poniedziałek, 23 stycznia 2017

MOUNTAIN BUS - Sundance /1971/



1. Sing ANew Song - 3:49
2. Rosalie - 6:33
3. I Don't Worry About Tomorrow - 3:01
4. Sundance - 7:12
5. I Know You Rider - 10:15
6. Apache Canyon - 2:50
7. Hexahedron - 9:10

*Bill Kees - Electric, Acoustic 12 String, Bottleneck Guitars
*Ed Mooney - Electric, Acoustic Guitars
*Tom Jurkens - Vocals
*Steve Krater - Drums, Percussion
*Lee Sims - Drums, Percussion
*Craig Takehara - Bass, Banjo

Trudno jest znaleźć muzyczny odpowiednik tego co robił zespół Grateful Dead, chociażby w jakiejś większej części. Podobny klimat na początku lat 70-tych reprezentował słynny kwartet Crosby Stills Nash & Young ale poszukując można odnaleźć zespół stylistycznie podobny do tego co Grateful Dead zaprezentował nam na „Workingman’s Dead”. Pochodzący z Chicago Mountain Bus obrał sobie za kierunek psychodeliczno country bluesowe granie i zaprezentował nam je na swojej /niestety/ jedynej płycie „Sundance”.
Historia grupy sięga początku lat 60-tych gdy Ed Mooney wraz z Tomem Junkersem utworzyli grający bluesa zespół Rhythms Children, który przetrwał na scenie do 
1967 roku. Wtedy to z grupy odszedł Joe Wilderson  i drogi pozostałych muzyków rozeszły się. Chicagowska scena muzyczna ma to do siebie , ze wielu utalentowanych muzyków pomagało sobie grając w różnych konfiguracjach. 
Z jednej z takich wspólnot muzycznych  powstała grupa Mountain Bus. 
Bill Kees, Ed Mooney, Tom Jurkens, Steve Krater, Lee Sims oraz Craig Takehara stworzyli tą grupę i w 1970 roku nagrali jedyną płytę zatytułowaną „Sundance”.
Znalazły się na niej cudownie atmosferyczne utwory, które łączyły w sobie bluesa, rocka, country, bluegrass oraz folk. Utwory zagrane z wielkim smakiem i w luzackim stylu.
Jak wspomina B.Kees: „ Dużo materiału wymyślaliśmy na podstawie improwizacji, rozwijaliśmy pomysły wspólnie i dlatego jako kompozytorzy nagrań są nazwiska wszystkich muzyków grupy. Wszystkie solówki gitarowe były improwizowane, za każdym podejściem wychodziło inne solo, problemem było wybrać to właściwe.”
I tak już od pierwszych minut uczestniczymy w uczcie muzycznej za sprawą świetnego otwieracza „Sing A New Song”. To dumna muzyka niosąca górski wiatr poprzez prerie , mieszając z rytmem natury mężny pomruk leśnych wierzchołków. 
I tak jest przez cały album. 
Fantastyczna „Rosalie” utrzymana jest w lekkim bujającym bluesie i z kolejną frapującą solówką gitarową zagraną na wielkim luzie. Tutaj mocno pachnie inną wielka kapelą tamtych lat The Allman Brothers Band. A tytułowy numer zaczynający się bardzo nostalgicznie rozwija się powoli i tak w tych mglistych otchłaniach trwa aż nagle wyłaniają się dźwięki gitary B.Keesa z mroków nocy i
Och, płacząca rakieto nie oprę się twoim dzikim pragnieniom
Nadeszła chwila
Zamknąć wrota festiwalu!
Świat się budzi.
Wreszcie dochodzimy do najlepszej części płyty. „I Know You Rider”  cover, który miał w swoim repertuarze Grateful Dead tutaj zagrany w podobnej konwencji prowadzi tą jedyną drogą do tych dni najspokojniejszych, najszczęśliwszych, zamyślonych, błogich dni niezmąconego szczęścia! 
Tutaj znowu wspaniale przemawia muzyka. Cholera szkoda, że mamy tu tylko siedem nagrań. Psychodeliczne dźwięki w „Apache Canyon” portretują wielkie zachodzące na czerwono słońce, tą kulę, która powoli znika za górami. Końcowym akordem płyty jest numer „Hexahedron” spinający klamrą ten album. Swobodne, jammujące granie trwające ponad osiem minut mogłoby trwać jeszcze przez kolejne ale niestety ostatnie dźwięki przemijają i następuje cisza.
U mnie obok wielkich Grateful Dead, Quicksilver Messenger Service i The Allman Brothers Band stoi na półce jedyny lp zapomnianego już zespołu Mountain Bus.




środa, 18 stycznia 2017

ALRUNE ROD - Hej Du /1970/


01. Du Taler Og Sir’ (7.51)
02. Hej Du (15.11)
03. Perlesøen (21.51)

Giese / guitar & vocals
Kurt Ziegler ‘Pastor’ / organ, piano
Claus From / drums
Leif Roden / vocals, bass

Jeśli debiut Alrune Rod jest bardzo mroczny i ciężki w odbiorze to „Hej Du” mający tylko trzy utwory należy do najwybitniejszych osiągnięć duńskiej sceny rockowej. Muzyka zawarta na tym albumie pozostawia duże wrażenie i z każdym kolejnym przesłuchaniem wprowadza mnie w zachwyt. Płyta została zrealizowana w 1970 roku ale brzmi jeszcze jakby nagrana została pod koniec lat 60-tych. 
Alrune Rod to czteroosobowy band powstały w 1968 roku, który założył basista i wokalista Leif Roden. Grupa uważana jest za prekursorów duńskiego psychodelicznego rocka i wyróżnia się wśród takich nazw jak: Culpepper’s Orchard, Burnin’  Red Ivanhoe czy Ache. 
Zadebiutowali singlem nagranym w 1968 roku „Tael Aldrig I Morgen Med” oraz płytą długogrającą „Alrune Rod” z 1969 roku. W 1970 roku zespół nagrał przyjętą bardzo entuzjastycznie drugą płytę „Hej Du” a rok później wydany w wersji językowej duńskiej i angielskiej tytuł „Alrune Rock”. W sumie potem wyszły jeszcze dwa albumy z muzyką prostszą w odbiorze i bardziej zwartą.
Styl muzyczny, który najpełniej obrazuje drugi album to połączenie improwizowanego rocka z elementami psychodelii i space rocka. Może dzięki długim zawierającym improwizowane momenty utworom grupa porównywana jest do Grateful Dead chociaż klimat nagrań Pink Floyd też jest obecny na albumach.
„Du Taler Og Sir’” jest utworem otwierającym drugi album zespołu. Ciężkie gitarowe wariacje Fleming Giese Rasmussena wraz z zniekształcającym dźwiękiem budują stopniowe napięcie, które wypływa z nieskończonych spotworniałych ciemności sprzed początku świata. Nastrój powraca w tytułowym trwającym piętnaście minut utworze. Słuchając tego numeru moja świadomość zostaje opróżniona gdy psychodeliczne organy Zieglera atakują moje uszy. Chcę uciec ale przecież nie na zawsze. Gitara Rasmussena doprowadza wizje niebiańskich oczu poza bólem złudzeń. Utwór podzielony jest na trzy części. Po zniewalających, ostrych riffach gitarowych przechodzimy w części środkowej do bardziej spokojniejszej psychodelicznej części po czym wracamy do bardziej wyluzowanej formy, która prowadzi ku końcowi. Całą drugą stronę płyty zajmuje ponad 21 minutowa kompozycja „Perlesoen” składająca się z ośmiu części. To ciekawy oparty na organach i kwasowej gitarze numer w którym psychodeliczne klimaty wiążą się z progresywnym brzmieniem a wszystko to utopione jest w kosmicznych dźwiękach nadających całemu utworowi łagodność i przejrzystość. To tutaj właśnie najbardziej ujawnia się klimat nagrań Pink Floyd z okresu „Ummagummy”.
„Hej Du”  w swoim gatunku zasługuje na miano najbardziej ostatecznych albumów spośród płyt nagranych na dalekiej północy i powinien zaistnieć również w świadomości słuchaczy z pozostałej części Europy.





środa, 11 stycznia 2017

GRATEFUL DEAD - Go To Heaven /1980/


  • Alabama Getaway (Garcia/Hunter)
  • Far From Me (Mydland)
  • Althea (Garcia/Hunter)
  • Feel Like A Stranger (Weir/Barlow)
  • Lost Sailor (Weir/Barlow)
  • Saint Of Circumstance (Weir/Barlow)
  • Antwerp's Placebo (The Plumber) (Kreutzmann / Hart)
  • Easy To Love You (Mydland/Barlow)
  • Don't Ease Me In (Traditional arr. Grateful Dead)
  • Jerry Garcia - guitar, vocals
  • Brent Mydland - keyboards, vocals
  • Billy Kreutzmann - drums
  • Bob Weir - guitar, vocals
  • Phil Lesh - bass
  • Mickey Hart - drums
Ta płyta zawiera pierwsze piosenki napisane przez Brenta Mydlanda dla Grateful Dead.
„Far From Me” i „Easy to Love You” znalazły się na kolejnej studyjnej płycie grupy zatytułowanej „Go to Heaven”. Jest to też pierwszy album nagrany przez zespół z nowym klawiszowcem właśnie Brentem Mydlandem. Dotychczasowy muzyk grający na tej pozycji Keith Godchaux odszedł od zespołu w lutym 1979 roku z powodu kłopotów z alkoholem i narkotykami, również jego żona Donna pożegnała się z grupą niszcząc sobie struny głosowe podczas forsownych tournee.
Płyta „Go To Heaven” została wydana w kwietniu 1980 roku i zawiera muzykę przyjemną w odbiorze. Jest to dalsza konsekwencja rozwinięcia stylu grupy z poprzednich płyt i słychać już tutaj wielkie doświadczenie w pracy studio ale też poniekąd można zauważyć, że najważniejsze dla zespołu stają się występy na żywo. A że mają one niezaprzeczalny urok to nie ma co do tego żadnej wątpliwości. Oczywiście jest duża różnica między pierwszymi pozycjami grupy a płytami 
z lat 80-tych. Jednak na koncertach został zachowany duch psychodelicznej podróży choćby za sprawą niezliczonych improwizacji a także sekwencji zatytułowanych „space”.
Brent Mydland swój pierwszy występ jako pełnoprawny muzyk zespołu Grateful Dead odbył 22 kwietnia 1979 roku. Płyta „Go To Heaven” jak wcześniej wspomniałem zawiera dwa numery Mydlanda. Obie kompozycje utrzymane są w klimacie balladowo rockowym i są to bardzo fajne numery świetnie pasujące do klimatu nagrań grupy. Płytę otwiera prawdziwie rockowa „Alabama Getaway”, która podobnie jak „Feel Like A Stranger” brzmi bardzo świeżo. Wspaniałym utworem jest na krążku powoli sunąca się niczym jazda po pustynnych bezdrożach w zachodzącym słońcu „Althea”. Śpiewana przez Jerry’ego z delikatną solówką gitarową zabiera nas w podróż, bez pytań, czy chcesz jechać? Nie ma wyboru, piękny utwór. Bob Weir wraz ze swoim nadwornym pisarzem Johnem Barlowem również napisał bardzo dobre utwory. Połączone w jedną całość „Lost Sailor” oraz „Saint Of Circumstance” wyprowadzają nasze zmysły słuchowe w przestrzeń kosmiczną a zarazem sielankowy odpoczynek nad brzegiem nieskończenie błękitnej wody. I pomyśl jak dziwnie! Ktoś wstaje i kroczy po wodzie.
„Easy to Love You” to miłosna piosenka pełna liryzmu ukołysanych zielonych paproci. A płytę kończy znany z lat 60-tych standard „Don’t Ease Me In”. Ta pełna dynamizmu i wesołości piosenka bardzo optymistycznie wprowadza grupę w lata 80-te.
O dziwo płyta „Go To Heaven” została przyjęta dość krytycznie przez część fanów grupy. Naprawdę można się temu dziwić. Według mnie to jest bardzo dobra płyta zawierająca ekspresyjną i bardzo żywą muzykę. Melodie wpadają w ucho a wszystkie numery z tego albumu były grane na koncertach. Zespół poradził sobie wyśmienicie z pewną stagnacją jaka panowała na rynku muzycznym z początku lat 80-tych w Ameryce i nagrał znowu płytę, którą ja mogę słuchać bez końca.






wtorek, 3 stycznia 2017

SAVAGE RESURRECTION - Savage Resurrection /1968/


01. Thing In E (03:06)
02. Every Little Song (01:50)
03. Talking To You (02:45)
04. Tahitian Melody (03:44)
05. Jammin' (08:06)
06. Fox Is Sick (02:42)
07. Someone's Changing (02:34)
08. Remlap's Cave Part II (02:54)
09. Appeal To The Happy (04:20)
10. Expectations (04:59)



Bill Harper - lead vocals, percussion 
Randy Hammon - lead guitar, vocals 
John Palmer - lead guitar, vocals 
Steve Lage - bass, vocals 
Jeff Myer - drums 

Ok., ilu z was wie, że ci faceci byli z San Francisco? 
W tej słonecznej Kalifornii gdzie gitarowe granie wprowadza w nastrój odlotów, ciężkie i surowe brzmienie nijak pasuje do obrazu takiej Kalifornii. 
Już bliżej jest się wschodniemu wybrzeżu i Nowojorskim rytmom.
Piątka młodych muzyków mieszkająca we wspólnocie na Bay Area wcześniej grała w lokalnych zespołach takich jak: The Boys czy Willow. Pod nazwą Savage Resurrection chłopcy zebrali się w 1966 roku i jako zespół rozpoczęli granie w różnych lokalnych tancbudach. Po paru miesiącach zespołem zaopiekował się Abe „VOCO” Kesh, który był producentem pierwszej płyty kapeli Blue Cheer. 
Z tym zespołem łączy się jeszcze jedna sprawa, otóż Randy Hammon jest kuzynem perkusisty Blue Cheer . Dzięki Keshowi zespół Savage Resurrection podpisał kontrakt płytowy z wytwórnią Mercury Records. Nagrany i wydany w 1968 roku debiut zespołu został zarejestrowany podobno w okresie 72 godzinnym.
Jedyny album „Savage Resurrection” wydobywa dźwięki ciężkiego psychodelicznego rocka ale nie tak surowego jak np.MC5. Ciężkie ale mające pewną lekkość bytu gitary fantastycznie uzupełniają się w poszczególnych utworach. Już od pierwszych taktów utworu „Thing In E” słyszymy niezobowiązującą fascynację grą Jimiego Hendrixa. Nie jest to żaden zarzut ani żadne naśladownictwo. Słuchając płyty i gry obu gitarzystów rozpoznajemy ich grę dzięki podziałowi na kanały. W lewym gra Hammon natomiast w prawym kanale brzmi gitara Palmera. Ich wściekłe popisy i pojedynki są ozdobą każdego numeru na płycie. Rozszerzone „Jammin’” jest atrakcyjnym blues rockowym killerem, który powinien być klasykiem gatunku, natomiast „Fox Is Stick” utrzymany jest w klimacie hippy-funk zespołu Country Joe & The Fish. Nietypowo senna i rozwlekła „Tahitian Melody” zawierająca bliskowschodnie motywy upaja nas swoimi dźwiękami. Przebłyski surowej mocy atakującej nas z utworów kwasowo psychodelicznie działają na nasz odbiór tej muzyki. Kolejna kultowa płyta dobrze nagrana i zrealizowana i kolejna niestety jednorazowa pozycja w dyskografii zapomnianej grupy. Po wydaniu albumu wokalista Bill Harper i basista Steve Lage opuszczają zespół, który kontynuuje działalność do końca roku po czym ulega rozwiązaniu. Perkusista Jeff Myer w latach 70-tych występuje z Vanem Morrisonem, Janis Ian czy Terry & The Pirates, wokalista Bill Harper nagrywa jedną płytę a jeden z założycieli grupy Steve Lage niestety w 2010 roku umiera. 




środa, 28 grudnia 2016

JULY - July /1968/


1. My Clown (Peter Cook) - 3:25
2. Dandelion Seeds (Tom Newman) - 3:20
3. Jolly Mary (Peter Cook)  - 2:22
4. Hallo To Me (Tom Newman)  - 3:00
5. You Missed It All (Tom Newman)  - 2:52
6. The Way (Tom Newman)  - 3:29
7. To Be Free (Peter Cook)  - 2:51
8. Move On Sweet Flower (Tom Newman)  - 3:28
9. Crying Is for Writers (Tom Newman)  - 2:36
10.I See See (Peter Cook)  - 2:42
11.Friendly Man (Peter Cook)  - 3:11
12.Bird Lived (Peter Cook)  - 2:37


*Tony Duhig - Lead Guitar, Organ
*Jon Field - Flute, Keyboards
*Chris Jackson - Drums, Organ
*Alan James - Bass
*Tom Newman - Vocals, Guitars


Sztuką muzyki psychodelicznej jest stworzenie czegoś, co jest senne, ulotne, prowadzące do wnętrza naszego umysłu. To stworzenie podróży na jawie, która kieruje nas w stronę ciemnej gwiazdy. To śpiew, który nadchodzi z więzienia umysłu, to głos odśpiewujący modlitwy, które przetrwają na Ziemi. Nie kości historii lecz śpiew, którego oczy jaśnieją na niebiosach gdzie rakiety mkną by zabrać nas do domu.
Niewątpliwie jednym z Św.Graali muzyki mającej wpływ na stany naszej świadomości jest debiutancka i jedyna płyta brytyjskiej formacji July. Grupa pochodziła z Londynu i działała niespełna jeden rok. Managerem grupy był Spencer Davis, który związał zespół z niewielką wytwórnią płytową Major Minor dla której w 1968 roku została nagrała jedyna płyta.
Niestety jak to już nie raz bywało mimo początkowych sukcesów wytwórnia Major Minor nie zadbała o promocję płyty i sfrustrowani członkowie zdecydowali o jej rozwiązaniu.
John Field i Tom Duhig założyli progresywną grupę Jade Warrior a Tom Newman został inżynierem dźwięku i w tej roli wystąpił m.in. na płycie Mike’a Oldfielda „Tubular Bells”.
Jedyny lp zespołu znany jest pod nazwą „July” i zawiera muzyki utrzymaną w atmosferze pierwszej płyty grupy Pink Floyd. Ale jest to tylko ten sam klimat balansujący pomiędzy undergroundem a psychodelią. Dwanaście utworów, które znalazły się na krążku to dwanaście krótkich, pociągających podróży w pełen ocean psychodelicznych dźwięków. Muzykom udało się uchwycić charakter i istotę tego co działo się wtedy w latach 60-tych.
Atmosfera totalnego luzu, kreowanie własnej osobowości, eksperymenty z podróżą do bram umysłu owocuje piosenkami jakie zespół nagrał na swoją płytę.
July sięga głęboko w to co się dzieje wokół nich. Pomimo krótkości piosenek materiał jest bardzo trippy ot choćby utwory „Dandelion Seeds” czy „My Clown”.  Może trochę brakuje jakiegoś jammującego nagrania tym bardziej, że czuć w niektórych numerach zalążek owego. Wiele utworów mających w sobie melancholię, przedstawionych jest w kontekście psychodelicznej aury smutku i nostalgii. Dzięki wykorzystaniu egzotycznych instrumentów takich jak tabla, konga czy sitar podróżujemy w orientalne strony wszechświata. Kwasowa gitara odgrywa w utworach podstawową funkcje i nie są to tylko solówki ale rytmiczne podejścia co chwile wprowadzają jakieś zmiany. Wszystkie piosenki są interesujące a dość skomplikowane rytmy tylko potęgują podróż w głąb naszej myśli.

Szkoda, że zespół zdołał nagrać tylko jeden krążek ale jeśli szukasz tajemniczych muzycznych wibracji to posłuchaj sobie July bo jest to wystarczająco dobry album aby go znać.




czwartek, 22 grudnia 2016

THE DOORS - Waiting For The Sun /1968/


  1. "Hello, I Love You" – 2:14
  2. "Love Street" – 2:53
  3. "Not To Touch The Earth" – 3:56
  4. "Summer's Almost Gone" – 3:22
  5. "Wintertime Love" – 1:54
  6. "The Unknown Soldier" – 3:25
  7. "Spanish Caravan"– 3:03
  8. "My Wild Love" – 3:01
  9. "We Could Be So Good Together" – 2:26
  10. "Yes, the River Knows" – 2:36
  11. "Five To One" – 4:26
Jim Morrison
Ray Manzarek
Robby Krieger
John Densmore

Trzecia płyta grupy The Doors została nagrana w najbardziej burzliwym okresie we współczesnej historii Stanów Zjednoczonych. Gdy zespół pracował nad „Unknown Soldier” Pentagon poinformował, że w Wietnamie zginęło 6500 żołnierzy amerykańskich. Nagonki, obławy, płonące dzielnice, dziesiątki zabitych i rannych – te obrazy wstrząsnęły Ameryką. Protestująca przeciwko wojnie wietnamskiej młodzież odnalazła wyrazicieli swojego gniewu podczas dynamicznych spektakli zespołu The Doors. 
„Nieznany żołnierz walczy, telewizja podaje wiadomości, nieżywe dzieci, kule roztrzaskują głowę w hełmie. Już po wszystkim, wojna się skończyła.” Utwór wyłania się z porannego brzasku we mgle, czuć że zaraz zacznie się akcja. Niestety nieudana. Nieznany żołnierz został złapany i postawiony przed plutonem egzekucyjnym. Nic się nie dało już zrobić. Wojna się skończyła. Lider zespołu Jim Morrisom wyśpiewując ten tekst szybko zrozumiał, że któregoś dnia okrzyknięty zostanie przez konserwatywną część społeczeństwa wrogiem publicznym. 
Płyta „Waiting For The Sun” została nagrana w 1968 roku. Jedna stronę lp. miała wypełniać kompozycja „Celebration Of The Lizard” jednak Morrison zwlekał z jej wydaniem i w końcu zespół zdecydował się upublicznić tylko fragment większej całości. „Not to Touch the Earth” zaczyna się złowrogim pochodem klawiszy Manzarka odzwierciedlającym tekst Morrisona: „Żeby nie dotykać ziemi, nie widzieć słońca, Żeby nic nie zostało do roboty, nic tylko biec, biec i biec.” Utwór utrzymany jest w pewnej psychodelicznej barwie z kwasowymi wstawkami gitary Kriegera oraz szaloną jazdą Manzarka na organach aby na zakończenie przynieść nam trochę optymizmu: ”Obudź się dziewczyno, jesteśmy już prawie w domu.”
Album otwiera piosenka „Hello, I Love You”, która wydana na singlu osiągnęła pierwsze miejsce na listach. Pomimo popowego brzmienia żwawo zakręcone organy Manzarka sprawiają, że słucha się tego z przyjemnością. Tym bardziej, że już zaraz lądujemy na ulicy Miłości, swawolnej balladzie z ładnym refrenem i bardzo luźną melodią. Sentymentalne zakończenie tylko jeszcze bardziej ozdabia ten utwór. 
„Ona mieszka na ulicy miłości, włóczy się długo po ulicy miłości. Ma dom i ogród, chciałbym zobaczyć co tam się dzieje.” 
W ogóle większość utworów na płycie ma charakter psychodelicznej ballady.
Jakaż nostalgia panuje w utworze „Summer’s Almost Gone”- jednym z najpiękniejszych numerów na płycie. Pięknie współgra tekst z linią melodyczną. 
„Lato już niemal odeszło, prawie odeszło. Przeżyliśmy piękny czas, ale on już przeminął.” Morrisom mający może dość już rewolty ucieka na inny kontynent aby znaleźć nowe horyzonty. Utrzymana w klimacie flamenco „Spanish Caravan” zabiera nas do Andaluzji. Wspaniała praca gitarzysty w utworze powoduje lot na polami dojrzewającej pszenicy a klawisze Manzarka nieśmiało pytają lub stwierdzają „Przecież wiem, że możecie mnie wziąć.” To miał być kolejny singiel. Szkoda.
Wykorzystanie instrumentów takich jak klawesyn w „Wintertime Love” czy nawet utwory zaśpiewane a cappela „My Wild Love” czynią muzykę jeszcze bardziej intrygującą. Właśnie słuchając „Waiting for the Sun” możemy z lubością wsłuchiwać się w grę muzyków, która jest naprawdę interesująca. 
A Morrison? Nie byłby sobą gdyby nie ostrzegał i prowokował: ”Minęły dni twojego balowania dziewczyno, zapada już noc. A ty spacerujesz sobie z kwiatem w dłoni. Chcesz mi wmówić, że nikt cię nie rozumie, a oddasz swój czas za garść miedziaków.” 



piątek, 16 grudnia 2016

THE GOLDEN DAWN - Power Plant /1967/


1. Evolution - 3:28
2. The Way Please - 5:08
3. Starvation - 2:52
4. I'll Be Around - 3:00
5. Seeing Is Believing - 2:21
6. My Time (Jimmy Bird, Bill Hallmark, George Kinney) - 3:50
7. A Nice Surprise (Bill Hallmark, George Kinney, Bobby Rector) - 2:51 
8. Every Day - 3:59 
9. Tell Me Why - 2:07 
10.Reaching Out To You (Bill Hallmark, George Kinney) - 2:37 


*George Kinney - Vocals, Guitar
*Tom Ramsey - Lead Guitar
*Jimmy Bird - Rhythm Guitar
*Bill Hallmark - Bass
*Bobby Rector - Drums


Hermetyczny Zakon Złotego Brzasku to nazwa ezoterycznej nauki i filozofii, której to gorącym zwolennikiem był George Kinney. Zakon ten powstał ze spotkania dwóch wielkich kultur starożytności, egipskiej i greckiej. Najwcześniejsze korzenie leżą w astronomicznych, duchowych tradycjach Sumeru. W Grecji wczesne nauczanie mądrości znalazło drogę do szkoły Pitagorasa. Zakon przeciwny jest tradycji kościoła katolickiego a jest częścią tajnego kręgu okultystycznego, który miesza się z innymi ruchami i praktykami okultystycznymi. Hermetyczny Zakon Złotego Brzasku został założony w 1888 roku w Londynie. Przyznaje on, że istnieje wiele bogów, ale uczy że, te bóstwa są różnymi formami scalonymi w jeden Byt. „Daliśmy wam hermetyczne Nauczanie natury wszechświata-wszechświat jest natury duchowej czyli zawartej w duchu wszystkich.”
Ponieważ wszystko jest duchowe, to drgania także. Wszystko wibruje pomiędzy gęstymi cząsteczkami fizycznymi a za pośrednictwem etapów duchowych dochodzi aż do najwyższej duchowej tradycji. Na podstawie tych mistycznych tradycji George Kinney zinterpretował muzycznie te nauki.
Założył zespół muzyczny, który nazwał The Golden Dawn. 
Grupa podpisała kontrakt z International Artist IA, stajnią w której w tym samym czasie zadomowiła się inna legenda teksańskiej psychodelii The 13th Floor Elevators. 
Kto był pierwszy? Nie sposób ustalić. Stylistycznie zespoły były bardzo zbliżone do siebie. Ale nie do końca. Folkowo kwasowe utwory Kinneya różnią się od numerów grupy Roky Eriksona.
Zespół Golden Dawn powstał w 1966 roku w Austin a płyta „Power Plant” została wydana w 1967 roku i jest jedną z legendarnych pozycji psychodelicznej muzyki z Teksasu.
Już od pierwszych taktów utworu „Evolution” szykuje nam się kolejna podróż do wnętrza własnego umysłu. Solidne granie czasami wzbogacone sfuzzowaną gitarą oparte na bluesie i folku tworzy ten niedoceniony w tamtym czasie album. Słychać tu jeszcze echa garażowego grania ale wszystko to ewoluuje już w kierunku przejrzystego dźwięku, harmonii wokalnych i ładnych melodii. Hipnotyczny początek utworu „Evolution” z dzwonami i chwytliwym refrenem wynurza nas z wodnych krain i pociąga ku jaśniejszym otchłaniom.
W „This Way Please” bardzo nastrojowym numerze głos Kinneya przeplatany jest świetna partią gitary rytmicznej, która trzyma cały numer. Klasykiem na płycie jest utwór „Starvation” –szalona gitara, stały, prosty rytm i znowu wyróżniający się głos Kinneya, który śpiewa tu z prawdziwą pasją. Bluesowe zadziorne granie znajdujemy w kolejnym numerze „I’ll Be Around” a w „My Time” mamy nieco rytmów The Beatles ale w wykonaniu oczywiście bardziej garażowym a krótka ależ jaka solówka powoduje uchylenie kapelusza z głowy. Wyróżniające się tajemniczą aurą „Tell Me Why” oraz „Everyday” to kolejne świetne piosenki z których kwasowa gitara czyni najbardziej psychodeliczne numery na płycie. Składające się z wielu elementów dźwięki szybują ponad oceanem aby w końcu skupić się na pojedynczej linii horyzontu. I wreszcie utwór „Reaching Out To You” swoiste pożegnanie płyty i zespołu ale sprawia ono, że jeszcze chcę więcej… i więcej…

„Power Plant” grupy Golden Dawn to naprawdę znakomity album, to jest perła, którą pozostawiły nam lata sześćdziesiąte. Myślę, że dla każdego fana amerykańskiej muzyki psychodelicznej to jest pozycja obowiązkowa.