Vocals, Rhythm Guitar
*Roy Chaney - Bass
*Craig "Butch" Atkinson - Drums
*John "Mouse" Michalski - Lead Guitar
*Kenn Ellner - Vocals, Tambourine, Harmonica





Jednym z pionierów amerykańskiego garażowego rocka jest założony w 1964 roku w San Jose zespół Count Five, znany większości fanów takiej muzyki z singla zatytułowanego „Psychotic Reaction”. Te trzy minuty i osiem sekund zawiera całą destylację tego wszystkiego co jest świetne w tym gatunku, od natychmiast rozpoznawalnego zfuzzowanego riffu po zgrzytliwą, szaleńczą solówkę i typową wokalną melodyjną drapieżność. Włączenie „Psychotic Reaction” do oryginalnych składanek typu „Nuggets” ugruntowało jego pozycję w galerii sław. Ale już w 1966 roku doceniono „Psychotic Reaction”, które wylądowało na piątym miejscu na liście przebojów Bilboardu. Garnitury z nowo powstałej wytwórnii płytowej Double Shot z Los Angeles postanowili zaryzykować i umożliwić dokonanie nagrań przez grupę Count Five na płytę długogrającą. Album został wydany w pośpiechu w październiku ale na szczęście nie zawiódł i słucha się go po latach z dużą przyjemnością.
Wprawdzie żaden z utworów nie przesłania wielkości, jaką jest „Psychotic Reaction” to możemy znaleźć parę numerów będących bardzo blisko jedynego przeboju grupy.
Choćby „Peace of Mind”. Bezbożny huk ostrych, przypominających syrenę gitar, dudnienia fal i ciężkie dawki kontrolowanego sprzężenia zwrotnego, które ledwo trzymają się razem z natarczywym basem granym na trzech nutach. Wokalnie jestem zakochany w tej interpretacji. Po podwójnym wokalu „When you lose the one you love/What are you supposed to do”, wejście Seana Byrne’a i jego „Go for a walk and you will/Find one to talk to/You will help in your peace of mind” siedzi mi w głowie przez całą resztę dnia. Świetny numer!
Natomiast w „Pretty Big Mouth” mamy napędzany okrągło riff i genialną zmianę klawiszy w refrenie, utwór absolutnie uderza w garażowe bramy i otwiera je jednym pchnięciem. Muzycy grupy narzekali w późniejszych wywiadach, że ze względu na pośpieszny charakter sesji nagraniowych nigdy nie mieli okazji kształtować piosenek w taki sposób, w jaki by chcieli, aby brzmiały. Ale moim zdaniem jeśli są tam jakieś wady to ich nie słychać, pewnie wtapiają się w doskonałość albumu. Kolejne utwory zawierają nowe efekty, takie jak pedał wah-wah, ich brzmienie jest nadal surowe i proste ale ta energia wykorzystana w uderzeniach strun czy perkusji mocno trzyma młodego ducha wczesnych lat sześćdziesiątych. Weź otwieracz płyty „Double Decker Bus”, ten trzymający chaos wypływa w przebojowe rytmy a środkowa część wręcz porywa nuty w ogniste zakamarki. Inne numery jak „They Gonna Get You” z nagłymi zmianami tempa i mający potworny, zdezorientowany klimat „The Morning After” ukazują kierunek z jakiego nadeszły pomysły muzyków.
Rhythm and blues oraz Brytyjska Inwazja w połowie lat sześćdziesiątych powoli pukała do drzwi Ameryki. Jeszcze jej czas nie nadszedł ale już gdzieniegdzie wychylały się pojedyncze nagrania. „My Generation” i „Out in the Street” pojawiło się na płycie Count Five gdy o grupie Pete’a Townshenda, The Who prawie nikt w USA nie wiedział. Hymn buntowniczej brytyjskiej młodzieży wprawdzie niewiele odstaje od oryginału ale nadal urzeka pełnią atrakcji i mocy.

Trzeba przyznać, że Sean Byrne, Roy Chaney, John Michalski, Kenn Ellner i Craig Atkinson nagrali bardzo fajny album i wcale się nie ma co dziwić, że zaliczany on jest do klasyki garażowej psychodelii w Stanach Zjednoczonych.


piątek, 13 marca 2020

TRIPSICHORD MUSIC BOX - Tripsichord Music Box /1971/


01.On the Last Ride 4:43
02.We Have Passed Away 2:45
03.Black Door 2:56
04.The New Word 4:40
05.Son of the Morning 5:35
06.Short Order Steward 5:05
07.The Narrow Gate 3:36
08.Fly Baby 6:26
09.Everlasting Joy 4:19

Randy Guzman - drums
Frank Straight - guitar
Dave Zandonatti - bass
Oliver Mckinney - keyboards and organ
Bill Carr - vocals
Ron McNeely - vocals

W połowie lat sześćdziesiątych prawdziwą kolebką rodzącej się nowej muzyki było San Francisco. Miasto to było miejscem pielgrzymek tysięcy młodych ludzi, których pociągała wolna miłość, narkotyki i muzyka. Dzielnica San Francisco, Haight-Ashbury stała się prawdziwym centrum artystycznych wydarzeń. To tam osiedlali się i tworzyli ludzie mający wiele do powiedzenia w tej nowej rzeczywistości. Kwitnące pomysły i propozycje podważały tradycyjne wartości społeczeństwa. Pojawiały się nowe dźwięki, wypełniające ulice i całe przestrzenie wokół. Powstawało mnóstwo nowych zespołów eksperymentujących z dźwiękami zupełnie wcześniej nie znanymi a będącymi wynikiem działania środków halucynogennych. Muzyczne wpływy tych podróży to folk i blues ale również brytyjska inwazja. Cała ta mieszanka psychodelii, narkotyków i rocka doprowadziła do wyraźnie identyfikowalnego dźwięku, psychodelicznego rocka San Francisco i acid rocka. Największymi wykładnikami tego dźwięku były takie zespoły jak Big Brother and The Holding Company, Country Joe and The Fish, Grateful Dead, Jefferson Airplane i Quicksilver Messenger Service. Ale byli tez inni artyści, którzy byli częścią tego trendu i wykonali dobrze swoją pracę, ale mimo to zostali zapomniani przez ogół społeczeństwa. To byli artyści którym się nie udało. Jednym z nich była kalifornijska formacja Tripsichord Music Box.

Grupa powstała w 1965 roku w Santa Barbara i po paru miesiącach garażowego grania w tamtejszych klubach zdecydowała się na przeprowadzkę do San Francisco. Po dotarciu na miejsce skontaktowali się z kierownikiem i producentem Matthew Katzem, odkrywcą i promotorem takich zespołów, jak Jefferson Airplane, It’s A Beautiful Day i Moby Grape, i podpisali kontrakt płytowy.
Tripsichord Music Box w rzeczywistości był świetnym zespołem, prawdziwą grupą, która wydała bardzo dobry album w 1970 roku i nijak nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, dlaczego im się nie udało?
Utwory zawarte na płycie to solidny San Francisco acid rock-punkt środkowy ciężkiej gitarowej psychodelii połączony zwięzłym pomostem z krótszymi piosenkami inspirowanymi folk rockiem i country rockiem z dużą ilością melodyjnej pracy na gitarze. Muzyka kipi krępującym bogactwem, zarówno muzycznych jak i mrocznych lirycznych obrazów. Uwagę zwraca brzmienie dwóch gitar, które czasami się uzupełniają a czasami atakują, walczą i elegancko podają sobie rękę.
Tu nie ma słabych punktów.
O proszę, „On the Last Ride”, powoli płynie wraz z dobrze wkomponowanym wokalem a spod igły wychodzi zróżnicowana gitara sięgająca po drżące dźwięki by pod koniec przejść w zrelaksowaną nutę, co brzmi świetnie. Albo „The New World” typowa gitarowa psychodelia z dużą ilością basu i perkusji i ciekawym marzycielskim efektem wokalnym. David Zandinotti jest głównym wokalistą w tym kawałku, jego chrapliwy głos dominuje ale nagle mamy połączenie z kobiecym wokalem i to w trakcie bardzo melodyjnego fragmentu. A jednak to nie jest wokal damski, to emanujący z gardła głos perkusisty Randy Gordona… niesamowite. Przeznaczenie utworu zmienia się również z hard rockowego tunelu w szybki i wirtuozowski jam wraz z długim improwizowanym solem gitary.


Różnorodność nagrań dodaje uroku płycie. Unosząca się w powietrzu lekka piosenka „Son Of The Morning” zachwyca zgrabną gitarą, fortepianem i ładnymi przemyślanymi bębnami by następnie w całkowicie przyjemny sposób zmienić się w jazzowy pojazd z okrutnymi i pełnymi temperamentu gitarowymi solówkami w długich improwizowanych interludiach. Country rockowy numer „We Have Passed Away” swobodnie opada w dźwiękach akustycznych gitar, brzmiących krystalicznie czysto.
Przyjemnie płynąca melodia wypełnia utwór „Black Door”, a zachwycić się można nieskrępowanymi dźwiękami gitary, które idealnie tu pasują.
Drugą stronę płyty rozpoczyna „Short Order Steward” mający bardzo dobre wykonanie wokalne, odmienne i pełne soulu. Kołysząca gitara dodaje animuszu żeńskiemu chórkowi. Mająca lekko hiszpański styl „The Narrow Gate” podchodzi swobodnym dźwiękiem i miękką perkusją, natomiast „Fly Baby” ma nieco mroczniejszą i marzycielską atmosferę. Muzycy udanie łączą senność z czymś lekkim i lirycznym a punktem kulminacyjnym jest długie improwizowane zaproszenie, które lśni ponad świetną perkusję i linię basu. Płytę kończy wesoła i piękna piosenka „Everlasting Joy” broniąca się fantastyczną płynną melodią i pierzastą gitarą. I to tyle. To naprawdę wspaniały album poruszający się swobodnie między rockiem, folkiem, bluesem oraz country i hard rockiem, między konserwatywnymi i lirycznymi dźwiękami a mrocznymi i ciemnymi tonami. Świetne melodie będące zróżnicowane z krystalicznie czystym dźwiękiem.
Szkoda, że im się nie udało.


niedziela, 1 marca 2020

BOB DYLAN - Down in the Groove /1988/


1) Let's Stick Together; 
2) When Did You Leave Heaven; 
3) Sally Sue Brown; 
4) Death Is Not The End; 
5) Had A Dream About You, Baby; 
6) Ugliest Girl In The World; 
7) Silvio; 
8) Ninety Miles An Hour (Down A Dead End Street); 
9) Shenandoah; 
10) Rank Strangers To Me




Tak sobie myślałem jak opisać kolejną płytę Boba Dylana w dyskografii „Down in the Groove”. Hmm, trzydzieści dwie minuty, z których nic nie pamiętam? Hallo, czy tam są jakieś nagrania?
Pamiętam, że gdy kupiłem tę płytę w okresie jej wydania, to jakoś przeszła obok mnie i nawet potem sprzedałem ją. Nie tak dawno bo parę lat temu znowu ją kupiłem i sobie leżała na półce. No ale teraz pisząc o niej trzeba najpierw parę razy wysłuchać jej, aby coś napisać.
I wiecie co, tutaj Dylan nagrał bardzo fajną muzykę. Trzeba być głuchym albo negatywnie nastawionym do twórczości Mistrza aby oceniać ją, jak za miesięcznikiem „Rolling Stone”: „najgorszą płytą w dyskografii Dylana”.
Otóż pierwsza sprawa. „Down in the Groove” zawiera utwory bardzo przejrzyste, brak tutaj tego zagęszczonego brzmienia poprzednich płyt. Klarowność dodaje łagodnego uroku i nawet czasami pewne wpadki wokalne Dylana są do przyjęcia. Drugą rzeczą są miłe dla ucha utwory, melodyjne, takie bardzo sympatyczne. Wydawałoby się, że to będzie bardzo niespójna płyta. Nagrania pochodzą z sześciu sesji nagraniowych i na płycie nie ma żadnej piosenki z tej samej sesji. No i co? No i mamy spójność, mamy utwory zagrane na jednym poziomie brzmieniowym, które normalnie pasują do siebie.
Let’s Stick Together” - to pierwszy z numerów zamieszczonych na płycie, których nie napisał Dylan. Klasyczna piosenka bluesowa autorstwa Wilberta Harrisona, lekko snuje się tutaj i zaprasza do optymistycznego tańca. Więc jeśli masz chandrę załóż okulary przeciwsłoneczne i odpręż się a na pewno po drugiej stronie już czeka na ciebie fajna dziewczyna z którą pogalopujesz przed siebie na sam koniec horyzontu.
When Did You Leave Heaven?” - kocham tę piosenkę! Czyżbym stracił rozum? Tradycyjna pieśń znana z wykonania Big Bill Broonzy’ego, tutaj jest pełna melancholii i smutku. I ten syntezator. Jak ładnie się wpasował, No to nie może być zarzut. Wokalnie wracamy do najlepszych wykonań Dylana. Puch, który osiadł na okładce przemieścił się, podążając za głosem utopił się w smutku melodii i znikł a te dwie minuty uciekły za szybko. To jeszcze raz!
Sally Sue Brown” - wykonana z pasją utrzymana w klimacie boogie to kolejna piosenka której nie napisał Dylan. Może lekko odstaje od całości. Dlaczego Dylan wybrał akurat ją? No ale znając Dylana nie spodziewajmy się łatwych wyjaśnień. Po prostu przyjmij, że tak ma być, i już.
Death Is Not the End” - i proszę kolejna pieśń przy której łatwo odchodzę. Sprawia, że jestem kwiatem, kielichem wypełnionym nektarem. Migoczą gitary, wpadają i gasną pod osłoną nocy a cichy i monotonny wokal prowadzi do nieuniknionego. Jeszcze chwila i kwiat zwiędnie. O tu już czuje się tą moc. To piękna pieśń i lekko niepokojąca.
Had a Dream About You, Baby” - typowy rockers, zagrany z animuszem. Ten facet porusza się jak młodzik. Zaskakuje świetna forma wokalna, która trzyma ten utwór, a i w głębi dzieje się dużo dobrego.
Trzeba tutaj wspomnieć jeszcze o całej rzeszy muzyków towarzyszących Dylanowi w nagraniu „Down in the Groove”. Eric Clapton, Alan Clark, Sly Dunbar, Jerry Garcia, Steve Jones, Danny Kortchmar, Larry Klein, Mark Knopfler, Ron Wood, Henry Spinetti, Bob Weir i wielu innych. Nic tez dziwnego, że Dylan nawiązał również współprace z nadwornych tekściarzem Grateful Dead, Robertem Hunterem. Jej efektem są dwie piosenki:
Ugliest Girl in the World” - ukłon w stronę początków rock and rolla, echo nagrań Chucka Berry’ego wychodzi tylnym drzwiami. Chórek wokalny w środkowej części utworu pięknie podnosi klimat grającej szafy w pustym barze gdzieś na południu Stanów.
Silvio” - teksty Huntera składają się z wielu chwytliwych fraz, akustyczny groove ładnie odtwarza zachęcające chórki, a refren jest chwytliwy jak cholera. To orzeźwiający chłodny powiew utworu. To właśnie Dylan, który nagrał „najgorszą płytę”. Całe szczęście, ze ja lubię takie „najgorsze płyty”.
Ninety Miles an Hour (Down a Dead End Street) – a tu już klimat pieśni gospelowych wychodzi na światło, nastrojowa melodia wyciąga korzenie w bardziej błękitne pejzaże. Niebezpieczna namiętność powoli wsuwa się przez otwarte drzwi. Nie rezygnuj chłopcze, tylko zwróć twarz ku słońcu a na pewno nie zostaniesz sam.
Shenandoah” - podobny klimat do poprzedniej pieśni. To kolejny utwór, który prowadzi cię za rękę ku spokojnej atmosferze, a harmonijka przypomina czasy początku. Nawet myślałem czy to nie jakieś zaginione nagranie Dylana z początków działalności. No ale to jest tradycyjna pieśń przez niego opracowana.
Rank Strangers to Me” - piosenka spopularyzowana przez Stanley Brothers, tutaj ma uproszczoną aranżację ale emocje wypływają na powierzchnię i to poczucie izolacji, jakie daje nam to nagranie, jest namacalne, co czyni go niezapomnianym wyborem do zamknięcia albumu.

No cóż, owszem mamy tutaj trzydzieści dwie minuty, ale są to minuty których na pewno nie żałuję. 




niedziela, 23 lutego 2020

SIMON DUPREE AND THE BIG SOUND - Without Reservations /1967/


01. Medley: 60 Minutes of Your Love, A Lot of Love
02. Love
03. Get Off My Bach
04. There's a Little Picture Playhouse
05. Day Time, Night Time
06. I See the Light
07. What Is Soul
08. Teacher, Teacher
09. Amen
10. Who Cares
11. Reservations



Fortepianowy riff przechodzi w orientalny klimat, wiatrowa maszyna zamiata muzyczny pejzaż a melotron i ksylofon swobodnie wędrują po ścieżce. Derek Shulman zaczyna wokal jak w transie, trzymając odpowiedni klucz:
Będę latał na twoim niebie, żółte papierowe słońce/Gdy wiatr jest silny, gdy wiatr jest silny/Unoszę jedwabisty srebrny księżyc w pobliżu twojego okna/Jeśli twoja noc jest ciemna, jeśli twoja noc jest ciemna”.
Piosenka rzuca skuteczne zaklęcie i dochodzi do świetności dzięki towarzyszącemu gongowi wejściu Jacqui Chan, przyjaciółki aktorki zespołu. Chan recytuje krótki fragment marzycielskich, pełnych namiętności szeptów miłosnych po chińsku a jej seksowny głos wyprzedził o dwa lata francuską gorączkę pary Jane Birkin i Serge Gainsbourg w „Je T’aime Moi Non Plus”.
W rzeczywistości aktorka pochodziła z Trynidadu i nie mówiła językiem pochodzenia swojej rodziny. Właściciel miejscowego baru został zatrudniony do napisania paru chińskich słów o miłości, a babcia Chan nauczyła ją recytować fonetycznie.
Wyszło fantastycznie. I choć muzycy nie byli zadowoleni, woleli aby pamiętano ich z bardziej ostrzejszych numerów to „Kites” doszło do dziewiątego miejsca listy przebojów i stało się niezapomnianym dodatkiem do muzycznego krajobrazu 1967 roku. Również współcześnie jak weźmiesz każdą kompilację brytyjskiej muzyki psychodelicznej, to prawdopodobnie znajdziesz tę piosenkę, która wciąż unosi się mimo upływu już pół wieku.
Simon Dupree and The Big Sound powstał na początku lat sześćdziesiątych jako the Roadrunners, a założyli go bracia Derek i Ray Shulman wraz z kumplem ze szkoły, Ericem Hine’em. Po jakimś czasie okazało się, że nazwa The Roadrunners jest modnie brzmiąca i praktycznie w każdym mieście Wielkiej Brytanii istniał zespół o takiej nazwie. W ten sposób postanowiono zmienić nazwę grupy i odtąd znamy ich jako Simon Dupree and The Big Sound.
Zespół stał się popularny na południowym wybrzeżu Wyspy, co doprowadziło do przesłuchań w studio EMI. Nagrania były udane i zaoferowano im kontrakt płytowy.




Na jedynej płycie grupy, nagranej w 1967 roku i zatytułowanej „”Without Reservations” nie ma singlowego przeboju „Kites”, który po trosze nie pasował do wizerunku zespołu.
Rhythm and blues, garaż, soul, dęciaki i psychodelia to w skrócie zawartość krążka, który doszedł do 39 miejsca na listach.
Brzmienie grupy jest bardzo świeże i już od pierwszych taktów słyszymy dźwięki, które układają się w przepasne melodie, prowadzące ku tańcu i zabawie. Właśnie, melodie. Pomimo czasami garażowego brzmienia i ostrzejszych rytmów całość pulsuje dynamicznymi, tanecznymi rytmami co od razu przenosi cię na parkiet jakiejś tańcbudy. Pulsujący w rytmie kręcących się bioder bas w otwierającym płytę „Medley: 60 Minutes Of Your Love/A Lot Of Love” wkracza na obszar rhythm and bluesowych dźwięków wtapiając się w garażowy klimat nagrania. Ewidentne przeboje (dlaczego takimi się nie stały?) choćby „Love” czy „Day Time, Night Time”, ukazują barwne melodie, zachęcające wokalnie teksty i niczym nieskrępowane ruchy melodyjnej harmonii. Ostrzejsze dźwięki znajdziemy w pełnych emocji utworach „I See the Light” i „Reservations” gdzie napędzające się wzajemnie dęciaki i organy, wibrują wokół aksamitnych postaci w mnogości kalejdoskopowych dźwięków. A będący w bliskości z gospelowo-dyskotekowym torem „Amen” oferuje trafną zabawę w grupie jakże radosnych uczestników. Różnorodność nagrań dodaje wielkiego animuszu muzyce, to jakby z szafy grającej płynęły nieustanne dźwięki wiwatujące na cześć pełnych ruchu uliczek swingującego Londynu. Bo to jest muzyka otoczona bliskością Carnaby Street, piętrowych czerwonych autobusów i Piccadilly Circus. Radość i beztroska tamtych lat wcisnęła się nieodwracalnie w duszę „Without Reservations” co czyni tę płytę jaskrawym klejnotem. Muszę tu jeszcze wspomnieć, że na szczęście wszystkie nagrania zespołu i te singlowe i nagrane z myślą o drugiej niewydanej płycie udostępnione zostały na płycie „Part of my Past” wydanej w 2004 roku. Niestety muzycy sfrustrowani faktem, że wytwórnia płytowa domaga się od nich przeboju za przebojem, nie licząc się, że chcieliby pójść swoją ścieżką soulową, w 1969 roku rozpadli się. Bracia Shulman wkrótce założyli progresywną kapelę Gentle Giant.