2. To Claudia On Thursday (Michael Fennelly, Joey Stec) - 3:26
3. I Just Want To Be Your Friend (Curt Boettcher) - 2:34
4. 5 A.M. (Sandy Salisbury) - 2:48
5. I'm With You (Lee Mallory) - 2:35
6. The Island (Curt Boettcher) - 3:18
7. Sing To Me (Lee Mallory) - 2:15
8. It's You (Michael Fennelly, Joey Stec) - 3:21
9. Some Sunny Day (Lee Mallory) - 3:22
10.It Won't Always Be The Same (Michael Fennelly, Joey Stec) - 2:57
11.The Know It All (Curt Boettcher) - 2:40
12.Karmic Dream Sequence #1 (Curt Boettcher, Lee Mallory) - 5:58
13.There Is Nothing More To Say (Curt Boettcher, Michael Fennelly, Lee Mallory) - 2:23
14.Anthem (Begin) (Curt Boettcher, Lee Mallory) - 2:39
*Ron Edgar - Drums, Vocals
*Michael Fennelly - Guitar, Vocals
*Lee Mallory - Vocals
*Doug Rhodes - Horn, Keyboards, Vocals
*Sandy Salisbury - Guitar, Vocals
*Patrick Shanahan - Drums
*Joey Stec - Guitar
*Red Rhodes - Pedal Steel Guitar
*Doug Dillard - Banjo
Płyta
„Begin” grupy The Millennium to jedyny w swoim rodzaju psychodeliczny dźwięk,
skupiający kilku popowych podróżników pod przewodnictwem jednego z najbardziej
tajemniczych mistrzów epoki, Curta Boettchera. Wymagający i wizjonerski mistrz
popu w stylu Briana Wilsona, odcisnął swoje piętno na muzyce lat
sześćdziesiątych. Jego oszałamiająca praca na kalifornijskiej scenie wpłynęła
na wiele zespołów pochodzących z tego regionu. Ale to właśnie na The Millennium
spoczywa dziedzictwo Boettchera, a „Begin” jest częścią wielkiego gobelinu
słonecznej Kalifornii. Wprawdzie niesprawiedliwe jest przypisywanie całej
zasługi Boettcherowi, jego wizja nie przetrwałaby nawet sekundy, gdyby nie
wspierał go sprytny zespół muzyków. Skład grupy to siedmioosobowa ekipa wspomagana
dodatkowo przez tajną broń, producenta Keitha Olsena. To on połączył ze sobą
dwa wielościeżkowe magnetofony, by stworzyć 16-ścieżkową bestię, a The
Millennium było jedną z pierwszych grup, które miały dostęp do tak wielu
ścieżek. To jemu zawdzięcza się fenomenalne brzmienie tego albumu, choć z
pewnością Curt również miał z tym wiele wspólnego. A czego można się spodziewać
po tym dziele. Cudownie bujnej muzyki, porywającej fantastycznymi harmoniami,
zarówno w instrumentach jak i wokalach, oraz wspaniałych indywidualnych
melodii, które natychmiast przyciągają uwagę, jak tylko się rozpoczną.
Chwytliwe melodie pięknie współgrają z tekstami o miłości i złamanym sercu pod
kalifornijskim słońcem i nigdy nie popadają w tandetę. To prawdopodobnie
najlepszy przykład tzw. Sunshine-Pop występujący w najczystszej postaci.
Sposób w
jaki rozpoczyna się ten album, nie przypomina niczego, co już słyszałem. Od
razu daje znać, że czeka cię interesujący oraz wspaniały czas. Otwierający
motyw klawesynu jest bardzo w stylu lat 60-tych, ale potem gdy wchodzi perkusja
z kopem oraz bas możesz tylko zastanawiać się, jak im udało się uzyskać takie
brzmienie w 1968 roku? Niesamowite! Dochodzimy do końca numeru, gdy w lewym
kanale fortepian przechodzi w identyczną figurę basu kolejnej piosenki „To
Claudia On Thursday”. To pierwszy utwór z wokalem, świetny, optymistyczny,
który między zwrotkami pęcznieje w piękne letnie harmonie. Tekst jest
romantyczny i prosty, ale ma tyle poetyckiego polotu, że można go docenić: „Niech
niebiosa pocałują cię z wiatrem/ Niech słońce widzi cię przez drzewa/ Nie myśl
o niczym na świecie/ Bo jesteśmy tylko ty i ja”. Kolejną piosenką jest „I Just
To Be Your Friend” gotująca się w doskonale słonecznej melodii, smażąc ją w
morzu bossa novy, doprawiając na dokładkę bluesowym pomostem. Fascynacja
Boettchera psychodelią zaowocowała nieziemskim „Karmic Dream Sequence #1”. To
jedna z paru piosenek zamieszczonych na płycie napisanych przez Lee Mallory’ego
w której przejście od desperackich poszukiwań do radosnego zachwytu czyni z
niej klasykę psychodelicznej podróży. Warto chwilę zatrzymać się przy tej
kompozycji. Talent Mallory’ego jest tu wspaniale uwidoczniony. To snująca się
podróż utrzymana w lekkiej, tajemniczej mgle prowadzącej ku szczytom
najwyższych gór i dalej ponad chmury. Najmocniejsze piosenki na „Begin” z
czystym sumieniem można postawić w jednym rzędzie z arcydziełami epoki. The
Zombies, The Beach Boys, The Beatles, The Kinks… wszystko co nagrały te
zespoły, miałoby trudności w konfrontacji z niektórymi popowymi wizjami The
Millennium. Przecież takie oniryczne „There Is Nothing More To Say” wręcz od
pierwszych chwil sprawia, że odlatujesz, i to bardzo daleko.
„Begin” to
przede wszystkim niesamowicie zwarta i nieskazitelna prezentacja. To tutaj
Boettcher zasługuje na największą pochwałę wraz z producentem Keithem Olsenem.
Klarowność „Begin” jest spektakularna, co słychać w całości albumu. Muzyka jest
bardzo bujna i żywa, przypominająca mi trochę styl produkcji Briana Wilsona z
późnych lat 60-tych. Wiele utworów podkreśla ten rodzaj szczęśliwego i
beztroskiego uczucia, które jest zaraźliwe. Ot choćby takie „The Island”. Już
pierwsze takty potwierdzają wcześniejsze zdanie. No i ten fantastyczny wokal.
Tu nie ma co
więcej pisać. Przesłuchałem ten album wiele razy i za każdym razem wyciągam
zawiłości, które ma do zaoferowania. O kurczę, znowu leci….