niedziela, 20 lutego 2022

COLOURS - Colours /1968/

 


1. Black Day at Black Rock, Baby
2.Love Heals
3.Hekping You Out
4.Where Is She
5.Rather But Me
6.I'm Leaving
7.Brother Lou's Love Colony
8.I Think Of Her {She's On My Mind}
9.Lovin'
10.Cataleptic
11.Don't You Realize

Carl Radle - bass,voc
Chuck Blackwell - drums,voc 
Jack Dalton - gtr,voc
Rob Edwards - lead gtr,voc
Gary Montgomery - piano,voc

Byłem niemal pewien, że słuchając grupy Colours mam do czynienia z młodymi Anglikami, inspirującymi się „Revolverem” The Beatles czy też zapatrzonymi w harmonie wokalne braci Gibb. A tu niespodzianka. Otóż mamy kolejną amerykańską trupę, której korzenie sięgają Oklahomy gdzie perkusista Chuck Blackwell i basista Carl Radle byli kumplami młodego Leona Russela. Zasadniczo Colours był projektem studyjnym a album powstawał przez kilka miesięcy pod koniec 1967 roku. W następnym roku wydała go wytwórnia Dot Records, która głównie nastawiona była na muzykę łatwą, lekką i przyjemną, przez co nie miała zbyt dużego doświadczenia w pracy z taką grupą jak Colours i dlatego ich album nie eksplodował w wyniku słabego marketingu. Szybko jednak płyta zatytułowana jak zespół stała się obiektem kolekcjonerskim, a jej wartość rosła przez lata.

To prawdziwa zapomniana perełka (któraż to już), która choć nieco wtórna, obfituje w żywiołowe aranżacje, mocne melodyjne haki i wyrafinowane pejzaże dźwiękowe. Od początku do końca album jest zwarty i skupiony. Lekki psychodeliczny temperament zespołu idealnie zrównoważony został z nieskazitelną muzykalnością i doskonałymi harmoniami. Wystarczy posłuchać otwierające płytę „Bad Day at Black Rock, Baby” i ich misja staje się jasna. Zespół nigdy się nie poddaje a na zakończenie słuchania płyty „Colours” pozostaje niedosyt. Niestety nic więcej nie zostało.

Album został wyprodukowany przez Danny’ego Moore’a i Richarda Delvy’ego a materiał został napisany przez gitarzystę Jacka Daltona i klawiszowca Gary’ego Montgomery’ego. Wyszła im wspaniała kolekcja gotowego do słuchania psychodelicznego popu lub jak kto woli baroque popu. Uwagę zwraca rytmika nagrań, która jest bardzo udana. Doskonały bas zawsze wciska się we właściwe miejsce, a klawisze i harmonie mają silny beatlesowski charakter. Posłuchajcie „Love Heals” ociekający wpływem Sgt. Peppera co nie jest zarzutem. Przetworzone wokale, operowe podkłady wokalne a całość bardzo melodyjna – nic więc dziwnego, że Dot wybrało ten numer na singla. Klimat utworów jest po prostu bardzo słoneczny, przecież czas w jakim powstały był kalejdoskopowo kolorowy. „Helping You Out” jest właśnie takim słonecznym dźwiękiem, gdzie fajne wrażenie robią akcenty wokalne przy wejściach w zwrotki. „Where Is She” tu sam uśmiech wstępuje na myśl o pięciu gościach z Oklahomy, którzy nasłuchali się Paula McCartneya i stworzyli ładną balladę w dodatku wzbogaconą partią fletu w tle. Jak już pisałem to były czasy gdzie kalejdoskop dźwięków mieszał na płytach różne sfery i urozmaicał dzięki temu dane krążki. Wpływ raga-rocka w „Rather Be Me” z dodatkowym przetworzonym wokalem i wrzuconymi efektami produkcyjnymi jest bardzo kwasowym numerem grubym jak pieprz w słoiku z konfiturami. Zresztą w podobnym stylu mamy i kolejne perełki, „Brother Lou’s Love Colony” czy „Lovin’”. Ten drugi ma fantastyczny rytm a całość jest pełna bliskości Lennonowskim barwom. Ciekawym efektem zwrotnej gitary i akustycznej pracy jest „I Think of Her (She’s On My Mind)” gdzie dodatkowo zespół wydobywa soulowe ruchy z epoki. Na pewno w pamięci pozostanie numer „Cataleptic” z mocno trippową partią i wyśmienitą psychodeliczną solówką gitarową a kończący płytę „Don’t You Realize” doprowadza do tego, że ledwo ostatnie dźwięki się kończą, już masz ochotę na powtórkę. Niestety gdy gusta publiczności oswoiły się z latem miłości, kolekcja „Colours” została przeoczona przez krytyków i przepadła. A przecież nazwać tą płytę niewyśpiewanym klejnotem to spore niedopowiedzenie. Grupa przestała istnieć w 1970 roku a muzycy zaczęli współpracę z innymi zespołami m.in. z Taj Mahalem, Derek and the Dominoes, Ericiem Claptonem czy Joe Cockerem. Carl Radle w 1980 roku zmarł na skutek śmiertelnej kombinacji alkoholu i narkotyków. Kalejdoskopowa kombinacja kolorowych barw odeszła na zawsze.








niedziela, 13 lutego 2022

NEIL YOUNG - On The Beach /1974/

 


  1. Walk On
  2. See The Sky About To Rain
  3. Revolution Blues
  4. For The Turnstiles
  5. Vampire Blues
  6. On The Beach
  7. Motion Pictures (For Carrie)
  8. Ambulance Blues

Być może to najbardziej rozgoryczone wydawnictwo Neila Younga, chociaż muzycznie pojawiają się radosne iskierki ale „On the Beach” jest na pewno mniej dopieszczony, mniej komercyjny i ogólnie bardziej ponury niż mający podniosłą dramaturgię „Harvest”. Ten muzyczny i tematyczny zwrot być może wynika ze skomplikowanych relacji i niezadowolenia ze sławy, a także poczucia wyobcowania, które z niej wynika. Ten motyw wyobcowania pojawia się silnie w muzyce i tekstach, z takimi wersami jak „Mieszkam tu na plaży/ ale te mewy wciąż są poza zasięgiem”. Ta zdolność tworzenia Neila głębokich fraz jest w swojej zwodniczej prostocie niezwykle piękna. Czuję, że mewy w tej chwili reprezentują wolność i niezależność, które Young czuł, czuł, że one są poza jego zasięgiem, pomimo wysiłków, aby osiągnąć ten cel. „On the Beach” to opowieść o złamanym marzeniu Artysty. Dom przy plaży, spokój w pokoju, siedzenie z muzykami na werandzie i granie na gitarze, a wszystko to zostaje zrujnowane przez rzecz, która mu je zapewnia – sławę. Marzenie – doskonale reprezentowane przez bębenek z koziej skóry (djembe), które smutno i oszczędnie stuka do wielu utworów na płycie – próbuje się przebić przez kolorowe ściany ale wkrótce godzi się z faktem, że życie nie jest tym czym miało być.

„Nadchodzą dobre czasy/ Słyszę to wszędzie, gdzie pójdę/ Dobre czasy nadchodzą/ Słyszę to wszędzie, gdziekolwiek pójdę/ Dobre czasy nadchodzą/ ale na pewno nadchodzą powoli”.

Tytułowy numer otwiera pełnię uczuć słuchacza. Nie przejdziesz obojętnie obok niego. Nie.

Leniwe akordy gitary Younga kreślą jasne i słoneczne linie, jednocześnie doprowadzając piosenkę do smutku. Szorstka produkcja potęguje ponury nastrój a rażące słonecznie promienie nie dają żadnego ukojenia, a jedynie upał, od którego nie ma ucieczki. Jest jeszcze jeden diament na płycie. To kończący album „Ambulance Blues”, z pewnością jedna z moich ulubionych piosenek Neila Younga. Boleśnie smutna początkowa partia akustycznej gitary jest tak boleśnie smutna, że mam uczucie tonięcia, zanim pojawi się tekst. Utwór opowiada o zanikaniu hipisowskiego snu i śmierci optymizmu lat 60-tych, oddaje nostalgię za chwilami utraconymi w czasie, o kelnerkach płaczących w deszczu, rozbitych domach i pustych centrach miast. Tekst ma formę szkicu, a piosenka czerpie wielką wagę z migawek z życia i jest ciężka od ogromnego poczucia straty. Sposób w jaki Young to śpiewa jest prawdziwy i osobisty, brzmi jak nawiedzony i samotny, bez niczego, poza swoją gitara akustyczną, która dotrzymuje mu towarzystwa w bezkresnej próżni czasu. Jest prawdziwa gorycz w sposobie, w jaki śpiewa „Ona potrzebuje kogoś, na kogo może krzyczeć” i prawdziwe poczucie żalu, gdy wtóruje mu „A ja jestem takim dupkiem, że sprawiam, że czuje się tak źle”. To jedna z tych piosenek, które mogłyby trwać bez końca, jej żałobne smyczki i harmonijka zawodzą niczym fale wynurzające się z oceanu smutku. Utwory na płycie sprawiają wrażenie, jakbyś siedział i patrzył na to, co dzieje się na świecie, pozwalając mu przemijać, będąc zbyt wyczerpanym i załamanym by cokolwiek z tym zrobić. Warto zauważyć, że podczas gdy teksty są ważnym punktem płyty to aranże wciąż robią wiele, by stworzyć to poczucie izolacji, które sprawia, ze tekst naprawdę rezonuje. Tak wiele smutku jest przekazywane przez solówki gitarowe gdy pojedyncze nuty jak widmo rozpływają się we mgle. Nie umniejsza to oczywiście emocjonalnego wydźwięku całego albumu. Jest to przejmująca i ludzka ucieczka w depresję i zauważcie, że wcale przy tym nie jest nudna. To płyta na samotne deszczowe dni, albo na bycie na plaży i obserwowanie morze przy okazji rozmyślając o życiu i innych rzeczach. O proszę.

Zgadza się, możesz tego słuchać na plaży!

Po prostu wybierz dzień, kiedy nie jest zbyt słonecznie i spróbuj poszybować wśród ulotnych dźwięków mew.





wtorek, 1 lutego 2022

GRATEFUL DEAD - Dick's Picks volume 4

 


  • Introduction by Zacherle
  • Casey Jones (Jerry Garcia / Robert Hunter)
  • Dancing In The Streets (Stevenson / Gaye / I. Hunter)
  • China Cat Sunflower (Jerry Garcia / Robert Hunter)
  • I Know You Rider (Traditional arr. Grateful Dead)
  • High Time (Jerry Garcia / Robert Hunter)
  • Dire Wolf (Jerry Garcia / Robert Hunter)
  • Dark Star (Jerry Garcia / Bill Kreutzmann / Phil Lesh / Ron McKernan / Bob Weir / Robert Hunter)
  • That's It For The Other One (Grateful Dead)
  • Turn On Your Lovelight (Scott / Malone)
  • Alligator (Phil Lesh / Ron McKernan / Robert Hunter)
  • Drums (Mickey Hart / Bill Kreutzmann)
  • Me and My Uncle (Phillips)
  • Not Fade Away (Petty / Hardin)>
  • Mason's Children (Jerry Garcia / Phil Lesh / Bob Weir / Robert Hunter)>
  • Caution (Do Not Stop On Tracks) (Grateful Dead)
  • Feedback (Grateful Dead)
  • And We Bid You Goodnight (Traditional arr. Grateful Dead)

  • Jerry Garcia - lead guitar, vocals
  • Mickey Hart - drums
  • Bill Kreutzmann - drums
  • Phil Lesh - bass, vocals
  • Ron McKernan - organ, percussion, vocals
  • Bob Weir - guitar, vocals

To jeden z najsłynniejszych momentów w historii występów Grateful Dead. Osobne podziękowania należą się Dickowi, bo to dzięki niemu razem możemy poszybować po orbicie przy dźwiękach raczej nieziemskich. Dick’s Picks volume 4 zawiera nagrania z 13 i 14 lutego 1970 roku z dwóch wyjątkowych nocy w Fillmore East w Nowym Jorku. Oba te koncerty składały się z trzech setów, zaczynały i kończyły się segmentami elektrycznymi z akustycznym setem pośrodku. Na tym wydawnictwie nie ma żadnego materiału akustycznego. Częściowo znajdziemy go na „Bear’s Choice”.

Dobra, to do rzeczy.

Oto John Zackerle przedstawia zespół entuzjastycznemu tłumowi, życząc wszystkim wesołych Walentynek, opowiada jak zamierzał wystąpić w trumnie ale ta pękła, a następnie wypowiada się na temat „bycia niepokojonym przez kraby na kanale 44”. Następnie mówi, że „to jest wspaniały niedzielny poranek, Grateful God-damn Dead”, podczas gdy oni wdzierają się radosnym „Casey Jones” prowadząc do soulowej, psychodelicznie zabarwionej wersji „Dancing in the Street”, która energetyzuje imprezową atmosferę, gdy Weir zaprasza wszystkich do wstania i tańczenia dookoła. Ten taniec udziela się słuchającemu. Nie sposób przejść obok, ta więź z muzykami jest bardzo odczuwalna. To dziwne ale muzyka Grateful Dead właśnie tak na mnie działa. Dochodzi do tego, że uczestniczę w tej grze nie jak świadek tylko pełnoprawny uwodziciel. Jestem z Wami chłopaki!

Błyszcząca „China Cat Sunflower>I Know You Rider” prowadzi nas do prawie trzydziestominutowej „Dark Star”. Oszałamiająco piękne, spokojne pasaże wyrównują poziomy oświetlone pięcioma setkami słońc. Gdy błądzę wśród wspaniałych mrożonych przysmaków,  obserwuję brzoskwinie i ananasy, a potem spaceruję całą noc pustymi ulicami. Nagle wokal Jerry’ego przerywa tą podróż samotności, a ja idę i marzę o straconej miłości przechodząc obok błękitnych aut zmierzających w stronę cichej chaty. Otwierając kolejne drzwi wpadamy na podstawowe intro „That’s It for Other One”, po którym następuje zelektryfikowany segment z podwójną perkusją a całość zostaje wbita w szaleńczy wir gwiezdnych pejzaży, poczekaj, usiądź i wyglądaj autobusu, który odwiezie nas do swojskiej Wieczności gdzie zostało serce i popłynęły pożegnalne łzy. I teraz spokoju nie ma.

Oto nadchodzi czas rhythm and bluesa, kiedy to niegrzeczny soulowy wokal Pigpena wdziera się w dzikie „Turn On Your Love Light”. Co za noc, a to jeszcze nie koniec. Szaleńczy głos gitary i wokalu napędza szyderstwem strachu i otumania wściekłych władców. Przez cały ten czas zawirowana publiczność je Deadom z ręki, a magia trwa nadal. Warto wspomnieć o uchwyconym ciepłym blasku i uważnej atmosferze panującej w Fillmore East. To doświadczenie niepodobne do żadnej innej realizacji koncertowej.

A to jeszcze nie koniec.

Trzeci dysk daje nam kilka piękności. Bob Weir brzmi bardzo zrelaksowany w radosnym „Me & My Uncle” a Pigpen otwiera bluesowy „Alligator”. To jak wysokooktanowy ładunek porywający robaka w milion atomowych cykli, potem perkusiści biorą sprawy w swoje ręce i przez prawie trzynaście minut uruchamiają populacje nowymi nerwami wszechświata. Ciekawie zagrane „Not Fade Away” ukazuje Jerry’ego, który tworzy nowe instrumentalne pasaże z wnętrza tego rockandrollowego klasyka. Czas płynie non stop, z „Not Fade Away” zamiast zwyczajowego „Goin’ Down the Road Feeling Bad” wyskakuje rzadko wykorzystywana wersja „Mason’s  Children”, krótka ale mocna i zapowiadająca niesamowite „Caution (Do Not Stop On Tracks)”. To tutaj cała siła grupy wychodzi poza atmosferę, przyspiesza z karkołomną prędkością, to tutaj słońce oświetla to co zagarniam aż po horyzont, jednym rzutem oka. Gdy Pigpen bierze mikrofon i intonuje „All You Need”. Uważna publiczność delektuje się tymi momentami, szczególnie podczas gromkich podchodów instrumentalnych prowadzonych przez Lesha i jego chodzące linie basu. Całość dochodzi do ostatniej wieczności a kiedy Weir dołącza do Pigpena na dodatkowe refreny „All You Need” zaczyna się instrumentalny jam, Wow!

„Caution (Do Not Stop on Tracks)” nabiera tempa by później odreagować w końcowych minutach „Feedback”, będących preludium do „Space”. To prawie dziesięć minut muzyki obciążonej kwiatem, która by przetrwać musi żyć do ostatniej kropli radości.

Całość zamyka, wykonane a capella, gustowne „And We Bid You Goodnight”. Tak kończy się wzajemne uznanie pomiędzy publicznością i zespołem.

To była naprawdę dobra noc!

A podczas koncertu padał śnieg. Wyobraźcie sobie muzycznie naładowanych deadheadowych świrów rzucających się śnieżkami i tarzających się wokół sali Fillmore East.

To była noc!







niedziela, 23 stycznia 2022

THE BYRDS - Younger Than Yesterday /1967/


1. So You Want To Be A Rock 'N' Roll Star (Jim McGuinn, Chris Hillman) - 2:04
2. Have Seen Her Face (Chris Hillman) - 2:30
3. C.T.A. - 102 (Jim McGuinn, Robert J. Hippard) - 2:29
4. Renaissance Fair (David Crosby, Jim McGuinn) - 1:51
5. Time Between (Chris Hillman) - 1:54
6. Everybody's Been Burned (David Crosby) - 3:02
7. Thoughts And Words (Chris Hillman) - 2:54
8. Mind Gardens (David Crosby) - 3:28
9.My Back Pages (Bob Dylan) - 3:05
10.The Girl With No Name (Chris Hillman) - 1:50
11.Why (Jim McGuinn, David Crosby) - 2:45

*Jim McGuinn - Lead Guitar, Vocals
*David Crosby - Rhythm Guitar, Vocals
*Chris Hillman - Electric Bass, Vocals, Acoustic Guitar
*Michael Clarke - Drums
Additional Musicians
*Hugh Masekela - Trumpet
*Cecil Barnard (Hotep Idris Galeta) - Piano
*Jay Migliori - Saxophone
*Vern Gosdin - Acoustic Guitar
*Clarence White - Guitar
*Daniel Ray (Big Black) - Percussion


Choć to nie jest nic dziwnego (w moim przypadku), to zawsze, gdy się słucha The Byrds, dzieje się coś magicznego. Niezależnie od tego, czy zna się ich na pamięć, czy nie, jest w nich przede wszystkim ten geniusz, którego nie da się wytłumaczyć. I nawet nie zastanawiaj się dlaczego, po prostu, do każdego, kto choć trochę liznął muzyki to dociera. Ten zespół jest jednym z największych wszechczasów a ich krystaliczne brzmienie z 1965 roku, gdy stali się pionierami folk-rocka pozostawało ich osobistym podpisem. Rok później Byrdsi wkroczyli w świat kontrkultury, stając się jednym z prekursorów rocka psychodelicznego. W 1967 roku Kalifornijczycy poszerzyli swoją artystyczną paletę, surfując na rodzącej się fali country rocka, która doprowadziła do powstania arcydzieła zatytułowanego „Younger Than Yesterday”. Wprawdzie w momencie nagrywania albumu, wnętrze zespołu nie było do końca idealne, starcia osobowości całej czwórki sprawiły, że sesje nagraniowe były trudne, ale mimo to, ta mieszanka czterech bardzo różnych osobowości, sprawia, że powstały klejnoty, oszlifowane diamenty warte fortunę. Ta płyta jest dojrzałym, złożonym i innowacyjnym albumem „Ptaków Zachodniego Wybrzeża Ameryki”.

Nagrywany przez 11 dni od listopada do grudnia 1966 roku „Younger Than Yesterday” opiera się na retrospektywnych fundamentach, ale z nowym wydźwiękiem. W istocie esencja czwartego albumu zespołu tkwi w żyłach folk rocka i psychodelii ale otwiera się też na inne światy: country, jazz czy studyjne eksperymenty. Dodatkowo album ten wyznacza wiele symboli kontrkultury, pokazując znacznie bardziej zaangażowanych Byrdsów w ich treści. Już na wstępie muzycy przekazują światu swoją opinię na temat ekscesów przemysłu muzycznego, biorąc pod uwagę manipulacje producentów z prefabrykowanym zespołem (chodzi o The Monkees). „So You Want to be a Rock’n’Roll Star” jest na swój sposób karykaturą, zbudowaną wokół koncepcji piosenki na żywo, gdzie słychać wiwaty publiki w podziwie. Ale co jest dziewicze u The Byrds to pojawiające się po raz pierwszy dźwięki trąbki grane przez Hugha Masekela, które wnoszą do utwory wspaniałą aranżację. Koniecznie wsłuchaj się w to. Z kolei „Have You Seen Her Face” to pełen blasku ukłon w stronę rewolucyjnych Beatlesów. Napisany został przez Chrisa Hillmana, który rozkwita tu jako autor piosenek na najwyższym poziomie dając nam numer z doskonałymi gitarami i niezwykle chwytliwą melodią. Jednym z najbardziej innowacyjnych numerów na płycie jest „C.T.A.-102”, szczególnie pod koniec gdy przesterowany wokal, symuluje mowę kosmitów, co zostaje osiągnięte przez uruchomienie głosu na różnych prędkościach. Tu pozostawiono miejsce producentowi Usherowi, który najpierw umieścił piosenkę w tle a następnie za pomocą elektronicznego oscylatora odtworzył kosmiczne dźwięki. Wszystko to jest strasznie zagmatwane jak na tamte czasy i absolutnie świetnie zrobione, czujesz się jakbyś był na farmie w środku Ameryki, a tu przylatuje latający spodek. Psychodeliczno-folkowa demonstracja Davida Crosby’ego w „Renaissance Fair” to kolejny klasyk albumu. Ta krótka piosenka dostarcza wciągającej instrumentacji, owiniętej w zaraźliwą melodię. W tym momencie widać już różnorodność, jaką „Younger Than Yesterday” oferuje, napędzany zarówno przez geniusz wielu indywidualności, jak i siłę zapierającej dech w piersiach muzycznej alchemii. A przecież to jeszcze nie koniec. Oto istny skarb płyty.

Piosenka „Everybody’s Been Burned” to po prostu absolutny majstersztyk. Crosby stworzył dzieło o niesamowitym klimacie, bardzo relaksujące i pozwalające nam zanurzyć się w nostalgiczne pejzaże kosmicznych wojaży. Ten liryzm potęguje końcowe „I Love You” zaśpiewane z pewną obawą.

I tu można by już zakończyć opisywanie tej płyty. Jeśli do tego miejsca nie przekonałem cię do niej to odpuść już sobie. Kolejne filtry Beatlesowskich dźwięków znajdziemy w „Thoughts and Words” wyróżniającej się bajeczną melodią i bardzo udaną aranżacją. Mamy tu czysty psychodeliczny pop z McGuinnem grającym na swojej 12-strunowej gitarze tyłem do kierunku jazdy jak na sitarze, aby naśladować brzmienie tego hinduskiego instrumentu. Podczas gdy podziwiamy tę bezbłędność zaproponowaną przez Byrdsów, „Thoughts and Words” pokazuje również progres, jaki zespół przekazuje w swoim opanowaniu psychodelii. Zwłaszcza gdy słuchamy „Mind Gardens”, numeru bardzo kontemplacyjnego i strasznie hipnotycznego. To lekcja Crosby’ego udzielona w pojedynkę, bez perkusji i gitar. Album kończy się w fantastyczny sposób numerem „Why”, absolutnie chwytliwym hymnem raga i psychodelii, doskonałym przykładem tego, o co w tej epoce chodzi.

„Younger Than Yesterday” jest albumem bez znaczących wad, bez wypełniaczy. Każdy z numerów wnosi swój własny kamień do gmachu i jego różnorodności, aż w tworzy płytę drastycznie jednorodną, która ponownie pokazuje geniusz kalifornijskich Ptaków.
















środa, 12 stycznia 2022

Ocalić od zapomnienia

 

To już ponad czterdzieści lat minęło odkąd epoka lat sześćdziesiątych zaistniała w mojej świadomości i muzyka ta wypełniła moje życie.

Nie ukrywam, w ostatnich latach moja znajomość płyt z tą muzyką powiększyła się bardzo. Mnóstwo trafiło na moja półkę i dumnie się tam pręży, wiele też zostało odrzuconych. Stosując zasadę, czy to mi się podoba i czy będę do tego jeszcze wracał i tak zestaw nagrań powiększył mi się niebotycznie. Co tylko może cieszyć. Myślę, że w tej materii powoli docieram do dna Rowu Mariańskiego i odkrywanie kolejnych płyt będzie coraz rzadsze. Ale nie ma czym się martwić. Te tysiące, które przeszły selekcję, czekają na kolejny odsłuch, na kolejny zachwyt i nawet na opis na tym blogu. W tym miejscu muszę koniecznie podziękować różnym fanatykom i poszukiwaczom, dzięki którym te nagrania zostają odkurzone, wydarte z czeluści mrocznych archiwów i udostępnione różnym takim zapaleńcom jak ja. Muzyka lat sześćdziesiątych jest całym moim życiem i pewnie to już zauważyliście, więc nie pozostaje mi nic innego jak nadal zanurzać się w tych otchłaniach i penetrować oraz badać różne dziwolągi, będące dawno już wymarłe. Ale dzisiejszy opis będzie trochę inny. Otóż jest mnóstwo kapel, których kariera skończyła się na wydaniu singla lub na nagraniu dema. Na szczęście ( i tu kolejny raz, dzięki zapaleńcom) są wydawane różnego typu składanki, gdzie jesteśmy w stanie znaleźć i poznać te osobliwe indywidua.

I dziś parę takich odkryć.

Choć na początek, coś znanego ale zaskakującego.

Francuski zespół ART ZOYD, znany był mi z nagrań z początku lat 80-tych ale że to nie moja muzyka dałem sobie z nimi spokój. I tu niespodzianka. Na jednej ze składanek z muzyką bliższą kwasowym odlotom niż awangardowym napięciom znalazłem numer „Something in Love” tegoż zespołu. To jedna z zaginionych tajemnic natury: jak to możliwe, że tak wspaniały przykład ciężkiej psychodelii, może zostać dosłownie zapomniany, podczas gdy późniejsze wydawnictwa tej grupy osiągają niewyjaśnione uznanie. Tutaj mamy ciężki, z masywnym fuzzem i monstrualną gitarą numer w dodatku spotęgowany zadziornym wokalem i przyjemną linią refrenu. Niesamowite!


THE BLUEBEARDS, wiadomo, że pochodzą z Ohio i że na płycie pojawili się tylko raz, z singlem z 1967 roku. „Come on-a My House” został napisany przez Rossa Bagdasariana i jego kuzyna, Williama Saroyana. Melodia oparta jest na ormiańskiej pieśni ludowej. Wyjątkowe wykonanie piosenki przez młodocianą grupę z Ohio przynosi garażowo psychodeliczne brzmienie, wsparte gitarą, organami, dudniącymi bongosami, ciężkim basem i perkusją ze wschodnim klimatem. Szaleńczy pochód organowych klawiatur sprawia, że numer ten bliższy jest zakręconym odjazdom niż radosnemu Latu Miłości.



Kolejnym odkryciem wręcz zwalającym z nóg jest numer „Kaleidoscope” zespołu CAPTAIN BILLY’S WHIZBANG. Zawierający dużo pary, atakuje od początku wdzierającymi się organami, siejącymi wokół spustoszenie. To natężenie doprowadza do niemiłych myśli a całość prowadzi przez cieliste wzgórza prosto ku przepaści. Numer ten został napisany przez Gary’ego Brookera i Keitha Reida z Procol Harum. Captain Billy’s Whizbang pochodził z Nowego Jorku i na Wschodnim Wybrzeżu grupa miała wielu zwolenników. Niestety pobyt w studio gdy zarejestrowano ten numer był jedynym ale legenda o nich jako ekscytującym zespole żyje do dziś.



Charakterystyczny, mocny wokal Larry Haytona z pewnością wyróżnia numer „Love’s So Easy Now”, pochodzącego z Kanady  zespołu PEMBROOK LTD. Ten naturalny talent wspomaga całość utworu gdzie smaku dodają delikatne dęciaki z pełną duszą oraz rytmicznie grająca gitara. Ledwie ponad dwie minuty pozwala nam przeniknąć popowe frazy całkiem ładnie nurzające się w garażowej psychodelii. Na liście przebojów Spokane, singiel z tym nagraniem dotarł do 15 miejsca, więc wcale nieźle sobie poczynał.



THE PLEASURE GARDEN to w rzeczywistości początek grupy The Iveys, potem znanej jako Badfinger, artystów z wytwórni Apple Beatles. „Permissive Paradise” jest freakbeatowym kawałkiem przedstawiającym swingujący Londyn od tej niebagatelnej strony. Przyjemny psychodeliczny odłam oznacza się dudniącym basem, ciekawymi wokalami i sfuzzowaną gitarą. Całość dostarcza zmian tempa sięgających szczytów ponad chmurami. Napędzana końcówka numeru wściekle atakuje słuchacza i utrzymuje wciąż wysoką formę.



O holenderskim THE FALCONS wiadomo niewiele. Tyle, że zaczynali w 1962 roku wzorując się na The Shadows by w 1966 roku nagrać pełną ognia i szalonych gitarowych zagrywek swoją wersję utworu „Louie, Louie”. Już od pierwszych taktów porywające nuty podnoszą ciśnienie a wokal w pełni oddaje ducha całości numeru. Pełen lekceważenia i pewnej nonszalancji świetnie wypełnia kolejne sekundy płyty. Brudne dźwięki gitary wydobywają podziemne tornada niszcząc po drodze wszelkie przeszkody. Autentyzm wykonania i młodociana werwa powodują, że czapka sama uchyla się na te dźwięki.



Pochodzący z Londynu GERANIUM POND niestety również nie miał szczęścia w nagraniu całej płyty długogrającej. Znalazłem ich pięć nagrań i aż szkoda, bo tak cudnej psychodelii nie powinno się wypuszczać z rąk. Utrzymany w klimacie brytyjskiej nostalgii wypełniony narkotycznymi fluidami utwór „Dogs in Baskets” zagłębia nas w przyjemną otchłań, gdzie główną rolę odgrywają organy i różnego rodzaju efekty dźwiękowe. Wpasowany w to wokal snuje powolną tajemnicę nad całością materiału.



Oryginalne wcielenie THE FLY-BI-NITES powstało w Atlancie w stanie Georgia gdy Greg Presmanes i Doug Freedman uczęszczali do tamtejszego liceum. Po wielu zmianach personalnych, skład ustalił się na Greg Presmanes (wokal), Bob Wade (gitara), Steve Sherwood (klawisze), Doug Freedman (perkusja) i nieznany basista. W tym czasie zespół znalazł się w studio i nagrał jedyny wspaniały numer „Found Love”, który został wydany na singlu w 1967 roku. Tylko 300 kopii zostało wytłoczonych! A w oryginale cena ich osiąga czterocyfrowe sumy. Wysublimowany ale twardy garażowy psychodelik z sugestywnymi organami i znakomitym biciem perkusji mocno prowadzi do fantastycznych gitarowych przejść,  dodatkowo wspomaganym refleksyjnym wokalem. Intensywność nagrania nie słabnie ani na chwilę. Jeśli chodzi o zabójców wszechczasów, „Found Love” jest zabójcą wszechczasów. I jeszcze, numer ten zasłużenie znalazł nową publikę, gdy został zagrany w świetnym amerykańskim serialu „Mad Men”, podczas odlotowej podróży głównego bohatera, dyrektora reklamy Dona Drapera, granego przez Jon Hamma.



I na koniec taka ciekawostka. Otóż grupa NEXT OF KIN działająca w Ohio w czasie swojego powstania składała się z dwóch braci, z których jeden miał lat dziesięć a drugi sześć i pół! Do czasu nagrania uroczego numeru „A Lovely Song”  byli już dorośli, czternasto- i dziesięcioletni, a towarzyszyła im para trzynastoletnich wielkoludów. To była młodzież.



środa, 5 stycznia 2022

GIANT CRAB - A Giant Crab Comes Forth /1968/

 


 A Giant Crab Comes Forth 2:18 
 It Started With A Little Kiss 2:30 
 Directions 3:03 
 Watch Your Step 2:37 
 Intensify Your Soul 2:30 
 Enjoy It 2:04 
Hot Line Conversation 3:00 
 I Enjoy Being The Boy 2:45 
 Lydia Purple 2:42 
 Groovy Towne 2:37 
 Thru The Fields 2:39 
 The Chance You Take 2:44 
 Believe It Or Not 2:54 
 The Answer Is No 2:59 
 Hi Ho Silver Lining 2:30 
 Why Am I So Proud? 4:07 

Ernie Orosco - lead vocals, lead guitar, rhythm guitar, 12-string guitar, vocal harmonies
Raymond Orosco - 12-string guitar, dry box, bass guitar, clavinet, electronics (special effects), backing vocals
Ruben Orosco - bass guitar, drums, saxophone, electronics (special effects), backing vocals (vocal harmonies)
Kenny Fricia - organ, piano, clavinet, horns, vibraphone (vibes), electronics (special effects), backing vocals (vocal harmonies)
Dennis Fricia - drums, horns, electronics (special effects), backing vocals (vocal harmonies



I spójrz na okładkę albumu. Stonowane odcienie niebieskiego, kontur kraba pochłaniający krążek żółtych i czerwonych promieni, wizerunek będący bliski słynnym japońskim filmom grozy z Godzillą w roli głównej. Okrąg w okręgu a płonący olbrzymi krab w środku i ten tytuł unoszący się nad tym wszystkim. Wyobraźcie sobie, że wchodzicie w listopadzie 1968 roku do sklepu z płytami i widzicie to cudo patrzące wam w oczy. Trzeba być na niezłym haju aby nie dać się wciągnąć w sam środek tej okładki. Wiry jaskrawożółtych, różowych, niebieskich i zielonych pasków znikają w otworze wrzeciona, wir, który mógł wywołać zawrót głowy nawet w stanie spoczynku. To pierwszy z dwóch albumów nagranych przez grupę Giant Crab i debiut ten wymyka się łatwym kategoryzacjom, co pomaga wyjaśnić, dlaczego po kilkudziesięciu latach od wydania wciąż brzmi świeżo. Jest tu blue-eyed soul, bogate harmonie wokalne, wybitne wykorzystanie pomysłowych dęciaków, gitarowych riffów i pirotechniki. Obecne są również efekty psychodeliczne, szeroka gama smaków klawiszowych, w tym jazzujące wibracje, funkujący klawinet a nawet brzmienie mellotronu, jedno z najwcześniejszych amerykańskich zastosowań tej klawiatury magnetofonowej.

Już pierwsze zagranie nadaje niezwykły ton, otwieracz w formie „news flash” recytowanym przy wtórze filmowych grzmotów. Zapowiedź reportera brzmi jak kadr z filmu sci-fi z lat 50-tych, która nieprzypadkowo zawiera wszystkie tytuły utworów na płycie. To nieco zagmatwane intro nabiera sensu, gdy weźmiemy pod uwagę, że był to rok 1968 a reporterem był Johnny Fairchild, DJ z Santa Barbara, skąd pochodził sam zespół. Pierwsza prawdziwa piosenka Giant Crab, „It Started With A Little Kiss” pokazuje wiele mocnych stron zespołu w tym uduchowniony wokal Erniego Orosco, ich podejście do rocka z domieszką r&b oraz charakterystyczne aranżacje, które trzymają całą płytę ponad poziomem. Ten numer wykorzystuje klawesyn, który napędza refren a riffy gitarowe dodają posmaku słodkości. Bongosowe perkusyjne wstawki są bardzo pomysłowe i jako całość tworzą piosenkę, której nie sposób się oprzeć. I tak jest przez cały album. Gdy już wydaje się, że wiesz co będzie zaraz i może masz przesyt? Nagle albo idealnie słoneczny wokal albo riff lub dęciaki zagrodzą ci drogę do wyłącznika. To działa! W „The Chance You Take” chrupiąca gitara wygląda zza muru i spotyka się z instrumentami dętymi pełnymi list przebojów o smaku rhythm and bluesa a „Directions” przeplata złowieszczy, ciężki riff z funkującymi, synkopowanymi rogami. „Enjoy It” natomiast jest pełen wyrafinowanego popu, który dzieli beztroską energię w słonecznym wydaniu. Zwróćmy uwagę na kończący płytę „Why Am I So Proud”, gdzie nostalgiczna nuta przemieszcza się w stronę końcowych napisów. Film się kończy. Wersja „I Enjoy Being the Boy” Joe’ya Levine’a, piosenki spopularyzowanej przez The Banana Splits w ich sobotnim porannym programie telewizyjnym, wzmacnia psychodeliczny nastrój utworu za pomocą gęstych, ponad przestrzennych dęciaków i mellotronu, który dodaje trochę powagi do tych ogórkowych zamków i wzgórz powstałych z waniliowych krówek. Najbardziej wyszukaną aranżacją na płycie jest numer „Lydia Purple”, która jest jedną z trzech wersji wydanych w tym samym roku. Przy ogólnie bardzo onirycznej atmosferze środkowa zmiana tempa powoduje, że przejście na drugą stronę lustra jest bardzo proste. I widzimy ten sam świat, te same latające motyle i ten sam szumiący las, tylko całość spowija nutka tajemniczości i nostalgii. To bardzo udana wersja pomimo, że większy sukces zdobyła w wykonaniu The Collectors, ta, bardziej mi się podoba. „A Giant Crab Comes Fourth” jest jednym z tych albumów, spośród tysięcy obecnie wznawianych i odkrywanych na nowo, który jest tak dobry, że jego zapomnienie jest zastanawiające. Przecież te piętnaście piosenek wypełniających całość na dobre prezentuje wirtualny dźwięk popularnych stylów rockowych i popowych końca lat 60-tych, często łącząc liczne wpływy w pojedynczych utworach. Ta podróż bardziej radosna niż przygnębiająca, prędzej łącząca słońce i cień, podrzuca nam pełną dawkę optymistycznych brzmień, dzięki którym nasze życie staje się lepsze. I to pomimo nadchodzącego z oddali gigantycznego kraba.







niedziela, 26 grudnia 2021

JERRY GARCIA BAND - GarciaLive volume 16

 


01 – How Sweet It Is (To Be Loved by You)
02 – Struggling Man
03 – He Ain’t Give You None
04 – Simple Twist of Fate
05 – Lay Down Sally
06 – The Night They Drove Old Dixie Down
07 – My Sisters and Brothers
08 – Deal
09 – The Way You Do the Things You Do
10 – Waiting for a Miracle
11 – Shining Star
12 – Ain’t No Bread in the Breadbox
13 – Don’t Let Go
14 – That Lucky Old Sun
15 – Bright Side of the Road
16 – (What A) Wonderful World

Mamy różne serie archiwalnych występów zespołu Grateful Dead, bardzo cenione przez DeadHeadów, więc nie ukrywam wielkiej radości jaką parę lat temu sprawiła firma ATO zapowiadając udostępnienie nam solowych koncertów Jerry’ego Garcii. Do tej pory wyszło siedemnaście tomów zawierający wiele ekscytujących nagrań i dających niewspółmierną radość z ich słuchania. Nie będę opisywał ich chronologicznie od daty wydania ale raz na jakiś czas na pewno pisząc o niektórych koncertach Jerry’ego, mam pragnienie zachować je dla następnych pokoleń. Nie ukrywam, że najbardziej do mnie przemawiają sety z przełomu lat 90-tych i to nie tylko dzięki porywającym wykonaniom ale dodatkowo dzięki Melvinowi Sealsowi, wyśmienitemu organiście. Brzmienie Hammonda jest tym co zawsze raduje moje uszy, a uzupełniające się z gitarą i basem jest po prostu urzekające.

15 listopada 1991 roku grupa Jerry Garcia Band zawitała po raz pierwszy do sali Madison Square Garden w Nowym Jorku aby dać prawie trzygodzinny występ dla fanów spragnionych luźnej, swobodnej i optymistycznej chwili, która oderwałaby ich od otaczającej rzeczywistości. Słuchając go nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ten koncert jest ścieżką opowiadającą historię drogi jaką Garcia przeszedł do tej pory. Mamy tu wachlarz numerów jego ulubionych kompozytorów, wszechstronną i pomysłową pracę gitary oraz konsekwentnie energiczny wokal, podany w radosnym nastroju co możemy sprawdzić już od pierwszych taktów, otwierającego całość numeru. Koledzy z grupy lidera odpowiadają na jego aktywne zaangażowanie z nie mniejszym animuszem jak on sam. Perkusista David Kemper i długoletni współpracownik, basista John Kahn pozostają niezmiennie dyskretni, ale para jest tak sprawna, że miarowe pulsowanie w „Don’t Let Go” doprowadza do szemrzącej drogi wzdłuż ciała, by następnie płynnie podkreślić emocjonalne wykonanie przez Jerry’ego „Simple Twist of Fate” Boba Dylana. Klawiszowiec Melvin Seals jest bardzo rozległy w swoich barwach, chociaż czasem zostawia po sobie szaleńcze nuty. W rzeczywistości, w wielu momentach obu setów, jak na przykład na początku ścieżki Marvina Gaye’a „How Sweet It Is (To Be Loved By You), praktycznie kradnie on światło reflektorów frontmanowi. Kościelna atmosfera, którą wydobywa z organów w „That Lucky Old Sun” jest wprawdzie przerywnikiem ale intryguje i każe się uważniej wsłuchać w płynący dźwięk.

Jednak co by nie mówić faworytem wieczora zostaje Jerry Garcia i jego gitara. Najlepsza gra Garcii na gitarze zawsze odznaczała się precyzyjnym wyczuciem i swobodnym ruchem w nieznane tereny i te szesnaście numerów nie jest tu wyjątkiem. Wręcz przeciwnie, częste zmiany tonacji przez gitarzystę są godne uwagi. Na przykład, posłuchajmy jak w synkopowanym utworze „Ain’t No Bread in the Breadbox” ta gitara natarczywie popycha zespół w jego jednolitym ruchu. To się musi zdarzyć. Inaczej sprawa wygląda w „Deal” gdzie jego ostre prowadzenie przecina powietrze i zamyka bramy na klucz. Pajęczyny, które owijają koncert z każdej strony prowadzą w sam środek niezwykle mocnego „Don’t Let Go”. Zawsze ten numer wywierał na mnie ogromne wrażenie, jest jednym z najbardziej transcendentalnych utworów w repertuarze Jerry Garcia Band. Jest w tej piosence coś, co zawsze rozpala Garcię i jego zespół a gitarowe podróże prowadzą muzyków krętą ścieżką surrealistycznego krajobrazu aby w pełni zanurzyć się w głębi utworu. Publiczność wypełniająca to światowej sławy miejsce w wielu momentach odpowiada z szacunkiem i oddycha pełną swobodą, którą muzycy z chęcią jej oddają. Natomiast delikatność w głosach Jacklyn LaBranch i Glorii Jones jest rozczulająco barwna i pięknie współgra z wokalem Garcii. No i jeszcze rzadko bisujący ale będący w znakomitym nastroju zespół wykonuje na zakończenie wieczoru ponadczasowy „(What A) Wonderful World” wysyłając wszystkich do domu jakby stąpali po wodzie.