środa, 20 grudnia 2017

CROSBY STILLS NASH & YOUNG - Deja Vu /1970/


01. Carry On 
02. Teach Your Children 
03. Almost Cut My Hair 
04. Helpless 
05. Woodstock 
06. Déjà Vu 
07. Our House 
08. 4 + 20 
09. Country Girl 
a. Whiskey Boot Hill
b. Down, Down, Down
c. Country Girl (I Think You’re Pretty) 

10. Everybody I Love You


David Crosby : rhythm guitar, vocals
Stephen Stills : guitar, bass guitar, keyboards, vocals
Graham Nash: rhythm guitar, keyboards, vocals
Neil Young: guitar, keyboards, harmonica, vocals
Dallas Taylor: drums, percussion
Greg Reeves: bass (Tracks 3-6, 9-10)
Jerry Garcia: pedal steel guitar (Track 2)
John Sebastian: harmonica (Track 6)


Nagrany w 1969 roku debiutancki longplay grupy Crosby, Stills & Nash przyniósł zespołowi niesamowity sukces komercyjny czemu nie ma się co dziwić. Ten album stał się decydującym momentem w akustycznym rocku a prawie każdy utwór wprowadził się na szybki tor do sukcesu. Muzykom udało się stworzyć niesamowitą mieszankę wokalną, która łagodnie ukoiła słuchaczy występami na paru koncertach. Większość instrumentów na tej płycie obsługiwał Stills a jedynym muzykiem spoza trio był perkusista Dallas Taylor. Po wydaniu albumu i sukcesie muzycy postanowili wprowadzić dodatkowych pomocników, aby w pełni wypełnić brzmienie. Początkowo próbowano zwerbować Steve’a Winwooda ale on już podjął decyzje grania z E.Claptonem w Blind Faith. Gdzieś w tym samym czasie prezes Atlantic Records, Ahmet Ertegun, wyraził uznanie dla byłej koalicji w Buffalo Springfield z Neilem Youngiem. Kierownicy produkcji Elliot Roberts i David Geffen zabrali się do przekonania CSN, że dodanie Younga do składu przyniesie zupełnie inne elementy do muzyki tria. Już jako kwartet zespół wystąpił na festiwalu w Woodstock i odniósł olbrzymi sukces. Pod koniec 1969 roku oczekiwanie na studyjną płytę CSN&Y przekroczyło ponad dwa miliony zamówień! Ostatecznie nagrywanie zajęło dużo czasu i pełny kształt albumu to ponad 500 godzin spędzonych w studio w ciągu kilku miesięcy. Efekt końcowy wypełniony jest precyzyjnym graniem, bogatą harmonią i mocnymi rytmami, które przetrwały przez dziesięciolecia.
Płyta „Deja Vu” ukazała się w 1970 roku a materiał jej wypełniony jest klasykami amerykańskiej muzyki, które na stałe wpisały się w kulturę Stanów Zjednoczonych.
„Almost Cut My Hair” autorstwa Crosby’ego jest bluesowym, hippisowskim hymnem, jest rasowym rockerem przy którym przeszłość i teraźniejszość znika. Pozostaje tylko przyszłość, napełniona nadziejami na lepsze jutro. Potrójny gitarowy atak Crosby’ego, Stillsa, a zwłaszcza Younga na gitarze prowadzącej doprowadza do perfekcji muzyczną podroż a sam Crosby dostarcza swoim soulowym wokalem tyle emocji, tyle wrażeń-jak hasła kontrkultury. Piękny song. 
Drugim utworem napisanym przez Crosby’ego jest „Deja Vu” zaczynający się powolnym akustycznym rytmem by przejść następnie w blues rockowe dźwięki tak charakterystyczne dla pierwszej solowej płyty Davida. 
Stills zapisał się na „Deja Vu” dwoma numerami z których pierwszy „Carry On” ma entuzjastyczne, akustyczne, country’owe intro przechodzące później w przestrzeń harmonii dodatkowo wzmocnioną wielką gitarą elektryczną. Natomiast „4+20” jest krótką akustyczną melodią ludową podaną z rockowym wokalem autora. 
Graham Nash stworzył obraz sielskiej, przyjemnej atmosfery podpiętej wspaniałymi harmoniami wokalnymi. W „Teach Your Childern” znajduje się imponująca gra na gitarze pedal steel, Jerry’ego Gracii, który zaznajomił muzyków CSN&Y z dokonaniami Grateful Dead, które skutecznie harmonizują z płytą ‘Deja Vu”.
„Helpless” to ballada Younga, w której Neil gra akustycznie, elektrycznie, fortepianowo i harmonijkowo z głównym wokalem. Ten utwór pierwotnie został nagrany przez Younga z Crazy Horse w 1969 roku a „Country Girl” zawiera luźną mieszankę w rytmie walca z dodatkiem głębokiej mikstury organowej w tle i delikatnej harmonii.
Album kończy się „Everybody I Love You” jedyną współpracą na płycie między Stillsem i Youngiem, która wydaje się być najmniej ukończonym utworem.
Po nagraniu „Deja Vu” każdy z czterech członków zespołu nagrał swoje solowe płyty, które wszystkie osiągnęły top 20. Jednak aby znowu usłyszeć ich razem jako kwartet, musieliśmy czekać prawie trzy dekady do 1988 roku kiedy to nagrali płytę „American Dream”.

W międzyczasie w trakcie nieregularnych spotkań występy kwartetu zawsze miały tę magiczną jakość, która stała się czymś więcej niż tylko odpowiednikiem amerykańskich Beatlesów.



środa, 13 grudnia 2017

ELECRTIC TOILET - In The Hands Of Karma /1970/


1 - In The Hands Of Karma 4.53   
2 - Within Your State Of Mind 8.05
3 - Revelations 3.58
4 - Mississippi Hippy 3.15
5 - Goodbye My Darling 6.18
6 - Dont Climb Nobody Else's Ladder 2.52

Dave Hall - Guitar
Others Members are unknown
Gitarowa psychodelia grupy Electric Toilet objawiła się słuchaczom na jedynym albumie zatytułowanym „In The Hands Of Karma” a wydanym w 1970 roku przez wytwórnie Nasco Revelations.
Zespół pochodzi z Memphis, niewiele wiadomo o muzykach oprócz tego, że głównym kompozytorem całości materiału jest Dave Hall.
Muzyka nagrana przez zespół ociera się o bluesa, rocka i elementy gospel (chóralne elementy chóru Baptystów) wymieszane ze sobą i umiejętnie podane w psychodelicznym sosie.
A już pierwszy numer, tytułowy potwierdza, że jest to fantastyczny album. Spokojny, powolny głos wokalisty przerywany gitarą płynącą jak wzburzone rzeki ciągnie się do refrenu gdzie wchodzi pierwsza część chóru gospel potęgując nastrój odrętwiałego spokoju.
To zgranie wokalu i chóru w części końcowej utworu jest po prostu rewelacyjne. Można płynąc tak bezwiednie, bezszelestnie z prądem doprowadzając stan umysłu do tych drzew rosnących na wzgórzu. Zbudowany na niezwykle solidnym podkładzie kolejny utwór „Within Your State Of Mind” rozciąga się na ponad osiem minut. Działające przez cały czas w tle organy Hammonda naruszają spokój obrazu. Te dźwięki prowadzą do otwartych wrót podświadomości. Teraz możesz swobodnie podróżować przez bezmiary kosmicznego morza.
Dyskretne sfuzzowane gitary przekomarzają się z resztą instrumentów i wypełniają całą ścieżkę swobodnymi dźwiękami. Te Hammondy pracujące w tle przypominają mi trochę pracę Pierre’a Henry’ego na „Ceremony” grupy Spooky Tooth.
Ale daj się skusić i pozwól sobie na odrobinę odjazdu, przy tym utworze możesz daleko zajechać. Przy okazji „Revelations” chciałbym zwrócić uwagę na wokal, który toczy się bardzo nonszalancko i zabiera nas w rejony południowych Stanów. Rhythm and Blues z dodatkiem żeńskich chórów, organ oraz trippy kwasową gitarą wypływa na głębokie wody psychodelii podobnie jak kolejny niesamowity „Mississippi Hippy”. Tutaj z kolei wokal lekko zabarwiony został soulowymi akcentami a gitarowe solo lekko zbliża się do countrowych klimatów.
Przejdźmy dalej…. Gdyż tu zaczyna się „Goodbye My Darling”.
Utwór został napisany przez Betts i Davisa a melodia coś mi przypomina, ale co? Osadziłbym się w klimacie „Hey Jude” Beatlesów tylko jeszcze mocniejsze i wyniesione ponad chmury dzięki inwazji chóru Baptystów. Żegnaj, moja kochana nadane z pogłosem przy dźwiękach fortepianu przemierzającego jak toczący się pociąg pustawą prerię rozciąga się w nieskończoność. „Czy istnieje powód dla którego mam żyć dalej? Żegnaj, moja kochana. Opuszczam Cię, żegnaj”. Niestety słowa te okazały się jakby prorocze. W kilka dni po nagraniu albumu „In The Hands Of Karma” dwóch członków zespołu Electric Toilet zginęło w wypadku samochodowym i w związku z tym grupa rozwiązała się.
Pozostawiła po sobie album, który dla mnie jest jednym z najbardziej emocjonalnych przeżyć i do którego zawsze z chęcią wracam.




środa, 6 grudnia 2017

THE WEST COAST POP ART EXPERIMENTAL BAND - Part One /1967/

1. Shifting Sands (Baker Knight) - 3:55
2. I Won't Hurt You (Shaun Harris, Michael Lloyd, Bob Markley) - 2:24
3. 1906 (Bob Markley) - 2:21
4. Help, I'm a Rock (Frank Zappa) - 4:26
5. Will You Walk With Me (Dan Harris) - 3:01
6. Transparent Day (Shaun Harris, Bob Markley) - 2:18
7. Leiyla (Shaun Harris, Bob Markley) - 2:55
8. Here's Where You Belong (P.F. Sloan) - 2:50
9. If You Want This Love (Baker Knight) - 2:52
10.'Scuse Me Miss Rose (Bob Johnston) - 3:03
11.High Goin' (Van Dyke Parks) - 2:04

*Hal Blaine - Drums
*Kenny Bobo - Vocals
*Dan Harris - Guitar
*Shaun Harris - Bass, Vocals
*Michael Lloyd - Guitar, Vocals
*Ron Morgan - Guitar
*Bob Markley - Composer


Okay, spróbujcie wyobrazić sobie taki obrazek: bogaty młody dyletant spotyka na ekskluzywnym przyjęciu trzech młodych chłopaków podekscytowanych dźwiękami występującej właśnie grupy The Yardbirds. Zaczynają rozmowę i okazuje się, że trzej młodzi muzycy pragnął założyć zespół, tylko nie mają forsy na profesjonalny sprzęt. Dyletant proponuje im kasę na zakup nowych, lśniących instrumentów pod jednym warunkiem: pozwolą mu od czasu do czasu wstrząsnąć tamburynem na scenie, aby mógł bez oporu zapełniać swoje łóżko opalonymi kurczakami. 
Co to jest! mówią młodzieńcy i biorą się do roboty. Sprzęt już jest, jeszcze do tego dyletant wykłada pieniądze na uatrakcyjnienie występów psychodelicznymi pokazami świetlnymi. Występują w paru miejscach Los Angeles i do tego jeszcze mają sfinansowane studio nagraniowe. Oczywiście powinni się domyśleć, że jego umiejętności muzyczne są w pewnym stopniu …nijakie. Podobnie jak i zdolności kompozytorskie. 
„To było frustrujące” wspomina jeden z młodzieńców Shaun Harris „On nie miał żadnego pojęcia o muzyce, a więc to co starał się robić było inne i dziwaczne. Nie do końca nam to odpowiadało, ale cóż mogliśmy zrobić? Przerabialiśmy te jego pomysły aby cokolwiek z tego wyszło”.
Efektem takiej aranżacji jest zapierający dech w piersiach, trochę nierówny album z kilkoma cudownymi plamami psychodelicznego popu nagrany przez zespół The West Coast Pop Art Experimental Band a płyta nosi nazwę „Part One” i została wydana w 1967 roku.
Dyletantem o którym wyżej mowa był Bob Markley a młodzieńcami, którzy z nim współpracowali byli bracia Shaun i Danny Harris oraz gitarzysta Michael Lloyd.
Wydawałoby się, że płyta najbardziej znana będzie z coveru Franka Zappy „Help, I’m A Rock” ale tak nie jest. Wśród numerów panujących na płycie akurat ten utwór robi najmniejsze wrażenie. „I Won’t Hurt You”, „Will You Walk With Me” czy „Leiyla” są podstawą „Part One”. Proste, oniryczne, pełne głębi i psychodelicznej otoczki ballady pozwalają zanurzyć się w dźwiękach będących pełnym klimatem lat sześćdziesiątych. Płyta oznacza się krótkimi utworami bez specjalnych popisów instrumentalnych ale mająca chwytliwe melodie wypełnione czasami garażowymi zniekształceniami gitar i bezcielesnymi harmoniami wokalnymi. Gdy jednak weźmiemy pod uwagę utrzymany w odjazdowej podróży numer „1906” to kwasowa jazda przymusza słuchacza do niewygodnej penetracji własnej świadomości. Niepokój wzmaga się po paru dźwiękach, czy ja wrócę z tej otchłani a może moja podświadomość zostanie na zawsze poza nowymi drzwiami percepcji.

Kalifornia w latach sześćdziesiątych był centrum różnych zwariowanych pomysłów i idei, eksperymentalnych koncepcji tworzonych dla wtajemniczonego słuchacza. The West Coast Pop Art Experimental Band jest wypadkową wielu pomieszanych dźwięków krążących wokół stylu The Byrds, Moby Grape i lekko The Beatles ale to wszystko odbywa się w dżungli wietnamskiej, gdzie jeszcze przed chwilą wszystko było spokojne i sielskie, gdzie nagle rozbłysły napalmowe rakiety przechodząc po niebie a grawitacja rozwiała się dosłownie pozostawiając ludzi w locie.



środa, 29 listopada 2017

CARAVAN - Caravan /1968/


1. Place Of My Own - 4:01
2. Ride - 3:42
3. Policeman - 2:44
4. Love Song With Flute - 4:10
5. Cecil Runs - 4:07
6. Magic Man - 4:03
7. Grandma's Lawn - 3:25
8. Where But For Caravan Would I Be  - 9:01

*Pye Hastings – Guitar, Singer, Vocals
*Dave Sinclair – Electronic Organ, Organ, Piano
*Richard Sinclair – Bass Guitar, Bass, Guitar, Vocals
*Richard Coughlan – Drum Kit, Drums
Additional Musician
*Jimmy Hastings - Flute

Ta płyta jest jak pudełko wypełnione tajemniczymi dźwiękami, które jak nitki babiego lata melancholijnie powiewają w pomarańczowym słońcu. To jedna z najbardziej cudownych podróży w głąb tajemnicy istnienia. To przepełniona nostalgią i smutkami opowieść, a szary słonecznik trwa o zachodzie słońca, z okiem zapchanym krwistym płaczem. Doskonałe, wspaniałe, ukochane istnienie słonecznika. Słodkie oko natury dla nowego księżyca chwytającego złoty powiew przebudzenia. Wyglądam przez okno, mgła powoli unosi się nad zielono brunatnymi polami, szron maluje łąki, smutne kolory liści pozwijanych powoli opadają na ziemię i pojawia się tęsknota za tym co już nie powróci. Wierzba okryta skrzydłem motyla pochyla się nad wodą, wsłuchuje się w dźwięki dochodzące z głębiny. Kasztany z drzew spadają nam pod nogi, zielone tuż przed upadkiem wychylają się brązowe owoce a na nagich gałęziach ptaki przejmują swoje królestwo. Wykluty jak pisklę z grupy Wilde Flowers zespół Caravan nagrał swoją debiutancką płytę w 1968 roku a każda piosenka z tego albumu jest czymś w rodzaju inkubatora dla rozwijającej się sceny Canterbury, której Caravan jest czołowym przedstawicielem. Elementy rocka, jazzu, folku i awangardy poddane charakterystycznemu brzmieniu to główne składniki sceny określanej Canterbury. Jednak ten pierwszy lp grupy Caravan jest jeszcze bardzo dziewiczy. Osadzony w melancholijnym świecie narkotycznych wizji, otula cię pełną tajemniczości muzyką proponując ładne psychodeliczne piosenki.
Dlaczego kocham ten album?
No cóż, po prostu muzycy grupy mają niesamowitą zdolność pisania krótkich, bardzo nostalgicznych piosenek, maja zdolność łączenia najbardziej odlotowych dźwięków w psychodeliczną podróż. A gdzie ona Cię zaprowadzi? Nie wiem.
Przede wszystkim Panowie Sinclair, Hastings i reszta ekipy zawierają w swojej muzyce magię najbardziej hipnotycznych zmian akordów oraz metrum, które mogą równać się z Brianem Wilsonem czy Rayem Daviesem. W ich utworach pojawiają się krótkie fragmenty, zagrywki i motywy, które scalone w jedność tworzą znakomite kawałki. I ta nieziemska atmosfera przenika wszystkie te piosenki. Najlepszym przykładem tego grania jest otwierający płytę utwór „Place Of My Own”. Motyw przewodni zdominowany został przez organy po którym delikatny wokal Pye’a Hastingsa intonuje liryczną melodię prowadzącą nas ku podmuchom powietrza o smaku truskawkowym. „Ride” kolejny numer na płycie zainspirowany został motywami wschodnimi przeplatanymi ciężką pracą basu a „Policeman” jest wczesnym przykładem uroczego i bardzo angielskiego stylu kompozytorskiego. Najbardziej narkotyczna opowieść pojawia się w utworze „Cecil Rons”. Zaczynający się w swobodnej formie przekształca się w basowy wiersz z nietypowym atonalnym wokalem a całość zamykają dźwięki walca jakby z innego świata.
Dla mnie jednak najpiękniejszym utworem jest „Magic Man”. To tajemnicza podróż po różowych łąkach pachnących lawendą, której zapach dolatuje do mnie słuchając tej lirycznej ballady. Wspaniała gra Dave’a Sinclair’a, tutaj unosi ducha całej sceny Canterbury pogłębiając melancholię i smutek.
Jak na razie jest ok. Ale to nie wszystko.
Ten okres brytyjskiego rocka po Pieprzowej inwazji, byłby bardzo ograniczony gdyby nie zamykający debiut grupy Caravan utwór, „Where But For Caravan Could I”. 
Epicki numer zawierający wszystko co najlepsze w psychodelicznej aurze brytyjskiej muzyki.
Piękna melodia cichutko się rozwija a grany przez Sinclaira główny motyw utworu zostaje wspomagany silnym akcentowaniem perkusji Coughlana, który posuwa do przodu cały utwór. Nastrój się rozjaśnia a harmonie wokalne wyprzedzają prace Briana Wilsona, podnoszą melodię jeszcze wyżej, ku jasności. Końcowa część tego numeru doprowadza do gitarowych wstrząsów i nagłego wybuchu perkusji.
I tak się kończy jedyna w swym rodzaju płyta Caravan, następne były już inne, też fajne ale inne.




środa, 22 listopada 2017

THE ALAN BOWN ! - Outward Bown /1967/


01. Toyland 2:34
02. Magic Handkerchief 3:16
03. Little Lesley 2:10
04. All Along the Watchtower 3:09
05. Sally Green 3:19
06. Penny for Your Thoughts 3:39
07. Storybook 3:15
08. Technicolor Dream 2:55
09. Love Is a Beautiful Thing 3:32
10. Violin Shop 3:01
11. You're Not In My Class 3:34
12. My Girl the Month of May 2:48

Alan Bown – Trumpet
Stan Haldane - Bass, Vocals
Jeff Bannister - Keyboards/Vocals
John Helliwell – Sax
Robert Palmer – Vocals
Vic Sweeney – Drums
Tony Catchpole – Guitar
Jess Roden – Vocals
Gordon Neville – Vocals
Andy Brown - Bass, Vocals

Historię brytyjskiego rock’n’rolla lat sześćdziesiątych wypełniają nazwiska rodzimych wykonawców, którzy mimo, że cieszą się przychylnością krytyków, felietonistów muzycznych czy też publiczności klubowej to jednak nigdy nie zdołali zaistnieć na trwałe w szeroko pojętym show businessie.
Alan Bown jest aktorem, trębaczem oraz liderem zespołów, które nazywały się 
The Alan Bown Set i które w latach sześćdziesiątych miały przychylne recenzje w prasie oraz zapełniały kluby muzyczne swoimi występami na żywo. W tym czasie w Anglii rywalizowało kilka różnych rodzajów muzyki. Instrumentem Bowna była trąbka, a jego głównym zainteresowaniem był jazz i amerykański rhythm and blues. Pierwszą odsłonę swojego zespołu Bown ukazał szerszej publiczności w 1964 roku. 
Grupa zyskała reputację ekscytujących występów na żywo a repertuar oparty na rhythm & bluesie i muzyce soul w połączeniu z rock’n’rollem zjednał im wielu wielbicieli. Jednak ciągle brakowało jednego-kontraktu płytowego. Ten wreszcie został podpisany rok później z wytwórnią Pye Records. Niestety gdyby ich zamierzony singiel zawierający cover Curtisa Mayfielda „I’m The One” wyszedł zgodnie z planem, listy przebojów otworzyły by się na ich muzykę. No cóż, nie pierwszy raz wytwórnia płytowa zawaliła sprawę. Zespół kontynuował sukcesy jako grupa klubowa, a od drugiej połowy 1965 roku stał się główną atrakcją klubu Marquee w Londynie. Takie zdobyli uznanie swoimi występami, że zaczęli dostawać oferty gry w całej Anglii. Gdy na początku 1966 roku stracili gitarzystę, zastąpili go saksofonistą, znanym później ze współpracy z Supertramp, Johnem Helliwellem. W tym samym roku nagrali płytę „Emergency 999” zawierającą ekscytujące nagrania rhythm & bluesowe. Kontrakt z Pye zakończył się w 1967 roku. 
W ciągu zaledwie kilku miesięcy grupa przeszła całkowitą transformację w psychodeliczny zespół zwany The Alan Bown! i podpisała kolejny kontrakt tym razem z Music Factory aby pod ich szyldem wydać wspaniały album zatytułowany „Outward Bown”. I znowu pech prześladował grupę. W tygodniu, w którym nastąpiło wydanie płyty, po obu stronach Atlantyku zdarzyła się katastrofa. W fabryce w której wyprodukowano płytę wybuchł strajk co uniemożliwiło jej dostarczenie do sklepów a w konsekwencji MGM Records zdecydowało się zrezygnować z Music Factory. Wszelkie działanie promocyjne i dystrybucyjne albumu zostało zaniechane i tak „Outward Bown” niestety zaistniał tylko w nieznacznym stopniu na rynku muzycznym. A szkoda bo jest to świetna muzyka popowa rozkosznie zaaranżowana w duchu psychodelicznej szkoły, zawierająca obserwacje z życia ulicy swingującego Londynu, zaludnionej przez atrakcyjne dziewczyny, które poszukują miłości w chmurach przelatujących nad Hyde Parkiem.
Wyluzowane mini klasyki takie jak: „Magic Handkerchief”, „The Violin Shop” i „My Girl the Month of May” są wyprodukowane czysto a mnogość instrumentów wcale nie przeszkadza tylko dodaje kolorytu. Choćby, fantastyczny znany z licznych składanek brytyjskiej psychodelii „Toyland” ozdobiony gitarą akustyczną, smyczkami, fletem i wiolonczelą jest naprawdę mocnym punktem płyty. Blask muzyki jest słyszalny na całej płycie. „Penny for Your Thoughts” wsparty jest dziwaczną gitarą i błyskotliwym saksofonem a „All Along the Watchtower” słynny utwór B.Dylana łączy moc Jimi Hendrixa ze stylem sierżanta Pieprza.
Podobno Hendrix słysząc tą wersję mocno inspirował się nią w trakcie wykonań na żywo ze swoim zespołem. A że po latach aranże i pewne pomysły Bowna zostały wykorzystane przez innych niech świadczy to powolne wejście basu w „Storybook”, które zostaje później odtworzone przez 10cc w ich wielkim przeboju „I’m Not In Love”.
Alan Bown uchwycił na tej płycie tą cząstkę, lekką mgiełkę brytyjskiej psychodelii co możesz sam sprawdzić wtapiając się w te dźwięki .





środa, 15 listopada 2017

BOB WEIR - Ace /1972/


  • Greatest Story Ever Told (Bob Weir / Robert Hunter)
  • Black Throated Wind (Bob Weir / John Barlow)
  • Walk In The Sunshine (Bob Weir / John Barlow)
  • Playing In The Band (Bob Weir / Robert Hunter)
  • Looks Like Rain (Bob Weir / John Barlow)
  • Mexicali Blues (Bob Weir / John Barlow)
  • One More Saturday Night (Bob Weir)
  • Cassidy (Bob Weir / John Barlow)
  • Bob Weir - guitar, vocals
  • Jerry Garcia - guitar, pedal steel
  • Donna Godchaux - vocals
  • Keith Godchaux - piano
  • Bill Kreutzmann -drums
  • Phil Lesh - bass, vocals
  • Dave Torbert - bass
W 1972 roku przedstawiciele Warner Records wpadli na pomysł, aby muzycy Grateful Dead ponagrywali swoje własne solowe albumy. W tamtym czasie w grupie nie działo się za dobrze. Konflikt pomiędzy Garcią a Weirem o to w którym kierunku dalej ma pójść zespół, kłopoty zdrowotne Pigpena mogły takim pomysłem doprowadzić do kresu działalności zespołu. Trzech muzyków zdecydowało się nagrać swoje własne płyty. Na szczęście podziałało to bardzo odkażająco i doprowadziło do wzbogacenia dyskografii rodziny Grateful Dead o świetne pozycje. 
Jerry Garcia postanowił sam nagrać całą muzykę na swój debiut /niewielką pomoc okazał mu Bill Keutzmann/, Mickey Hart nagrał świetną rzecz a towarzyszyła mu cała czołówka sceny San Francisco, natomiast Bob Weir, hmm, no Bob Weir nagrał taką płytę, jaką pewnie stworzyłby sam zespół gdyby nagrywał kolejny lp.
Album „Ace” ukazał się w maju 1972 roku a w nagraniu jego towarzyszyli Weirowi wszyscy muzycy Grateful Dead /oprócz Pigpena/. Jedyną zmianą wprowadzoną do realizacji tego albumu była podjęta przez Weira współpraca z Johnem Perry Barlowem, który napisał teksty do paru utworów zamieszczonych na płycie.
Muzyka Weira została wyśmienicie przyjęta przez pozostałych członków macierzystej formacji o czym świadczy fakt, że wszystkie /oprócz „Walk In the Sunshine”/ utwory wykonywane były na żywo podczas koncertów Grateful Dead. Po prostu zostały one przyjęte jako coś, czego nie powstydziłby się nagrać sam zespół.
„Ace” zaczyna się od numeru „Greatest Story Ever Told”, który opowiada historię różnych biblijnych postaci w Księdze Genesis. Wokal Weira bardzo dobrze pasuje do utworów zawartych na płycie, to słychać, że są to numery Weirowskie. Muzyka brzmi bardzo ładnie, szczególnie partie gitarowe przepływają cudownie i wypełniają pustą przestrzeń. Na kolejny utwór czekałem z niecierpliwością. Znany z wykonań koncertowych uważanych przez niektórych za niesamowicie ciekawe tutaj w studio obronił się znakomicie.

„Playing in the Band” jest zrobiony bardzo klarownie i pomimo, że utwór trwa prawie osiem minut to jego zawartość stanowi mocny punkt na płycie. Zamieszczone w środkowej części jammowanie jest tak delikatne, że tylko muzycy Grateful Dead potrafią to zrobić a długa, brunatna ścieżka prowadzi mnie, gdzie tylko chcę. 
„Looks like Rain” to depresyjny country rockowy kawałek w którym główną rolę odgrywa gra Garcii na gitarze pedal steel. Emocjonalny wokal rozpoznaje ciemne postacie, echa, niestrudzenie ramiona białe ku fali wyciągając. Ja, bose dziecię, gdy wiatr rozwiewa mój włos, słuchałem długo i długo. Kowbojska opowieść zawarta w balladzie „Mexicali Blues” posiada stary rytm i jedną z najwspanialszych melodii a „One More Saturday Night” oparta jest na radosnym rock and rollu, gdzie gitara gra jak szalona do buntowniczego tekstu napisanego przez Weira. Płytę zamyka utwór będący hołdem dla niezrównanej postaci amerykańskiej kontrkultury. Bob Weir wraz z Johnem Barlowem stworzyli wspaniały obraz Neala Cassady, bohatera kultowej powieści „W Drodze” Jacka Kerouaca. „Cassidy’ jest drugą piosenką w której wspominany jest przyjaciel zespołu Grateful Dead / mowa o Nealu jest też w „That’s It For the Other One”/. A że była to barwna postać więc dlaczego by nie wyruszyć wraz z nim i Jackiem Kerouacem w drogę bliżej zachodu, zahaczyć o niejedną próbę Acid Testu, Kena Keseya i jego Merry Pranksterów oraz uczestniczyć w muzycznej przygodzie zespołu The Warlock, który niebawem zmienił nazwę na Grateful Dead. „Cassidy” kończy ten pierwszy solowy album Boba Weira a ja cieszę się, że nic nie stoi na przeszkodzie aby wsłuchiwać się w tak fajne płyty.



środa, 8 listopada 2017

STATUS QUO - Picturesque Matchstickable Messages from the Status Quo /1968/


1. Black Veils Of Melancholy (Rossi) 3:17
2. When My Mind Is Not Live (Parfitt, Rossi) 2:50
3. Ice In The Sun (Wilde, Scott) 2:13
4. Elizabeth Dreams (Wilde, Scott) 3:29
5. Gentleman Joe's Sidewalk Cafe (Young) 3:01
6. Paradise Flat (Wilde, Scott) 3:13
7. Technicolour Dreams (King) 2:54
8. Sheila (Roe) 1:56
9. Spicks And Specks (Gibb) 2:46
10. Sunny Cellophane Skies (Lancaster) 2:47
11. Green Tambourine (Pinz, Leka) 2:19
12. Pictures Of Matchstick Men (Rossi) 3:13

Francis «Mike» Rossi (guitar, vocals)
Alan Lancaster (bass, vocals)
Rick Parfitt (guitar, vocals)
John Coghlan (drums)
Roy Lynes (keyboards)

Jednym z najbardziej spójnych albumów psychodelicznego rocka w Wielkiej Brytanii jest płyta nagrana w 1968 roku przez zespół Status Quo a wydana pod tytułem „Picturesque Matchstickable Messages from the Status Quo”. Gdy cztery lata wcześniej Rick Parfitt po raz pierwszy spotkał Francisa Rossiego nie mógł przewidzieć, że współpraca obu muzyków przeciągnie się na lata. Przez ponad pięćdziesiąt lat muzycy tworzyli razem przeboje grupy, spędzili całe życie grając razem i występując na scenie.
Więc zanim ten debiutancki album ukazał się na rynku muzycznym grupa Status Quo składała się z dobrze rozumiejących się muzyków, co znalazło odzwierciedlenie w złożonych aranżacyjnie utworach, które świetnie wpasowały się w główny nurt psychodelii.
Bo jest to album będący kwintesencją swingującego Londynu, skomercjalizowaną odmianą,  jakże uroczą w swoim wydźwięku. W rzeczywistości konsekwentna realizacja dźwięku i pomysły na utwory ukazują nam już od pierwszych sekund czego możemy spodziewać się słuchając tej płyty. Czynnik stopniowania /falowanie dźwięku/ jest wszechobecny na płycie, gitary wykorzystujące efekty fuzz i organy palące jak słońce w południe dodają kolorytu poszczególnym numerom. Wiele piosenek mocno trzyma się psychodelicznej barwy, wiele nosi uderzające podobieństwo do siebie, ale, wiesz pomimo, że wydaje się to bardzo spójne, że nawet jeśli są to wszystkie te same numery z różnymi słowami, to ja i tak lubię te pieprzone piosenki i mogę ich słuchać raz za razem.
Zadziorne, impulsywnie świdrujące gitary w „Black Veils of Melancholy” równie dobrze wtapiają się w kolejne ścieżki na płycie ale to nie są monotonne dźwięki, to jest celowy zabieg pewnych  powtórzeń prowadzących do wyluzowania słuchacza.
Z upływem czasu atmosfera płyty krąży wokół rozbujanego Londynu /”Gentleman Joe’s Sidewalk Cafe”/ po drodze zahaczamy o marzenia Elizabeth /”Elizabeth Dreams”/  i możemy wraz z nią polecieć nad chmurną tęczę aby posłuchać westchnienia zielonego wiatru.
„Paradise Flat” to mordercze dzieło psychodeliczne bardzo dobrze wpasowane w atmosferę Carnaby Street a „Technicolour Dreams” to prawie klasyka gatunku.
Na płycie mamy parę coverów, które zostały poddane bardzo małej przeróbce. Ale i tak się bronią. „Spicks and Specks”, The Bee Gees oraz „Green Tambourine”, The Lemon Pipers są same w sobie przebojami i tak są zaprezentowane przez zespół.
Album kończy się bardzo popularnym numerem „Picture of Matchstick Men” i dobrze, że utwór ten okazał się hitem, stanowi on bowiem siłę przebicia zespołu w tych burzliwych muzycznie czasach.
Rok później grupa Status Quo nagrała jeszcze jedną płytę utrzymaną w klimacie fascynacji psychodeliczną Carnaby Street aby następnie zmienić swój styl muzyczny na hard/rock-boogie i tak już podążać przez kolejne lata swojej działalności muzycznej.