środa, 28 sierpnia 2019

THE YARDBIRDS - Little Games /1967/


1) Little Games 
2) Smile On Me
3) White Summer
4) Tinker, Tailor, Soldier, Sailor
5) Glimpses
6) Drinking Muddy Water
7) No Excess Baggage
8) Stealing Stealing
9) Only The Black Rose
10) Little Soldier Boy

Chris Dreja – bass guitar
Jim McCarty* – drums, percussion, backing vocals
Jimmy Page – guitar
Keith Relf – harmonica, percussion, vocals

Additional personnel:
Nicky Hopkins – keyboards
Clem Cattini – drums
John Paul Jones – bass guitar, cello on Little Games, and string arrangements

Gdy znasz nagrania koncertowe i czujesz jaki potencjał tkwi w tych dźwiękach wydobytych na światło dzienne, gdy entuzjazm z grania widoczny jest na starych taśmach to dziwnym wydaje się ostatni album wspaniałej rhythm and bluesowej formacji, The Yardbirds. Bo przecież zastanówmy się przez chwile z czego słynęli The Yardbirds? Eric Clapton, Jeff Beck i Jimmy Page te nazwiska mówią same za siebie, po drugie nieograniczone eksperymenty w studio, odważne nurkowanie w psychodelię, po czwarte pisanie i wykonywanie chwytliwych piosenek pop.
I oto nadchodzi Lato Miłości, rok 1967. Można oczekiwać, że The Yardbirds udowodnią raz na zawsze, że są mistrzami.
A tu mamy Jeffa Becka zamykającego drzwi swoim byłym kolegom, ignorującego koncerty i w końcu usuniętego z zespołu i Jimmiego Page’a, który już za dwa lata na zawsze zmieni oblicze muzyki rockowej. No i mamy Mickie Mosta jako producenta. Co u licha, myśleli w EMI, kolejne łatwe pieniądze do zarobienia. Kosztem nagrań zespołu, który mógł sprawić, że nie byłoby Led Zeppelin. „Little Games’ został nagrany w 1967 roku i….
Jimmy Page:”Nagrywaliśmy „Little Games” bardzo chaotycznie. Zrobiliśmy jedną melodię i tak naprawdę nie wiedzieliśmy, jak wyszło. Mieliśmy Iana Stewarta z The Rolling Stones, a my właśnie skończyliśmy nagranie i nawet go nie słyszeliśmy. Producent (M.Most) powiedział:”Dalej”. Powiedziałem:”Nigdy w życiu tak nie pracowałem” a on ma to:”Nie martw się tym”. Wszystko to zrobiono bardzo szybko. Takie rzeczy doprowadziły do ogólnego stanu umysłu i depresji Relfa i McCarty’ego, które rozbiły grupę”. Perkusista Jim McCarty dodaje:”Praca z Mickie Mostem była pocałunkiem śmierci dla zespołu. Mickie tak naprawdę nigdy nie rozumiał, o co nam chodzi. Jego podejście polegało na tym, ze byliśmy kolejnym zespołem, który wymagał przebicia i na którym można było zarobić”.


Żeby było śmiesznie mi ten album się podoba.
Zgrabne, jednak popowe kawałki łatwo wpadają w ucho i wcale nie gorszą. „Little Games”, „Tinker, Tailor, Soldier, Sailor” czy „No Excess Baggage” zagrane są na wysokim poziomie co tylko świadczy o muzykach, gdy przypomnimy sobie jak to było nagrywane. Dodatkowo gra Page’a urozmaica melodię i wprowadza ostry rockowy dźwięk. A już taki „Smile On Me” to głośny, chrupiący rocker z usmażonym solem gitarowym, to mocny akcent płyty. Tutaj naprawdę Page ukazuje swój potencjał, tutaj już jest bardzo blisko do Zeppelina. Podobnie w „Drinking Muddy Water” ukrytą wersją „Rollin and Tumblin”. Mamy tu dźwięki gitary, które sprawiają, że warto tych rzeczy wysłuchać, warto poświęcić chwilę na to szalone solo.
Zamiłowanie grupy do psychodelii i chorałów gregoriańskich ponownie rozbłyskuje w „Glimpses”, gdzie chóralne mroczne mnichy, ponure nastroje na tle sitaru powodują nieobecny, nieznany wcześniej wymiar. Całość przybliża nas do skupionych kamieni i wprowadza w tajemniczy korytarz dźwięków. 
Okrzykiem triumfalnym całego albumu jest kompozycja Page’a „White Summer”, która została wykorzystana na pierwszym albumie Led Zeppelin jako „Black Mountain Side”. Umiejętnie sklejone brytyjskie i indyjskie elementy ludowe tworzą ten akustyczny obraz przywodząc bezkresne krajobrazy dalekich gór.
Stała się dziwna rzecz, pomimo takiego tempa przy nagrywaniu i różnorodności w łapaniu stylu płyta ta nie jest wcale chaosem. 
Blues, rock, pop i psychodelia mariaż wielce udany, oczywiście żadne z tych nagrań arcydziełem nie jest, ale razem tworzą łamigłówkę, którą należy oceniać jako dość intrygującą kurtynę. 
Desperackie eksperymenty i pływanie po głębokiej wodzie wyszło na dobrej bardziej niż gdybyśmy mieli do czynienia z zimnym wyrachowaniem.
Kolejna fajna płyta z niezapomnianych lat 60-tych.


piątek, 16 sierpnia 2019

DOUGLAS FIR - Hard Heartsingin' /1970/


1. Hard Heartsingin (D. T. Jay, D. A. Snider) - 4:23
2. Jersey Thursday (Donovan P. Leitch) - 2:18
3. I Didn't Try (D.T. Jay, R.L. Moore, D.A. Snider) - 3:40
4. Early In The Morning Rain (Jay, Moore, Snider) - 3:51
5. New Orleans Queen (Snider, Bye, Fetsch, Gorsline) - 3:17
6. Moratorium Waltz (Douglas A. Snider) - 3:05
7. Smokey Joe's (Bye/Fetsch, Moore, Snider) - 2:19
8. Comin' Back Home (Douglas A. Snider) - 3:52
9. Tom's Song (Fetsch, Ford, Snider) - 3:01
10.21 Years (Moore, Snider) - 2:54


*Richie Moore - Guitar
*Tim Doyle - Keyboards
*Douglas A. Snider - Drums, Vocals
*Bruce Bye - Bass



To jest historia tysiąc razy już opowiadana skoro chodzi o grupy z epoki Wodnika. Kolejny zespół który był we właściwym czasie i miejscu, ale niestety zawiódł boski dotyk pieprzonej fortuny, który dotyka jedne grupy omijając skrzętnie inne. I wcale tutaj nie chodzi o poziom jakości czy dźwięku. A może uważasz, ze w Kalifornii nie było setek grup lepszych niż The Doors?
Douglas Fir to tak naprawdę na początku było The Sun Trio. Jednak nazwę pod którą są teraz znani, nadano w ostatniej chwili, kiedy album był już na wylocie z wytwórni. Doszedł także czwarty muzyk do ekipy, Bruce Bye grajacy na basie. Dołączył on do Douglasa A. Snidera (aka Douglas Fir), Tima Doyla i Richie Moore’a.
Podpisanie umowy z filią MGM było całkowicie przypadkowe i nastąpiło w trakcie rozmowy w windzie Sunset Vine Trowers. 
Oddajmy głos Douglasowi A. Sniderowi:”To była niesamowita era, taka której już więcej nie zobaczymy. My mieliśmy marzenie, wyciąć album i trafić na swój czas… byliśmy cholernie blisko. Mieliśmy szczęście, ze dwóch facetów, inżynierów dźwięku, Mike Carter i Russ Gorsline też bardzo zaangażowało się w ten pomysł. Po dwóch długich latach pracy ostatecznie zdecydowaliśmy, że mamy dość materiału aby pokazać go wytwórniom. Tak…. Wielka wpadka…. Wiele godzin spędziłem łażąc od drzwi do drzwi i coraz gorzej radziłem sobie z odrzucaniem tego materiału. Aż przypadkiem spotkałem mężczyznę w windzie w Sunset Vine Towers. Okazał się on jednym z tzw. łapaczy. Po kilku piwach zabrał mnie na trzecie piętro i przedstawił kadrze kierowniczej z MGM/QUAD Records. Wysłuchali taśmy i … Magia, umowa została zawarta natychmiast. MGM wydało singiel zatytułowany „Smokey Joe’s”, który zyskał dużą popularność ale hitem nie został. Na Boga, sprzedaliśmy album, pomimo, że nie mieliśmy hitu. Dzięki za wysłuchanie”.


Jedyny album Douglas Fir został wydany w 1970 roku pod tytułem „Hard Heartsingin'”. Pozornie jest to hard rockowa rzecz z domieszką bluesowych akcentów gdzieniegdzie zabarwionych psychodeliczną nuta. Można rzecz, że takich płyt powstawało w tamtym czasie mnóstwo. Więc w czym rzecz?
Otóż umiejętnie zaaranżowane instrumenty dęte pojawiające się w poszczególnych fragmentach strącają ścieżki w zupełnie innym kierunku. Posłuchaj początku płyty i tytułowego nagrania. Mocny głos perkusisty Douga Snidera, płonąca gitara, w tle smyczki a do tego barokowe organy i rytmiczne ściany tworzą oryginalny zestaw dźwięków. Jedyny cover znajdujący się na płycie to pełna uroku ballada „Jersey Thursday”, Donovana. To czysta melancholijna psychodelia zgrabnie ułożona przez piękny układ instrumentów dętych. Wspaniały „I Didn’t Try” oddycha bluesowymi akcentami, które przywodzą na myśl dokonania innej amerykańskiej grupy Vanilla Fudge. Hammondy tworzą wspaniałą atmosferę a delikatne piętno basu uwodzi nas w nieznane strony. Kurczę to naprawdę wspaniały numer! Podobnie jak kolejny „Early In The Morning Rain” płynący w jazzowo bluesowych klimatach kreśli formy, które docierają do nas powodując miłe uczucia.
Ostrzejsza „New Orleans Queen” i „Moratorium Waltz” optymistycznie suną z niezbędną siłą z wyróżniającym się wokalem Snidera i dęciakami ukrytymi w cieniu.
Smokey Joe’s” singiel, który miał wiele promocji w podziemnych radiach, doczepia soulowe klimaty, świetnie prowadząc rytmiczną jazdę.
Kolejny utwór różni się od reszty. Ze swoimi aranżacjami instrumentów dętych „Comin’ Back Home” bliższy jest dokonaniom solowym Scotta Walkera. Ale to bardzo psychodeliczna ścieżka, która ma smutny i dziwny urok. „21 Years” kończący album jest powrotem do ostrej psychodelicznej fazy, w pełni wykorzystującej Hammondy i gitary.
Muzyka Douglas Fir kipi energią zamieniając miękkie psychodeliczne terytorium w masywniejsze dźwięki, tworząc przy tym wyjątkowe soulowe emocje i napędzając utwory mistycznym klimatem.
No cóż, mamy tu kolejny zespół z kolejną świetną płytą, któremu nie udało się. Ale tak naprawdę ta muzyka zasługuje na lepszy wstrząs w branży muzycznej.


niedziela, 4 sierpnia 2019

CREAM - Disraeli Gears /1967/


1. Strange Brew (Eric Clapton, Felix Pappalardi, Gail Collins Pappalardi) - 2:46
2. Sunshine of Your Love (Clapton, Jack Bruce, Pete Brown) - 4:10
3. World of Pain (Pappalardi, Collins) - 3:03
4. Dance the Night Away (Bruce, Brown) - 3:34
5. Blue Condition (Ginger Baker) - 3:29
6. Tales of Brave Ulysses (Clapton, Martin Sharp) - 2:46
7. Swlabr (Bruce, Brown) - 2:32
8. We're Going Wrong (Bruce) - 3:26
9. Outside Woman Blues (Blind Joe Reynolds, arr. Clapton) - 2:24
10.Take It Back (Bruce, Brown) - 3:05
11.Mother's Lament (Traditional, arr. Clapton, Bruce, Baker) - 1:47

*Ginger Baker - Drums, Vocals
*Jack Bruce - Bass, Harmonica, Keyboards, Vocals
*Eric Clapton - Guitar, Vocals


Cream czy trzeba ich przedstawiać? Ano właśnie.
Będącym jednym z pierwszych „power trio” zespół Cream połączył genialny potencjał trzech najwybitniejszych muzyków lat sześćdziesiątych, tworząc coś wspaniałego i nowatorskiego. Eric Clapton znany z występów w The Yardbirds oraz u boku Johna Mayalla, zaproponował grupie legendarne, jedwabiste bluesowo-rockowe linie gitary. Obsługujący odpowiednio bas i perkusję, Jack Bruce i Ginger Baker byli jedną z najgorętszych sekcji rytmicznych w branży. Wyjątkowe połączenie bluesowych wycieczek Claptona i jazzowych wpływów Bruce’a i Bakera stworzyło nowy rodzaj psychodeliczno rockowych sensacji. Świat muzyczny już nigdy nie był taki sam. I to właśnie jest zasługą tych trzech panów.
Disraeli Gears”, to drugi album tego wspaniałego trio, jest też prawdopodobnie najlepszym przykładem tego wszystkiego, co uczyniło zespół tak wspaniałym. Wszelkie słabości, które zostały ujawnione w swoim debiucie „Fresh Cream”, tutaj zostały naprawione, tworząc pakiet wypolerowanych kanałów snujących się z minuty na minutę.
Być może jedną z największych wad Cream była ich nieudolność pisania piosenek. Instrumentacja i wyczucie chwili były zawsze doskonałej jakości, jednak trzeba przyznać, że jako autorzy piosenek wiele pozostawiali do życzenia.
Na szczęście na „Disraeli Gears” zespół otrzymał pomoc autora tekstów Pete’a Browna. To dzięki niemu oraz opartej na świetnej pracy producenta Felixa Pappalardiego, Cream zdołał przedstawić to, co jest najlepszym materiałem w ich karierze.
Słuchając tych nagrań możemy zauważyć jak daleko zespół przeniósł się od tradycyjnego dwunastobarowego bluesa na terytorium rocka psychodelicznego.
Tutaj psychodeliczne wibracje wprawdzie zmieszane są z bluesowymi odcinkami ale pachnie to oryginalnością a do tego zaskakująco prowadzi do łatwego odbioru. Oczywiście można argumentować, że charakterystyczny ślad który tutaj zostawili jest zauważalny na innych płytach zespołu ale mówimy tutaj o jednym z najbardziej oryginalnych zespołów lat sześćdziesiątych, który nie bal się eksperymentować z muzyką i technologią muzyczną tamtych czasów, zachowując jednocześnie urok brytyjskiej sceny muzycznej.
Legendarny „Sunshine Of Your Love” posiada cudowny riff, podobnie jak i brzmienie. Tak naprawdę nie tylko praca na gitarze i linia basu sprawiają, ze utwór jest wyjątkowy. Tutaj dochodzi perkusja Bakera, która oszczędza utwór i uwypukla zniekształcone solo Claptona. Legendarne solo. No ale skoro jest się Claptonem („Bogiem gitary”) to dlaczego nie pokazać tego.
Strange Brew” to otwierający płytę kawałek będący niesamowitym psychodelicznym bluesem. A sięgając głębiej mamy tajemnicze „Dance the Night Away”, w którym harmonie wokalne suną w głąb skrytej jaskini oświetlonej jasnym promieniem gitarowych dźwięków. „World of Pain” i „We’re Going Wrong” prawie tracą wszelkie ślady rytmu dzięki eterycznym melodiom, które przenoszą słuchacza wprost w niebo pełne chmur. „Blue Condition” pozwala Bakerowi wypełnić nieco głupkowatą rolę perkusisty, którą w tamtych czasach grali także inni Brytyjczycy, Ringo Starr i Keith Moon. No i nie sposób przejść obojętnie obok wspaniałego „Tales of Brave Ulysses”, otwierającego drugą stronę albumu z wielkim hukiem. To najbardziej tajemniczy utwór, który zdaje się przenosić słuchacza w czasie, opowiadając mu opętaną historię. Pełen pasji wokal Bruce’a wzmocniony zostaje przez wah-wah Claptona. Uwielbiam to. „SWLABR” to kolejna solidna piosenka, ze słodkim gitarowym solem i rockową linią basu. „Take It Back” oraz „Outside Woman Blues” to tradycyjne bluesowe kawałki, wspaniałe, wspierające album leniwą i zrelaksowaną atmosferą.
Natomiast „Mother’s Lament” pokazuje, że zespół okrzykniętym przez dziennikarzy supergrupą wszech czasów nie traktuje tego zbyt poważnie.
Jeśli chcesz wybrać się na wycieczkę po cudownym szlaku, który brzmi i smakuje jak ten dziwny napar z lat sześćdziesiątych, wskakuj dalej i słuchaj tego albumu.
Ale uważaj, bo „Disraeli Gears” jest niebezpieczne, ponieważ jest tak formalnie doskonały, bez żadnych słabych ścieżek, ze wydaje się to takie proste. I jak leci ta muzyka to nie zatrzymasz jej, porwie cię i uniesie, trzymając ponad gwiazdami aby dzień nie dotarł i nie zabrał tych dźwięków ku przestrzeni.


niedziela, 21 lipca 2019

JASON CREST - The Collected Works of Jason Crest 1967-1968


1. Turquoise Tandem Cycle (Clark, Dobson) - 3:43
2. Teagarden Lane (Clark Dobson) - 4:07
3. Patricia's Dream (Sandson, Fryer) - 2:43
4. A Place In The Sun (Clark, Dobson) - 3:24
5. My House Is Burning (Clark, Dobson) - 3:23
6. King Of The Castle (Clark, Dobson) - 2:58
7. The Collected Works Of Justin Crest (Clark, Dobson) - 3:38
8. Black Mass (Clark, Dobson) - 4:46
9. Charge Of The Light Brigade (Clark, Dobson) - 3:03
10.(Here We Go Round) -  The Lemon Tree (Wood) - 3:04
11.You Really Got A Hold On Me (Robinson) - 4:04
12.Two By The Sea (Clark, Dobson) - 2:57
13.Juliano The Bull (Clark, Dobson) - 2:28
14.Education (Clark, Dobson) - 2:38
15.Waterloo Road (Deighan, Wish) - 3:12
16.Good Life (Clark, Dobson) - 2:47

*Terry Clark - Lead vocals
*John Selley - Bass Guitar
*Roger Siggery - Drums
*Terry Dobson - Organ
*Derek Smallcombe - Guitar
*Ron Fowler - Bass



Ta niesamowita kolekcja wszystkich materiałów studyjnych brytyjskiej grupy Jason Crest jest koniecznością w mojej kolekcji. To jest ten rodzaj brytyjskiej psychodelii, który mogę słuchać godzinami a nawet latami.
No dobrze losy grupy były niestety podobne do wielu innych zjawisk pojawiających się w latach sześćdziesiątych. Ile wartościowych kamieni zaginęło z tamtych lat? Ile decyzji niewłaściwie podjętych przez najczęściej pracowników wytwórni płytowych miało miejsce?

Założony przez Terry’ego Clarka i Terry’ego Dobsona w Tonbridge w harbstwie Keny, zespół początkowo znany był jako The Spurlyweeves, 
a nieco później jako The Good Thing Brigade. 
W listopadzie 1967 roku zostali zauważeni przez byłego basistę formacji Four Pennies, który pracował wówczas dla wytwórni A&M i to on załatwił im kontrakt na nagrania. Wtedy już jako Jason Crest rozpoczęli prace nad materiałem. Niestety los sprawił, że pojawiające się single i Epki przepadały, marketing wytwórni był niedbały i niezrozumiały co w końcu doprowadziło do rozpadu niewątpliwie utalentowanego, wzorowo psychodelicznego zespołu, który potrafił pisać i aranżować utwory wydając złote owoce, które miały zostać zapomniane na zawsze. 
Ale w maju 1998 roku ukazał się zbiór tych wszystkich perełek na kompilacyjnym wydaniu zatytułowanym „The Collected Works of Jason Crest”. I to jest pozycja obowiązkowa dla fanów psychodelii.


Płyta zawiera cztery z pięciu singli oraz inne wyniki z ich krótkiej historii. Większość utworów pozostaje w psychodelicznych parametrach, mających solidne harmonie wzbogacone o orkiestracyjne niuanse.
Turquoise Tandem Cycle” będącym bardzo melancholijnym wstępem, opiera swój urok na niesamowicie klimatycznych brzmieniach organ. I ta nuta, która prowadzi cały zarys numeru powoli wnika w każda naszą komórkę i spokojnie w niej osiada. Ta linia harmoniczna zbliżona jest w klimacie do „A Whiter Shade Of Pale”, grupy Procol Harum i oto jaka niekonsekwencja dziejów. Posłuchajcie sobie tych utworów i sami sobie postarajcie się odpowiedzieć, czemu „Turquosie Tandem Cycle” nie został numerem jeden.
Ja nie wiem.
I tak jest z wieloma numerami zespołu Jason Crest. Oto „Teagarden Lane”. Znowu dominują organy ale już słychać piękne frazowanie, ładnie wyeksponowany wokal i dźwięki będące psychodeliczną ucztą. 
A „Patricia’s Dream” trochę utrzymana w klimacie Beatlesowskich dokonań błogo rozlewa się po rowkach płyty natomiast „A Place in the Sun” przygnębia nas swoją samotnością. Te pasaże widoczne w każdym z utworów doprowadzają, ze Jason Crest trzeba postawić na równi z takimi kapelami jak Kaleidoscope czy Nirvana. 
Atrakcyjną linią melodyczną w „My House is Burning” muzycy otwierają kolejne stopnia podium, wprowadzając lekkie elementy wodewilowe coraz głębiej zapuszczają się w brytyjską tradycję. Melancholijne klejnoty nie pogrążają nas w patosie, pozwalają maszerować przed siebie z podniesioną głową. Trzeba zatrzymać się na nagraniu „Black Mass” będącym innym rodzajem psychodelicznej otwartości. Zaaranżowany w trakcie utworu śmiech schizofrenika budzi niepokój i nawet spokojny wokal nie zatrzymuje tego ciężkiego oddechu. Do tego gdy dochodzą muzyczne nakładki strach owija nasz umysł i nic nie możesz już zrobić. Koszmary wypełniają każdą przestrzeń otaczającego świata. Nic nie możesz już zrobić.
Ale wraz następnym numerem „Charge of the Light Brigade” zaczynamy lekko inną podróż niż wcześniejsze nagrania. Tutaj już odzywa się sfuzzowana gitara chociaż organy nadal dominują. Mamy kolejne kamienie nawleczone na psychodeliczny naszyjnik epoki. 
Grupa pokusiła się na zrobienie dwóch coverów w trakcie swojej działalności. „You Really Got a Hold on Me”, Smokey Robinsona oraz „(Here We Go Round) the Lemon Trees”, Roya Wooda. Oba intrygujące, będące wspaniałym uzupełnieniem i pokazaniem wrażliwości muzyków.
Humor chłopaków Jason Crest widoczny został w numerze „Waterloo Road” zaśpiewanym w luźnej pubowej atmosferze, podejrzanie brzmiącej przy piwie. To też nie był przebój, to też zostało zapomniane. Ale nie. Otóż francuski piosenkarz Joe Dassin przepisał ten tytuł z Londynu do Paryża i jako „Les Champs-Elysees” stworzył klasykę, która stała się numerem jeden we Francji w 1969 roku. Oczywiście zespół nie miał o tym pojęcia.
No cóż. Kontrakt wygasł i drogi muzyków rozeszły się. Terry Clark zaczął występować z grupą Orang-Utan, basista Seeley pracował z Les Humhries Singers a gitarzysta Smallcombe grał w Samuel Prody.
Pozostało szesnaście nagrań, grupy Jason Crest, która gdyby wiatry odpowiednio powiały mocno podpierałaby fundament brytyjskiej psychodelicznej sceny.


niedziela, 14 lipca 2019

HUMBLE PIE - As Safe As Yesterday Is /1969/


1. Desperation (Kay) - 6:27
2. Stick Shift (Frampton- 2:25
3. Buttermilk Boy (Marriott) - 4:21
4. Growing Closer (McLagan- 3:12
5. As Safe as Yesterday Is (Frampton, Marriott) - 6:07
6. Bang! (Marriott- 3:25
7. Alabama 69 (Marriott- 6:57
8. I'll Go Alone (Frampton) - 3:55
9. A Nifty Little Number Like You (Marriott- 6:13
10. What You Will (Marriott- 4:22


* Steve Marriott  - Vocals, Guitar , Acoustic Guitar, Harmonica, Organ, Tablas, Piano
* Peter Frampton - Vocals, Guitar, Slide Guitar, Organ, Tablas, Piano
* Greg Ridley - Bass, Vocals, Percussion
* Jerry Shirley - Drums, Percussion, Tablas, Harpsichord, Piano,
* Lyn Dobson - Flute, Sitar



Tworzenie zespołu Humble Pie to jak tworzenie drużyny piłkarskiej w świecie fantasy. Steve Marriott z Small Faces, Peter Frampton z The Herd i aby zrównoważyć atak wokalny tych dwóch liderów, zabójczy basista z Spooky Tooth, Greg Ridley. Do tego siedemnastoletni perkusista Jerry Shirley. To początek składu muzycznego, który miałby udane sezony w Lidze Rock and Rolla.
Humble Pie od początku urodzenia zostali określeni jako supergrupa i pomimo niestabilnej osobowości Marriotta i trudności, których doświadczali, myślę, że godnie sprostali temu stwierdzeniu. Na pewno lepiej skończyli niż na przykład Blind Faith, chociaż ich dobry start rozpoczął w Wielkiej Brytanii, początkowo byli ignorowani w Stanach Zjednoczonych. Dopiero koncertami w Fillmore i płytą „Smokin’” zaskarbili sobie przychylność fanów po drugiej stronie Atlantyku. Ale już ich pierwsza pozycja, wydana w sierpniu 1969 roku a zatytułowana „As Safe As Yesterday Is” pokazuje równowagę, wyobraźnię i rzemiosło tych czterech chłopaków.
Dużą frajdę sprawia rozpoznawanie w trakcie odsłuchów trzech wokali, gdy Ridley ma rasowy hard rockowy wokal, Frampton dociąga amerykańską werwą tak Marriotta modulowanie i akcenty soulowe są po prostu mistrzowskie. To wszystko muzycznie na późne lata 60-te mocno dogrywa z psychodelicznymi podtekstami i ciężkim brzmieniem i wprowadza nową jakość w muzyczne trendy. Powstanie Humble Pie przyniosło wielkie oczekiwania zarówno opinii publicznej jak i prasy, więc pod osłoną tajemnicy cała czwórka odizolowała się w hrabstwie Essex i rozpoczęła proces twórczy. Na sesje próbne chłopcy zabezpieczyli sobie Wiejską Salę w Magdalen Lover a większość muzyki napisali w Chacie Steve’a Beehive’a w Moreton.


Był to bardzo produktywny czas dla nowo powstałego zespołu, ponieważ z tego procesu twórczego pochodzi materiał na dwa albumy. Debiut został wydany w sierpniu a już w listopadzie tego samego roku ukazał się drugi album grupy „Town and Country”. Płyty te zostały wydane przez wytwórnię Immediate. Jeszcze w trakcie tej sesji powstał materiał na hitowy singiel „Natural Born Boogie” a grupa zaczęła występować, aby promować sprzedaż nowo wydanych winyli. Koncerty były iście maratonami muzycznymi przedstawianymi w dwóch odrębnych częściach. Pierwszy był akustyczny i łagodny, wielokrotnie wykonywany przez cztery siedzące na podłodze osoby, podczas gdy druga połowa była elektryczna, głośniejsza i bardziej pod wpływem rocka i bluesa.

As Safe As Yesterday Is” to połączenie ciężkiego bluesa, miażdżącego rocka, pastoralnego folku z dodatkiem lekkiej mgiełki psychodelicznych barw. Czuć, że całość nagrywana była podczas długich jammowych ofert o czym wspomina Frampton:”Niektóre z piosenek na tym debiutanckim albumie Humble Pie naprawdę wyrosły z jammingu na próbach-wszyscy wpadliśmy na pomysły i stali się współpracownikami. To było jak jazda pośpiesznym. Zaczynaliśmy rankiem, niemrawo dopóki iskra nie zaskoczyła. A wtedy to już szło. Czasami trzeba było dać znać, to już koniec jak daleko zajedziemy?”.
Niewątpliwie urok tych nagrań odzwierciedla się w elektryzującej mieszance i w pełnej zmysłowości brzmieniu.
Już pierwszy numer „Desperation” ukazuje nam eklektyzm w pełni osadzony w potokach organów i dopasowany gitarowymi dźwiękami. A misternie skonstruowany, napisany przez kumpla Iana McLagana (klawiszowca Small Faces) utwór „Growing Closer” miesza wczesne rytmy rhythm and bluesowe z wyśmienitą grą na flecie Lyn Dobsona. Wibracyjne dźwięki wzbogacają wizje trippowymi pochodami gitarowych strun Framptona. Większość piosenek zostało napisanych przez Marriotta i widać tutaj jego kalejdoskopowe oblicze, które wyróżnia jego barwną osobowość. Posłuchajcie „Alabama’69” jak faceci wesoło śpiewają na szczycie brzmiącej akustyki, klaskania, tamburynu, harmonijki ustnej i prostego basu by pod koniec wkroczyć w fazę kontemplacyjną zabarwioną wschodnim instrumentarium. Znowuż „A Nifty Little Number Like You” pokazuje nam wyjątkową grę czterech muzyków ubarwioną nieokiełzaną linią basu.
Końcowy „What You Will” zawiera bardziej melancholijny aspekt, który kończy płytę spuchniętym hymnem przesiąkniętym organami i gitarą akustyczną.
Oczywiście i chociaż wokal Marriotta nieuchronnie się wyróżnia, muzyka żyje zarówno z kontrastu między zharmonizowanym wokalem a wspólnymi obowiązkami gitarowymi, między szorstkim Marriottem i bardziej zdecydowanym Framptonem.
I taki jest debiut supergrupy Humble Pie, dodam, że dla mnie supergrupy w najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu.


niedziela, 7 lipca 2019

NIRVANA - Dedicated To Markos III /1970/



1. The World Is Cold Without You - 3:45
2. Excerpt From "The Blind And The Beautiful" - 2:38
3. I Talk To My Room - 3:38
4. Christopher Lucifer - 4:06
5. Aline Cherie - 3:03
6. Tres, Tres Bien - 2:54
7. It Happened Two Sundays Ago - 3:08
8. Black Flower - 4:32
9. Love Suite - 6:04
10. Illinois - 3:37
All Music and Lyrics by Patrick Campbell-Lyons, Alex Spyropoulos.


*Patrick Campbell-Lyons - Guitar, Vocals
*Alex Spyropoulos - Keyboards
*Roger Cook - Backing Vocals
*Billy Bremner - Guitar
*Lesley Duncan - Vocals



To jest po prostu album w którym przewija się jesienne uczucie, tęsknota, poczucie końca epoki burzliwych lat sześćdziesiątych. Jest to płyta pełna piękna i uniesienia. I pomyśleć, że Chris Blackwell odrzucił ją i jego wytwórnia jej nie wydała. Miała mieć tytuł „Black Flower” ale Blackwell porównał ten materiał z pewnym lekceważeniem do „A Man And A Woman” Francisa Lai i radził aby zmienić repertuar na co oczywiście Patrick Campbell Lyons nie przystał. Pod nowym tytułem „Dedicated To Markos III” płytę wydała wytwórnia Pye. A stało się to za sprawą bogatego wujka Spyropoulosa, który pomógł sfinansować album i dzięki temu album ten nazwany został na jego cześć. Natomiast Cambell Lyons napisał piosenkę „Christopher Lucifer”, która jest gorzką drwiną z Blackwella.

„Dedicated To Markos III” grupy Nirvana jest kolejną perełką, która niestety przepadła w otchłani czasu i dołączyła do wielu tym podobnych płyt.

Patrick Cambell Lyons napisał dziesięć wyśmienitych piosenek, pełnych dojrzałości i wyrafinowania. Biorąc pod uwagę jakość piosenek i płynność produkcji, wchodzisz w świat boleśnie pięknej miłości, tęsknoty i nostalgii, która wchłania nas niczym spadający liść z jesiennego drzewa.

Większość utworów na płycie jest łagodnym popem z sporadycznie lekkimi przebojami o harmonizującym wokalu i gitarze ale co najważniejsze i co dodaje niewątpliwie smaku tym nagraniom są solidne aranże orkiestrowe, które tutaj osiągają poziom niemal mistrzowski. Słychać to już przy pierwszych dźwiękach „The World is Cold Without You”, „Aline Cherie” czy w łagodno jazzowym „Love Suite” z warstwami oboju, które wzmacniają klasyczne aranżacje smyczkowe, lśniące pianino i żeńskie podkłady wokalne.

Ciągle przewija się nostalgiczna aura będąca tak wymowna, że nie potrzebuje żadnego komentarza. No cóż te orkiestrowe przewroty znacznie przewyższają standardowe słownictwo Tin Pan Alley, są one w rzeczywistości budowane wokół piosenek, a nie po prostu nakładane na nie.



Lider Nirvany stara się jednak w niektórych momentach zburzyć ten nastrój melancholii wtrącając choćby w „Tres, Tres Bien” folkowym utworze kabaretowe wstawki w style walca z rzadkim ale wspaniałym podkładem akordeonu, który nastawiony jest na nastrój. Tu gdzieś wchodzimy w klimaty Pearls Before Swine i zauważamy bez kozery, że jest to piękna muzyka.

Trochę optymizmu też się należy. Zbudowana na dynamicznym rytmie sekcji rytmicznej jedna z piosenek „It Happened Two Sundays Ago” to jakby muzyka dyskotekowa lat sześćdziesiątych, chociaż zaskakuje dodatkiem naprzemiennych zmian i country rockowym strzelaniem strun. Kolejnym numerem na płycie jest „Black Flower” stylistycznie zbliżony do dwóch pierwszych albumów Nirvany zaciekawia piękną linia wokalną i aranżem orkiestrowym tak potwierdzającym tylko moje powyższe myśli. A trzeba jeszcze zwrócić uwagę tutaj na ostra psychodeliczną solówkę gitarową trzymającą zwariowany świat w taflach morskiej piany. Płytę kończy „Illinois” mający dość wyjątkowe wsparcie orkiestrowe. To kolejny klasyk psychodelicznego popu z pięknymi harmoniami wokalnymi i dźwiękami płynącymi ponad wzgórza i daleko stąd.

Jeden z moich kumpli spostrzegł, że znaczna część ubóstwa artystycznego obecnej muzyki pop polega na tym, że współcześni popowi twórcy nie znają melodii, nie potrafią stworzyć klimatu aby przyciągnąć uwagę słuchacza. Ile aktualnych dźwięków popu ma wpływ na bluesa, jazz czy muzykę ludową? Świat stał się niezaprzeczalnie brzydszym, hałaśliwszym, nieszczęśliwym miejscem, a znajomość cynizmu zastąpiła niewinna nadzieję, która otwierała nasze zmysły na rzeczy niewidoczne dla współczesnych. „Dedicated To Markos III” jest dla tych którzy nie tylko mają uszy do słuchania, ale mają też czystość serca do odbioru i dla których taka twórczość jest balsamem dla duszy.



niedziela, 23 czerwca 2019

THE BEATLES - Magical Mystery Tour /1967/



1. Magical Mystery Tour
2. The Fool on the Hill
3. Flying
4. Blue Jay Way
5. Your Mother Should Know
6. I Am the Walrus
7. Hello, Goodbye
8. Strawberry Fields Forever
9. Penny Lane
10. Baby You're a Rich Man
11. All You Need Is Love


John Lennon
Paul McCartney 
George Harrison
Ringo Starr


Popatrzcie i posłuchajcie jak w krótkim czasie zmieniała się muzyka, jakie niesamowite fluidy krążyły w powietrzu i docierały w różne zakamarki tego świata. Jak to wszystko zaistniało i gdy po tylu latach słuchamy nadal gdzieś te wijące się po nieboskłonie mózgowym nuty docierają i mają się całkiem dobrze. Banalne piosenki, którymi grupa The Beatles mogła pochwalić się na początku kariery oczywiście zachwycały: prostotą, muzykalnością i młodzieńczym wykonaniem. „Love Me Do”, „Please, Please Me” nucimy nadal nie zastanawiając się, że przecież minęło od ich powstania grubo ponad pół wieku. W krótkim czasie ledwie czterech lat powstawały kolejne proste, banalne piosenki ale technika nagraniowa również miała już coś do powiedzenia. „Hello Goodbye” umieszczona na albumie „Magical Mystery Tour” również zawiera wszystko co sprawiło, że The Beatles jest tak wspaniałym zespołem. Ogromnie melodyjna linia fortepianu, wraz z zwiewną, synkopowaną perkusją Starra, stanowi wsparcie dla infantylnego tekstu McCartneya, który wokalnie kojarzy się ze szczęśliwą narracją. I tu ta prostota dostaje pomocy w postaci inżyniera dźwięku Georga Martina, który wprowadza różne nakładki, poślizgi a całość zadziwia zakończenie utworu. Zespół powraca do przewiewnego outro, podczas gdy McCartney wyśpiewuje nonsensowne dźwięki. Kolejny przebój.



Płyta „Magical Mystery Tour” w katalogu nagrań The Beatles jest pretendentem do ich najbardziej niedocenianego albumu. 

A powód jest prosty: czas, w którym został ten album wydany. Wkrótce po ukazaniu się „Sgt. Lonely Hearts Club Band” a tuż przed wydaniem „The White Album”, płyta ta często gubi się w historii The Beatles. Ale niesłusznie. 

Ot, choćby mamy rok 1967 , słynne „Lato Miłości” co oznacza, że taki numer jak „All You Need Is Love” staje się prawdziwym hymnem nie tylko tamtego czasu ale całej ery muzycznej. The Beatles głoszą przesłanie i tylko możemy żałować, że świat go nie posłuchał. 

Utwór tytułowy otwierający zarazem cały album natychmiast nadaje świetny nastrój, z mosiężnymi instrumentami zapewniającymi ciągłe podkłady, wraz z pędami hałasu, które miały reprezentować pełen zakres zabawy. Tekst odzwierciedla to, gdy McCartney śpiewa w refrenie „Roll up for the mystery tour”. Psychodeliczna piosenka pięknie otwiera tajemniczą trasę. 

Łagodna partia fortepianu, zawierająca wspaniałe słodkie, śrubujące części, które czają się tuż pod innymi instrumentami prowadzi do lirycznej kompozycji „Fool On The Hill” a „Flying” szykuje nam niespodziankę. Otóż oparta na wirujących partiach organów i mellotronów muzyka tworzy atmosferę bardzo przyjazną choć odrobinę niepokojącą. W klimacie mocno psychodelicznym jest kompozycja Harrisona „Blue Jay Way”. Nakładające się wokale tworzą mroczny obraz spotęgowany rzutami perkusji prowadzącymi do zakazanych obszarów kojarzących się z obłokami zielonego dymu. I proszę, niedoceniana a nawet czasami określana jako najsłabsza na płycie kolejna piosenka „Your Mother Should Know” jest dla mnie jedną z najbardziej udanych kompozycji grupy. Wspaniałe zaproszenie do tańca towarzyskiego stworzone z myślą o optymistycznym spojrzeniu na otaczająca rzeczywistość. Chwytliwe części klawiatury, wraz z warstwami wokalnymi, tylko potwierdzają , jak duet Lennon-McCartney się uzupełniał.

Siedzenie na płatku kukurydzianym, śpiewające pingwiny i wreszcie jestem morsem pod tymi linijkami tekstu ukrywa się muzycznie złożony, z różnych efektów psychodelicznych najbardziej barwny utwór Lennona, „I’m the Walrus”. Wprawdzie rywalizować może z nim kolejny „Strawberry Fields Forever”, który jest niewiarygodnie zmiksowany i który ukazuje możliwości studia nagraniowego i siedzącego za stołem mikserskim producenta. Znacznie mniej skomplikowane „Penny Lane” i „Baby You’re a Rich Man” są świetnymi piosenkami popowymi, a „Penny Lane” jest wesołym opisem Liverpoolu otulonym w tęczowej mgiełce po gwałtownej burzy. Instrumenty brzmią doskonale, a w szczególności trąbka stanowiąca interludium podczas piosenki, co daje nam kolejny przykład mistrzostwa The Beatles w muzyce pop. „Baby You’re a Rich Man” z kolei ma dziwnie tasujący rytm perkusji a stosunkowo intonowany wokal podczas refrenu nadaje mu nieco jazzowego charakteru.

„Magical Mystery Tour” bez wątpienia przemyślany był jako album psychodeliczny, przecież The Beatles już wtedy byli ikoną pop kultury a cały świat zaczął obracać się wokół barwnych, kolorowych przecieków w których nie mogło ich zabraknąć.

I wiecie co jest dziwne. Znam te piosenki już czterdzieści lat i nadal jak wydobywają się z moich głośników nucę je, wsłuchuje się w nie i dziwię się, że ciągle mi się podobają.

I dobrze tak jest.