czwartek, 7 lipca 2022

ANGEL PAVEMENT - Maybe Tomorrow

 


1. The Man In The Shop On The Corner (Alfie Shepherd) - 3:07
2. Maybe Tomorrow (Tom Evans) - 4:11
3. Time Is Upon Us (Alfie Shepherd) - 3:32
4. Green Mello Hill (Danny Beckerman) - 2:35
5. Little Old Man (Alfie Shepherd) - 4:16
6. When Will I See June Again (Alfie Shepherd) - 4:47
7. Genevieve (Malcolm Spence, Michael Candler) - 2:36
8. Water Woman (Jay Ferguson) - 3:25
9. Napoleon (Alfie Shepherd) - 3:27
10.Socialising (Alfie Shepherd) - 4:05
11.Jennifer (Cliff Wade) - 2:19
12.Carrie (Geoff Gill) - 3:14
13.I'm A Dreamer (Alfie Shepherd) - 2:57
14.Baby You've Gotta Stay (Danny Beckerman) - 2:22
15.I'm Moving On (Alfie Shepherd) - 3:59
16.Tell Me What I've Got To Do (Danny Beckerman, Geoff Gill) - 2:30
17.Phantasmagoria (Malcolm Spence) - 2:28
18.Rooftop Memories (David Smith) - 3:24
19.Tootsy Wootsy Feelgood (Graham Harris) - 2:42
20.Flying On The Ground (Is Wrong) (Neil Young) - 4:15
21.Five Sisters (Alfie Shepherd) - 3:51
22.Desperate Dan (Alfie Shepherd) - 4:11
23.I'm Moving On (Alfie Shepherd) - 3:31

*Alfie Shepherd - Vocals, Lead, Six, Twelve String Guitars
*Graham Harris - Bass, Vocals
*Mike Candler - Drums, Vocals
*John Cartwright - Electric, Acoustic Guitars, Trumpet
*Paul Smith - Vocals
*David Smith - Vocals

Możecie sobie wybaczyć jeśli nigdy nie słyszeliście o brytyjskim psychodeliczno-popowym zespole o nazwie Angel Pavement. Powstały w mieście York w 1967 roku, po czterech latach uległ rozwiązaniu. Wydali tylko kilka singli, które nie poradziły sobie na listach przebojów, a nieporozumienia między zespołem a wytwórnią sprawiły, że ich pierwszy album nigdy nie ujrzał światła dziennego. Zespół miał zwolenników w swoim rodzinnym mieście, ale na sukces na skalę krajową nie mógł liczyć. Dobrą wiadomością jest ta, że utwory grupy zostały wydane na kompilacji zatytułowanej „Maybe Tomorrow”, która ugruntowała pozycję Angel Pavement i sprawiła, że zespół ten zdobył wreszcie uznanie – co prawda jakieś cztery dekady po tym, jak się rozpadł.

Muzyka zespołu wyraźnie nawiązuje do The Hollies i The Beatles, i muszę powiedzieć, że płyta ta jest prawdziwą ucztą, szczególnie odpowiednią dla każdego, kto kocha zgrabne psychodeliczne perełki powstające w tamtych latach.

Angel Pavement to był utalentowany zespół z bujnymi harmoniami wokalnymi i smaczną gitarą czasami w formie ładnych akustycznych zagrywek lub elektrycznych rytmów. Nazwany został na cześć powieści J.B. Priestleya z 1930 roku a swoją mieszanką popowych coverów i oryginalnego materiału przyciągnął lokalną uwagę. Gdy na zaproszenie byłego muzyka grupy Smoke, Geoffa Gilla, grupa pojechała do Londynu, gdzie dając serię występów w klubach zwróciła na siebie uwagę właściciela meksykańskiej sieci hoteli, który zaoferował im możliwość pracy w Meksyku. Zespół skorzystał z okazji i spędził pierwszą połowę 1969 roku w Meksyku. Plany odbycia trasy koncertowej po Stanach Zjednoczonych zostały odłożone na półkę, kiedy muzycy nie mogli otrzymać wizy pracowniczej, ponieważ byli za młodzi. Po powrocie do Wielkiej Brytanii zespół wznowił współpracę z producentem Gillem, nagrywając materiał na planowany album, wstępnie zatytułowany „Socialising with Angel Pavement”. W międzyczasie Fontana Records podpisała kontrakt z zespołem. I wtedy z ciężarówki odpadły koła. Studio gdzie nagrywali materiał upadło a problemy z zarządzaniem, w połączeniu ze zmieniającym się charakterem muzyki dominującej pod koniec 1969 roku sprawiło, że zarząd Fontany wycofał się z kontraktu i odłożył na półkę cały nagrany wcześniej materiał, gdzie, jak już wspomniałem przeleżał on do 2005 roku, kiedy to wydał go Tenth Planet.

Mogę tylko powiedzieć, że to bardzo niefortunne działanie, że zajęło im cztery dziesięciolecia, abyśmy w końcu mogli dostać swój wspólny odprysk słonecznych promieni.

Dwadzieścia trzy numery wydane na tym albumie tworzy całkiem imponującą mieszankę popu z wpływami psychodelii. Wszystko zostało gustownie wykonane, zaczynając od podniosłego, mocno osadzonego w klimacie numeru „The Man In the Shop On The Corner”, podkreślającego zamiłowanie zespołu do wspaniałych melodii. Dodatkowym smaczkiem utworu są meksykańskie trąbki, które swobodnie wciągają graczy w sam środek zabawy. Gdy urocza gitara akustyczna podkreśla „Time Is Upon Us” wydaje się, że znasz te numery, że już je słyszałeś. Ale, nie. To jest typowy brytyjski psychodeliczny pop, będący na topie w swingującym Londynie. Posłuchaj „Green Mello Hill”. To ociera się o Donovana i jesteś w domu. Tak. To te dźwięki. To właśnie ten smak butikowych ulic i naćpanych amfetaminą klaksonów. Czysty cukierek dla ucha „Jennifer” to miła i smaczna melodia z ładną aranżacją wokalną a podparty orkiestracją „Baby You’ve Gotta Stay” eksploduje ryczącym popem, tak charakterystycznym dla lat 60-tych. No właśnie. Słuchając tych nagrań nie sposób nie zauważyć.

Mamy 1969 rok. To wszystko jest pięknie przesiąknięte rodzimym barokowym stylem, tylko w tym samym roku świat muzyczny się zmienił. Ten materiał nie miał żadnych szans z debiutem Led Zeppelin, a przecież te bardziej ambitniejsze płyty pojawiały się prawie co godzinę. Zostający sam ze swoimi pięknymi piosenkami Angel Pavement nie miał już tu co szukać. Gdyby wydano ten materiał dwa lata wcześniej, byłby to dziś z pewnością  klasyk.

A tak odłożony na półkę i w końcu wydany po wielu latach sprawił radość (jak zwykle) najbardziej zagorzałym fanom, muzyki przesiąkniętej zabawą i kraciastą modą.








niedziela, 26 czerwca 2022

JOHN LENNON - Mind Games /1973/

 


A1 Mind Games 4:10

A2 Tight A$ 3:35

A3 Aisumasen (I'm Sorry) 4:41

A4 One Day (At A Time) 3:27

A5 Bring On The Lucie (Freda Peeple) 4:11

A6 Nutopian International Anthem 0:03

B1 Intuition 3:05

B2 Out The Blue 3:19

B3 Only People 3:21

B4 I Know (I Know) 3:56

B5 You Are Here 4:06

B6 Meat City 2:52


John Lennon - guitars, vocals

Ken Ascher - piano, Hammond, mellotron

David spinozza - lead guitar

Gordon Edwards - bass

Jim Keltner - drums

Rick Marrota - drums

Michael Brecker - sax

Sneaky Pete Kleinow - pedal steel guitar

 

John Lennon, napędzany ambicją i mający poparcie Yoko Ono, kontynuował udaną karierę solową, choć przez całe lata 70-te uwikłany był w konflikty z byłymi kolegami z zespołu. Yoko Ono, sfrustrowana niesłabnącą uwagą mediów i pogardą ze strony zrozpaczonych fanów, którzy twierdzili, że to ona była główną przyczyną rozpadu The Beatles, zadeklarowała, że zamierza odseparować się od męża. Dla Johna oznaczało to przeniesienie się do Los Angeles, podczas gdy Ono pozostała w Nowym Jorku.

A więc mamy 1973 rok, dokładnie listopad. Mniej więcej rok dzieli Lennona od pięcioletniej emerytury, po której powrócił z inspirującymi dziełami, a następnie został zastrzelony przez szaleńca.

Surowe brzmienie poprzednich dwóch albumów odeszło w niepamięć. Tak, na „Mind Games” John znów przypomniał sobie, jak pracuje się w studio. Jest to pierwszy lp, który sam wyprodukował. Przyszedłszy do studia z zestawem napisanych niedawno piosenek, z których wiele nie odnosiło się już do stanu jego emocji, musiał przerabiać niektóre z nich podczas sesji i wypróbowywać różne wersje, zanim wylądował na wersji, którą słyszymy dzisiaj. Pod względem wykonawczym Lennon jest pełen pasji i daje każdej piosence wszystko, co ma. Prawdę mówiąc, ten album ma tylko jeden prawdziwy klasyk. Mówię o utworze tytułowym. To jedna z najbardziej niesamowitych piosenek Johna. Muzyka, składająca się głównie z perkusji i refrenu, jest hipnotyzująca. Ci, którzy uważają, że Yoko była pijawką dla twórczego ducha Lennona powinni zwrócić baczną uwagę na tę piosenkę, „Mind Games” to między innymi hołd dla sztuki Yoko. John wykorzystuje prostą, powtarzającą się muzykę, aby stworzyć ten klimat, jednocześnie prosty i wymagający. Jego podejście do nagrania jest tak jak do sztuki performance, a nie piosenki. To był dar Yoko dla Johna, to było to, czego go nauczyła. Muzyka nie jest medium. To jest prostsze. Dźwięk, niezależnie od tego, jak jest wytwarzany, jest medium. Muzyka jest produktem ubocznym.

Jednak mylę się, pisząc o tylko tym jednym - klasyk.

Oto „Bring On the Lucie (Freda Peeple)”, prawdziwa piosenka Lennona, jaka tylko może być. Traktuje o prawach człowieka i podobnie jak sam album, bardzo niedoceniana. Zachowanie prostoty muzycznej trwającej przez cały utwór powoduje skojarzenie z „Give Peace A Chance”. Myślę, że gdyby Lennon nagrał ją pod koniec lat 60-tych, wywarłaby ona większy wpływ, niż to się stało. Optymistyczna linia melodyczna zachęcająca do nucenia współgra z tekstem nawołującym do zrobienia czegoś: „Nie obchodzi nas jaką flagą machasz/ Nie chcemy wiedzieć jak się nazywasz/ Nie obchodzi nas skąd jesteś, ani dokąd zmierzasz/ wiemy tylko, że podejmujesz wszystkie nasze decyzje/ Mamy do ciebie tylko jedną prośbę/ Kiedy przemyślasz sprawy, powinieneś coś zrobić”.

Pośród zamętu i niepokoju dominującego w całym tym zbiorze, jedynym ideałem, któremu John Lennon pozostaje zdecydowanie oddany, jest jego oddanie do odsuniętej żony Yoko Ono. W rezultacie powstała jedna z najładniejszych piosenek miłosnych, jakie kiedykolwiek napisano: „Out the Blue”. Utwór otwiera spokojna, solowa gitara akustyczna Lennona, na której wypowiada on pierwszy refren, po czym do pierwszej zwrotki dołącza jednocześnie cały zespół. Piosenka rozwija się stopniowo, wykorzystując symfoniczne wstawki, po czym rozpoczyna się pełna gospel solówka na fortepianie, wykonana dzięki uprzejmości pianisty jazzowego Kena Aschera.

Numerów przepełnionych żalem jest więcej. Poprzez serię utrzymanych w średnim tempie ballad Lennon zaczyna zmagać się z własną żałobą, procesem, który ostatecznie doprowadził go między innym do nadmiernego używania używek, wyrzucenia z baru z Harrym Nilssonem oraz udziału w licznych konfrontacyjnych sesjach studyjnych z niezrównoważonym Philem Spectorem, którego często można było zobaczyć z pistoletem w ręku.

„Aisumasen (I’m Sorry)”, Lennon, którego uwielbiam. Charakterystyczna interpretacja wokalna John powoduje poczucie smutku i chęci zatrzymania adresata tego numeru. Nie jest tajemnicą, że jest nim żona Johna, Yoko. Jednak zakończenie utworu solówką gitarową wywołuje niepokój i zostawia wrażenie pustki. Przeprosiny zostają odrzucone?

Chwila nieuwagi i mamy niepokojący, ukryty klejnot w katalogu John Lennona. To „One Day (At a Time)”. Stonowane jakby mgliste brzmienie wokalu niesie ze sobą obraz artysty jako zadowolonego, zakochanego, wkrótce (ponownie) zakochanego taty bez żadnego ciężaru, bez żadnych konfliktów małżeńskich.

Ukojenie jakie John znajduje w „You Are Here” jest bardzo prawdziwe. Mówi do żony tak, jakby była tam z nim, upierając się, że jego uczucia nie zostaną złagodzone przez fizyczną odległość i zapewniając, że „gdziekolwiek jesteś, jesteś tutaj”.

John Lennon był człowiekiem, który zawsze szukał odpowiedzi, żył w ciągłym poszukiwaniu wyższej prawdy. Raz po raz wynosił na piedestał postaci, w które wierzył, tylko po to, by nieuchronnie wyjść z tego zdumiony i rozczarowany. Tak było w „God”, tak jest w „Intuition”. To rozwinięcie idei, że odpowiedzią na wiele życiowych dylematów jest jednocześnie ta, którą chcemy sami usłyszeć, a mianowicie, że ostatecznie to my sami jesteśmy jedynymi osobami posiadającymi kwalifikacje do decydowania o tym, co jest dla nas najlepsze.

Gęstość albumu nie przytłacza słuchacza balladami zagranymi w średni tempie, bo Lennon oferuje nam też bardziej ostre, rockowe numery. Pierwszy to „Tight A$” mający korzenie w country rocku, bezpretensjonalnie zagrany i oczyszczający atmosferę przygnębienia i smutku. Drugim jest zamykający album „Meat City”, burzliwy konglomerat muzyki i hałasu zlewający się w falę dźwięku, która najwyraźniej naśladuje atmosferę Nowego Jorku.

Nagrywając „Mind Games” John Lennon był już naprawdę sam, po raz pierwszy w swej karierze. Nie skrępowany twórczymi ograniczeniami dawnych współpracowników z The Beatles i wolny od osobistych ograniczeń, Lennon był człowiekiem dryfującym. Wszechogarniająca wolność, za którą tęsknił, objawiła się choć z nieoczekiwanym zastrzeżeniem – likwidacją przewodniej obecności, emocjonalnej kotwicy, o której John najwyraźniej nie wiedział, że utrzymywała go na ziemi w sferze zorganizowanej funkcjonalności jako człowieka przez całą poprzednią dekadę. Powstały w ten sposób album „Mind Games” jest fascynującym spojrzeniem na jednego z największych artystów świata w jego najbardziej niepewnym i najbardziej ułomnym okresie.







niedziela, 12 czerwca 2022

DAVID CROSBY - If I Could Only Remember My Name /1971/


1. Music Is Love (David Crosby, Graham Nash, Neil Young) - 3:22
2. Cowboy Movie - 8:12
3. Tamalpais High (At About 3) - 3:33
4. Laughing - 5:27
5. What Are Their Names (David Crosby, Jerry Garcia, Michael Shrieve, Neil Young, Phil Lesh) - 4:15
6. Traction In The Rain - 3:47
7. Song With No Words - Tree With No Leaves - 6:00
8. Orleans (Traditional) - 2:02
9. I'd Swear There Was Somebody Here - 1:21

*David Crosby - Vocals, Guitars
*Graham Nash - Guitar, Vocals
*Jerry Garcia - Electric Guitar, Pedal Steel Guitar, Vocals
*Neil Young - Guitars, Vocals, Bass, Vibraphone, Congas
*Jorma Kaukonen - Electric Guitar
*Laura Allan - Autoharp, Vocals
*Gregg Rolie - Piano
*Phil Lesh - Bass, Vocals
*Jack Casady - Bass
*Bill Kreutzmann - Drums
*Michael Shrieve - Drums
*Mickey Hart - Drums
*Joni Mitchell - Vocals
*David Freiberg - Vocals
*Paul Kantner - Vocals
*Grace Slick - Vocals




 


Gdy lata 60-te dobiegały końca David Crosby mieszkał na łodzi. Poza studiem nagraniowym, jego szkuner o nazwie Mayan  był jedynym miejscem, gdzie wszystko miało sens. Kiedy Crosby miał lat 11, jego rodzice postanowili zapisać syna na lekcje żeglarstwa. Żeglowanie przychodziło mu naturalnie, tak jakby w poprzednim życiu był kapitanem wielu statków. Było to niezwykłe uczucie, pocieszające i dziwne. Gdy dekada dobiegała końca, Crosby napisał o tym właśnie uczuciu tytułowy numer do przebojowego albumu Crosby, Stills, Nash and Young „Deja Vu”.

Mniej więcej w tym samym czasie przeżył swoją pierwszą poważną stratę. W 1969 roku Christina Hinton, dziewczyna Crosby’ego, jadąc furgonetką zderzyła się z autobusem szkolnym. Zginęła na miejscu. Pogrążony w żalu i depresji David znalazł się na początku długiej spirali, która miała pochłonąć jego następne dwie dekady. „Patrzyłem, jak tego dnia umiera część Davida” – napisał jego kumpel z zespołu Graham Nash. I jeszcze „Zastanawiam się głośno, co zrobi z nim wszechświat”. Niestety, Crosby sięgnął po twarde narkotyki. Piętnaście lat później był już w więzieniu, prawie nie do poznania, a twórcza iskra, która go wcześniej opatulała, rozwiała się. Crosby zdawał się istnieć tylko w czasie przeszłym.

David Crosby, uroczy, sympatyczny, zawsze w pobliżu. Raz na jakiś czas przejmujący inicjatywę a jego wokal pozostaje najbardziej rozpoznawalny – najpierw w The Byrds a potem w CSN i CSN&Y. Wielu artystów było zadowolonych ze spotkania z nim. Otoczony przez przyjaciół był szczęśliwy. „Nigdy nie widziałam nikogo, kto by miał w sobie tyle zainteresowania, radości i spontanicznych reakcji” – powiedziała Grace Slick o swoim pierwszym z nim spotkaniu w latach 60-tych. „Można było patrzeć na jego twarz i być zachwyconym, ponieważ istota ludzka czerpała dziecięcą radość z różnych rzeczy”. Podobnie jak żeglarstwo, muzyka przychodziła młodemu Crosby’emu naturalnie. Jego przebudzenie nastąpiło w wieku czterech lat, gdy matka zabrała go na koncert orkiestry symfonicznej w parku. Jak sam wspomina: „Byłem zafascynowany wszystkim, z wyjątkiem kompozycji. Z podziwem patrzyłem na chaotyczne szmery, gdy muzycy dostrajali instrumenty, na synkopowany taniec ich łokci, gdy wkraczali do akcji, na to jak ogromna liczba głosów może nagle zjednoczyć się w harmonii”. To wątek, którym podążał przez całą swoją karierę.

Wydany w 1971 roku album „If I Could Only Rememner My Name” jest pierwszym solowym wydawnictwem Crosby’ego i jest to album, który definiuje harmonia, wspólnota i jedność. W skład zespołu wspierającego muzyka wchodzą członkowie Grateful Dead i Jefferson Airplane a także Neil Young, Joni Mitchell i Graham Nash. W momencie wydania płyty były to jedne z najbardziej popularnych nazwisk w muzyce, prawie wszyscy byli w trakcie kariery i osiągali szczyty popularności. Muzyka brzmi tak, jak sen, który próbuje się opowiedzieć rano: zamglony, tylko luźno spójny, rozwiewający się w czasie rzeczywistym. To jest odcisk palca Davida Crosby’ego. Utwory ukazują artystę walczącego z ograniczeniami muzyki popularnej. Crosby gra na gitarze w dziwny sposób, wybierając dziwne strojenia, które przenoszą jego piosenki i teksty w nieoczekiwane miejsca. W trakcie tworzenia albumu Crosby spędzał bezczynnie czas w studio, opierając się o ścianę lub zalewając się łzami, zanim pojawili się jego współpracownicy, by podnieść nastrój i ożywić muzykę. Pedal steel Jerry’ego Garcii  i harmonijne wokale Joni Mitchell sprawiają, że najbardziej konwencjonalna piosenka na płycie „Laughing” staje się psychodeliczno-folkowym ideałem: leniwym zachodem słońca, który nabiera rezonu gdy się wycisza. A otwierający kalejdoskopowy „Music Is Love” jest hymnem radości i miłości, gdy wszyscy śpiewają: „Wszyscy mówią, że muzyka to miłość”, i tworzą świat, w którym jest to prawda. Płytę zamykają dwie ciekawe piosenki, które Crosby nagrał samodzielnie. Obydwie są w większości a cappella, a jego głos jest tak nałożony, że brzmi anielsko i rozlegle. „Siedziałem tam i wygłupiałem się” – powiedział o tych eksperymentach – „I nagle przestałem się wygłupiać”. Zamykający album „I’d Swear There Was Somebody Here” jest przejmującą elegią Crosby’ego dla Christine. „Czułem się jakby Christine tam była. Czułem ją” – mówił Crosby.

Jedynym numerem, który ma jakąś narrację, jest „Cowboy Movie”, opowiadający zawoalowaną historię rozpadu CSN&Y. Historia ta zawarta jest też w muzyce: sękaty, paranoiczny szkielet piosenki, pełnej żalu i frustracji ratuje gitara Garcii, która pląta pajęczyny letniej sieci w zachodzącym słońcu, poruszając misternie utkane dźwięki babiego lata.

Nie wiem czy świat dzięki tym dźwiękom stał się lepszym ale ja jestem wdzięczny Crosby’emu, że nagrał ten album, że towarzyszy mi już wiele lat i zawsze jak go słucham, targają mną uczucia: smutku i radości, niepokoju i wytchnienia, melancholii i odprężenia. 





niedziela, 5 czerwca 2022

DONOVAN - Sunshine Superman /1966/


01. Sunshine Superman     3:19
02. Legend Of A Girl Child Linda (Arranged By – John Cameron)  6:52
03. Three Kingfishers     3:19
04. Ferris Wheel     4:13
05. Bert's Blues  (Arranged By – John Cameron)  3:59
06. Season Of The Witch     4:58
07. The Trip     4:38
08. Guinevere     3:44
09. The Fat Angel     4:18
10. Celeste     4:13


Rok 1966, ulice Londynu kwitną niespotykaną, różnorodną barwą, pełną zalotności atmosferą. Dziewczęta, uśmiechnięte paradują w krótkich spódniczkach lub sukienkach w wielokolorowe paski lub kratkę a chłopcy puszą się dumnie niczym „paw” w nowych fryzurach w których przebudzone światło słoneczne odbija swoje promienie. A zewsząd dobiega muzyka, wszędobylska, pojawiająca się na każdym kroku czyniąca z tego miasta młodzieżową stolicę Europy zwaną Swingującym Londynem.

Jazz, blues, rock’n’roll i halucynogenne dźwięki psychodelii wtapiają się w wielobarwny tłum młodzieży by pomóc im odkrywać nieokrzesaną radość życia. A w tym tłumie, w całym tym zgiełku ochoczo kroczy z samego rana, pełen swobody i wesołości, będący w trakcie „podróży” słoneczny superman.

Gdy Donovan nagrał tą płytę, „Sunshine Superman” cały Londyn bawił się i przełamywał wszelkie bariery zastanej rzeczywistości.

Urodzony w 1946 roku w Glasgow, Donovan szybko zakochał się w muzyce oraz w nastroju panującej chwili. Już w okresie nastoletnim przemierzał „drogi w poszukiwaniu siebie i duchowego dobrobytu”. Związał się też z muzyką. Karierę rozpoczynał w lokalnych klubach, a następnie przeniósł się do Anglii, by w końcu wylądować w samym jej sercu - Londynie. Podczas tych różnych pobytów utrwalał swoją wiedzę na temat muzyki ludowej oraz jej tradycyjnego repertuaru. Pod koniec 1964 roku podpisał kontrakt z wytwórnią Pye Records i po wydaniu dwóch płyt został zupełnie niesłusznie nazwany kopią Boba Dylana z Wysp. Pozwólcie, że to wyjaśnię. Donovan pomimo niepokojących podobieństw do Dylana wcale się do niego nie upodabniał. No chyba, że weźmiemy za naśladownictwo instrumentarium, gitara i harmonijka. Ale to jest śmieszne. Muzyka folkowa inspirowana brytyjskimi podaniami jest przecież zupełnie inna od tradycyjnej muzyki amerykańskiej. No ale krytycy zawsze uwielbiają wbić szpilę bez zastanowienia. Jeśli krytycy nie pochwalali twórczości Donovana, to publika wręcz przeciwnie. Dwa pierwsze albumy odniosły spory sukces komercyjny. A jeśli chcecie zanurzyć się w ten okres współczesnego folku, radzę posłuchać jego pierwszego singla „Catch the Wind”, który jest po prostu zachwycającą piosenką.

Podjęcie decyzji przez Donovana o zmianie producentów i menedżerów prowadzi do podpisania kontraktu z Epic Records i idąc za ciosem nagrania płyty „Sunshine Superman”. Album z powodów kontraktowych zostaje wydany najpierw w Stanach Zjednoczonych. Składająca się z 10 utworów płyta to nie tylko ogromna ewolucja osobista i artystyczna muzyka, ale także jeden z pierwszych albumów z gatunku psychodelicznego popu i folku. Po raz pierwszy Donovan zakasał rękawy, by wydać album złożony w całości z oryginalnych, napisanych przez siebie piosenek.

Jego nietypowe uniwersum zorientowane na abstrakcyjne, średniowieczne i beatnikowe tematy ujawnia światu talent pisarski i kompozytorski. Wiele numerów jest inspirowanych sekretną miłością, jaka łączy go z byłą dziewczyną Briana Jonesa, która później zostaje jego żoną.

Styl interpretacji, czasem zbliżony do barokowego popu, pozwala mu w pełni rozkwitnąć w trippowych historiach i krajobrazach, które tworzy. Album rozpoczyna mityczny tytułowy singiel, nagrany w grudniu 1965 roku, na dwa miesiące przed premierą kultowych dokonań The Yardbirds czy The Byrds. Kluczowy i absolutnie genialny numer. Ponadto w tej piosence wspierają go dwaj przyszli muzycy Led Zeppelin – Jimmy Page i John Paul Jones. To psychodeliczny majstersztyk bez dwóch zdań. Następnie mamy folkowo – barokową balladę „Legend Of A Girl Child Linda”, która przenosi słuchacza w czasy średniowieczne. Posłuchajcie orkiestracji jak wspaniale wypełnia ten stan. W kolejnych numerach „Three King Fishers” oraz „Ferris Wheel” folk łączy się ze wschodnioindyjską mantrą, tak halucynogenną, że mam wrażenie iż podróżuję do samego jądra gwiezdnej autostrady, prowadzącej na krańce świadomości.

„Season of the Witch” to jeden z cudów albumu. Psychodeliczna wersja obłąkanego awangardowego rocka, wyróżnia się w sposobie podejścia do wersów za pomocą słowa mówionego, jak i linii basu/gitary, która tworzy rytm. Uduchowiony wokal zamyka się w stonowanej zwrotce, ale uwalnia się żywiołowym refrenie.

Piosenka, którą „Guinevere” pisze do swojego tajemniczego kochanka, jest okrutnie przejmującą romantyczną pieśnią, tak osiadłą, że reszta albumu przedłuża tę podniosłą atmosferę w innych balladach, by zakończyć całość bezbłędną „Celeste”.

To z pewnością radosne chwile tak bardzo trzymające nostalgiczną, pełną barw podróż, która wcale nie musi się szybko skończyć. Zawsze możesz nastawić repeat i odjechać dalej.








 

niedziela, 29 maja 2022

SMALL FACES - From the Beginning /1967/

 


"Runaway".
"My Mind's Eye".
"Yesterday, Today And Tomorrow".
"That Man".
"My Way Of Giving".
"Hey Girl".
"Tell Me Have You Ever Seen Me".
"Take This Hurt Off Me".
"All Or Nothing".
"Baby Don't You Do It".
"Plum Nellie".
"Sha La La La Lee".
"You've Really Got A Hold On Me".
"What'cha Gonna Do About It".





Dzięki staraniom menedżera Dona Ardena, grupa Small Faces w 1965 roku podpisała umowę nagraniową z wytwórnią Decca. Już pierwszy album zespołu przyniósł zadowalające efekty muzyczne. Grupa osiągnęła też spory sukces a jej popularność bardzo szybko rosła. Żywiołowe występy na żywo powodowały euforię bywalców ich koncertów a zainteresowanie telewizji i ukazanie się w programach takich jak: Ready Steady Go! I Tops of the Pops tylko zwiększyło ich sukces. Szczyt popularności przypadł na sierpień 1966 r., kiedy to „All or Nothing”, ich piąty singiel, trafił na wierzchołek brytyjskiej listy przebojów. Mimo, że Small Faces był jednym z najlepiej zarabiających zespołów koncertowych w kraju chłopaki nadal nie mieli zbyt wielu pieniędzy. W związku z tym podjęli decyzję zerwania współpracy tak z Ardenem jaki i z wytwórnią Decca. W czerwcu 1967 roku wyszedł drugi album zespołu zatytułowany „From the Beginning”, który został wydany bez zgody Small Faces i był aktem zemsty byłego menedżera za przekazanie interesów Andrew Loog Oldhamowi i Immediate Records. Płyta ta ukazała się w sklepach na kilka dni przed wydaniem „prawdziwego” drugiego albumu grupy i zawierała materiał odrzucony z poprzedniej sesji. Biorąc pod uwagę, co Arden miał z zwyczaju robić z tymi którzy mu przeszkadzali (próba uduszenia czy wyrzucenia przez okno), można powiedzieć, że zespół wyszedł z tego bez szwanku.

Ale paradoksalnie „From the Beginning” nieumyślnie opowiedziało historię brytyjskiego popu połowy lat 60 w mikrokosmosie. Na przestrzeni 14 utworów można usłyszeć sejsmiczną zmianę punktu ciężkości: od lekkiego popu, amerykańskiego rhythm and bluesa z domieszką soulu, do muzycznego wszechświata napędzanego LSD, w którym można bezkarnie śpiewać o słuchaniu oddychających kwiatów.

Dość nietypowy strumień operowego głosu otwiera „From the Beginning”, to manewr będący preludium do wspaniałej wersji „Runaway” Del Shannona. Zachowując strukturę oryginału, Small Faces w zasadzie zapewniają, że nie będą lepsi od źródła, ale nie poprzestają też na odtwórczym odtwarzaniu, oferując wariacje, gdy Marriott wymienia się wersami z grupą, Jones daje popis gry na perkusji, a McLagan zgrabnie wpina się na klawiszach. Część konfliktu zespołu z Ardenem wiąże się z szybkim wydaniem ”My Mind’s Eye” jako singla po tym, jak „All or Nothing” zdobyło szczyt. Utwór ten pokazuje, że grupa ociera się o rodzącą się psychodelię tworząc bogate w harmonie wykonanie.  Ale bardziej otwarcie psychodeliczny jest „Yesterday, Today and Tomorrow”, który w niespełna dwie minuty rozwija się jak pąk dojrzałego kwiatu pięknie lawirując wśród dźwięków typowych dla „Revolver” The Beatles.

I kolejnym przykładem, że taką muzykę trzeba pokochać jest „That Man”. Folkowe harmonie wokalistów współgrają z sekcją i pracą w studio. To jest przykład za co kocham swingujący Londyn. Brzmienie i elementy brytyjskiej psychodelii rozciągają się na przestrzeń lat mojego słuchania muzyki. Jak pisałem wcześniej ta płyta to przekrój, więc nie może zabraknąć też i korzeni. „My Way of Giving” łączy zeznania Marriotta i potężne uderzenie Jonesa jako wokal wspierający, to gratka będąca w stylu Motown. Chichoczące akordy i grzmoty perkusji w „Tell Me Have You Ever Seen Me” ujawniają dziwacznie satysfakcjonującą aranżację wokalną. Ten numer pojawi się na kolejnej płycie grupy, tu w zasadzie jest demo. Napisany wspólnie przez Covaya i Millera utwór „Come Back and Take This Hurt off Me” jest mięsisty i pszeniczny i stanowi płynne przejście do (chyba) najważniejszego utworu albumu i kariery grupy – „All or Nothing”. Wspaniały kawałek, po prostu wspaniały kawałek. Marriott daje tu całe swoje życie, gdy jego głos wyskakuje z macicy z siłą porodu, gotując też popisowe solo gitarowe, jako, że grupa zapewnia klinikę właściwej rockowej dynamiki: organy McLagana są zawsze wysmakowane, bas Lane’a jest mocny, ale giętki, a Jones bije skórę jak gigant. Numer jeden na liście? Tak i to bez wątpienia na liście wszechczasów.

Numer „Baby Don’t You Do It” został napisany przez spółkę Holland-Dozier-Holland i tu gra jak garażowy kombajn sunący wśród łan aż pod sam las dziewiczy.

Co jeszcze? „Plum Nellie”, ostre rytmy ciągną klawiszowe popisy McLagana a gitara szaleńczo rwie struny w środku całej zabawy.

I „Sha-La-La-La-Lee”, znany już z debiutu zespołu. Kolejny przebój i kolejna rzecz, która słuchając powoduje brak koordynacji ruchów i chęć gibania się wokół świata. I nic ani nikt mnie nie obchodzi.

W odróżnieniu od „Runaway”, w odczytaniu kasztanowego „You Really Got a Hold on Me”, McLagan pozwala sobie na swobodny rajd z polotem przechodząc w podniosłe „What’cha Gonna do About It”. Drugi numer wydany wcześniej przez Deccę przełamuje schemat powtarzalności, zamykając „From the Beginning” doskonałym przykładem klasycznego rdzenia zespołu. 









niedziela, 15 maja 2022

THE FUGS - Tenderness Junction /1968/

 


01. Turn On / Tune In / Drop Out — 4:44
02. Knock Knock — 4:20
03. The Garden Is Open — 6:09
04. Wet Dream — 3:21
05. Hare Krishna — 3:24
06. Exorcising The Evil Spirits From The Pentagon October 21, 1967 — 3:18
07. War Song — 5:24
08. Dover Beach — 4:01
09. Fingers Of The Sun — 2:23
10. Aphrodite Mass — 8:28

Personnel:
- Ed Sanders — vocals, producer
- Tuli Kupferberg — vocals, erectorine
- Ken Pine — guitar, mouth harp, organ, occilator, vocals
- Danny Kortchmar — guitar, electric violin, percussion, vocals
- Charles Larkey — bass
- Ken Weaver — drums, vocals
+
- Gregory Corso — harmonium (05)
- Allen Ginsberg, Maretta Greer, The Fug Chorale — vocals (05)

Jak na undergroundowy zespół, zespół zakręconych poetów, The Fugs w ciągu swojego życia w imponujący sposób przebili się do głównego nurtu psychodelicznych emocji lat 60-tych. Otóż w lutym, założyciel grupy, Ed Sanders znalazł się na okładce magazynu „Life”, a guru beatników Allen Ginsberg napisał parę słów do jednej z płyt zespołu. Jakby tego było mało to The Fugs zostali zaproszeni do programu telewizyjnego Johnny’ego Carsona.

A dziś jednak tylko zdeterminowany kontrkulturowy odkrywca jest w stanie znaleźć tę kapelę. Jak doszliśmy do tego stanu rzeczy? Kim byli The Fugs i dlaczego wszyscy o nich mówili?

Zespół założony został przez poetę Teli Kupferberga i przez undergroundowego wydawcę Eda Sandersa a jego początki sięgają Greenwich Village połowy lat 60-tych. W podstawowym składzie znalazł się jeszcze perkusista Ken Weaver. The Fugs specjalizowali się w niestabilnym koktajlu profanacji, satyry, montażu taśm, pastiszu i naćpanych rapów, co nadawało ich twórczości charakter niezwykłej podróży w psychodeliczne otchłanie.

Najwcześniejsze nagrania zespołu pochodzą z 1965 roku i są to niepokorne, antyestablishmentowe, garażowo-folkowe numery. W tym czasie grupa nagrywała dla jazzowej wytwórni ESP, a jej ambitny i kontrowersyjny materiał przyniósł jej łączną sławę. Do czasu nagrania płyty „Tenderness Junction” reputacja The Fugs jako wzorcowych nosicieli skandalu była już ustalona. W październiku 1967 roku, w ramach większej demonstracji antywojennej, w której wzięło udział 100 000 protestujących, grupa wraz z filmowcem i magikiem Kennethem Angerem oraz z Abbie Hoffman ustawiła się pod Pentagonem. Celem było uniesienie Pentagonu 300 stóp w górę, a następnie obrócenie go w powietrzu, aby wszyscy mogli go zobaczyć, w proteście przeciwko zaangażowaniu USA w wojnę w Wietnamie. Zarodek tego niesamowitego planu wyszedł od Allena Cohena i Michaela Bowena, redaktorów podziemnej gazety „The Oracle” z San Francisco. To oni natknęli się na książkę Lewisa Mumforda, w której sugerował on, że sam kształt i struktura pięciobocznego Pentagonu kryją w sobie okultystyczne zło. Uznali, że ktoś powinien coś z tym zrobić. Tym kimś okazał się The Fugs. Odprawianie egzorcyzmów poprowadzone było wzorcowo. Przy dźwiękach anarchistycznej muzyki łączącej prymitywny hałas z satyrycznymi tekstami, w których mieszały się seks, narkotyki i polityka całość została sprowadzona go ogólnego skandowania: „Wynocha, demony, wynocha! Precz, demony, precz!”. Fragment tego zjawiska możemy usłyszeć na płycie „Tenderness Junction”. Innym nietuzinkowym występem zespołu był happening, aby wyrazić sprzeciw wobec inspektora nadzoru Los Angeles, Warrena Dorna i  jego nowej innowacji „Tygodnia Przyzwoitości”. W skład tej „magicznej ceremonii” wchodziła młoda kobieta, kilku skandujących oraz marchewka. Sanders: „Marchewki będą duchowo przenosić młodą wolontariuszkę z kwiatami sromu w sny pana Dorna”. Nie inaczej sytuacja przedstawiała się z tekstami. Podczas gdy większość śpiewu wykonywał na żywo Sanders, spora część uroku The Fugs pochodziła z naćpanej poezji i opowieści o kudłatych psach Kena Weavera.

Prawdopodobnie najbardziej przystępną pozycją zespołu jest płyta „Tenderness Junction”. Porywający „Turn On, Tune In, Drop Out” dzięki paru sesyjnym muzykom staje się świetnym otwieraczem albumu. Gdy początek numeru sugeruje chaos i surrealne świty, tak z czasem całość nabiera fajnej melodii i ciekawej solówki gitarowej. A po niej niespodziewanie dostajemy uroczo brzmiącą partię country. Cudowny „The Garden Is Open” jest mistrzowskim przykładem psychodelicznej łagodności popartej ognistą solówką gitarową imitującą ludowy taniec mandoliny, która w dalszej części spotyka kwasowy przester , by następnie poruszać się tam i z powrotem. Podobnie cienką granicę między komercyjną parodią a czystą elegancją odnaleźć można w „Wet Dream” czy w mantrowym „Hare Krishna”. Odważniejszym eksperymentem, takim jak ceremonia konkretnej muzyki był wspomniany już przeze mnie „Excorsing The Evil Spirits From Pentagon”. Ten album przesiąknięty został dźwiękowym ekspresjonizmem, który czerpał z różnych form popularnej muzyki: folku, pieśni tradycyjnej, marszu wojskowego, muzyki kościelnej itp. W kolejnych wymownych eksperymentach, ballada „Dover Beach” jest folkową wędrówką z bliskowschodnimi posmakami, a „Fingers of the Sun” pastoralną baśnią. Całość płyty zamyka suita „Aphrodite Mass” stanowiąca podsumowanie całego tego przedsięwzięcia.









poniedziałek, 2 maja 2022

JONI MITCHELL - Clouds /1969/

 


01 - Tin Angel
02 - Chelsea Morning
03 - I Don't Know Where I Stand
04 - That Song About the Midway
05 - Roses Blue

06 - The Gallery
07 - I Think I Understand
08 - Songs to Aging Children Come
09 - The Fiddle and the Drum
10 - Both Sides Now

Na debiucie była eteryczną syreną śpiewającą z odległych mgieł, tutaj na „Clouds” jest pięknością z sąsiedztwa, przeglądającą własną poezję i pamiętniki. Kwintesencja lat 60-tych, zbiór gotowy do śpiewania z gitarą, przedwczesne artystyczne maleństwo, które głosi swoje mądrości świadomie ignorując popowy szum. Tak, Joni Mitchell, może trochę za młoda, by śpiewać o smutku, przygnębieniu i melancholii (choć życie już ją niemiłosiernie dotknęło) ale z pewnością ma to swój urok i wdzięk. I bliższe są mi raczej tutaj letnie wieczory niż jesienne smutki. Spoglądam czasami ukradkiem na nią, gdy siedzi na werandzie, ubrana w sukienkę w kwiatki, mająca spięte włosy i bose stopy. A ona udaje, że mnie nie widzi i śpiewa mając przymknięte powieki: „Obudziłam się, to było poranne Chelsea/ I pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam/ Było słońce, które przeszło przez żółte zasłony/ I tęczę na ścianie/ Niebieski, czerwony, zielony i żółty wita cię/ Szkarłatne kryształowe koraliki kołyszą się”. No a gdy dodaje jeszcze to: „Znalazłam dziś kogoś kogo kocham/ W jego oczach jest smutek. Jak u anioła z cyny/ Co się stanie jeśli spróbuję umieścić w nim kolejne serce/ W kawiarni Bleeker Street znalazłam dziś kogoś kogo kocham”, to tylko wisi w powietrzu lekkie rozczarowanie, że to nie o mnie ta piosenka. A przecież te pojedyncze dźwięki gitary akustycznej wprawiają w niezwykłe akordy, które oddzielają się od oczekiwań i tworzą poczucie oderwania od codzienności. Delikatny głos Joni w „Songs to Aging Children Come” skutecznie harmonizuje z samym sobą, krążąc wokół melodii jak satelity wokół gwiazdy. Wsparta pięknymi harmoniami, czysta melodia, jedna z najpiękniejszych znajduje się w utworze „The Gallery”, który opowiada o wartości kobiet w naszym społeczeństwie, bezpośrednio związanych z przemijającym pięknem: „Dałam ci wszystkie moje piękne lata/ Potem zaczęła się pogoda/ I zostałam tu na zimę/ Podczas gdy ty wyjechałeś na zachód, by zaznać przyjemności”. W tym nastroju będąc o mało nie przeoczyłem, że gitarowe dźwięki zanikły a sam wokal, czysty i pełen żalu porusza temat groźnej rzeczywistości. „I tak jeszcze raz mój drogi Johnny/ Mój drogi przyjacielu/ I tak po raz kolejny walczysz z nami wszystkimi/ A kiedy pytam cię/ dlaczego podnosisz kije i płaczesz, a ja upadam/ Och, mój przyjacielu/ Jak mogłeś zamienić skrzypce na bęben”. Grzmot w oddali jakby dochodził do nas ale ten jasny wokal świeci, przynosząc mi okrycie przed deszczem. Nadal wpatruję się na drewnianą, w kolorze ciemno brązowym werandę. Nadal widzę piękną kobietę i tylko smutek oraz rezygnacja przebija przez ciemne okulary. Bo takie jest życie i nic z tym nie zrobisz. I nawet nie patrząc w moją stronę, chociaż tak pragnąłbym jej choć uśmiechem podziękować, kończy śpiewanie i znika zza zamkniętymi drzwiami: „Ale teraz starzy przyjaciele zachowują się dziwnie/ Kręcą głowami, mówią, że się zmieniłam/ Cóż, coś się straciło, ale coś się zyskało/ Jak to w życiu bywa”.