środa, 13 września 2017

SONS OF CHAMPLIN - Loosen Up Naturally /1969/


1. 1982-A - 3:50 
2. The Thing To Do - 4:45 
3. Misery Isn't Free - 4:13 
4. Rooftop - 3:42 
5. Everywhere - 3:45 
6. Don't Fight It, Do It! - 4:15 
7. Get High - 7:45 
8. Black And Blue Rainbow - 3:18 
9. Hello Sunlight - 4:20 
10.Things Are Gettin' Better - 5:50 
11.Freedom - 14:45

*Bill Bowen - Drums
*Tim Caine - Saxophone
*Bill Champlin - Guitar, Keyboards, Saxophone, Vocals
*Terry Haggerty - Guitar, Vocals
*Geoffrey Palmer - Keyboards, Bass, Saxophone, Vocals
*Al Strong - Bass

Choć grupa Sons Of Champlin zadebiutowała w 1967 roku wydając singla 
„Sing Me a Rainbow” to jeszcze dwa lata trzeba było czekać na album-pierwszy album, na którym muzycy starali się nadrobić powstałe zaległości, wydając od razu podwójną płytę. Ponad godzina muzyki odróżnia Sons Of Champlin od innych kapel pod względem instrumentacji i stylu. Jeśli dźwięk San Francisco definiowany jest prostą strukturą folk rockową, rozszerzoną o długie solówki gitarowe, to muzyka grupy Billa Champlina jest inna.
Sons Of Champlin biorą inspirację z R&B oraz jazzu, do których dokładają psychodeliczne pejzaże. Pozorna walka o swoje miejsca w utworach doprowadza do śmiałych rozwiązań, skomplikowanych ustaleń oraz wielu zagrań solowych. Grupa może być lepiej rozumiana jako zespół jazzowy, na dodatek wspomagana jest mocnymi zagrywkami Tima Caina na saksofonie. W zespole pochodzącym z San Francisco instrumenty dęte są czymś niezwykłym i skłaniają się bardziej ku nadchodzącym dźwiękom wschodniego wybrzeża w postaci Blood Sweat & Tears. Ponad wszystko wściekła gra zespołowa połączona z piaszczystym wokalem Champlina w stylu rhythm & bluesowym tworzy melodie równie ważne jak solowe zagrywki.
Album „Loosen Up Naturally” został wyprodukowany przez Davida Shallocka oraz Bruce Walforda i został wydany w 1969 roku. Już sam początek płyty ukazuje moc i pełną werwy muzykę podbudowaną rockową ekspresją z świetnie zaznaczonymi akcentami saksofonu. Ach, uwielbiam to!
Otoczony organami oraz rozpychającą się gitarą Haggerta, „The Thing To Do” ukazuje wpływy muzyki soul na zespół co jeszcze spotęgowane zostaje brzmieniem wokalu Champlina. „Misery Is not Free” swobodnie toczące się po psychodelicznej płaszczyźnie sprawia, że do bielszych obłoków masz już całkiem niedaleko. „Rooftop” to dość komercyjny kawałek mający coś z niebieskookiej duszy rozwijający się za sprawą saksofonu w niemal swobodny jam a „Everywhere” potrafi wprowadzić subtelne klimaty w kolejne rowki nagrania. Większość piosenek na płycie nie wychodzi poza standardowe cztery minuty oprócz dwóch, mocno jammujących numerów. „Get High” oraz „Freedom” stanowią pełną spoistość całego nagrania. Mające soulowe zabarwienie „Get High”, oddziałuje na duszę i czyni pełny ruch w stanach wypełniających świadomość. Zaciekawia swobodne prowadzenie wokalu lidera, jakby miał to we krwi. I wszędobylski saksofon ciągle wychodzi gdzieś z ukrycia i atakuje dźwiękami, to ruszając do przodu, to chowając się w czeluściach oceanu. A całość kończy solo na ksylofonie, skąd on się wziął? No, pięknie.
„Get High”!!!!
Najsilniejszym akcentem albumu jest piosenka „Freedom” z po prostu wspaniale poprowadzonymi jammującymi fragmentami. To one wypuszczają nas w stronę wolności, zrywają okoliczne bariery i w blues jazzowych klimatach otwierają pełną swobód drogę. To one pod wpływem iluzji, prowadzą nas w magiczną potrzebę zerkania na końcówkę lat sześćdziesiątych.








środa, 6 września 2017

STEELEYE SPAN - Below the Salt /1972/


01 - Spotted Cow
02 - Rosebud In June
03 - Jigs The Bride's Favorite-Tansey's Fancy
04 - Sheep-Crook And Black Dog
05 - Royal Forester
06 - King Henry
07 - Gaudete
08 - John Barleycorn
09 - Saucy Sailor

Maddy Prior - vocals
Tim Hart - vocals, appalachian dulcimer, guitar
Peter Knight - violin, viola, mandolin, banjo, piano, vocals
Rick Kemp - bass, drum, vocals
Bob Johnson - guitar, vocals

Nic dziwnego, że brytyjska muzyka ludowa znalazła drzwi, które pozwoliły wejść jej ku szerszym masom i na stałe wpisała się w historię muzyki rockowej. Połączenie folku i rocka nastąpiło pod koniec lat sześćdziesiątych gdy swoje płyty wydały zespoły Incredible String Band i Fairport Convention. Z przebogatej tradycji celtyckich pieśni grupy te zamieściły, używając czasami oryginalnych instrumentów swoje interpretacje tych utworów a także własne numery utrzymane w podobnym klimacie. Pod koniec 1969 roku z zespołem Fairport Convention pożegnał się Ashley Hutchings, który chciał grać bardziej tradycyjną muzykę( jego macierzysty zespół miał inną wizję przyszłości). Nowy zespół założył gdy spotkał na londyńskiej folkowej scenie występujący razem duet, Tima Harta i Maddy Prior. Nazwa grupy wzięta została z tradycyjnej piosenki „Horkstow Grange” opowiadającej o legendarnym woźnicy z hrabstwa Lincolnshire. 
Steeleye Span zadebiutował na scenie w 1970 roku i od razu zdobył sporą popularność. Na swoich pierwszych trzech płytach zespół grał muzykę folkową z głównymi wpływami tradycyjnymi i niewielką domieszką rockowych instrumentów. Na czwartym lp zespół dojrzał już i wykreował swój własny styl tworząc rewolucyjne ciężkie elektryczne brzmienie mocno osadzone w folkowej tradycji. 
„Below the Salt” wydany został w 1972 roku i jest to już pozycja nagrana bez Hutchingsa. Na jego miejsce przyszło dwóch muzyków o rockowych korzeniach, basista Rick Kemp (wcześniej był w King Crimson) oraz gitarzysta Bob Johnson. Dźwięk grupy na tym albumie wypełnia w pełni przestrzeń, jest ciepły, a wszystkie instrumenty, także wokale brzmią świetnie. Dobry folk tworzony jest przez gromadzenie pięknych i poruszających obrazów ludowych, dokonywanych przez wyważone aranżacje i odtwarzanie muzyki tak tradycyjnej i autentycznej jak to tylko możliwe. Grupie udaje się ta sztuka proponując nam chwytliwe i wzruszające piosenki w ciekawych aranżacjach. 
Takie albumy jak „Below the Salt” pomagają mi pamiętać, że muzyka jest jednym z największych prezentów życia… Magiczny, wspaniały, cenny dar.
Ta płyta ukazuje, że grupie udało się wprowadzić nowe brzmienie. Już w ”Spotted Cow”  otwierającym płytę utworze jest lekko i przyjemne. Uroczym wprowadzeniem jest przemyślana praca basu Ricka Kempa. Hipnotyzujące wokale wykonywane w refrenie „Rosebud In June” zamieniają się w entuzjastyczne święto czasu a atrakcyjność melodii sprawia, że trudno powstrzymać się od dodania własnego głosu do utworu…ale lepiej nie.
Kolejnym popisem czystego i lekkiego głosu Maddy Prior jest utwór „Sheep-crook and Black Dog”. To trwa tak jakby była w transie, całkowicie zespolona z piosenką. Po prostu zamknij oczy i posłuchaj jednego z najpiękniejszych głosów, jakie kiedykolwiek słyszysz. A jakby tego było mało mamy „Gaudete”, zaśpiewany a cappella, powstający z wyciszenia niesamowity wkład chóralny. To tak, jakbyś wszedł do dużej, pełnej tajemnic średniowiecznej katedry i zaczął chodzić w stronę nawy, aby dowiedzieć się skąd pochodzą te piękne dźwięki… niebiańskie głosy otaczają cię, a następnie chór rozpoczyna powolny marsz ku górze, głosy podniesione… wyciszasz się, aby pozwolić chórowi swobodnie przemieszczać się aż do powolnego zanikania, wtedy rozważasz wieczne piękno katedry, które bez wątpienia trwało całe wieki… podczas gdy echo melodii i barwy głosów rezonują w twojej duszy. 
„John Barleycorn ” jest skoczną, zaśpiewaną przez Tima Harta piosenką, której słowa prawie śledzą sadzenie, wzrost, rozwój, cięcie, mielenie i fermentację jęczmienia. To wszystko ciężka praca ale to nic, kiedy możesz się śmiać, przepuścić butelkę i cieszyć się owocami tej pracy. Płytę kończy opowieść o zmarłym marynarzu, którego porzuca kobieta za pozorny brak bogactwa. Ale on ją zaskakuje: „Mam srebro w kieszeni, skarbie/I złoto w wielkim sklepie”. Chciwa niewiasta klęka przed nim, wyznając mu miłość ale on mówi jej, aby się rozpuściła. Najbardziej kocham ten numer ze względu na długie instrumentalne zakończenie, które wypełnia połowę utworu. Mieszanka różnych instrumentów (gitara, cymbały, mandolina) podróżująca nostalgicznie po pustych tawernach jest jednym z najpiękniejszych fragmentów muzycznych jakie kiedykolwiek słyszałem.





środa, 30 sierpnia 2017

GRATEFUL DEAD - Grayfolded /1994/


  • Novature (Formless Nightfall) (Oswald/Skjellyfetti)
  • Pouring Velvet (Oswald/Skjellyfetti)
  • In Revolving Ash Light (Oswald/Skjellyfetti)
  • Clouds Cast (Oswald/Skjellyfetti)
  • Through (Oswald/Skjellyfetti)
  • Fault Forces (Oswald/Skjellyfetti)
  • Phil Zone (Lesh/Oswald)
  • Estrella Oscura (Oswald/Skjellyfetti)
  • Recedes (While We Can) (Oswald/Skjellyfetti)
  • Transilience (Oswald/Skjellyfetti)
  • 73rd Star Bridge Sonata (Oswald/Skjellyfetti)
  • Cease Tone Beam (Oswald/Skjellyfetti)
  • Speed of Space (Oswald/Skjellyfetti)
  • Dark Matter Problem/Every Leaf Is Turning (Oswald/Skjellyfetti)
  • Foldback Time (Oswald/Skjellyfetti)

  • Tom Constanten
  • Jerry Garcia
  • Keith Godchaux
  • Mickey Hart
  • Bruce Hornsby
  • Bill Kreutzmann
  • Phil Lesh
  • Ron McKernan (Pigpen)
  • Brent Mydland
  • Bob Weir
  • Vince Welnick
Ta płyta mówi co można zrobić z muzyką Grateful Dead, ba co można zrobić z jednym utworem grupy Grateful Dead. Ponad sto fragmentów wersji „Dark Star” znalazło się na albumie „Grayfolded” zremiksowanym przez Johna Oswalda. Płyta wydana w 1994 roku zawiera jeden ciągły kawałek muzyki (na dwóch CD) składający się na numer „Dark Star”. Mogą to być dwie sekundy jednej wersji, dwanaście sekund tylko jednego instrumentu wyodrębnionego z całości lub np. siedem nieprzerwanych minut jeszcze innej wersji. No i do tego wszystko to jest pomieszane z różnych lat. I tak bas Phila Lesha z 1971 roku połączony z gitarą Garcii z 1990 roku i dodana do tego perkusja Kreutzmanna z 1991 roku. Wszystko to jest ładnie graficznie opisane we wkładce płyty. Jednym z najfajniejszych momentów jest, np. fragment solówki Garcii z 1970 roku doskonale uzupełniony kawałkiem z 1991 roku. I taka to jest płyta. 
John Oswald zajął się tym tematem po rozmowie z Leshem, który zasugerował mu odkrycie na nowo nowych przestrzeni w i tak już kosmicznym numerze „Dark Star”.  Oswald, kanadyjski kompozytor, twórca kolaży artystycznych niewiele wiedział o muzyce Grateful Dead. „To było cholernie ekscytujące. Dostałem dojście do mnóstwa kilometrów taśm z koncertów grupy. Z nich skompilowałem to co słyszycie na „Grayfolded”. Zespół był zadowolony. Dla mnie cały ten proces jest fascynującym badaniem. Dla niewyszkolonego ucha przeciętna wersja „Dark Star” brzmi tak: „deedle deedle noodle noodle wanky wanky crash boom dum dum/space rock/ taniec psychodeliczny/ przestrzeń kosmiczna.”
No, Ok. A jak to się rozwija naprawdę.
„Dark Star” rozpoczął się jako niespełna trzyminutowy singiel. Intro, zwrotka, refren, zwrotka i tak było pod koniec 1967 roku. Rok 1968 przyniósł już prawie dziesięciominutową wersję. Spowalnianą lekko z prostymi akordami Weira i powoli rozwijającą się solówką Garcii. W kolejnym roku Tom Constanten zamienił się z Pigpenem na organach co wprowadziło pewne urozmaicenia na tym instrumencie. Pomimo, że główna linia to sześć tych samych nut powtarzanych przez około dwanaście minut. Również otworzyli się perkusiści. Wcześniej utrzymywali stały impuls tak teraz powoli odjeżdżali w swoją stronę. No i gra Jerry’ego osiągająca apogeum wrażliwości. W 1971 roku zespół opuszcza Constanten oraz Hart. W okrojonym składzie Pigpen powraca do pierwotnego stanu i nie dodaje ryzykownych rzeczy do swojej gry. Improwizacyjne grupa kieruje się powoli w stronę jazzu ale dopiero w kolejnym roku gdy dołącza Godchaux, mamy pełny zwrot w stronę jazzowej improwizacji. To w 1972 roku możesz usłyszeć bez zakłóceń co Garcia/Weir/Lesh zrobili z „Dark Star”. Geniusz improwizacji współpracujący z odlotowym akustycznym fortepianem do tego dodany skromny ale jakże intensywny beat perkusji doprowadza do jednych z najlepszych wersji tego numeru. W latach 1972-1974 „Dark Star” podążyło nową ścieżką osiągając kosmiczne przestrzenie do których nikt wcześniej nie dotarł.
- otwarcie riffu (radość i aplauz widowni)
- mierzenie i szukanie nastrojów. To jak chodzenie po lesie i szukanie ścieżki, którędy pójść?
- droga otwarta. Jerry przecina dźwięki znajdując drogę i podążając nią przed siebie, do tego dołącza się niespokojny Kreutzmann
- nadszedł czas aby zejść na ziemię i podstawowy riff powraca
- Garcia podchodzi do mikrofonu i śpiewa „Daaaark Staaaar Crashes…”
- a potem rozpęta się piekło. Dostajemy za każdym razem inne pomysły rozwijające się i podążające w dal. Pomysły są obfite aż w końcu doprowadzają do wybuchu.
W takiej formie Oswald przyswoił nam na „Grayfolded” jedyną i niepowtarzalną wersję „Dark Star”, która niczym magiczny grzyb o innym kolorze wypełniła ponad sto minut muzyki i podążyła w nieznane lądy nowych dźwięków.




środa, 23 sierpnia 2017

LOVE - Da Capo /1966/


1. Stephanie Knows Who - 2:38 
2. Orange Skies (B. MacLean) - 2:54 
3. ¡ Que Vida ! - 3:43 
4. Seven And Seven Is - 2:26 
5. The Castle - 3:05 
6. She Comes In Colors - 2:47 
7. Revelation (A. Lee, B. MacLean, J. Echols, K. Forssi) - 19:02 


*Arthur Lee – Lead Vocals, Harmonica, Guitar, Drums, Percussion
*Johnny Echols – Lead Guitar
*Bryan MacLean – Rhythm Guitar, Vocal
*Ken Forssi – Bass
*Alban "Snoopy" Pfisterer – Organ, Harpsichord
*Michael Stuart – Drums, Percussion 
*Tjay Cantrelli – Saxophone, Flute, Percussion


Wznieśmy toast dla niewątpliwych liderów sceny Los Angeles i ich wspaniałego drugiego longplaya. Love i „Da Capo”. Wyraźny zapis pokazujący wzrost muzyki Love w porównaniu z debiutem, ukazuje na „Da Capo” w wyrafinowany sposób nowe oblicze psychodelicznego rocka. Proste, garażowe piosenki odeszły w niepamięć a pojawiła się energia, serce, wspaniały dźwięk i diamenty poszczególnych utworów. Niestety pojawiła się też heroina i niezbyt ciekawe stany świadomości lidera. Ale one uwidoczniły się najpełniej na „Forever Changes”. Arthur Lee później stwierdził, że to były jeszcze takie dziewicze czasy. 
Płyta powstała w 1966 roku i zaręczam ci, że jest to muzyka, którą Beatlesi i Rolling Stonesi chcieliby pisać i wykonywać. No przecież piosenka „She Comes in Colors” jest rześką inspiracją dla „She’s A Rainbow” a „Revelation” stanowi jawną inspirację „Goin’  Home”.
Lee postanowił wprowadzić pewne zmiany barwiąc utwory na jazzujący klimat dodając klasyczne elementy poprzez rozszerzenie składu i instrumentarium. Wprowadzenie do ciężkiego już arsenału brzmienia fletów, klawesynu i saksofonu urozmaiciło niewątpliwie brzmienie grupy. Strona pierwsza płyty zawiera wyraźne, eleganckie aranżacje, które swoje apogeum osiągnęły na kolejnym lp. Ale to tutaj jest niepowtarzalne „Stephenie Knows Who” psychodeliczny walc z wokalem zapraszającym na parkiet. I już właśnie od tego pierwszego numeru słychać zmianę brzmienia grupy. Wokal Lee jeszcze lekko garażowy ale już saksofon i jazzowe klimaty pchają „Da Capo” do przodu. Psychodeliczna, oniryczna w swoim wyrazie „Orange Skies” wzbogacona partią fletu czyni cudne wrażenie. Klejnot zamknięty w kilku minutach. Zresztą utwór ten najpełniej ukazuje w którym kierunku pójdzie grupa na kolejnej płycie. Kolejnym numerem zabierającym nas w stronę baśniowej psychodelicznej krainy jest „Que Vida”. Po prostu uroczy numer. I tyle. Łaaaał ale buja!!!
No ale tak łagodnie nie może być. „Seven and Seven Is” oznacza się garażową jazdą na pełnym biegu. Ta kinetyczna energia zawarta w tym utworze ciągnie w stronę pustej autostrady pełnej wytartych siedzeń. Wynurzający się z kolejnej baśni „The Castle” utrzymuje klimat spokoju a brzmienie klawesynu wspaniale współgra z gitarą klasyczną. Cudo.
No i „She Comes in Colors” brzmiący jak motyl zatopiony w kawałku bursztynu. Drugą stronę płyty zajmuje długi bluesowy jam „Revelation”. No cóż, „Da Capo” jest jedną z pierwszych płyt, które całą stronę wypełnia jeden długi numer. Kilka miesięcy wcześniej wydana była kompozycja „Sad Eyed Lady of the Lowlands” Boba Dylana zamieszczona na czwartej stronie albumu „Blonde on Blonde”. Na „Revelation” muzycy Love pokazują jak nie spartolić prostego bluesowego grania. Pokazują jak ten gatunek może brzmieć, gdy za instrumentami wiosłują szaleńcy. Luźny, naprowadzony adrenaliną napełniającą serce dźwięk „Revelation” pozostawia wielopłaszczyznowy urok. Posłuchaj tych subtelnych skomplikowanych niuansów wydobywanych przez Lee czy elektrycznych linii Echolsa, które z czasem mogą okazać się proste. Zanurz się w pętle basu i perkusji, a epizody przechodzenia w róg obfitości doprowadzają do muzycznej magii.
Posłuchaj sercem, umysłem, duszą całą tą mieszankę otwartych stanów świadomości.
To właściwie piękna sprawa wypuścić takie wydawnictwo. Szalona wizja grania, schizofrenia, psychodelia i kocioł łączenia melodii, jazzu i bluesa tworzy tę niebywale kolorową płytę.

Jeśli nie znasz tej pozycji albo zatrzymałeś się jedynie na „Forever Changes” nie trać czasu, koniecznie poznaj „Da Capo” bo warto wejść w ten baśniowy świat tym bardziej, że teraźniejszość jest taka mdła.




środa, 16 sierpnia 2017

CROSBY & NASH - Graham Nash David Crosby /1972/


1.   Southbound Train
2.   Whole Cloth
3.   Blacknotes
4.   Strangers Room
5.   Where Will I Be?
6.   Page 43
7.   Frozen Smiles
8.   Games
9.   Girl to Be On My Mind
10.   The Wall Song
11.   Immigration Man

Dlaczego nie spytasz drzew, czy cię lubią? Może kłamią i udają, że rosną dla Ciebie.
Jak łatwo jest uwierzyć jeśli w nocy jest światło. Najpierw spróbuj przywołać noc, potem zimę, potem jeszcze śpiew a jak już wszystko przywołamy to można zasłuchać się w niezwykłą opowieść o słonecznych brzegach rzeki zapomnienia. W otwartych drzwiach świat pusty od nocy. I zdaje się, że on patrzy na mnie, że przyczaił się i czeka. 
Debiut połowy kwartetu Crosby Stills Nash and Young czyli płyta „Graham Nash-David Crosby” powstał  w 1972 roku gdy Stills po raz kolejny nie mógł dogadać się z Youngiem. Dwaj kumple Crosby i Nash postanowili nie zwracać uwagi na to co dzieje się u ich współpracowników i weszli do studia aby nagrać tą płytę. 
A debiut ten jest po prostu wyśmienity i smakuje jak dobre stare wino. 
Ta płyta jest jak poranna rosa o zapachu słoneczników. Osadzona głęboko w tradycji amerykańskiej muzyki wywołuje niezapomniane chwile w trakcie słuchania. Kompozycje obu muzyków robią wrażenie. Czy country rockowe „Southbound Train” Nasha, czy jazzujące „Games” Crosby’ego, to nie ma znaczenia. To świetnie gra. Pozostaje tylko dać się unieść i swobodnie otworzyć swój umysł na te dźwięki. Jak zwykle harmonie wokalne zostały doprowadzone do perfekcji i ponownie powstała płyta, która wywarła ogromny wpływ na całe pokolenie amerykańskich wykonawców. Mamy tutaj utwory muzyków, które trzymają wysoki poziom. Wędrujące po jazzowej czułości „Whole Cloth” zawsze wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Tak dobry wokal Crosby’ego tylko utwierdza mnie w tym jak bardzo lubię go słuchać. Albo „Where Will I Be?” łagodna akustyczna piosenka z ładną melodią czy nawiązujący do jego pierwszej solowej płyty a znany z występów z muzykami Grateful Dead utwór „The Wall Song”. 
O! to jest brama. Pełen niesamowitego klimatu spływający w stronę psychodelicznej drogi „The Wall Song” nie znalazł się tu przypadkowo. Duch epoki nadal jest wyraźny. 
A Nash? Jego skłonność do bardziej popowych kompozycji w ogóle nie razi. „Blacknotes” to wysiłek wokalu i fortepianu zagrany na żywo, „Strangers Room” jest bardziej rockowe wspomagane przez orkiestrę a „Frozen Smiles” prowadzi do otwartych bram serdeczności. No i „Immigration Man” autobiograficzna opowieść będąca pod wyraźnym wpływem „Ohio” Neila Younga. Wspaniały utwór kończący ten album. 
Tak sądzę, że pory roku dyktować zgięciem przegubów, to piękna, wyśmienita taka umiejętność. My jej nie posiadamy, więc radzę, na południe wędrujmy milordzie. Szukam czarodzieja, czarodzieja, który powie:”mosty nie są już potrzebne”. 
I czarodziej był tu tylko przez chwilę ale zdążył musnąć moje myśli. Skierował mnie do lasu, do drzew. Dlaczego by nie spytać ich, czy mnie lubią? Może kłamią i udają, że rosną dla mnie.









środa, 9 sierpnia 2017

T.I.M.E. - Smooth Ball /1969/


1. Preparation G - 0:52
2. Leavin' My Home - 3:07
3. See Me As I Am - 5:46
4. I Think You'd Cry - 4:20
5. I'll Write A Song - 4:20
6. Lazy Day Blues - 1:44
7. Do You Feel It - 2:30
8. Flowers - 2:39
9. Morning Come - 10:03
10.Trust In Men Everywhere - 5:01


*Bill Richardson - Acoustic, Electric Guitars, Vocals
*Larry Byrom - Acoustic, Electric Guitars, Vocals
*Pat Couchois - Drums
*Richard Tepp - Bass Guitar,Vocals

Pochodzący z Los Angeles zespół T.I.M.E. swoje korzenie miał w garażowej kapeli o nazwie Hard Times. Bill Richardson oraz Larry Byrom byli głównymi gitarzystami grupy, która była główną miejscową atrakcją i miała zapewnione stałe występy w klubie Whisky A Go-Go. W 1966 roku Hard Times nagrali parę singli a rok później nagrali swoją jedyną płytę. Jednak gitarzysta Richardson opuścił zespół i przymierzał się do nowej formacji do której ściągnął Byroma. 
T.I.M.E. (Trust In Men Everywhere) bo tak został nazwany ten nowy zespół zadebiutował w 1968 roku płytą o tym samym tytule co nazwa grupy. Muzyka zawarta na debiucie to mieszanka psychodelii z popem, to płyta włócząca się gdzieś w okolicach The Byrds, The Hollies czy Buffalo Springfield. Już tutaj na uwagę zasługuje gra obu gitarzystów ale generalnie płyta do udanych nie należy.
Dopiero na drugiej płycie zaiskrzyło tak fenomenalnie, że nie sposób przejść obok niej obojętnie. „Smooth Ball” wydana została rok później. To jest bardzo równa i mocna pozycja z kręgu tzw. heavy psychodelic. Oczywiście mamy tutaj i nawiązania do blues rockowej tradycji („Lazy Day Blues” czy „Do You Feel It”) ale wszystko podlane ciężkim sosem gdzie na pierwszy plan wysuwają się gitary. Solówki Richardsona będące choćby ozdobą „Leavin’  My Home”, „See Me As I Am” ukazują go jako nieprzeciętnego gitarzystę. Szczególne wrażenie robi trzeci kawałek na płycie „See Me As I Am” gdzie świetnie współgra wokal Richarda Teppa z gitarą, ciekawa melodyjna psychodelia łączy się tutaj z wycieczkami gitarowymi Richardsona. 
A zaraz potem jeden z najcięższych numerów na płycie, zagrany trochę w duchu Vanilla Fudge „I Think You’d Cry”. Tutaj Hammondy wychodzące z oddali potęgują jeszcze ciężkość utworu i znowu gitara wściekle atakuje organy a wszystko to trzyma krocząca linia basu Teppa. Oczywiście nie tylko pociąg gna do przodu, czasami jest spokojniej. Ballady „Flowers” i „Trust In Men Everywhere” wyróżniają się sfuzzowanymi gitarami z tajemniczymi klawiszami splątanymi w tle. Generalnie bez wątpienia kwasowe gitary trzymają wysoki poziom tych melodii doprowadzają do punktu wrzenia w prawie dziesięciominutowym numerze „Morning Come”. To wizytówka pracy obu gitarzystów. Trzymający w napięciu utwór jest jednym z sesji jamowych zespołu, które warto usłyszeć. Para gitarzystów wybiega z pełnej gamy efektów dźwiękowych jednocześnie dbając o to aby muzyka była żywa i nie nużąca. Posłuchaj tego albumu, bo warto.
No cóż, jak to bywa po jego nagraniu zespół T.I.M.E. przestał istnieć.
Byrom wraz z perkusistą Couchois założyli nową formację Ratchell, która z początku lat 70-tych nagrała dwa albumy, następnie Byrom zajął się pracą w studio. Richardson później zarządzał teatrami w San Diego a Tepp zmarł w 2004 roku na białaczkę.
Pozostała muzyka. Ciekawa, pełna energii i fajnej melodii. I to jest kolejna pozycja z kręgu psychodelicznego rocka godna poznania do czego i Was namawiam.





środa, 2 sierpnia 2017

JERRY GARCIA - Garcia /1972/


  • Deal (Jerry Garcia / Robert Hunter)
  • Bird Song (Jerry Garcia / Robert Hunter)
  • Sugaree (Jerry Garcia / Robert Hunter)
  • Loser (Jerry Garcia / Robert Hunter)
  • Late For Supper (Jerry Garcia)
  • Spidergawd (Jerry Garcia / Bill Kreutzmann / Robert Hunter)
  • Eep Hour (Jerry Garcia / Bill Kreutzmann)
  • To Lay Me Down (Jerry Garcia / Robert Hunter)
  • An Odd Little Place (Jerry Garcia / Bill Kreutzmann)
  • The Wheel (Jerry Garcia / Robert Hunter / Bill Kreutzmann)
  • Jerry Garcia - acoustic guitar, electric guitar, pedal steel guitar, bass, piano, organ, samples, vocals
  • Bill Kreutzmann - drums
Jerry Garcia powiedział kiedyś, że „Garcia” to zbiór lekkich, pełnych optymizmu, luźnych i otwartych utworów, które nagrał na swoim pierwszym solowym albumie. Zawsze gdy słucham tej płyty to reaguje pozytywnie na czułe i pełne wrażliwości granie Jerry’ego. I to nie tylko dlatego, że jestem jego wielkim fanem, ale też dlatego, że zaszło to daleko, pokonując po drodze wiele mil by na ostatku przytulić się do wielkich krain muzycznych i spokojnie oddać się wieczornej nocy. Ten pierwszy solowy album Garcii jest dosłownie solowy. Posiadając umiejętności gry na wielu instrumentach muzyk nagrał je sam na płycie z wyjątkiem perkusji. Jest ona obsługiwana przez wesołego perkusistę Grateful Dead, Billa Kreutzmanna. Jego gra jest taka jak ma być, bez żadnego dodatkowego dźwięku. Jest tak stała i solidna, że żadne trzęsienie ziemi nie wzruszy tej rytmiki. Album ukazuje intuicyjnie wyczuwalna grę Garcii na pedal steel gitar, co właśnie tworzy niezwykły nastrój na płycie.
Chociaż mamy tu także przerywnik bardziej eksperymentalny, który w macierzystej kapeli zostanie wykorzystywany w latach 80-tych pod nazwą space.
„Garcia” została nagrana w 1972 roku i znajdujemy na niej ślady tych najbardziej optymistycznych płyt grupy Grateful Dead. A więc blisko tu do „Workingsman’s Dead” oraz „American Beauty”. Oszczędne zagrane w spokojnym tonie praktycznie wszystkie utwory cechuje taka radość. No i wokal. To zbiór utworów zaśpiewanych najlepiej przez Jerry’ego.
„Deal” zagrany w umiarkowanym tempie, lekko countrowy, podobnie jak „Loser” właśnie zwraca uwagę na wokal i grę na pedal steel gitar. No jest tu też przecież wielki „Sugaree”, który stał się wielkim klasykiem Grateful Dead. Grany na koncertach osiągał czasami i siedemnaście minut. To jedna z moich ulubionych piosenek. A jest też i „Bird Song” znany nam z płyty „Reckoning” w wersji akustycznej. Tutaj zagrany w klimacie bluesowo psychodelicznym z organami na pierwszym planie.
„Late for Supper”, „Spidergawd” oraz „Eep Hour” to podróż ku nocnej przestrzeni. To najbardziej psychodeliczna część płyty. Przetworzony fortepian, który wybucha jak supernowa i rozchodzi się łagodnie po kosmicznych wzgórzach łączy nagrane różne odgłosy otaczającego nas świata w całość. Ale to nie jest spokojne. To wychyla się z mroku by wprowadzić niepokój. Na krótko. Wspaniała partia łagodnego fortepianu przy spokojnej perkusji nagle otula nas i ochrania. Nic już nam nie grozi. Spokojne gwiazdy wirują wśród ciepłej nocy. I ta leniwa gra na gitarze doprowadzająca nas do kolejnego numeru. „To Lay Me Down” to piosenka miłosna. Otwiera ją przyjemna gra na pianinie otulonym linią basu. Wkrótce pojawia się pedal steel gitar oraz łagodne brzmienie Hammonda. Tekst jest pełen emocji. Och! Posłuchaj tej linii granej przez Jerry’ego. To samo już powoduje dreszcze. I kończy się powolnym wejściem w głębinę.
No i „The Wheel” opowiadający aby życ swoim życiem i nie bać się. Kolejny raz łagodne dźwięki prowadzą nas ku tym przestrzeniom, oddalonym o wiele mil. Ale przecież docieramy tam. W nocy. Ciekawe, czy ktoś zastanawiał się nad tym, czy noc czuje? A może tak naprawdę wcale jej nie ma, tylko my śnimy o niej.