środa, 3 kwietnia 2019

GRAHAM NASH - Songs for Beginners /1971/


1. Military Madness - 2:50
2. Better Days - 3:47
3. Wounded Bird - 2:09
4. I Used To Be A King - 4:45
5. Be Yourself (Graham Nash, Terry Reid) - 3:03
6. Simple Man - 2:05
7. Man In The Mirror - 2:48
8. There's Only One - 3:55
9. Sleep Song - 2:57
10.Chicago - 2:55
11.We Can Change The World - 1:00
Words and Music by Graham Nash except where notes

Musicians
*Graham Nash - Vocals, Guitar, Piano, Organ, Tambourine
*Rita Coolidge - Piano, Electric
*Jerry Garcia - Pedal Steel Guitar
*Joe Yankee - Piano
*Dorian Rudnytsky - Cello
*Dave Mason - Electric Guitar
*David Crosby - Electric Guitar
*Joel Bernstein - Piano On
*Bobby Keys - Saxophone
*David Lindley - Fiddle
*Sermon Posthumas - Bass Clarinet
*Chris Ethridge - Bass
*Calvin "Fuzzy" Samuels - Bass
*Phil Lesh - Bass
*Johnny Barbata - Drums, Tambourine
*Dallas Taylor - Drums
*P.P. Arnold - Backing Vocals
*Venetta Fields, Sherlie Matthews, Clydie King, Dorothy Morrison - Backing Vocals



Najpierw było The Hollies, które w pewnym momencie konkurowało z The Beatles, potem zabrał nas ekspresem do Marrakeshu (Marrakesh Express) poprzez nasz dom (Our House), jednocześnie ucząc dzieci (Teach Your Children) jak doprowadzić do najbardziej przyjemnego zbioru piosenek zawartych na solowej płycie.
W przeciwieństwie do kolorowej dynamiki debiutu Stephena Stillsa lub kosmicznej kowbojskiej świetności Davida Crosby’ego, album Grahama Nasha jest propozycją skromniejszą i bezpośrednią, która odzwierciedla zmianę-przejście i początek.


To prawdziwy, przeważnie introspekcyjny album autora piosenek, dodajmy piosenek pięknie wykonanych i wspaniale nagranych, które odzwierciedlają przemiany, pragnienia jednoczesnego patrzenia wstecz i do przodu.
Pierwsza solowa płyta Grahama Nasha, „Songs for Beginners” została wydana w 1971 roku a nagrań dokonano w studiach w Los Angeles i San Francisco.
Płyta obsadzona jest pełną paletą gwiazd, praktycznie Graham zabrał w swoją podróż przyjaciół, którzy podnieśli wartość muzyczną albumu do wybornego wina. Im więcej go słuchasz tym jest lepszy. David Crosby, Chris Ethridge, Jerry Garcia, Rita Coolidge, Clydie King, Venetta Fields, Dave Mason, Neil Young (wystąpił pod pseudonimem Joe Yankee), David Lindley, Bobby Keys, Phil Lesh, Dallas Taylor i perkusista John Barbata to personel, który uczestniczył w tej skromnej sesji.
Cóż pomimo, że płyta ta mogłaby być przepełniona bólem i użalaniem się nad losem, wszak parę miesięcy wcześniej Nash rozstał się z Joni Mitchell, to tak nie jest. Utwory zostały zrodzone z osobistego niepokoju ale przebija się przez nie i radość i wiara w nadchodzące lepsze dni.
Jest też swoisty hymn. To otwierający płytę „Military Madness”, przejmująca, antywojenna piosenka, która nadal brzmi bardzo prawdziwie.
Ponadczasowa rzecz.
Jeśli w przeszłości były lepsze dni to logicznie przyszłość też musi przynieść czas radości. Z zaznaczeniem wyraźnej linii basu Lesha i wirującym fortepianem „Better Days” jest prawdziwym peanem na rzecz wytrwałości i określenia samego siebie.
Najbardziej osobistym numerem na płycie jest prawdopodobnie „I Used to Be a King”, który jest bezpośrednią i dojrzałą odpowiedzią na stary hit The Hollies „King Midas in Reverse”. Wyróżnia ten utwór fantastyczna gra Garcii na gitarze pedal steel oraz nieokrzesana partia basu Lesha.
Akcent rozstania z ukochaną pojawia się na ścieżce „Simple Man” z jego rzadką melodią i kąśliwymi smyczkami oraz świetnym wokalem Coolidge. 
Nash śpiewa:”Jestem prostym człowiekiem/Więc śpiewam prostą piosenkę/Nigdy nie byłem tak zakochany/I nigdy tak zraniony/W tym samym czasie”. 
Prosta piosenka o zwykłych ludzkich sprawach. Utwór ten Nash napisał po południu w dniu zerwania z Mitchell.
Chicago” to kolejna znakomita, optymistyczno buntownicza piosenka, znana nam już z płyty „4 Way Street” kwartetu Crosby, Stills, Nash and Young. Tutaj w tym numerze mamy całą pierwszą solową płytę muzyka w pigułce. Świetny wokal, świetny tekst, świetna muzyka i świetni muzycy, czego chcieć więcej.
Songs for Beginners” to świetna (jeszcze raz) prezentacja talentu utalentowanego Brytyjczyka mieszkającego w Ameryce. Te krótkie perełki dają nam przyjemne, delikatne odczucia a Nash gdy pojawia się zawsze jest w najlepszej formie, pełnej pasji i skromności w stosunku do tego, co śpiewa.



niedziela, 24 marca 2019

THE ANIMALS - Animalization (1966)




Don't Bring Me Down
One Monkey Won't Stop the Show
You're on my Mind
Cheating

She'll Return It
Inside Looking Out
See See Rider
Gin House Blues
Maudie
What Am I Living For
Sweet Little Sixteen
I Put a Spell on You


Pewnie już nie raz wspominałem w swoich recenzjach, że połowa lat sześćdziesiątych to najważniejsze lata w historii muzyki popularnej. W bardzo krótkim czasie powstały surrealistyczne prace wielu wykonawców, i to zarówno w Anglii jak i po drugiej stronie Atlantyku. Twórcza ewolucja takich zespołów jak The Beatles czy The Beach Boys ukazuje jak to się wszystko zmieniało w tak krótkim przedziale czasowym. To było jak stworzenie zupełnie nowej planety, po której nastąpiło masowe wymieranie, ponieważ tylko „najlepiej przystosowane” osobniki mogły przetrwać fale artystycznej rewolucji i twórczej transcendencji.
„Animalization” została wydana w czasie, gdy wiele zespołów powoli stojąc w miejscu traciło popularność a co za tym idzie rozpadały się. Grupy takie jak Freddie & The Dreamers, Gerry & The Pacemakers czy Billy J. Kramer & Dakotas nie były w stanie dorównać takim pozycjom jak „Revolver” czy „Pet Sounds”. Ich ckliwe piosenki lekko zabarwione prostym rock and rollem nie  utrzymywały artystycznej żywotności tych grup w dojrzewającym i bardziej świadomym artystycznie świecie muzycznym. Potrzeba postępu i ewolucji sprawiły, że 1966 rok stał się kluczowym rokiem dla wszystkich zespołów spod znaku British Invasion, których muzyka zaczynała być słuchana a nie tylko zagłuszana przez fanatyczne wielbicielki zespołów.


Aby zaspokoić potrzeby oświeconej publiczności, The Animals nagrało „Animalization”. 
Pierwszą rzeczą o której napiszę jest wokal Erica Burdona. To jest talent pokoleniowy, potężny i uduchowiony, pełen czarnego feelingu i nieokrzesanej barwy, który dominuje nad nagraniami The Animals. Dla mnie głos Micka Jaggera to słodziutka lalka Barbie w porównaniu z Burdonem. Ekspresją dorównuje mu ewentualnie Steve Marriott z Small Faces ale jego głos jest bardziej „biały’.
„Animalization” został nagrany już bez pierwszego klawiszowca grupy, Alana Price’a, ale jego odejście tak naprawdę wcale nie zmieniło tak charakterystycznego dźwięku zespołu opartego na klawiaturze, którą przejął nowicjusz Dave Rowberry. Utwory zamieszczone na tym albumie są swoistym greatest hits i spokojnie wypełniłby nie jeden singiel grupy. Choćby „Don’t Bring Me Down” mająca w sobie coś z progresywnego psycho-popu, głównie dzięki innowacyjnym efektom gitarowym zastosowanym przez Hiltona Valentine’a, albo znany standard „See See Rider” rozpędzający się jak napęczniała lokomotywa dochodząca do wrzących strzępów końcowych akordów utworu. Kolejnym singlem znanym i pochodzącym z tego lp. jest „Inside Looking Out”. Przyznam się, że najpierw słyszałem tą wersję w wykonaniu Grand Funk Railroad na świetnej ich płycie „Live Album”, To był cios w moje uszy, ostra, zadziorna,  niebywale energetyczna pozycja i długa ponad dwanaście minut trwająca. Gdy dowiedziałem się, że jest to kompozycja muzyków z The Animals pomyślałem, nie zaskoczą mnie. Błąd!
Otóż to oszałamiająco ciężki i progresywny utwór jak na 1966 rok, zaczynający się murzyńską modulacją głosu Burdona wspomaganą akordem gitary Valentine’a, a potem gdy już cały zespół wchodzi, Burdon musi wypluć z siebie pełne nieokrzesane barwy aby stłamsić dźwięki czające się w strunach gitary. 
Antywojenny song? 
„Trzymaj mnie przy zdrowych zmysłach w tym płonącym piecu”.
Cały album jest bardzo mocno osadzony w rocku i rhythm and bluesie a do tego jeszcze mamy domieszkę soulowej muzyki. „She’ll Return It” i „Maudie” to mocne akcenty żywcem wzięte jakby z sesji Muddy Watersa, natomiast „Gin House Blues” ma bardzo kreatywne podejście do muzyki smutku. Słuchając tego numeru masz nieodparte wrażenie spędzenia wielu godzin w samotnym pokoju wypełnionym cieniami.
Czas by iść naprzód. 
„I put a spell on you” przyciąga uwagę aranżacją, bas Chandlera wprowadza w klimat psychodelicznych dźwięków gdy perkusja Steela prowadzi bitwę z wokalem Burdona.

To jest mocny rys w historii muzyki rockowej. Bez nagrań takich wykonawców jak The Animals świat muzyki wyglądałby zupełnie inaczej a bez takiego głosu jaki prezentuje Eric Burdon być może słuchalibyśmy do dziś popiskiwań mysz podłączonych do  odkurzacza.






niedziela, 10 marca 2019

BOB DYLAN - Desire /1976/


"Hurricane" – 8:33
"Isis" – 6:58
"Mozambique" – 3:00
"One More Cup of Coffee" – 3:43
"Oh, Sister" – 4:05
"Joey" – 11:05
"Romance in Durango" – 5:50
"Black Diamond Bay" – 7:30
"Sara" – 5:29



Hurricane” to jedna z największych i najbardziej zaangażowanych piosenek Dylana z lat siedemdziesiątych. To też pierwsza piosenka, która otwiera kolejny lp. Artysty. Opowiada ona o uwięzieniu boksera Rubina „Hurricane” Cartera, który w 1967 roku został skazany za morderstwo, na potrójne dożywocie według wątpliwych dowodów opartych na zeznaniach dwóch drobnych złodziei. Carter szybko stał się symbolem ruchu na rzecz praw obywatelskich. Ta piosenka w trakcie wydania była bardzo kontrowersyjna. W 1976 roku Carter został ponownie osądzony i skazany po raz drugi. Dzięki działalności różnych instytucji oraz kolejnych pozwów wnoszonych do sądów konieczny stał się trzeci proces, który odbył się w 1988 roku. Po dwudziestu jeden latach Carter został zwolniony. Pozostał on niemal mityczną postacią. Dylan był bardzo zaangażowany w tą sprawę i tak ją opisywał:
Strzały pistoletu słychać w sali barowej/Patty Valentine z górnego schodzi holu/Widzi barmana w kałuży krwi/Krzyczy,”Mój Boże, zabili wszystkich!/Tutaj zaczyna się ta historia/Człowieka, który jakoś dziwnie wpadł/Wrobiono Go w bardzo brudną sprawę/Zamknięto w celi choć już prawie mistrzem świata w boksie był”.
 I dalej:”Wszystkie karty tej sprawy zostały naznaczone/Proces był cyrkiem i miał świński koniec/Każdego z świadków Rubina uczyniono pijakiem/Dla białych był włóczęgą i groźnym podżegaczem/Dla czarnych był czarnuchem i szaleńcem/Nikt jego słowom nie chciał wierzyć więcej/Mimo, że nigdy do nikogo nie strzelał/To by zamknąć Go w więzieniu na trzy dożywocia/orzekły sędziów białe gremia”.
Jak widzimy Dylan nie owija w bawełnę, wali prosto w system i nie przejmuje się. Powstał utwór przejmujący, pełen gniewu i wręcz namacalnej sądowej hipokryzji.


Drugim również kontrowersyjnym numerem jest najdłuższa, jedenastominutowa piosenka „Joey”. To biograficzna opowieść o zmarłym gangsterze Joeyu Gallo. Dylan nawiązuje tu do opowieści z Dzikiego Zachodu przedstawiając Gallo jako banitę z moralnością.
Dorastałem podziwiając tych bohaterów, Robin Hooda, Jesse Jamesa, tych facetów, którzy przeciwstawiali się uciskowi i mieli wysokie morale. Sam jestem zdziwiony, że napisałem piosenkę o Joeyu Gallo ale gdybym tego nie zrobił, to kto by ją napisał?”.
Jednak dla mnie główną atrakcją albumu jest utwór „Isis” w którym Dylan nietypowo przekazuje swoją symboliczną, wciągająca opowieść na tle dźwięków fortepianu. Układ numeru jest zgrabny i zmysłowy, a skrzypce Rivery są szczególnie kuszące, zaś melodia należy do najlepszych na płycie.
Poślubiłem Isis piątego dnia maja/Ale nie mogłem długo z nią wytrzymać/Więc ściąłem włosy i odjechałem/Do dzikiego, nieznanego kraju, gdzie nie mogło pójść źle”. 
Opowieść kończy się jednak melancholijnym wspomnieniem:”O Isis, o Isis, o mistyczne dziecię/Co ciągnie mnie do Ciebie, doprowadza mnie do szaleństwa/Pamiętam sposób, w jaki się uśmiechałaś/Piątego dnia maja, w mżącym deszczu”.
Romantyczna dusza Dylana ujawniła się również w eleganckim numerze „Oh, Sister” oraz cygańskiej opowieści ludowej „One More Cup of Coffee” gdzie skutecznie wsparła go harmonijnym wokalem Emmylou Harris.
Inne piosenki mają wyraźne egzotyczny charakter. „Mozambique” jest słonecznym i sugestywnym utworem zawartym w rytmicznych rytmach. Europejski smak głównego dania możesz znaleźć w „Romance In Durango” a „Black Diamond Boy” to niezwykłe opowiadanie o zniszczeniu pewnej wysepki i bohatera po którym został tylko kapelusz panama i para butów.
Zestaw nagrań zamyka smutna i osobista „Sara”.
Teraz plaża stała się pustynią oprócz pewnego topielca/Pokój odpłynął starym statkiem, kłamstwa zostały na brzegu/Ty zawsze odpowiadałaś. Kiedy była taka potrzeba/Daj mi mapę i klucz ku sercu Twemu/Sara, Sara/Czarująca bogini ze strzałą i łukiem/Sara, Sara/Nie zostawiaj mnie nigdy, Nie odchodź. Byłem durniem”.

Płyta „Desire” została wydana w styczniu 1976 roku, jednak jak to z Dylanem bywa nie obyło się bez kłopotów. Najpierw na nagranie utworów zaproszonych zostało mnóstwo muzyków m.in. zespół Kokomo, Erica Claptona, muzyków z grupy Dave’a Masona. Nikt z nich nie wiedział jak się pracuje z Dylanem, Clapton miał spore kłopoty, żeby domyślić się, o co właściwie chodzi Dylanowi. Clapton:”Skończyło się to tak, że w studio było dwudziestu czterech muzyków grających na wzajemnie do siebie nie pasujących instrumentach. Trudno było za nim nadążyć. Musiałem wyjść na powietrze, bo tam był dom wariatów”.
Po pewnym czasie Dylan ograniczył liczbę muzyków i stworzył mały zespół, z basistą, perkusistą, skrzypaczką.
Powstała muzyka konsekwentnie rozrywkowa, piękna, melodyjna i atrakcyjna. Aranżacje utworów są wyjątkowe i wciągające a wokal Dylana osiąga wyżyny niespotykane do tej pory. Należy jeszcze zwrócić uwagę, że jest to pierwszy album w którym Dylana wspomógł współautor tekstów Jacques Levy. Trzeba również oddać hołd nowym współpracownikom Artysty. Producentowi Donowi DeVito, muzykom Howardowi Wyeth i Robowi Stonerowi, wspaniałej wokalistce Emmylou Harris oraz dostarczającej nam niebywałych dźwięków skrzypaczce Scarlet Rivera.
No cóż, można tylko zgodzić się z opinią, że płyta „Desire” jest dziś uważana za jedną z najbardziej interesujących i wyjątkowych płyt Boba Dylana.


niedziela, 3 marca 2019

CHICAGO TRANSIT AUTHORITY - Chicago Transit Authority /1969/


1. Introduction (Terry Kath) - 6:35
2. Does Anybody Really Know What Time It Is? (Robert Lamm) - 4:35
3. Beginnings (Robert Lamm) - 7:54
4. Questions 67 and 68" (Robert Lamm) - 5:03
5. Listen (Robert Lamm) - 3:22
6. Poem 58 (Robert Lamm) - 8:35
7. Free Form Guitar (Terry Kath) - 6:47
8. South California Purples (Robert Lamm) - 6:11
9. I'm a Man (Steve Winwood/James Miller) - 7:43
10.Prologue (James William Guercio) - 0:58
11.Someday (James Pankow/Robert Lamm) - 4:11
12.Liberation (James Pankow) - 14:38


*Peter Cetera - Bass, Vocals
*Terry Kath - Guitar, Vocals
*Robert Lamm - Keyboard, Vocals
*Lee Loughnane - Trumpet, Vocals
*James Pankow - Trombone
*Walter Parazaider - Woodwinds, Vocals
*Danny Seraphine - Drums



Możesz się drapać w głowę i zastanawiać, jak taki zespół jak Chicago mógłby kiedykolwiek zostać uznany za Mistrza Formy. W końcu grupa ta dała światu takie przeboje jak, „If You Leave Me Now” czy „Hard to Say I’m Sorry”. Wiesz, przeboje, które możesz usłyszeć w każdym markecie.
Ale był czas, kiedy zespół miał pełniejszą nazwę-Chicago Transit Authority-i dźwięk, który był prawie niezrównany w historii rocka, w momencie, gdy powstał ich debiutancki krążek.
Korzenie Chicago pochodzą z dwóch różnych linii działających w mieście, które dało nazwę grupie. Sekcja instrumentów dętych spełniająca rolę motoru w muzyce grupy to trzech muzyków, studentów na DePaul University, trębacz Lee Loughname, puzonista James Pankow i saksofonista Walter Parazaider. Kiedy trio zaczęło grać w klubach w mieście, natknęli się na rockowych i bluesowych muzyków, którzy stworzyli „drugą” stronę Chicago, a byli to głównie gitarzysta Terry Kath i perkusista Danny Seraphine. Na początku 1967 roku zespół był na miejscu i rozpoczął próby w piwnicy domu Parazaidera pod oryginalną nazwą „The Big Thing”.
Latem 1968 roku James William Guercio, producent i manager zespołu nadał tempo rozwoju grupy.
Już wcześniej odniósł wielki sukces komercyjny dzięki zespołowi Blood, Sweat and Tears, którego był producentem ich debiutanckiego krążka. Dzięki temu udało mu się przekonać sceptycznie nastawionych przedstawicieli Columbia Records, by wydali podwójny album nieznanej dotąd grupy. Po zmianie nazwy, Chicago Transit Authority w niedługim czasie w styczniu 1969 roku dokonali nagrań na swój debiut. Utwory zawierały syntezę gitary elektrycznej oraz głęboko zakorzenione kompozycje bluesa i jazzu. Ta dzielna podróż do pierwotnego rocka i wolnych form jazzowych doprowadziła do wyjątkowych dźwięków, które świat usłyszał w kwietniu 1969 roku.


Warto przyjrzeć się wszystkim numerom zawartym na płycie.
Introduction” to przede wszystkim wizytówka zespołu. Instrumentalny otwieracz z odrobiną surowego wokalu Roberta Lamma, który jest jednym z trzech wokalistów śpiewających w grupie. Wszyscy siedmioosobowi członkowie zespołu prezentują swoje mocne instrumentarium, i jest to jedna z niewielu piosenek, które zrobili w idealnym stylu łącząc jazz i rock. Po solidnym wokalu otrzymujemy pełen ekspresji dźwięk-pelerynę trąbek, puzonów i instrumentów drewnianych, a także najwyższy rytm grany przez Petera Cetera i Seraphine’a. Ale prawdziwym zwycięzcą tego utworu jest Kath, którego gra to prawdziwy wynalazek i talent.
Drugi utwór „Does Anybody Really Know What Time Is It?” to popowa piosenka, łatwo wpadająca w ucho i trzymająca fason nawet po pięćdziesięciu latach. Trójczęściowa orkiestra i grający na szybko fortepian ożywiają utwór a wokal Lamma znowu robi bardzo ciepłe wrażenie.
Kiedy pewnego dnia szedłem sobie ulicą/Śliczna dziewczyna spojrzała na mnie/I powiedziała, że jej brylantowy zegarek przestał działać… A ja rzekłem/Czy ktoś tu tak naprawdę wie, która jest godzina/Kogo tak naprawdę obchodzi czas/Jeśli tak, to nie mogę wyobrazić sobie dlaczego mamy tyle czasu na płacz”.
Beginnings” zaczyna się nieprzyzwoicie od akustycznego dźwięku i mocnego basu. Potem pojawia się orkiestra i już wiesz, że to Chicago. Osobiście uważam, że to ich arcydzieło. Ma pewne progresywne aspekty z dość miłym psychodelicznym podkładem wokalnym. Dostajemy tutaj potężny występ wszystkich zainteresowanych i jest to najlepsze co grupa ma do zaoferowania.
Drugą stronę lp otwiera dobrze znany „Questions 67 & 68”, napisany przez Lamma. Tym razem w roli głównego wokalisty występuje Cetera. To kolejna piosenka o miłości, wydana została dodatkowo jako singiel.
Listen” zawiera najsilniejszą linię basu Cetery i charakterystyczne dźwięki gitary Katha. Kolejny dynamiczny numer, który opiera się na wręcz hard rockowej sekcji dętej świetnie współgrającej z luźno płynącym wokalem.
Poem 58” to piosenka w tym samym duchu, co otwierający „Beginnings”. To tutaj możesz znaleźć najbardziej imponujące dźwięki gitary i perkusji i to zmierzające we freak-jamowym korytarzu. To zabarwiony narkotykiem jam o epickiej długości, a gitara Katha robi się mroczna i trwa dość długo. Ostatecznie gdy pojawia się trzyczęściowa orkiestra, to wszystko staje się bardziej przeraźliwe i przerażające. To jedne z najbardziej dopracowanych brzmień, które zespół tutaj stworzył.
Jimi Hendrix mówił, że Terry Kath jest jego ulubionym gitarzystą, szczególnie gdy wysłuchał utworu „Free From Guitar”. Kompozycja Katha opiera się na wydobyciu różnych dźwięków ze swojej gitary, elektronicznych sztuczek, efektów zwrotnych i kaskady dźwięków aby uchwycić najwierniej otaczającą rzeczywistość miasta.
Kolejnym solidnym jammem jest numer „South California Purples”. To najbardziej psychodeliczny kawałek na płycie. Jest dość powolny i ma mocne instrumentalne brzmienie. Wpleciony w środek cytat z utworu „I Am The Walrus” jeszcze bardziej zbliża nastrój na halucynogenne ścieżki.
Cover grupy The Spencer Davis Group, „I’m A Man” to naprawdę solidna, oszałamiająca jazda w której rytm perkusji i basu kładzie prawdziwe akcenty a reszta ekipy swawolnie maszeruje po rowkach płyty.
Czwarta strona albumu jest najbardziej polityczna, ze względu na numery „Someday(August 29, 1969) i „Liberation”. Ale całość zaczyna się od krótkiego intro, „Prologue(August 29, 1968), w którym słyszymy skandowane przez protestujących przeciwko wojnie w Wietnamie hasło: „Cały świat na nas patrzy”.
Na zakończenie płyty dostajemy prawie 16minutowy, instrumentalny utwór „Liberation” o którym Lamm mówi, że został nagrany całkowicie na żywo. Intensywny i mocny jam, bardziej oparty został na rocku niż na jazzie. To wizytówka poszczególnych mocnych stron grupy. Po sekcji wprowadzającej, reflektory zwracają się w stronę Katha i jego sposobu gry na gitarze w długim obłędnym fragmencie, któremu towarzyszą groźne dźwięki organ. Sekcja dęta rozpaczliwie kręci hard rockowy taniec, a wszystko to kończy się perkusją Seraphina, wieńcząc całość awangardowymi odsłonami.
Debiutancka płyta Chicago Transit Authority jest nowatorskim albumem i słuchając jej (a znając kolejne płyty grupy) mogę śmiało określić, że zespół nigdy nie był tak nieprzewidywalny, tak żywy i namiętny jak tutaj.



piątek, 22 lutego 2019

COUNTRY JOE & THE FISH - Here We Are Again /1969/


1. Here I Go Again - 3:24 
2. Donovan's Reef - 4:18 
3. It's So Nice To Have Love - 3:25 
4. Baby, You're Driving Me Crazy (Barry Melton) - 2:43 
5. Crystal Blues - 6:18 
6. For No Reason - 3:55 
7. I'll Survive - 2:28 
8. Maria - 3:30 
9. My Girl (Barry Melton) - 2:16 
10.Doctor Of Electricity (Barry Melton) - 3:58


*Country Joe McDonald - Vocals, Guitar
*Barry Melton  - Vocals, Electric Guitar

*Mark Kapner - Piano
*Mark Ryan - Bass
*Jack Casady - Bass
*Peter Albin - Bass
*David Getz - Drums



Abbie Hoffman i Jerry Rubin przywódcy Międzynarodowej Partii Młodzieży byli głównymi inicjatorami zaplanowanej na koniec sierpnia 1968 roku w Chicago masowej demonstracji protestującej, która miała odbyć się w trakcie trwania Demokratycznej Konwencji Narodowej. Hoffman i Rubin chcieli przyciągnąć tysiące demonstrantów poprzez zgromadzenie ich w Parku Granta aby wyrazili swoją frustrację i poglądy na temat dyskryminacji rasowej i wojnie w Wietnamie. Całe to wydarzenie miało być dodatkowo urozmaicone występami na żywo paru zespołów psychodelicznych z których największą gwiazdą miał być Country Joe & The Fish.
Jednak Joe McDonald zaczął obawiać się, że cała ta manifestacja może wymknąć się spod kontroli i stać się niebezpiecznym miejscem. Po dłuższym zastanowieniu zdecydował, ze zespół powinien się wycofać. Przewidywania McDonalda sprawdziły się. Burmistrz Chicago zaapelował do rządu federalnego po pomoc. Miasto wypełniła armia 25 000 policjantów i żołnierzy, którzy mieli za zadanie chronić miasto i jeśli to będzie konieczne, działać przeciwko demonstrantom.
W trakcie konwencji Demokratów, podczas gdy Aretha Franklin śpiewała amerykański hymn, 10 000 młodych ludzi zamieniło Park Granta w tykającą bombę. Niekontrolowana akcja policji doprowadziła do paru aresztowań oraz zatrucia wielu uczestników gazem łzawiącym.
Bezpośrednią konsekwencją odmówienia występu w trakcie wiecu było opuszczenie grupy przez basistę Bruce’a Barthola, który był najbardziej z muzyków grupy zaangażowany w polityczne ideały. Country Joe & The Fish właśnie była po wydaniu swojego trzeciego albumu „Together”. Siłą rzeczy w krótkim czasie posypał się cały skład zespołu. Na scenie pozostali tylko Joe McDonald i jego długoletni współpracownik Barry Melton.
Czwarta płyta zespołu zatytułowana „Here We Are Again” została wydana w lipcu 1969 roku a wspomogli przy jej nagraniu muzycy występujący w innych kapelach z San Francisco. To też pokazuje jak ówczesna scena muzyczna współgrała ze sobą i ciągle ocierała się o siebie. Przecież oprócz wielu koncertów, codziennie odbywały się jam session w różnych klubach, dzięki czemu nie było problemu „wypożyczyć” na chwile danego muzyka.
Tak więc z grupy Big Brother and the Holding Company pojawił się bębniarz David Getz oraz grający na dwóch ścieżkach basista Peter Albin, a z Jefferson Airplane inny basista Jack Casady.



Album „Here We Are Again” jest pełen kontrastów, podobnie jak wszystkie wcześniejsze dokonania grupy. Pokazuje on wiele postępowych aspektów rozwoju McDonalda, głównego twórcę materiału.

W sierpniu 1969 roku odbył się słynny festiwal Miłości i Pokoju w Woodstock, na który zespół po prostu spóźnił się z powodu zablokowanych dróg. Po występie Richie Havensa, gdzieś tam z tyłu estrady szwędał się z gitarą pod pachą Joe McDonald. Ktoś wciągnął go na scenę i nagle znalazł się on przed mikrofonem twarzą do całego tłumu. Po improwizowanych czterech piosenkach postanowił zagrać numer, który miał wykonać wraz z zespołem, „I Feel Like I’m Fixin to Die Rag”.
Kiedy zaczął prowokować publiczność „dajcie mi F… dajcie mi U… dajcie mi C… dajcie mi K… jak się to czyta? Jak się to czyta?” usłyszeliśmy głośna reakcję pół miliona głosów krzyczących „FUCK” z całej siły. To była najmocniejsza wiadomość, jaką amerykańska młodzież mogła dać amerykańskiej polityce wojennej, która odbiła się szerokim echem na całym świecie dzięki płycie i filmowi dokumentującemu festiwal.
Piąty i ostatni album grupy został wydany w maju 1970 roku po czym Country Joe McDonald rozpoczął solową karierę.

A muzyka? A płyta „Here We Are Again”?
Mam do ciebie gorąca prośbę. Posłuchaj jej i zakochaj się w niej tak jak ja, bo warto.




niedziela, 10 lutego 2019

THE FEMININE COMPLEX - Livin' Love /1969/


1. Hide And Seek - 3:46
2. Now I Need You - 3:36
3. Are You Lonesome Like Me? - 2:59
4. I Won't Run - 3:24
5. Six O'Clock In The Morning - 3:28
6. Run That Through Your Mind - 2:35
7. It's Magic - 2:40
8. I Don't Want Another Man - 2:34
9. Forgetting (Jean Williams) - 2:17
10. I've Been Workin' on You - 2:40
11. Time Slips By - 4:25


*Mindy Dalton - Guitar, Vocals
*Judi Griffith - Tambourine, Vocals 
*Lana Napier - Drums, Vocals
*Pame Stephens - Organ, Vocals 
*Jean Williams - Bass, Vocals 



Niewiele osób pamięta The Feminine Complex, grupę nastoletnich dziewcząt, które razem uczęszczały do Maplewood High School w Nashville w stanie Tennessee i które wspólnie założyły zespół muzyczny. Zespół wydał dwa single i jedną płytę długogrającą pod tytułem „Livin’ Love”.
Gdy w trakcie którejś z moich muzycznych podróży buszowałem w jakimś sklepiku z płytami niekoniecznie przebojowymi, zaintrygowała mnie jedna z okładek wielu stojących na półce płyt.
Cztery młode dziewczyny będące w oddali o czarujących fryzurach wyglądały jakby zagubione w swoich romantycznych myślach. Na pierwszych planie pełna zadumy spogląda na mnie jeszcze jedna kobietka z lekko błądzącym uśmiechem. No i wszystkie były ładne.
A nazwa? Hmm, co to za nazwa? Jakieś zakompleksione frustraty?
Patrzę, rok wydania 1969. Właściciel sklepu widząc co mam w ręce, zachęca:”Posłuchaj tego, tam grają same dziewczyny, wiesz te co na okładce!”


 „Livin’ Love” to zapierający dech w piersiach album pełen pasji i energii. Co zaskakujące, wszystkie utwory znajdujące się na tym lp zostały napisane głównie przez Mindy Dalton, jedną z członkiń grupy. Całkowicie niewinny garażowy The Feminine Complex był pewną rzadkością w Nashville ale m.in. z racji, że zespół ten tworzyły same dziewczyny szybko zdobył popularność w lokalnych programach radiowych i telewizyjnych, choćby w „Nashville Now”. 
Grupa nagrała jedną z niewielu autentycznych perełek wśród albumów, które były nagrywane przez zespoły z dziewczętami w składzie. Słuchając nagrań z płyty „Lovin’ Love” nie ma wątpliwości, że piosenki Mindy Dalton pokazały znaczny, wypolerowany talent, noszący silne wyczucie umysłu zmieniającego barwy mieniące się wśród kolorowych dźwięków. Niestety płyta jak i zespół pojawił się i zniknął ze sceny muzycznej niezauważony i z biegiem lat osiągnął status „bardzo rzadki”. Na szczęści szperacze z wytwórni Rev-Ola wydobyli na światło dzienne po raz drugi te nagrania dodając jeszcze kilka bonusowych numerów, które znacznie poszerzają urok „Livin” Love”.


Utwory wypełniające ten album są delikatnie kuszące, zawierają ponurą nutę uwodzicielstwa, co usłyszysz już od pierwszych taktów w utworze „Hide and Seek”. Mocno zaakcentowana gitara dodaje posmaku psychodelicznej podróży ale wokalne działania uwodzą aż po kończący się dźwięk. „I Need You” świetnie utrzymany w klimacie lat sześćdziesiątych utwór łagodnie prowadzi nas na ścieżkę wypolerowanej miłości by w refrenie przejść w wirujący krzyk desperacji. Zadziwiająca dojrzałość poszczególnych utworów zaskakuje na każdym rowku płyty. „Are You Lonesome Like Me?” to na pewno napisała Dalton? Przecież te znakomite dźwięki równie dobrze mogłyby wyjść spod pióra spółki Lieber & Stoller. A i piosenka ta mogłaby pojawić się na dowolnym albumie Dusty Springfield. To powinien być pewny przebój. 
Ale przecież ile już opisywałem tutaj utworów czy płyt, które powinny być na samym szczycie? Niestety nagranie te znikają, zapomniane, oblepione warstwą kurzu, wtedy nie zdołały odpowiednio zaistnieć, teraz już nie ma dla nich czasu. A przecież są to piękne piosenki, są to udane ze wszech miar kompozycje, mające już prawie po pół wieku nadal są intrygujące i pełne wrażliwości tak potrzebnej w tym goniącym do przodu świecie.
W przyspieszającym tempo „I Will not Run” słyszymy potężne akordy rytmiczne, które stonowane są wzorcowymi na całym albumie przesiąkniętymi pogłosem chórkami wspierającymi. Dodaje to miłą atmosferę lekkości i niebytu, W dalszej części płyty mamy swobodny strumień płynący po pejzażu zagubionej miłości czy to w „Six O’Clock In the Morning” czy „It’s Magic”. Choć ten drugi ma psychodeliczny klimat z rozdzierającym refrenem. Kolejna niespodzianka, „I Don’t Want Another Man” z powodzeniem mogłaby wykonywać Aretha Franklin. Utrzymana w dźwiękach soulowych piosenka sugeruje wszechstronność zespołu.
Płytę kończy „Time Slips By” z pewnością najbardziej eksperymentalna piosenka z całego albumu. Jawne przesuwanie połyskujących efektów dźwiękowych stanowi szczególnie interesujący element w całej układance „Livin’ Love”.


piątek, 1 lutego 2019

BOB DYLAN - Blood On the Tracks /1975/


1. Tangled Up In Blue
2. Simple Twist Of Fate
3. You're A Big Girl Now
4. Idiot Wind
5. You're Gonna Make Me Lonesome When You Go
6. Meet Me In The Morning
7. Lily, Rosemary And The Jack Of Hearts
8. If You See Her, Say Hello
9. Shelter From The Storm
10. Buckets Of Rain



W angielskim miesięczniku „Let it Rock” z 1975 roku Michael Grey zamieścił taką oto recenzję piętnastego albumu Boba Dylana „Blood On the Tracks”:
Choć nie wiem, w jaki sposób, to jednak w naszej świadomości musi zajść pewna zmiana, wynikająca z faktu, że to właśnie Bob Dylan dzięki „Blood On the Tracks”, wydał najmądrzejszy album lat siedemdziesiątych. Mam wrażenie, że to zmienia wszystko. Przekształca nasz sposób widzenia Dylana-nie jest już wybitnym artystą lat sześćdziesiątych, którego twórczy kryzys ciągnął się od „Blonde On Blonde”. Przeciwnie, Dylan udowodnił, że jego pretensje do czołowej pozycji w świecie artystycznym są dziś równie uzasadnione, jak były wówczas-i że jego talent nie zgasł wraz z końcem dziesięciolecia, na które wywarł tak wielki wpływ”.

Fani byli zgodni. „Blood On the Tracks” stał się drugim z kolei studyjnym albumem Dylana, który dotarł do pierwszego miejsca list przebojów w Stanach Zjednoczonych. I jeszcze jedno. „Blood On the Tracks” stanowi centralny punkt kariery Dylana. Wraz z wydaniem tej płyty Dylan zmienił kryteria oceny stosowane przez swoich odbiorców. Zamiast z „Blonde On Blonde”, jak to się działo w przypadku wszystkich lp od „John Wesley Harding” do „Planet Waves”, następne albumy porównywano z „Blood On the Tracks”.

Ta płyta to coś więcej niż tylko potwierdzenie geniuszu Dylana. Tym razem bowiem wydał album co najmniej dorównujący własnym arcydziełom z połowy lat sześćdziesiątych. Jest to ewenement w historii białego rock and rolla. Tylko Dylan, którego dokonania z połowy lat sześćdziesiątych wydawały się przecież trudniejsze do doścignięcia, zdołał wydać płytę dowodzącą, że jego geniusz wcale nie zginął blisko dziesięć lat wcześniej, jak powszechnie sądzono. Osiągnął ten sukces całkowicie zmieniając swoje podejście do języka. Znikły surrealistyczne zwroty z „Blonde On Blonde”, znikły kaskady dźwięków otaczające te mistyczne teksty. Ich miejsce zajęła jedność nastroju, spójność brzmienia i dojrzałość głosu.
We wrześniu 1974 roku Dylan spędził cztery dni w starym studio A, jego ulubionym miejscu na Manhattanie i wyprodukował dziesięć piosenek zawierających studium romantycznej dewastacji będące wyraźnie pod wpływem rozpadu jego małżeństwa z Sarą. Jednak płyta o której mowa, „Blood On the Tracks” - nigdy oficjalnie nie ujrzała światła dziennego. Columbia wydała album pod tym samym tytułem w styczniu 1975 roku, ale Dylan przerobił pięć utworów podczas sesji w Minneapolis, co spowodowało znaczną zmianę brzmienia. Żałoba i tęsknota ustąpiły miejsca zadziwiającemu, świątecznemu nastrojowi, jakby Dylan bał się ukazał swój prawdziwy ból.

Album zaczyna się od „Tangled Up In Blue”, jednego z ponownie nagranych utworów z Minnepolis, który jest jasnym opisem smutnego wspomnienia zagubionej miłości. „Tak więc teraz znów powracam/Trzeba mi jakoś odzyskać ją/Wszyscy ludzie, których niegdyś znałem/Teraz są tylko snem/Jeśli chodzi o mnie, ja wciąż jestem na szlaku/I żyję od skręta do skręta/ I wiem już, że zawsze czuliśmy tak samo/Różniliśmy się tylko co do punktu odniesienia/Przytłoczeni łzami”.
Muzycznie mamy tu akustyczną jazdę z lekkim basem i wspaniałą perkusją Billa Berga. „Simple Twist of Fate” to jedna z najlepszych piosenek jakie słyszałem u Dylana. Jest to utwór jednocześnie smutny pełen ubolewania i spokoju, z ogólną wibracją, która dociera do twojej duszy i wydaje się dotykać cię osobiście. Melancholijny ton utworu nadaje zstępujący riff i rzadkie aranżacje na akustyczną gitarę i bas. Następne dwa numery zawarte na tym albumie to re-nagrania z Minneapolis. „You’re a Big Girl Now” różni się aranżacją od dwóch pierwszych piosenek. Mamy tu fortepian oraz wielu gitarzystów przez co melodia staje się wielowarstwowa. Ale to nie przeszkadza. Dylan śpiewa bezpośrednio o miłości i jej następstwach.
Podczas gdy wszystkie piosenki na „Blood On the Tracks” mają odrobinę negatywnej aury, „Idiot Wind” jest o wiele bardziej gryzący i cyniczny. „Idiota wiatr, wieje za każdym razem gdy poruszasz ustami/Wieje w dół uliczek uderzając na południe/Idiota wiatr, wieje za każdym razem gdy poruszasz zębami/Jesteś idiotką mała/To cud, że ciągle wiesz jak oddychać”. Pełna praca instrumentalna doprawiona organami Hammonda pokazuje powściągliwe emocje i służy do zwiększenia intensywności lirycznej. Dylan znacznie rozjaśnia dźwięki w „You’re will Make Me Lonesome When You Go”, który zawiera dużo dobrego klimatu z lat sześćdziesiątych, prezentowanym w trybie bluegrassowym.
Druga strona zaczyna się od „Meet Me in the Morning”, zdecydowanie bluesowego utworu akustycznego, z ustalonymi rytmami. Następna piosenka to najdłuższy numer na płycie, dziesięciominutowy „Lily, Rosemary and the Jack of Hearts” utrzymany w optymistycznym countrowym klimacie. Natomiast „If You See Her, Say Hello” powraca do powolnego i smutnego podejścia. Dominuje tu głębokie poczucie melancholii i rezygnacji, a Dylan przyjmuje bezpośrednie podejście liryczne, wyraźnie wspominając o swojej rozłące z żoną Sarą. „Jeśli ją zobaczysz, przywitaj ją ode mnie, być może jest w Tangerze/Zostawiła mnie wczesną wiosną i mieszka tam teraz, jak słyszałem/Jeśli chodzi o mnie, powiedz, że wszystko jest dobrze, choć dni są dziwnie długie/Może myśleć, że o niej nie pamiętam, nie wyprowadzaj jej proszę z błędu”.
Album kończą jeszcze dwa utwory. „Shelter from the Storm” jest tak dobra, jak wiele numerów napisanych przez Dylana. Wokal zmienia się w niej zręcznie między niemal szeptem a wykrzykiwaniem frazy co zmusza słuchacza do skupienia się i uwagi. Strukturalnie utwór zbliżony jest do „Simple Twist of Fate”.
Blood On the Tracks” zamyka „Buckets of Rain” w którym Dylan używa swojego głosu z „Nashville Skyline”, a towarzysząca mu gitara jest wyjątkowo ostra i krucha.
Życie jest smutne
Życie jest klapą
Wszystko co możesz zrobić, to to co musisz
Robisz to co musisz i robisz to dobrze
Zrobię to dla Ciebie, moja słodka
Czyż nie?”.