środa, 29 maja 2019

QUICKSILVER MESSENGER SERVICE - Shady Grove /1969/


1. Shady Grove (P. O. Wands) - 3:00
2. Flute Song (Denise Jewkes) - 5:23
3. Three or Four Feet from Home (John Cipollina) - 3:05
4. Too Far (David Freiberg) - 4:30
5. Holy Moly (Nick Gravenites) - 4:25
6. Joseph's Coat (John Cipollina, Nick Gravenites) - 4:49
7. Flashing Lonesome (David Freiberg, Nick Gravenites) - 5:28
8. Words Can't Say (David Freiberg, Denise Jewkes) - 3:22
9. Edward, the Mad Shirt Grinder (Nicky Hopkins) - 9:22


*John Cipollina - Guitar, Vocals
*Nicky Hopkins - Organ, Piano, Celeste, Cello, Harpsichord, Keyboards
*Greg Elmore - Drums, Percussion
*David Freiberg - Viola, Bass, Guitar, Vocals



Przede wszystkim pozwólcie, że powiem wam, że jest taki jeden instrumentalny utwór, dziewięciominutowy jam, który kończy trzeci album grupy Quicksilver Messenger Service i że jest to prawdopodobnie najlepsza instrumentalna melodia jaka kiedykolwiek powstała w całym kalifornijskim rockowym duchu końca lat sześćdziesiątych. „Edward (The Mad Shirt Grinder)” to po prostu utalentowana, emocjonalna, nieskazitelna technicznie, olśniewająca ścieżka nie mająca swojego odpowiednika na studyjnych zapisach tamtych lat. Można określić ten twór zasadniczo słowem „jazz”, ale jest to rodzaj jazzu, który preferuje prawdziwą intensywność i melodyjność od pretensjonalnego bezsensownego makaronu, z pięknymi, ale potężnymi klawiszami i wrażliwymi, nastrojowymi gitarami w każdej sekundzie utworu. W rzeczywistości trzecia płyta herosów sceny kalifornijskiej różni się znacznie od dwóch poprzedzających ją dzieł.


Na „Shady Grove” mamy w składzie zespołu jedną zmianę, ale jakże istotną i jak się okazało brzemienną w skutki. Nie ma już tych słynnych podwójnych pojedynków gitarowych ponieważ nie ma już w składzie Gary Duncana. Jest za to przybyły prosto z Wysp Brytyjskich, prosto ze studiów nagraniowych w których akurat pomagał The Rolling Stones czy The Who, pianista Nicky Hopkins. I ta postać rzutuje w pełni na materiale zawartym na tym krążku. W tle tego instrumentalnego, dziewiczego jamu wzajemne oddziaływanie pomiędzy fortepianem Hopkinsa, gitarami Cippoliny i nadanych w tle organów potęguje oszałamiające dźwięki pełne przepływy krwi. Te wszystkie niewiarygodne riffy fortepianowe mogły być nagrane tylko przez Anglika, bo jest to bardzo brytyjski odłamek psychodelicznej podróży.

Shady Grove” idzie w bardzo nieprzewidywalnym kierunku i wychodzi to zespołowi na dobre. Bo co można było zrobić po genialnym gitarowym „Happy Trails”? Nawiązać współpracę i polegać na nienagannych umiejętnościach klawiaturowych Nicky Hopkinsa.
I nie da się ukryć, że to właśnie Hopkins odgrywa kluczową rolę w pozostałych ośmiu utworach znajdujących się na tym albumie. I w rzeczywistości „Shady Grove” jest przyjemną i ujmującą płytą, począwszy od okładki. No bo czyż ona nie jest po prostu piękna? Ta aksamitna zieleń jak ryk leniwy górskiego wiatru otula nas swym odcieniem. A powóz z koniem na tylej stronie okładki, nie zapomnij o tym. Piękna zieleń. Te dziewięć piosenek jest… no cóż, piosenki też są trochę zielone. Wystarczy posłuchać „Flute Song”.
Tytułowy utwór to atrakcja innego rodzaju. Majestatyczny pseudoklasyczny wstęp Hopkinsa trwa ledwie chwilę bo po nim następuje dziwnie zaaranżowany beat w którym wokalista brzmi jak odrodzony Eric Burdon. A gitara Cippoliny kąśliwie uderza wspaniałymi wirami. 
Rhythm and bluesowe, rasowe granie można usłyszeć w „Three or Four Feet from Home” oraz „Too Far”. Błotniste uderzenia gitary poprzecinane psychodelicznymi riffami fortepianu doprowadzają do otwartych przestrzeni. To jak droga ku wolności. Otwiera się przed nami pełen niepokoju świat. 
No i... hmmm, zaraz gdzie ja jestem. To muzyka z Zachodniego Wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Przecież widzę spacemana ubranego na Piccadilly Street jak swobodnie maszeruje po Londynie. Swingujący Londyn? W Kalifornii?
Tak! „Holy Moly”. Wirujący hymn rhythm and bluesa pełen celeste, klawesynu i Bóg wie czego jeszcze. Hopkins naprawdę rozkoszuje się swoim instrumentalizmem i wirtuozerią. A potem piosenka przyspiesza powodując kolorowy zawrót głowy. Niektóre chemiczne substancje potrafią przenieść nas do gabinetu krzywych luster. Numer kończy się wspaniałą kaskadą dźwięków dorównującą najlepszej tradycji brytyjskich zespołów blues rockowych.
Senny, melancholijny i pełen nostalgii utwór „Flashing Lonesome” to fortepian i wokal pełen pogłosów i to nawiązanie do okładki. Powóz z koniem i może frywolną damą?
Mam w swoich zbiorach mnóstwo płyt z muzyką z San Francisco tamtych lat i tu muszę przyznać, że ten mariaż brytyjsko-amerykański osiągnął rzecz niespotykaną. Powstała płyta bardzo pomysłowa, godna polecenia i wielkiej urody ale też pewnie by jej nie było gdyby nie Nicky Hopkins.


niedziela, 19 maja 2019

FOTHERINGAY - Fotheringay /1970/



01 - Nothing More
02 - The Sea
03 - The Ballad Of Ned Kelly
04 - Winter Winds
05 - Peace In The End
06 - The Way I Feel
07 - The Pond And The Stream
08 - Too Much Of Nothing
09 - Banks Of The Nile
10 - Two Last Weeks In Summer
11 - Gypsy Davey


Sandy Denny - guitar, piano, vocals
Trevor Lucas - guitar, vocals
Jerry Donahue - guitar, vocals
Pat Donaldson - bass, vocals
Gerry Conway - drums
Linda Thompson - vocals
Todd Lloyd - vocals



Fotheringay-zamek w Anglii z którym związana jest historia Marii I Stuart, księżnej Szkocji. Właśnie tu została ona osadzona i ścięta w 1587 roku.
2. Utwór muzyczny skomponowany przez Sandy Denny a zamieszczony na płycie „What We Did on Our Holidays” zespołu Fairport Convention.
3. Krótko działająca grupa brytyjska grająca muzykę folk rockową, którą w 1970 roku założyła Sandy Denny wraz ze swoim mężem Trevorem Lucasem.

Jedyna płyta (przez długi czas tak uważano) zespołu została nagrana i wydana w 1970 roku i jest to bez wątpienia zaginiony klejnot brytyjskiej muzyki folk rockowej.


Oczywiście Sandy Denny użyczając swojego głosu na trzech najbardziej reprezentatywnych dla brytyjskiej sceny folk rockowej płytach grupy Fairport Convention, w Fotheringay zachowała ten klimat starodawnych czasów gdy ziemie Brytanii opatulone były atmosferą pełną mistycyzmu, sławnych rycerzy i przygód opowiadanych przy kominku w wielkich salach potężnych zamków. I właśnie dzięki tej muzyce wnikamy do tych sal, uczestniczymy w ucztach i słuchamy opowieści o miłości, zdradzie i bohaterstwie.

Wokal Denny jest nieskazitelny i płynie słodko. To jest wielki atut tej płyty. A zaczyna się ona od „Nothing More”, który natychmiast ustawia nastrój albumu. To bardzo piękna ballada zawierająca jeden z najlepszych wokali Denny, który zdecydowanie brzmi jak kobieta, która wie wszystko o bólu i oferuje swoim bliźnim najlepszą możliwą radę, zwróć się ku przeszłości. Pięknie towarzyszy jej cały zespół a duże wrażenie zostawia po sobie gitarowe solo Jerry’ego Donahue w środkowej części utworu. Słuchając tej płyty odnoszę wrażenie, że muzycy od początku wiedzieli co chcą zrobić. Dla świeżo utworzonego zespołu nagrania brzmią tak, jakby były całkowicie wygodne i poukładane według starej recepty. Chociaż istnieje pewne podobieństwo z Fairport Convention to wpływy muzyki folkowej są tu nieco mniejsze. 
 
No proszę, absolutnie oszałamiająca piosenka „The Sea” ponownie bazuje na emocjonalnym stylu Denny w którym wyczuwamy delikatne lenistwo przyprawiające o gęsią skórkę. No ale mamy tu tez drugi objawienie. Otóż głos Trevora Lucasa wypełniający parę utworów na płycie również obiera znany już nam klimat. Fantastyczny „The Ballad of Ned Kelly” ma refrenowy, miło wpadający w ucho długi śpiew zapewniając wokaliście znakomity występ. Sympatyczny podkład akustyczny w „Winter Winds” zostaje wchłonięty przez delikatność kobiecego głosu pozwalającą uchwycić melodyjną wyobraźnię. W „The Way I Feel” znowu głównym wokalistą jest Lucas i ponownie jest to strzał w dziesiątkę. Zawsze uwielbiałem wokal Lucasa na tym albumie a cover Dylana „Too much of Nothing” tylko mnie w tym utwierdził. Fantastyczna wersja utworu, który wtedy jeszcze oficjalnie nie istniał. Dylan nagrał ten numer w 1967 roku ale ukazał się on dopiero na „The Basement Tapes” w 1975 roku. Po raz kolejny zwróć uwagę na te solowe dźwięki gitary Donahue. Zacne towarzystwo melancholijnych strumieni opowiada liryczną historię tęsknoty za otwartymi przestrzeniami. Doskonałym zakończeniem albumu jest piękny, tradycyjny „Banks Of The Nile”. Jeszcze raz liryczny głos Denny opanował mój zmysł słuchu i sprawił kolejną podróż w nieznane.
Fotheringay” jest bardzo melodyjną płytą, która w dużej mierze stanowi wizytówkę wokalnych talentów Sandy Denny a także wprowadza kolejne dzieło na piedestał piękna.



piątek, 10 maja 2019

THE SMALL FACES - The Small Faces /1967/


1. Tell Have You Ever Seen Me. 
2. Something I Want To Tell You 
3. Feelin Lonely 
4. Happy Boys Happy 
5. Things Are Going Get Better 
6. My Way Of Giving 
7. Green Circles 
8. Become Like You 
9. Get Yourself Together 
10. All Our Yesterdays 
11. Talk To You 
12. Show Me The Way 
13. Up The Wooden Hills To Bedfordshire 
14. Eddie´s Dreaming 


*Steve Marriott - Vocals, Guitar
*Ronnie Lane - Backing Vocals, Bass Guitar
*Kenney Jones - Drums
*Ian McLagan - Keyboards



Odkąd w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia pierwszy raz usłyszałem wokal Steve’a Marriotta pomyślałem, wow! no to jest niesamowite. Jaka nieobliczalna masa energii wyzwala się z jego gardła i luźno wydobywa się poprzez kolumny docierając do moich uszu niczym gejzer w stanie euforii. Do tego doszło wtedy jeszcze hard rockowe brzmienie grupy Marriotta, Humble Pie. Ale potem gdzieś w radiu usłyszałem inny zespół z tym samym wokalem. I do tego wykop muzyczny też był niczego sobie. „Shake”, „What’cha Gonna Do About It” czy „Sha-La-La-La-Lee” potargało moją korę absolutnie i dzięki temu wypłynęła na powierzchnię nowa nazwa, The Small Faces.

Podobnie jak większość kapel epoki, na swoim debiutanckim albumie zawarli materiał będący mieszanką oryginalnych kompozycji i sporej ilości coverów, które nadawały szorstki charakter ich występom na żywo. Jednak przy tak niesamowitej konkurencji zespołów działających wtedy potrzebna była oryginalność. I to zarówno w kompozycjach jak i umiejętnościach muzycznych. Niewątpliwie The Small Faces miało potężny atut. To Steve Marriott i jego głos. No cóż, duch epoki wymagał psychodelicznego popu i niezwykłe jest, że grupie udało się wymyślić nie mniej niż czternaście ostrych i żwawych utworów, które z pewnością zadowoliły fanów albumu po obu stronach Atlantyku. A o jaki album chodzi? Trzeci w dyskografii The Small Faces. Oczywiście nie można odebrać pozostałym muzykom ich finezji i młodzieńczej awantury, bo czyste i mocno zagłuszające granie Kenney Jonesa na perkusji, pełne ekspresyjnych dźwięków organy Iana McLagana i basowe dudnienia Ronnie Lane’a w pełni uzupełnione gitarą Marriotta tworzą porządne numery, które pozostają kwintesencją stylu mods połączonym z nowym wyrafinowanym popem. A ten pop jest och, ostry, to nie Gene Pitney, to rockery z prawdziwej skały. „(Tell Me) Have You Ever Seen Me” mocny otwieracz z lirycznym zamętem, zwłaszcza gdy refren „hejr, hejr-hejr, hejr, hejr, hejr” rozrzucony po całym numerze walczy z wokalem Steve’a. A potem w „Something I Want to Tell You” po raz pierwszy dają znać o sobie organy McLagana czyniąc z niego bohatera tego numeru. Podane umiejętnie brzmienie organów poprawia nastrój utworu tworząc subtelnie poruszający klimat. Uwielbiam to brzmienie! I do tego świetnie dopasowany wokal tym razem Lane’a. No nic tylko słuchać dalej. Bo oto kolejny klejnot pojawia się na horyzoncie, to „My Way of Giving”. Psychodeliczny posmak melodii porusza delikatne zwrotki i prowadzi całość ku optymistycznej sfery. Krótki jammujący kawałek „Happy Boys Happy” to instrumentalny powód do chwały McLagana, który wprowadza organowe dźwięki sennych kaprysów. A „Green Circles” to jeden z psychodelicznych szczytów zespołu, wykorzystując Lane’a jako wokalistę, chociaż i Marriott jest dobrze słyszany w tle. Nie zabrakło elementów spokojniejszych na płycie. Drugą stronę rozpoczyna właśnie ballada Marriotta „Become Like You”. Podążając za „Get Yourself Together” The Small Faces pokazują po raz kolejny, że są świetnym zespołem rhythm and bluesowym i mają jednego z najbardziej uduchowionych białych piosenkarzy w historii. Ale poczekaj! Bo oto „All Our Yesterdays” czyli czysta brytyjska dusza z Lane’em na wokalu prowadzonym przez delikatny wiatrowy układ. Zresztą Lane jeszcze zachwyca w „Show Me the Way”, śpiewając z cudownie melancholijnym wyczuciem. Zwróć uwagę na akompaniament McLagana grany na klawikordzie. To obejmuje tak wiele muzycznej ziemi, że możesz usiąść i podziwiać. Muszę wspomnieć jeszcze choćby o „Up the Wooden Hills to Bedfordshire” utworze skomponowanym przez McLagana, w którym jest on też głównym wokalistą. Fajnie pomieszana perkusja Jonesa genialnie łaskocze optymistyczny nastrój, zdolny do uśmiechu. 
Pod wieloma względami szkoda, że „Ogden’s Nut Gone Flake” czyli kolejna płyta The Small Faces była hitem, ponieważ od tamtej pory pozostawił ten genialny trzeci album w cieniu. Ale poznając tą płytę mogę stwierdzić bez cienia wątpliwości, że to ukryty klejnot brytyjskiej inwazji.


niedziela, 28 kwietnia 2019

BOB DYLAN - STREET LEGAL /1978/



  1. Changing of the Guards
  2. New Pony
  3. No Time to Think
  4. Baby, Stop Crying
  5. Is Your Love in Vain?
  6. Señor (Tales of Yankee Power)
  7. True Love Tends to Forget
  8. We Better Talk this Over
  9. Where Are You Tonight? (Journey Throught Dark Heat)
Bob Dylan – lead vocals, rhythm electric guitar
Ian Wallace – drums
Jerry Scheff – bass guitar
Billy Cross – lead electric guitar
Alan Pasqua – keyboards
Bobbye Hall – percussion
Steve Douglas – tenor and soprano saxophone
Steven Soles – rhythm guitar and background vocals
David Mansfield – violin and mandolin
Carolyn Dennis – background vocals
Jo Ann Harris – background vocals
Helena Springs – background vocals
Steve Madaio – trumpet on "Is Your Love in Vain?"

Po ponad dwóch latach od wydania „Desire”, w czerwcu 1978 roku ukazał się nowy longplay Boba Dylana zatytułowany „Street Legal”. Jednak zanim się ukazał pojawił się problem w trakcie jego nagrywania. Po prostu rezultat nagrań utworów nie by zadowalający. Dylan zawsze nagrywał „z marszu” i zazwyczaj wyniki były zupełnie dobre a często wręcz znakomite. Jednak tym razem korzystał z dużej grupy akompaniującej, która wymagała czegoś więcej niż zwykły szesnastoślad, dotychczas całkowicie wystarczający na jego potrzeby. Skomplikowane techniki nagraniowe stosowane w nowoczesnym studiu całkowicie go zaskoczyły. „Street Legal” stał się pierwszym albumem Dylana, który zmusił go do zmiany podejścia do nagrywania. Sam przyznał, że wyniki nagrań go rozczarowały. Ale poradził sobie i „Street Legal” ujrzał światło dzienne a co więcej spokojnie mogę zaliczyć go do najwspanialszych albumów Mistrza. Z pewnością płyta ta ma spójność dźwięku, jakość napisanych piosenek jest wyborna. Brzmi bardziej jednolicie niż wcześniejsze dokonania. Gęstość brzmienia zapewnia atmosferę osobistych przeżyć autora. Po raz pierwszy Dylan wykorzystał w swojej muzyce saksofon oraz kobiece chórki. W skrócie mamy tutaj rock, dużo bluesa i gospel.


Płyta zaczyna się z wyciszenia, to lepsze wejście, jak gdyby ciągnęła się od nie wiadomo kiedy. „Changing of the Guards” ma świetny rytm i emocjonalną głębię tworząc do tego nastrój, który mi cholernie odpowiada. Zresztą cała płyta wciska zakamarki muzyczne w głąb siebie, gdy przyjmuję tą muzykę ot tak, jak leci. Utwór po utworze. I cieszy mnie doskonały wokal Dylana w „Senor (Tales Of Yankee Power)” czy w „New Pony”, cieszą typowe dla niego piosenki „Is Your Love In Vain?” i „True Love Tends To Forget” i to typowe piosenki w pozytywnym znaczeniu. Albo taki ośmiominutowy „No Think To Think”, spokojnie snuje się, ulotnie przechodzi w sekundy nagrania by tak jak pojawił się, rozpłynąć w potoku dźwięków, jeszcze do nas docierających ale już będących innymi obrazami.
Wzbogacenie utworów przez żeńskie chórki jest strzałem w dziesiątkę. To urozmaicenie a zarazem nowa jakość nagrań Dylana dodaje uroku i wdzięku jego muzyce. Bardzo podoba mi się barwa jego głosu w poszczególnych numerach a „Baby Stop Crying” jest jedną z najlepszych piosenek jakie Bob napisał w swojej karierze. 
Co dziwne płyta została zjechana przez prasę w Stanach Zjednoczonych. Tak jakby za złe miano Dylanowi za to, że nagrał bardzo amerykańską płytę, za bardzo sięgającą tradycji. A może wynikało to z chęci „przywalenia” mu. 
Natomiast reszta świata przyjęła album entuzjastycznie. I to pomimo pewnych kłopotów Dylana z grupą towarzysząca. Problem pojawił się gdy okazało się, że zespół wyrusza na trasę po Japonii. Tournee w Kraju Kwitnących Wiśni wiązało się z poważnymi problemami dla każdego, kto nawet w niewielkim stopniu uzależniony był od narkotyków. Krótko przedtem Paul McCartney został tam aresztowany za posiadanie czegoś tak niewinnego jak marihuana. Dylan zauważył, że jego perkusista Howie Wyeth nie bardzo ma ochotę grać w kraju, gdzie mogą być kłopoty ze zdobyciem nawet tego najłagodniejszego z narkotyków. Oś zespołu nagle pękła. Zaangażowanie odpowiednich wokalistek i „blachy” nie było specjalnie trudne. Jednakże taki perkusista, jak Wyeth utrzymywał całe brzmienie. Pierwszym następcą Wyetha został były perkusista The Wings, Denny Siewell, ale chociaż znalazł wspólny język z resztą zespołu, to problemy wizowe uniemożliwiły mu udział w tournée. Ostatecznie wybór perkusisty źle wpłynął na brzmienie grupy. Ian Wallace, który wcześniej grał w King Crimson nie był w stanie zagrać tak ostro jak Wyeth, poza tym czasami niepotrzebnie przyspieszał utwory. Stoner, kierownik grupy nie był zadowolony z gry z Wallace’em i to było jednym z powodów przedwczesnego odejścia Stonera. Brzmienie perkusji szczególnie na koncertach było mało „mięsiste”. W studio poradzono sobie z tym. Odpowiednie wypuszczenie „do przodu” saksofonu i żeńskich chórków i „schowanie” perkusji uratowało sprawę.
Street Legal” ukazał, że pozycja Dylana jest niezachwiana a nagrywając kolejną płytę dodał kolejną wisienkę do swojego płytowego tortu. Może i ten album nie jest ważny i nie zmienia muzyki rockowej ale jest to najbardziej przyjemna płyta jaką Dylan nagrał.




sobota, 13 kwietnia 2019

THE PRETTY THINGS - S.F. Sorrow /1968/



A1 S.F. Sorrow Is Born 3:12
A2 Bracelets of Fingers 3:41
A3 She Says Good Morning 3:23
A4 Private Sorrow 3:51
A5 Balloon Burning 3:51
A6 Death 3:05
B1 Baron Saturday 4:01
B2 The Journey 2:46
B3 I See You 3:56
B4 Well of Destiny 1:46
B5 Trust 2:49
B6 Old Man Going 3:09
B7 Loneliest Person 1:29


Phil May - vocals, writer
Dick Taylor - guitar, vocals, writer
Wally Waller - bass, guitar, vocals, piano, wind instruments
John Povey - organ, Mellotron, sitar, percussion, vocals, writer
Twink - drums, vocals, writer
Skip Alan - drums



Po wydaniu trzeciego albumu „Emotions”, który pozwolił dokończyć zobowiązanie kontraktowe z wytwórnią Fontana, muzycy zespołu The Pretty Things postanowili zmienić wytwórnię płytową, na taką która należycie powinna zająć się ich karierą. Wybór padł na oddział Columbia, EMI Records. Producentem współpracującym z zespołem nad nową płytą został Norman Smith, znany z wcześniejszych albumów The Beatles oraz debiutanckiej płyty Pink Floyd „The Piper at the Gates of Dawn”. Pod jego nadzorem w studio Abbey Road powstawało kolejne arcydzieło muzyki rockowej nagrywane przez istniejący do tej pory zespół grający bezkompromisowego rhythm and bluesa. Przypadkowo w tym samym czasie w Abbey Road nagrywał swój drugi album Pink Floyd a w innych częściach studia prace nad „White Album” rozpoczęli The Beatles. Patrząc na tą sytuację, można śmiało powiedzieć, że w tym czasie na Abbey Road musiały istnieć kosmiczne fluidy, które otaczały sale studia nagraniowego, coś się unosiło w powietrzu i na pewno nie był to tylko zapach marihuany.


The Pretty Things odwrócili się od utworów rhythm and bluesowych wraz z wydaniem psychodelicznego singla „Defecting Gray” w 1967 roku. Nagrywany kolejny lp grupy „S.F. Sorrow” stał się arcydziełem brytyjskiej muzyki psychodelicznej, niestety utraconym arcydziełem. EMI Records nie sprostała zadaniu i nie zajęła się rzetelnie promocją płyty a do tego doszło odejście głównej postaci w zespole, Dicka Taylora co skończyło się prawie rozpadem grupy.

Jednak należy zapoznać się z tą pozycją oraz o niej pamiętać, bo jest to klasyka na miarę choćby debiutu Pink Floyd. Smith jak i zespół dołożyli wszelkich starań, aby eksperymentować w studiu, nakładając na siebie dziwne instrumenty, bawiąc się różnymi prędkościami nagrania, wykorzystując orkiestracje oraz tak mało spotykane w muzyce rozrywkowej instrumenty jak, sitar, mellotron, flet czy cymbały.

Album został pomyślany jako rockowa opera i jest to pierwszy w historii fonografii album w pełni koncepcyjny, do tego „S.F. Sorrow” zainspirował Pete’a Townshenda do napisania „Tommy’ego”.

Libretto opery opowiada historię życia mężczyzny, od narodzin do miłości, wojny, szaleństwa i śmierci. Sebastian F. Sorrow jest zwykłym człowiekiem, który pracuje w fabryce i po wybuchu pierwszej wojny światowej zostaje wcielony do wojska. Jego życie pogrąża się w bezsensowności a kończy się smutną nutą, gdy opuszczony Sorrow zdaje sobie sprawę, że nikomu nie może zaufać i że umrze samotnie.

Płytę otwiera „S.F. Sorrow is born”, który przynosi zaraźliwy riff gitary akustycznej i dobrze nadaje ton temu co ma nastąpić, czyli pop rock z lat sześćdziesiątych z mnóstwem psychodelicznych podtekstów. „Bracelets of Fingers” zaczyna się partią chóralną wspieraną przez orkiestrowe bębny i odwrócone efekty pogłosowe by następnie być kontynuowany jako bardziej popowa piosenka ale z nieco przetworzonym brzmieniem wokalnym. „She Says Good Morning” jest trudniejsza w odbiorze dzięki świetnej perkusji i podwójnemu wokalowi. Kolejny „Private Sorrow” przywraca gitarę akustyczną i mellotron a progresywne części smyczkowe nadają temu utworowi niesamowitego charakteru. Ciężki rockowy „Balloon Burning” napędzany jest świetnym riffem oraz zawiera dzikie i ekscytujące solo gitarowe. Pierwszą stronę płyty kończy ciemny, przygnębiający dzięki subtelnemu użyciu sitaru „Death”.
Zaczynający drugą stronę numer „Baron Saturday” jest prostą popową piosenką przerywaną fortepianowymi akordami i mellotronem doprowadzającymi do sola perkusyjnego. „The Journey” zaczyna się jako lżejsza, żwawsza piosenka z ładnymi gitarami akustycznymi i lekką melodią wokalną. Psychodeliczny, instrumentalny „Well of Destiny” zawiera wszystkie rodzaje zniekształconych i przetworzonych dźwięków gitary a „Trust” przypomina styl Paula McCartneya w The Beatles. Głównymi instrumentami w utworze jest fortepian i gitara ale całość jest atrakcyjna znowu dzięki ładnej melodii wokalnej. Przedostatni na płycie „Old Man Going” rozpoczyna się od szybkiej gitary akustycznej, przechodzącej w sfuzzowane dźwięki i ostry wokal dominujący w tym rockerze. Tęskna coda samej gitary i głosu w utworze „Loneliest Person” kończy ten wspaniały album.
S.F. Sorrow” miał wszystkie czynniki, które powinny wywindować go na sam szczyt tej muzycznej drabiny, niestety jak pisałem wcześniej, nie odniósł sukcesu komercyjnego. 
Dźwięki wypełniające tą płytę reprezentują szczyt brytyjskiej psychodelii, a napisane piosenki są na równi z najlepszymi zespołami tamtej sceny.
Posłuchaj tego z otwartym umysłem a nie będziesz w stanie dojść do żadnych innych wniosków, jak ten, że jest to jeden z najbardziej niedocenianych albumów w historii.


środa, 3 kwietnia 2019

GRAHAM NASH - Songs for Beginners /1971/


1. Military Madness - 2:50
2. Better Days - 3:47
3. Wounded Bird - 2:09
4. I Used To Be A King - 4:45
5. Be Yourself (Graham Nash, Terry Reid) - 3:03
6. Simple Man - 2:05
7. Man In The Mirror - 2:48
8. There's Only One - 3:55
9. Sleep Song - 2:57
10.Chicago - 2:55
11.We Can Change The World - 1:00
Words and Music by Graham Nash except where notes

Musicians
*Graham Nash - Vocals, Guitar, Piano, Organ, Tambourine
*Rita Coolidge - Piano, Electric
*Jerry Garcia - Pedal Steel Guitar
*Joe Yankee - Piano
*Dorian Rudnytsky - Cello
*Dave Mason - Electric Guitar
*David Crosby - Electric Guitar
*Joel Bernstein - Piano On
*Bobby Keys - Saxophone
*David Lindley - Fiddle
*Sermon Posthumas - Bass Clarinet
*Chris Ethridge - Bass
*Calvin "Fuzzy" Samuels - Bass
*Phil Lesh - Bass
*Johnny Barbata - Drums, Tambourine
*Dallas Taylor - Drums
*P.P. Arnold - Backing Vocals
*Venetta Fields, Sherlie Matthews, Clydie King, Dorothy Morrison - Backing Vocals



Najpierw było The Hollies, które w pewnym momencie konkurowało z The Beatles, potem zabrał nas ekspresem do Marrakeshu (Marrakesh Express) poprzez nasz dom (Our House), jednocześnie ucząc dzieci (Teach Your Children) jak doprowadzić do najbardziej przyjemnego zbioru piosenek zawartych na solowej płycie.
W przeciwieństwie do kolorowej dynamiki debiutu Stephena Stillsa lub kosmicznej kowbojskiej świetności Davida Crosby’ego, album Grahama Nasha jest propozycją skromniejszą i bezpośrednią, która odzwierciedla zmianę-przejście i początek.


To prawdziwy, przeważnie introspekcyjny album autora piosenek, dodajmy piosenek pięknie wykonanych i wspaniale nagranych, które odzwierciedlają przemiany, pragnienia jednoczesnego patrzenia wstecz i do przodu.
Pierwsza solowa płyta Grahama Nasha, „Songs for Beginners” została wydana w 1971 roku a nagrań dokonano w studiach w Los Angeles i San Francisco.
Płyta obsadzona jest pełną paletą gwiazd, praktycznie Graham zabrał w swoją podróż przyjaciół, którzy podnieśli wartość muzyczną albumu do wybornego wina. Im więcej go słuchasz tym jest lepszy. David Crosby, Chris Ethridge, Jerry Garcia, Rita Coolidge, Clydie King, Venetta Fields, Dave Mason, Neil Young (wystąpił pod pseudonimem Joe Yankee), David Lindley, Bobby Keys, Phil Lesh, Dallas Taylor i perkusista John Barbata to personel, który uczestniczył w tej skromnej sesji.
Cóż pomimo, że płyta ta mogłaby być przepełniona bólem i użalaniem się nad losem, wszak parę miesięcy wcześniej Nash rozstał się z Joni Mitchell, to tak nie jest. Utwory zostały zrodzone z osobistego niepokoju ale przebija się przez nie i radość i wiara w nadchodzące lepsze dni.
Jest też swoisty hymn. To otwierający płytę „Military Madness”, przejmująca, antywojenna piosenka, która nadal brzmi bardzo prawdziwie.
Ponadczasowa rzecz.
Jeśli w przeszłości były lepsze dni to logicznie przyszłość też musi przynieść czas radości. Z zaznaczeniem wyraźnej linii basu Lesha i wirującym fortepianem „Better Days” jest prawdziwym peanem na rzecz wytrwałości i określenia samego siebie.
Najbardziej osobistym numerem na płycie jest prawdopodobnie „I Used to Be a King”, który jest bezpośrednią i dojrzałą odpowiedzią na stary hit The Hollies „King Midas in Reverse”. Wyróżnia ten utwór fantastyczna gra Garcii na gitarze pedal steel oraz nieokrzesana partia basu Lesha.
Akcent rozstania z ukochaną pojawia się na ścieżce „Simple Man” z jego rzadką melodią i kąśliwymi smyczkami oraz świetnym wokalem Coolidge. 
Nash śpiewa:”Jestem prostym człowiekiem/Więc śpiewam prostą piosenkę/Nigdy nie byłem tak zakochany/I nigdy tak zraniony/W tym samym czasie”. 
Prosta piosenka o zwykłych ludzkich sprawach. Utwór ten Nash napisał po południu w dniu zerwania z Mitchell.
Chicago” to kolejna znakomita, optymistyczno buntownicza piosenka, znana nam już z płyty „4 Way Street” kwartetu Crosby, Stills, Nash and Young. Tutaj w tym numerze mamy całą pierwszą solową płytę muzyka w pigułce. Świetny wokal, świetny tekst, świetna muzyka i świetni muzycy, czego chcieć więcej.
Songs for Beginners” to świetna (jeszcze raz) prezentacja talentu utalentowanego Brytyjczyka mieszkającego w Ameryce. Te krótkie perełki dają nam przyjemne, delikatne odczucia a Nash gdy pojawia się zawsze jest w najlepszej formie, pełnej pasji i skromności w stosunku do tego, co śpiewa.



niedziela, 24 marca 2019

THE ANIMALS - Animalization (1966)




Don't Bring Me Down
One Monkey Won't Stop the Show
You're on my Mind
Cheating

She'll Return It
Inside Looking Out
See See Rider
Gin House Blues
Maudie
What Am I Living For
Sweet Little Sixteen
I Put a Spell on You


Pewnie już nie raz wspominałem w swoich recenzjach, że połowa lat sześćdziesiątych to najważniejsze lata w historii muzyki popularnej. W bardzo krótkim czasie powstały surrealistyczne prace wielu wykonawców, i to zarówno w Anglii jak i po drugiej stronie Atlantyku. Twórcza ewolucja takich zespołów jak The Beatles czy The Beach Boys ukazuje jak to się wszystko zmieniało w tak krótkim przedziale czasowym. To było jak stworzenie zupełnie nowej planety, po której nastąpiło masowe wymieranie, ponieważ tylko „najlepiej przystosowane” osobniki mogły przetrwać fale artystycznej rewolucji i twórczej transcendencji.
„Animalization” została wydana w czasie, gdy wiele zespołów powoli stojąc w miejscu traciło popularność a co za tym idzie rozpadały się. Grupy takie jak Freddie & The Dreamers, Gerry & The Pacemakers czy Billy J. Kramer & Dakotas nie były w stanie dorównać takim pozycjom jak „Revolver” czy „Pet Sounds”. Ich ckliwe piosenki lekko zabarwione prostym rock and rollem nie  utrzymywały artystycznej żywotności tych grup w dojrzewającym i bardziej świadomym artystycznie świecie muzycznym. Potrzeba postępu i ewolucji sprawiły, że 1966 rok stał się kluczowym rokiem dla wszystkich zespołów spod znaku British Invasion, których muzyka zaczynała być słuchana a nie tylko zagłuszana przez fanatyczne wielbicielki zespołów.


Aby zaspokoić potrzeby oświeconej publiczności, The Animals nagrało „Animalization”. 
Pierwszą rzeczą o której napiszę jest wokal Erica Burdona. To jest talent pokoleniowy, potężny i uduchowiony, pełen czarnego feelingu i nieokrzesanej barwy, który dominuje nad nagraniami The Animals. Dla mnie głos Micka Jaggera to słodziutka lalka Barbie w porównaniu z Burdonem. Ekspresją dorównuje mu ewentualnie Steve Marriott z Small Faces ale jego głos jest bardziej „biały’.
„Animalization” został nagrany już bez pierwszego klawiszowca grupy, Alana Price’a, ale jego odejście tak naprawdę wcale nie zmieniło tak charakterystycznego dźwięku zespołu opartego na klawiaturze, którą przejął nowicjusz Dave Rowberry. Utwory zamieszczone na tym albumie są swoistym greatest hits i spokojnie wypełniłby nie jeden singiel grupy. Choćby „Don’t Bring Me Down” mająca w sobie coś z progresywnego psycho-popu, głównie dzięki innowacyjnym efektom gitarowym zastosowanym przez Hiltona Valentine’a, albo znany standard „See See Rider” rozpędzający się jak napęczniała lokomotywa dochodząca do wrzących strzępów końcowych akordów utworu. Kolejnym singlem znanym i pochodzącym z tego lp. jest „Inside Looking Out”. Przyznam się, że najpierw słyszałem tą wersję w wykonaniu Grand Funk Railroad na świetnej ich płycie „Live Album”, To był cios w moje uszy, ostra, zadziorna,  niebywale energetyczna pozycja i długa ponad dwanaście minut trwająca. Gdy dowiedziałem się, że jest to kompozycja muzyków z The Animals pomyślałem, nie zaskoczą mnie. Błąd!
Otóż to oszałamiająco ciężki i progresywny utwór jak na 1966 rok, zaczynający się murzyńską modulacją głosu Burdona wspomaganą akordem gitary Valentine’a, a potem gdy już cały zespół wchodzi, Burdon musi wypluć z siebie pełne nieokrzesane barwy aby stłamsić dźwięki czające się w strunach gitary. 
Antywojenny song? 
„Trzymaj mnie przy zdrowych zmysłach w tym płonącym piecu”.
Cały album jest bardzo mocno osadzony w rocku i rhythm and bluesie a do tego jeszcze mamy domieszkę soulowej muzyki. „She’ll Return It” i „Maudie” to mocne akcenty żywcem wzięte jakby z sesji Muddy Watersa, natomiast „Gin House Blues” ma bardzo kreatywne podejście do muzyki smutku. Słuchając tego numeru masz nieodparte wrażenie spędzenia wielu godzin w samotnym pokoju wypełnionym cieniami.
Czas by iść naprzód. 
„I put a spell on you” przyciąga uwagę aranżacją, bas Chandlera wprowadza w klimat psychodelicznych dźwięków gdy perkusja Steela prowadzi bitwę z wokalem Burdona.

To jest mocny rys w historii muzyki rockowej. Bez nagrań takich wykonawców jak The Animals świat muzyki wyglądałby zupełnie inaczej a bez takiego głosu jaki prezentuje Eric Burdon być może słuchalibyśmy do dziś popiskiwań mysz podłączonych do  odkurzacza.