1) Little Games 2) Smile On Me 3) White Summer 4) Tinker, Tailor, Soldier, Sailor 5) Glimpses 6) Drinking Muddy Water 7) No Excess Baggage 8) Stealing Stealing 9) Only The Black Rose 10) Little Soldier Boy
Chris Dreja – bass guitar Jim McCarty* – drums, percussion, backing vocals Jimmy Page – guitar Keith Relf – harmonica, percussion, vocals
Additional personnel: Nicky Hopkins – keyboards Clem Cattini – drums John Paul Jones – bass guitar, cello on Little Games, and string arrangements
Gdy znasz nagrania koncertowe
i czujesz jaki potencjał tkwi w tych dźwiękach wydobytych na
światło dzienne, gdy entuzjazm z grania widoczny jest na starych
taśmach to dziwnym wydaje się ostatni album wspaniałej rhythm and
bluesowej formacji, The Yardbirds. Bo przecież zastanówmy się
przez chwile z czego słynęli The Yardbirds? Eric Clapton, Jeff Beck
i Jimmy Page te nazwiska mówią same za siebie, po drugie
nieograniczone eksperymenty w studio, odważne nurkowanie w
psychodelię, po czwarte pisanie i wykonywanie chwytliwych piosenek
pop.
I
oto nadchodzi Lato Miłości, rok 1967. Można oczekiwać, że The
Yardbirds udowodnią raz na zawsze, że są mistrzami.
A
tu mamy Jeffa Becka zamykającego drzwi swoim byłym kolegom,
ignorującego koncerty i w końcu usuniętego z zespołu i Jimmiego
Page’a, który już za dwa lata na zawsze zmieni oblicze muzyki
rockowej. No i mamy Mickie Mosta jako producenta. Co u licha, myśleli
w EMI, kolejne łatwe pieniądze do zarobienia. Kosztem nagrań
zespołu, który mógł
sprawić, że
nie byłoby Led Zeppelin. „Little Games’ został nagrany w 1967
roku i….
Jimmy
Page:”Nagrywaliśmy „Little Games” bardzo chaotycznie.
Zrobiliśmy jedną melodię i tak naprawdę nie wiedzieliśmy, jak
wyszło. Mieliśmy Iana Stewarta z The Rolling Stones, a my właśnie
skończyliśmy
nagranie i nawet go nie słyszeliśmy. Producent (M.Most)
powiedział:”Dalej”. Powiedziałem:”Nigdy w życiu
tak nie pracowałem” a on ma to:”Nie martw się tym”. Wszystko
to zrobiono bardzo szybko. Takie rzeczy doprowadziły do ogólnego
stanu umysłu i depresji Relfa i McCarty’ego, które rozbiły
grupę”. Perkusista Jim McCarty dodaje:”Praca z Mickie Mostem
była pocałunkiem śmierci
dla zespołu. Mickie tak naprawdę nigdy nie rozumiał, o co nam
chodzi. Jego podejście polegało na tym, ze byliśmy kolejnym
zespołem, który wymagał przebicia i na którym można było
zarobić”.
Żeby
było śmiesznie mi ten album się podoba.
Zgrabne,
jednak popowe kawałki łatwo wpadają w ucho i wcale nie gorszą.
„Little Games”, „Tinker, Tailor, Soldier, Sailor” czy „No
Excess Baggage” zagrane są na wysokim poziomie co tylko świadczy
o muzykach, gdy przypomnimy sobie jak to było nagrywane. Dodatkowo
gra Page’a urozmaica melodię i wprowadza ostry rockowy dźwięk. A
już taki „Smile On Me” to głośny, chrupiący rocker z
usmażonym solem gitarowym, to mocny akcent płyty. Tutaj naprawdę
Page ukazuje swój potencjał, tutaj już jest bardzo blisko do
Zeppelina. Podobnie w „Drinking Muddy Water” ukrytą wersją
„Rollin and Tumblin”. Mamy tu dźwięki gitary, które sprawiają,
że
warto tych rzeczy wysłuchać, warto poświęcić chwilę na to
szalone solo.
Zamiłowanie
grupy do psychodelii i chorałów gregoriańskich ponownie
rozbłyskuje w „Glimpses”, gdzie chóralne mroczne mnichy, ponure
nastroje na tle sitaru powodują nieobecny, nieznany wcześniej
wymiar. Całość przybliża nas do skupionych kamieni i wprowadza w
tajemniczy korytarz dźwięków.
Okrzykiem triumfalnym całego albumu
jest kompozycja Page’a „White Summer”, która została
wykorzystana na pierwszym albumie Led Zeppelin jako „Black Mountain
Side”. Umiejętnie sklejone brytyjskie i indyjskie elementy ludowe
tworzą ten akustyczny obraz przywodząc bezkresne krajobrazy
dalekich gór.
Stała
się dziwna rzecz, pomimo takiego tempa przy nagrywaniu i
różnorodności w łapaniu stylu płyta ta nie jest wcale chaosem.
Blues, rock, pop i psychodelia mariaż wielce udany, oczywiście
żadne z tych nagrań arcydziełem nie jest, ale razem tworzą
łamigłówkę, którą należy oceniać jako dość intrygującą
kurtynę.
Desperackie eksperymenty i pływanie po głębokiej wodzie
wyszło na dobrej bardziej niż gdybyśmy mieli do czynienia z zimnym
wyrachowaniem.
Kolejna fajna płyta z niezapomnianych lat 60-tych.
1. Hard Heartsingin (D. T. Jay, D. A. Snider) - 4:23 2. Jersey Thursday (Donovan P. Leitch) - 2:18 3. I Didn't Try (D.T. Jay, R.L. Moore, D.A. Snider) - 3:40 4. Early In The Morning Rain (Jay, Moore, Snider) - 3:51 5. New Orleans Queen (Snider, Bye, Fetsch, Gorsline) - 3:17 6. Moratorium Waltz (Douglas A. Snider) - 3:05 7. Smokey Joe's (Bye/Fetsch, Moore, Snider) - 2:19 8. Comin' Back Home (Douglas A. Snider) - 3:52 9. Tom's Song (Fetsch, Ford, Snider) - 3:01 10.21 Years (Moore, Snider) - 2:54
*Richie Moore - Guitar *Tim Doyle - Keyboards *Douglas A. Snider - Drums, Vocals *Bruce Bye - Bass
To jest historia tysiąc razy
już opowiadana skoro chodzi o grupy z epoki Wodnika. Kolejny zespół
który był we właściwym czasie i miejscu, ale niestety zawiódł
boski dotyk pieprzonej fortuny, który dotyka jedne grupy omijając
skrzętnie inne. I wcale tutaj nie chodzi o poziom jakości czy
dźwięku. A może uważasz, ze w Kalifornii nie było setek grup
lepszych niż The Doors?
Douglas
Fir to tak naprawdę na początku było The Sun Trio. Jednak nazwę
pod którą są teraz znani, nadano w ostatniej chwili, kiedy album
był już na wylocie z wytwórni. Doszedł także czwarty muzyk do
ekipy, Bruce Bye grajacy na basie. Dołączył on do Douglasa A.
Snidera (aka Douglas Fir), Tima Doyla i Richie Moore’a.
Podpisanie
umowy z filią MGM było całkowicie przypadkowe i nastąpiło w
trakcie rozmowy w windzie Sunset Vine Trowers.
Oddajmy głos
Douglasowi A. Sniderowi:”To była niesamowita era, taka której już
więcej nie zobaczymy. My mieliśmy marzenie, wyciąć album i trafić
na swój czas… byliśmy cholernie blisko. Mieliśmy szczęście, ze
dwóch facetów, inżynierów dźwięku, Mike Carter i Russ Gorsline
też bardzo zaangażowało się w ten pomysł. Po dwóch długich
latach pracy ostatecznie zdecydowaliśmy, że mamy dość materiału
aby pokazać go wytwórniom. Tak…. Wielka wpadka…. Wiele godzin
spędziłem łażąc od drzwi do drzwi i coraz gorzej radziłem sobie
z odrzucaniem tego materiału. Aż przypadkiem spotkałem mężczyznę
w windzie w Sunset Vine Towers. Okazał się on jednym z tzw.
łapaczy. Po kilku piwach zabrał mnie na trzecie piętro i
przedstawił kadrze kierowniczej z MGM/QUAD Records. Wysłuchali
taśmy i … Magia, umowa została zawarta natychmiast. MGM wydało
singiel zatytułowany „Smokey Joe’s”, który zyskał dużą
popularność ale hitem nie został. Na Boga, sprzedaliśmy album,
pomimo, że nie mieliśmy hitu. Dzięki za wysłuchanie”.
Jedyny
album Douglas Fir został wydany w 1970 roku pod tytułem „Hard
Heartsingin'”. Pozornie jest to hard rockowa rzecz z domieszką
bluesowych akcentów gdzieniegdzie zabarwionych psychodeliczną nuta.
Można rzecz, że takich płyt powstawało w tamtym czasie mnóstwo.
Więc w czym rzecz?
Otóż
umiejętnie zaaranżowane instrumenty dęte pojawiające się w
poszczególnych fragmentach strącają ścieżki w zupełnie innym
kierunku. Posłuchaj początku płyty i tytułowego nagrania. Mocny
głos perkusisty Douga Snidera, płonąca gitara, w tle smyczki a do
tego barokowe organy i rytmiczne ściany tworzą oryginalny zestaw
dźwięków. Jedyny cover znajdujący się na płycie to pełna uroku
ballada „Jersey Thursday”, Donovana. To czysta melancholijna
psychodelia zgrabnie ułożona przez piękny układ instrumentów
dętych. Wspaniały „I Didn’t Try” oddycha bluesowymi
akcentami, które przywodzą na myśl dokonania innej amerykańskiej
grupy Vanilla Fudge. Hammondy tworzą wspaniałą atmosferę a
delikatne piętno basu uwodzi nas w nieznane strony. Kurczę to
naprawdę wspaniały numer! Podobnie jak kolejny „Early In The
Morning Rain” płynący w jazzowo bluesowych klimatach kreśli
formy, które docierają do nas powodując miłe uczucia.
Ostrzejsza
„New Orleans Queen” i „Moratorium Waltz” optymistycznie suną
z niezbędną siłą z wyróżniającym się wokalem Snidera i
dęciakami ukrytymi w cieniu.
„Smokey
Joe’s” singiel, który miał wiele promocji w podziemnych
radiach, doczepia soulowe klimaty, świetnie prowadząc rytmiczną
jazdę.
Kolejny
utwór różni się od reszty. Ze swoimi aranżacjami instrumentów
dętych „Comin’ Back Home” bliższy jest dokonaniom solowym
Scotta Walkera. Ale to bardzo psychodeliczna ścieżka, która ma
smutny i dziwny urok. „21 Years” kończący album jest powrotem
do ostrej psychodelicznej fazy, w pełni wykorzystującej Hammondy i
gitary.
Muzyka
Douglas Fir kipi energią zamieniając miękkie psychodeliczne
terytorium w masywniejsze dźwięki, tworząc przy tym wyjątkowe
soulowe emocje i napędzając utwory mistycznym klimatem.
No
cóż, mamy tu kolejny zespół z kolejną świetną płytą, któremu
nie udało się. Ale tak naprawdę ta muzyka zasługuje na lepszy
wstrząs w branży muzycznej.
Będącym
jednym z pierwszych „power trio” zespół Cream połączył
genialny potencjał trzech najwybitniejszych muzyków lat
sześćdziesiątych, tworząc coś wspaniałego i nowatorskiego. Eric
Clapton znany z występów w The Yardbirds oraz u boku Johna Mayalla,
zaproponował grupie legendarne, jedwabiste bluesowo-rockowe linie
gitary. Obsługujący odpowiednio bas i perkusję, Jack Bruce i
Ginger Baker byli jedną z najgorętszych sekcji rytmicznych w
branży. Wyjątkowe połączenie bluesowych wycieczek Claptona i
jazzowych wpływów Bruce’a i Bakera stworzyło nowy rodzaj
psychodeliczno rockowych sensacji. Świat muzyczny już nigdy nie był
taki sam. I to właśnie jest zasługą tych trzech panów.
„Disraeli
Gears”, to drugi album tego wspaniałego trio, jest też
prawdopodobnie najlepszym przykładem tego wszystkiego, co uczyniło
zespół tak wspaniałym. Wszelkie słabości, które zostały
ujawnione w swoim debiucie „Fresh Cream”, tutaj zostały
naprawione, tworząc pakiet wypolerowanych kanałów snujących się
z minuty na minutę.
Być
może jedną z największych wad Cream była ich nieudolność
pisania piosenek. Instrumentacja i wyczucie chwili były zawsze
doskonałej jakości, jednak trzeba przyznać, że jako autorzy
piosenek wiele pozostawiali do życzenia.
Na
szczęście na „Disraeli Gears” zespół otrzymał pomoc autora
tekstów Pete’a Browna. To dzięki niemu oraz opartej na świetnej
pracy producenta Felixa Pappalardiego, Cream zdołał przedstawić
to, co jest najlepszym materiałem w ich karierze.
Słuchając
tych nagrań możemy zauważyć jak daleko zespół przeniósł się
od tradycyjnego dwunastobarowego bluesa na terytorium rocka
psychodelicznego.
Tutaj
psychodeliczne wibracje wprawdzie zmieszane są z bluesowymi
odcinkami ale pachnie to oryginalnością a do tego zaskakująco
prowadzi do łatwego odbioru. Oczywiście można argumentować, że
charakterystyczny ślad który tutaj zostawili jest zauważalny na
innych płytach zespołu ale mówimy tutaj o jednym z najbardziej
oryginalnych zespołów lat sześćdziesiątych, który nie bal się
eksperymentować z muzyką i technologią muzyczną tamtych czasów,
zachowując jednocześnie urok brytyjskiej sceny muzycznej.
Legendarny
„Sunshine Of Your Love” posiada cudowny riff, podobnie jak i
brzmienie. Tak naprawdę nie tylko praca na gitarze i linia basu
sprawiają, ze utwór jest wyjątkowy. Tutaj dochodzi perkusja
Bakera, która oszczędza utwór i uwypukla zniekształcone solo
Claptona. Legendarne solo. No ale skoro jest się Claptonem („Bogiem
gitary”) to dlaczego nie pokazać tego.
„Strange
Brew” to otwierający płytę kawałek będący niesamowitym
psychodelicznym bluesem. A sięgając głębiej mamy tajemnicze
„Dance the Night Away”, w którym harmonie wokalne suną w głąb
skrytej jaskini oświetlonej jasnym promieniem gitarowych dźwięków.
„World of Pain” i „We’re Going Wrong” prawie tracą
wszelkie ślady rytmu dzięki eterycznym melodiom, które przenoszą
słuchacza wprost w niebo pełne chmur. „Blue Condition” pozwala
Bakerowi wypełnić nieco głupkowatą rolę perkusisty, którą w
tamtych czasach grali także inni Brytyjczycy, Ringo Starr i Keith
Moon. No i nie sposób przejść obojętnie obok wspaniałego „Tales
of Brave Ulysses”, otwierającego drugą stronę albumu z wielkim
hukiem. To najbardziej tajemniczy utwór, który zdaje się przenosić
słuchacza w czasie, opowiadając mu opętaną historię. Pełen
pasji wokal Bruce’a wzmocniony zostaje przez wah-wah Claptona.
Uwielbiam to. „SWLABR” to kolejna solidna piosenka, ze słodkim
gitarowym solem i rockową linią basu. „Take It Back” oraz
„Outside Woman Blues” to tradycyjne bluesowe kawałki, wspaniałe,
wspierające album leniwą i zrelaksowaną atmosferą.
Natomiast
„Mother’s Lament” pokazuje, że zespół okrzykniętym przez
dziennikarzy supergrupą wszech czasów nie traktuje tego zbyt
poważnie.
Jeśli
chcesz wybrać się na wycieczkę po cudownym szlaku, który brzmi i
smakuje jak ten dziwny napar z lat sześćdziesiątych, wskakuj dalej
i słuchaj tego albumu.
Ale
uważaj, bo „Disraeli Gears” jest niebezpieczne, ponieważ jest
tak formalnie doskonały, bez żadnych słabych ścieżek, ze wydaje
się to takie proste. I jak leci ta muzyka to nie zatrzymasz jej,
porwie cię i uniesie, trzymając ponad gwiazdami aby dzień nie
dotarł i nie zabrał tych dźwięków ku przestrzeni.
1. Turquoise Tandem Cycle (Clark, Dobson) - 3:43 2. Teagarden Lane (Clark Dobson) - 4:07 3. Patricia's Dream (Sandson, Fryer) - 2:43 4. A Place In The Sun (Clark, Dobson) - 3:24 5. My House Is Burning (Clark, Dobson) - 3:23 6. King Of The Castle (Clark, Dobson) - 2:58 7. The Collected Works Of Justin Crest (Clark, Dobson) - 3:38 8. Black Mass (Clark, Dobson) - 4:46 9. Charge Of The Light Brigade (Clark, Dobson) - 3:03 10.(Here We Go Round) - The Lemon Tree (Wood) - 3:04 11.You Really Got A Hold On Me (Robinson) - 4:04 12.Two By The Sea (Clark, Dobson) - 2:57 13.Juliano The Bull (Clark, Dobson) - 2:28 14.Education (Clark, Dobson) - 2:38 15.Waterloo Road (Deighan, Wish) - 3:12 16.Good Life (Clark, Dobson) - 2:47
*Terry Clark - Lead vocals *John Selley - Bass Guitar *Roger Siggery - Drums *Terry Dobson - Organ *Derek Smallcombe - Guitar *Ron Fowler - Bass
Ta niesamowita kolekcja
wszystkich materiałów studyjnych brytyjskiej grupy Jason Crest jest
koniecznością w mojej kolekcji. To jest ten rodzaj brytyjskiej
psychodelii, który mogę słuchać godzinami a nawet latami.
No
dobrze losy grupy były niestety podobne do wielu innych zjawisk
pojawiających się w latach sześćdziesiątych. Ile wartościowych
kamieni zaginęło z tamtych lat? Ile decyzji niewłaściwie
podjętych przez najczęściej pracowników wytwórni płytowych
miało miejsce?
Założony
przez Terry’ego Clarka i Terry’ego Dobsona w Tonbridge w
harbstwie Keny, zespół początkowo znany był jako The
Spurlyweeves,
a nieco później jako The Good Thing Brigade.
W
listopadzie 1967 roku zostali zauważeni przez byłego basistę
formacji Four Pennies, który pracował wówczas dla wytwórni A&M
i to on załatwił im kontrakt na nagrania. Wtedy już jako Jason
Crest rozpoczęli prace nad materiałem. Niestety los sprawił, że
pojawiające się single i Epki przepadały, marketing wytwórni był
niedbały i niezrozumiały co w końcu doprowadziło do rozpadu
niewątpliwie utalentowanego, wzorowo psychodelicznego zespołu,
który potrafił pisać i aranżować utwory wydając złote owoce,
które miały zostać zapomniane na zawsze.
Ale w maju 1998 roku
ukazał się zbiór tych wszystkich perełek na kompilacyjnym wydaniu
zatytułowanym „The Collected Works of Jason Crest”. I to jest
pozycja obowiązkowa dla fanów psychodelii.
Płyta
zawiera cztery z pięciu singli oraz inne wyniki z ich krótkiej
historii. Większość utworów pozostaje w psychodelicznych
parametrach, mających solidne harmonie wzbogacone o orkiestracyjne
niuanse.
„Turquoise
Tandem Cycle” będącym bardzo melancholijnym wstępem, opiera swój
urok na niesamowicie klimatycznych brzmieniach organ. I ta nuta,
która prowadzi cały zarys numeru powoli wnika w każda naszą
komórkę i spokojnie w niej osiada. Ta linia harmoniczna zbliżona
jest w klimacie do „A Whiter Shade Of Pale”, grupy Procol Harum i
oto jaka niekonsekwencja dziejów. Posłuchajcie sobie tych utworów
i sami sobie postarajcie się odpowiedzieć, czemu „Turquosie
Tandem Cycle” nie został numerem jeden.
Ja
nie wiem.
I
tak jest z wieloma numerami zespołu Jason Crest. Oto „Teagarden
Lane”. Znowu dominują organy ale już słychać piękne
frazowanie, ładnie wyeksponowany wokal i dźwięki będące
psychodeliczną ucztą.
A „Patricia’s Dream” trochę utrzymana
w klimacie Beatlesowskich dokonań błogo rozlewa się po rowkach
płyty natomiast „A Place in the Sun” przygnębia nas swoją
samotnością. Te pasaże widoczne w każdym z utworów doprowadzają,
ze Jason Crest trzeba postawić na równi z takimi kapelami jak
Kaleidoscope czy Nirvana.
Atrakcyjną linią melodyczną w „My
House is Burning” muzycy otwierają kolejne stopnia podium,
wprowadzając lekkie elementy wodewilowe coraz głębiej zapuszczają
się w brytyjską tradycję. Melancholijne klejnoty nie pogrążają
nas w patosie, pozwalają maszerować przed siebie z podniesioną
głową. Trzeba zatrzymać się na nagraniu „Black Mass” będącym
innym rodzajem psychodelicznej otwartości. Zaaranżowany w trakcie
utworu śmiech schizofrenika budzi niepokój i nawet spokojny wokal
nie zatrzymuje tego ciężkiego oddechu. Do tego gdy dochodzą
muzyczne nakładki strach owija nasz umysł i nic nie możesz już
zrobić. Koszmary wypełniają każdą przestrzeń otaczającego
świata. Nic nie możesz już zrobić.
Ale
wraz następnym numerem „Charge of the Light Brigade” zaczynamy
lekko inną podróż niż wcześniejsze nagrania. Tutaj już odzywa
się sfuzzowana gitara chociaż organy nadal dominują. Mamy kolejne
kamienie nawleczone na psychodeliczny naszyjnik epoki.
Grupa pokusiła
się na zrobienie dwóch coverów w trakcie swojej działalności.
„You Really Got a Hold on Me”, Smokey Robinsona oraz „(Here We
Go Round) the Lemon Trees”, Roya Wooda. Oba intrygujące, będące
wspaniałym uzupełnieniem i pokazaniem wrażliwości muzyków.
Humor
chłopaków Jason Crest widoczny został w numerze „Waterloo Road”
zaśpiewanym w luźnej pubowej atmosferze, podejrzanie brzmiącej
przy piwie. To też nie był przebój, to też zostało zapomniane.
Ale nie. Otóż francuski piosenkarz Joe Dassin przepisał ten tytuł
z Londynu do Paryża i jako „Les Champs-Elysees” stworzył
klasykę, która stała się numerem jeden we Francji w 1969 roku.
Oczywiście zespół nie miał o tym pojęcia.
No
cóż. Kontrakt wygasł i drogi muzyków rozeszły się. Terry Clark
zaczął występować z grupą Orang-Utan, basista Seeley pracował z
Les Humhries Singers a gitarzysta Smallcombe grał w Samuel Prody.
Pozostało
szesnaście nagrań, grupy Jason Crest, która gdyby wiatry
odpowiednio powiały mocno podpierałaby fundament brytyjskiej
psychodelicznej sceny.
1. Desperation (Kay) - 6:27 2. Stick Shift (Frampton) - 2:25 3. Buttermilk Boy (Marriott) - 4:21 4. Growing Closer (McLagan) - 3:12 5. As Safe as Yesterday Is (Frampton, Marriott) - 6:07 6. Bang! (Marriott) - 3:25 7. Alabama 69 (Marriott) - 6:57 8. I'll Go Alone (Frampton) - 3:55 9. A Nifty Little Number Like You (Marriott) - 6:13 10. What You Will (Marriott) - 4:22 * Steve Marriott - Vocals, Guitar , Acoustic Guitar, Harmonica, Organ, Tablas, Piano * Peter Frampton - Vocals, Guitar, Slide Guitar, Organ, Tablas, Piano * Greg Ridley - Bass, Vocals, Percussion * Jerry Shirley - Drums, Percussion, Tablas, Harpsichord, Piano, * Lyn Dobson - Flute, Sitar
Tworzenie zespołu Humble Pie
to jak tworzenie drużyny piłkarskiej w świecie fantasy. Steve
Marriott z Small Faces, Peter Frampton z The Herd i aby zrównoważyć
atak wokalny tych dwóch liderów, zabójczy basista z Spooky Tooth,
Greg Ridley. Do tego siedemnastoletni perkusista Jerry Shirley. To
początek składu muzycznego, który miałby udane sezony w Lidze
Rock and Rolla.
Humble
Pie od początku urodzenia zostali określeni jako supergrupa i
pomimo niestabilnej osobowości Marriotta i trudności, których
doświadczali, myślę, że godnie sprostali temu stwierdzeniu. Na
pewno lepiej skończyli niż na przykład Blind Faith, chociaż ich
dobry start rozpoczął w Wielkiej Brytanii, początkowo byli
ignorowani w Stanach Zjednoczonych. Dopiero koncertami w Fillmore i
płytą „Smokin’” zaskarbili sobie przychylność fanów po
drugiej stronie Atlantyku. Ale już ich pierwsza pozycja, wydana w
sierpniu 1969 roku a zatytułowana „As Safe As Yesterday Is”
pokazuje równowagę, wyobraźnię i rzemiosło tych czterech
chłopaków.
Dużą
frajdę sprawia rozpoznawanie w trakcie odsłuchów trzech wokali,
gdy Ridley ma rasowy hard rockowy wokal, Frampton dociąga
amerykańską werwą tak Marriotta modulowanie i akcenty soulowe są
po prostu mistrzowskie. To wszystko muzycznie na późne lata 60-te
mocno dogrywa z psychodelicznymi podtekstami i ciężkim brzmieniem i
wprowadza nową jakość w muzyczne trendy. Powstanie Humble Pie
przyniosło wielkie oczekiwania zarówno opinii publicznej jak i
prasy, więc pod osłoną tajemnicy cała czwórka odizolowała się
w hrabstwie Essex i rozpoczęła proces twórczy. Na sesje próbne
chłopcy zabezpieczyli sobie Wiejską Salę w Magdalen Lover a
większość muzyki napisali w Chacie Steve’a Beehive’a w
Moreton.
Był to bardzo produktywny
czas dla nowo powstałego zespołu, ponieważ z tego procesu
twórczego pochodzi materiał na dwa albumy. Debiut został wydany w
sierpniu a już w listopadzie tego samego roku ukazał się drugi
album grupy „Town and Country”. Płyty te zostały wydane przez
wytwórnię Immediate. Jeszcze w trakcie tej sesji powstał materiał
na hitowy singiel „Natural Born Boogie” a grupa zaczęła
występować, aby promować sprzedaż nowo wydanych winyli. Koncerty
były iście maratonami muzycznymi przedstawianymi w dwóch odrębnych
częściach. Pierwszy był akustyczny i łagodny, wielokrotnie
wykonywany przez cztery siedzące na podłodze osoby, podczas gdy
druga połowa była elektryczna, głośniejsza i bardziej pod wpływem
rocka i bluesa.
„As
Safe As Yesterday Is” to połączenie ciężkiego bluesa,
miażdżącego rocka, pastoralnego folku z dodatkiem lekkiej mgiełki
psychodelicznych barw. Czuć, że całość nagrywana była podczas
długich jammowych ofert o czym wspomina Frampton:”Niektóre z
piosenek na tym debiutanckim albumie Humble Pie naprawdę wyrosły z
jammingu na próbach-wszyscy wpadliśmy na pomysły i stali się
współpracownikami. To było jak jazda pośpiesznym. Zaczynaliśmy
rankiem, niemrawo dopóki iskra nie zaskoczyła. A wtedy to już
szło. Czasami trzeba było dać znać, to już koniec jak daleko
zajedziemy?”.
Niewątpliwie
urok tych nagrań odzwierciedla się w elektryzującej mieszance i w
pełnej zmysłowości brzmieniu.
Już
pierwszy numer „Desperation” ukazuje nam eklektyzm w pełni
osadzony w potokach organów i dopasowany gitarowymi dźwiękami. A
misternie skonstruowany, napisany przez kumpla Iana McLagana
(klawiszowca Small Faces) utwór „Growing Closer” miesza wczesne
rytmy rhythm and bluesowe z wyśmienitą grą na flecie Lyn Dobsona.
Wibracyjne dźwięki wzbogacają wizje trippowymi pochodami
gitarowych strun Framptona. Większość piosenek zostało napisanych
przez Marriotta i widać tutaj jego kalejdoskopowe oblicze, które
wyróżnia jego barwną osobowość. Posłuchajcie „Alabama’69”
jak faceci wesoło śpiewają na szczycie brzmiącej akustyki,
klaskania, tamburynu, harmonijki ustnej i prostego basu by pod koniec
wkroczyć w fazę kontemplacyjną zabarwioną wschodnim
instrumentarium. Znowuż „A Nifty Little Number Like You”
pokazuje nam wyjątkową grę czterech muzyków ubarwioną
nieokiełzaną linią basu.
Końcowy
„What You Will” zawiera bardziej melancholijny aspekt, który
kończy płytę spuchniętym hymnem przesiąkniętym organami i
gitarą akustyczną.
Oczywiście
i chociaż wokal Marriotta nieuchronnie się wyróżnia, muzyka żyje
zarówno z kontrastu między zharmonizowanym wokalem a wspólnymi
obowiązkami gitarowymi, między szorstkim Marriottem i bardziej
zdecydowanym Framptonem.
I
taki jest debiut supergrupy Humble Pie, dodam, że dla mnie
supergrupy w najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu.
1. The World Is Cold Without You - 3:45 2. Excerpt From "The Blind And The Beautiful" - 2:38 3. I Talk To My Room - 3:38 4. Christopher Lucifer - 4:06 5. Aline Cherie - 3:03 6. Tres, Tres Bien - 2:54 7. It Happened Two Sundays Ago - 3:08 8. Black Flower - 4:32 9. Love Suite - 6:04 10. Illinois - 3:37 All Music and Lyrics by Patrick Campbell-Lyons, Alex Spyropoulos.
To jest po prostu album w którym przewija się jesienne
uczucie, tęsknota, poczucie końca epoki burzliwych lat sześćdziesiątych. Jest
to płyta pełna piękna i uniesienia. I pomyśleć, że Chris Blackwell odrzucił ją
i jego wytwórnia jej nie wydała. Miała mieć tytuł „Black Flower” ale Blackwell
porównał ten materiał z pewnym lekceważeniem do „A Man And A Woman” Francisa
Lai i radził aby zmienić repertuar na co oczywiście Patrick Campbell Lyons nie
przystał. Pod nowym tytułem „Dedicated To Markos III” płytę wydała wytwórnia
Pye. A stało się to za sprawą bogatego wujka Spyropoulosa, który pomógł
sfinansować album i dzięki temu album ten nazwany został na jego cześć.
Natomiast Cambell Lyons napisał piosenkę „Christopher Lucifer”, która jest
gorzką drwiną z Blackwella.
„Dedicated To Markos III” grupy Nirvana jest kolejną
perełką, która niestety przepadła w otchłani czasu i dołączyła do wielu tym
podobnych płyt.
Patrick Cambell Lyons napisał dziesięć wyśmienitych
piosenek, pełnych dojrzałości i wyrafinowania. Biorąc pod uwagę jakość piosenek
i płynność produkcji, wchodzisz w świat boleśnie pięknej miłości, tęsknoty i
nostalgii, która wchłania nas niczym spadający liść z jesiennego drzewa.
Większość utworów na płycie jest łagodnym popem z
sporadycznie lekkimi przebojami o harmonizującym wokalu i gitarze ale co
najważniejsze i co dodaje niewątpliwie smaku tym nagraniom są solidne aranże
orkiestrowe, które tutaj osiągają poziom niemal mistrzowski. Słychać to już
przy pierwszych dźwiękach „The World is Cold Without You”, „Aline Cherie” czy w
łagodno jazzowym „Love Suite” z warstwami oboju, które wzmacniają klasyczne
aranżacje smyczkowe, lśniące pianino i żeńskie podkłady wokalne.
Ciągle przewija się nostalgiczna aura będąca tak
wymowna, że nie potrzebuje żadnego komentarza. No cóż te orkiestrowe przewroty
znacznie przewyższają standardowe słownictwo Tin Pan Alley, są one w
rzeczywistości budowane wokół piosenek, a nie po prostu nakładane na nie.
Lider Nirvany stara się jednak w niektórych momentach
zburzyć ten nastrój melancholii wtrącając choćby w „Tres, Tres Bien” folkowym
utworze kabaretowe wstawki w style walca z rzadkim ale wspaniałym podkładem
akordeonu, który nastawiony jest na nastrój. Tu gdzieś wchodzimy w klimaty Pearls
Before Swine i zauważamy bez kozery, że jest to piękna muzyka.
Trochę optymizmu też się należy. Zbudowana na
dynamicznym rytmie sekcji rytmicznej jedna z piosenek „It Happened Two Sundays
Ago” to jakby muzyka dyskotekowa lat sześćdziesiątych, chociaż zaskakuje
dodatkiem naprzemiennych zmian i country rockowym strzelaniem strun. Kolejnym
numerem na płycie jest „Black Flower” stylistycznie zbliżony do dwóch
pierwszych albumów Nirvany zaciekawia piękną linia wokalną i aranżem
orkiestrowym tak potwierdzającym tylko moje powyższe myśli. A trzeba jeszcze
zwrócić uwagę tutaj na ostra psychodeliczną solówkę gitarową trzymającą
zwariowany świat w taflach morskiej piany. Płytę kończy „Illinois” mający dość
wyjątkowe wsparcie orkiestrowe. To kolejny klasyk psychodelicznego popu z
pięknymi harmoniami wokalnymi i dźwiękami płynącymi ponad wzgórza i daleko
stąd.
Jeden z moich kumpli spostrzegł, że znaczna część
ubóstwa artystycznego obecnej muzyki pop polega na tym, że współcześni popowi
twórcy nie znają melodii, nie potrafią stworzyć klimatu aby przyciągnąć uwagę
słuchacza. Ile aktualnych dźwięków popu ma wpływ na bluesa, jazz czy muzykę
ludową? Świat stał się niezaprzeczalnie brzydszym, hałaśliwszym, nieszczęśliwym
miejscem, a znajomość cynizmu zastąpiła niewinna nadzieję, która otwierała
nasze zmysły na rzeczy niewidoczne dla współczesnych. „Dedicated To Markos III”
jest dla tych którzy nie tylko mają uszy do słuchania, ale mają też czystość
serca do odbioru i dla których taka twórczość jest balsamem dla duszy.
1. Magical Mystery Tour 2. The Fool on the Hill 3. Flying 4. Blue Jay Way 5. Your Mother Should Know 6. I Am the Walrus 7. Hello, Goodbye 8. Strawberry Fields Forever 9. Penny Lane 10. Baby You're a Rich Man 11. All You Need Is Love John Lennon Paul McCartney George Harrison Ringo Starr
Popatrzcie i posłuchajcie jak w krótkim czasie zmieniała się
muzyka, jakie niesamowite fluidy krążyły w powietrzu i docierały w różne zakamarki
tego świata. Jak to wszystko zaistniało i gdy po tylu latach słuchamy nadal
gdzieś te wijące się po nieboskłonie mózgowym nuty docierają i mają się całkiem
dobrze. Banalne piosenki, którymi grupa The Beatles mogła pochwalić się na
początku kariery oczywiście zachwycały: prostotą, muzykalnością i młodzieńczym
wykonaniem. „Love Me Do”, „Please, Please Me” nucimy nadal nie zastanawiając
się, że przecież minęło od ich powstania grubo ponad pół wieku. W krótkim
czasie ledwie czterech lat powstawały kolejne proste, banalne piosenki ale
technika nagraniowa również miała już coś do powiedzenia. „Hello Goodbye”
umieszczona na albumie „Magical Mystery Tour” również zawiera wszystko co
sprawiło, że The Beatles jest tak wspaniałym zespołem. Ogromnie melodyjna linia
fortepianu, wraz z zwiewną, synkopowaną perkusją Starra, stanowi wsparcie dla
infantylnego tekstu McCartneya, który wokalnie kojarzy się ze szczęśliwą
narracją. I tu ta prostota dostaje pomocy w postaci inżyniera dźwięku Georga
Martina, który wprowadza różne nakładki, poślizgi a całość zadziwia zakończenie
utworu. Zespół powraca do przewiewnego outro, podczas gdy McCartney wyśpiewuje
nonsensowne dźwięki. Kolejny przebój.
Płyta „Magical Mystery Tour” w katalogu
nagrań The Beatles jest pretendentem do ich najbardziej niedocenianego
albumu.
A powód jest prosty: czas, w którym został
ten album wydany. Wkrótce po ukazaniu się „Sgt. Lonely Hearts Club Band” a tuż
przed wydaniem „The White Album”, płyta ta często gubi się w historii The
Beatles. Ale niesłusznie.
Ot, choćby mamy rok 1967 , słynne „Lato
Miłości” co oznacza, że taki numer jak „All You Need Is Love” staje się
prawdziwym hymnem nie tylko tamtego czasu ale całej ery muzycznej. The Beatles
głoszą przesłanie i tylko możemy żałować, że świat go nie posłuchał.
Utwór tytułowy otwierający zarazem cały
album natychmiast nadaje świetny nastrój, z mosiężnymi instrumentami
zapewniającymi ciągłe podkłady, wraz z pędami hałasu, które miały reprezentować
pełen zakres zabawy. Tekst odzwierciedla to, gdy McCartney śpiewa w refrenie
„Roll up for the mystery tour”. Psychodeliczna piosenka pięknie otwiera
tajemniczą trasę.
Łagodna partia fortepianu, zawierająca
wspaniałe słodkie, śrubujące części, które czają się tuż pod innymi
instrumentami prowadzi do lirycznej kompozycji „Fool On The Hill” a „Flying”
szykuje nam niespodziankę. Otóż oparta na wirujących partiach organów i mellotronów
muzyka tworzy atmosferę bardzo przyjazną choć odrobinę niepokojącą. W klimacie
mocno psychodelicznym jest kompozycja Harrisona „Blue Jay Way”. Nakładające się
wokale tworzą mroczny obraz spotęgowany rzutami perkusji prowadzącymi do
zakazanych obszarów kojarzących się z obłokami zielonego dymu. I proszę,
niedoceniana a nawet czasami określana jako najsłabsza na płycie kolejna
piosenka „Your Mother Should Know” jest dla mnie jedną z najbardziej udanych
kompozycji grupy. Wspaniałe zaproszenie do tańca towarzyskiego stworzone z
myślą o optymistycznym spojrzeniu na otaczająca rzeczywistość. Chwytliwe części
klawiatury, wraz z warstwami wokalnymi, tylko potwierdzają , jak duet
Lennon-McCartney się uzupełniał.
Siedzenie na płatku kukurydzianym,
śpiewające pingwiny i wreszcie jestem morsem pod tymi linijkami tekstu ukrywa
się muzycznie złożony, z różnych efektów psychodelicznych najbardziej barwny
utwór Lennona, „I’m the Walrus”. Wprawdzie rywalizować może z nim kolejny
„Strawberry Fields Forever”, który jest niewiarygodnie zmiksowany i który
ukazuje możliwości studia nagraniowego i siedzącego za stołem mikserskim
producenta. Znacznie mniej skomplikowane „Penny Lane” i „Baby You’re a Rich
Man” są świetnymi piosenkami popowymi, a „Penny Lane” jest wesołym opisem
Liverpoolu otulonym w tęczowej mgiełce po gwałtownej burzy. Instrumenty brzmią
doskonale, a w szczególności trąbka stanowiąca interludium podczas piosenki, co
daje nam kolejny przykład mistrzostwa The Beatles w muzyce pop. „Baby You’re a
Rich Man” z kolei ma dziwnie tasujący rytm perkusji a stosunkowo intonowany
wokal podczas refrenu nadaje mu nieco jazzowego charakteru.
„Magical Mystery Tour” bez wątpienia
przemyślany był jako album psychodeliczny, przecież The Beatles już wtedy byli
ikoną pop kultury a cały świat zaczął obracać się wokół barwnych, kolorowych
przecieków w których nie mogło ich zabraknąć.
I wiecie co jest dziwne. Znam te piosenki
już czterdzieści lat i nadal jak wydobywają się z moich głośników nucę je,
wsłuchuje się w nie i dziwię się, że ciągle mi się podobają.