niedziela, 16 marca 2025

THE MILLENNIUM - Begin (1968)

 


1. Prelude (Ron Edgar, Doug Rhodes) - 1:18
2. To Claudia On Thursday (Michael Fennelly, Joey Stec) - 3:26
3. I Just Want To Be Your Friend (Curt Boettcher) - 2:34
4. 5 A.M. (Sandy Salisbury) - 2:48
5. I'm With You (Lee Mallory) - 2:35
6. The Island (Curt Boettcher) - 3:18
7. Sing To Me (Lee Mallory) - 2:15
8. It's You (Michael Fennelly, Joey Stec) - 3:21
9. Some Sunny Day (Lee Mallory) - 3:22
10.It Won't Always Be The Same (Michael Fennelly, Joey Stec) - 2:57
11.The Know It All (Curt Boettcher) - 2:40
12.Karmic Dream Sequence #1 (Curt Boettcher, Lee Mallory) - 5:58
13.There Is Nothing More To Say (Curt Boettcher, Michael Fennelly, Lee Mallory) - 2:23
14.Anthem (Begin) (Curt Boettcher, Lee Mallory) - 2:39

*Curt Boettcher - Vocals, Guitar
*Ron Edgar - Drums, Vocals
*Michael Fennelly - Guitar, Vocals
*Lee Mallory - Vocals
*Doug Rhodes - Horn, Keyboards, Vocals
*Sandy Salisbury - Guitar, Vocals
*Patrick Shanahan - Drums
*Joey Stec - Guitar
*Red Rhodes - Pedal Steel Guitar
*Doug Dillard - Banjo


Płyta „Begin” grupy The Millennium to jedyny w swoim rodzaju psychodeliczny dźwięk, skupiający kilku popowych podróżników pod przewodnictwem jednego z najbardziej tajemniczych mistrzów epoki, Curta Boettchera. Wymagający i wizjonerski mistrz popu w stylu Briana Wilsona, odcisnął swoje piętno na muzyce lat sześćdziesiątych. Jego oszałamiająca praca na kalifornijskiej scenie wpłynęła na wiele zespołów pochodzących z tego regionu. Ale to właśnie na The Millennium spoczywa dziedzictwo Boettchera, a „Begin” jest częścią wielkiego gobelinu słonecznej Kalifornii. Wprawdzie niesprawiedliwe jest przypisywanie całej zasługi Boettcherowi, jego wizja nie przetrwałaby nawet sekundy, gdyby nie wspierał go sprytny zespół muzyków. Skład grupy to siedmioosobowa ekipa wspomagana dodatkowo przez tajną broń, producenta Keitha Olsena. To on połączył ze sobą dwa wielościeżkowe magnetofony, by stworzyć 16-ścieżkową bestię, a The Millennium było jedną z pierwszych grup, które miały dostęp do tak wielu ścieżek. To jemu zawdzięcza się fenomenalne brzmienie tego albumu, choć z pewnością Curt również miał z tym wiele wspólnego. A czego można się spodziewać po tym dziele. Cudownie bujnej muzyki, porywającej fantastycznymi harmoniami, zarówno w instrumentach jak i wokalach, oraz wspaniałych indywidualnych melodii, które natychmiast przyciągają uwagę, jak tylko się rozpoczną. Chwytliwe melodie pięknie współgrają z tekstami o miłości i złamanym sercu pod kalifornijskim słońcem i nigdy nie popadają w tandetę. To prawdopodobnie najlepszy przykład tzw. Sunshine-Pop występujący w najczystszej postaci.

Sposób w jaki rozpoczyna się ten album, nie przypomina niczego, co już słyszałem. Od razu daje znać, że czeka cię interesujący oraz wspaniały czas. Otwierający motyw klawesynu jest bardzo w stylu lat 60-tych, ale potem gdy wchodzi perkusja z kopem oraz bas możesz tylko zastanawiać się, jak im udało się uzyskać takie brzmienie w 1968 roku? Niesamowite! Dochodzimy do końca numeru, gdy w lewym kanale fortepian przechodzi w identyczną figurę basu kolejnej piosenki „To Claudia On Thursday”. To pierwszy utwór z wokalem, świetny, optymistyczny, który między zwrotkami pęcznieje w piękne letnie harmonie. Tekst jest romantyczny i prosty, ale ma tyle poetyckiego polotu, że można go docenić: „Niech niebiosa pocałują cię z wiatrem/ Niech słońce widzi cię przez drzewa/ Nie myśl o niczym na świecie/ Bo jesteśmy tylko ty i ja”. Kolejną piosenką jest „I Just To Be Your Friend” gotująca się w doskonale słonecznej melodii, smażąc ją w morzu bossa novy, doprawiając na dokładkę bluesowym pomostem. Fascynacja Boettchera psychodelią zaowocowała nieziemskim „Karmic Dream Sequence #1”. To jedna z paru piosenek zamieszczonych na płycie napisanych przez Lee Mallory’ego w której przejście od desperackich poszukiwań do radosnego zachwytu czyni z niej klasykę psychodelicznej podróży. Warto chwilę zatrzymać się przy tej kompozycji. Talent Mallory’ego jest tu wspaniale uwidoczniony. To snująca się podróż utrzymana w lekkiej, tajemniczej mgle prowadzącej ku szczytom najwyższych gór i dalej ponad chmury. Najmocniejsze piosenki na „Begin” z czystym sumieniem można postawić w jednym rzędzie z arcydziełami epoki. The Zombies, The Beach Boys, The Beatles, The Kinks… wszystko co nagrały te zespoły, miałoby trudności w konfrontacji z niektórymi popowymi wizjami The Millennium. Przecież takie oniryczne „There Is Nothing More To Say” wręcz od pierwszych chwil sprawia, że odlatujesz, i to bardzo daleko.

„Begin” to przede wszystkim niesamowicie zwarta i nieskazitelna prezentacja. To tutaj Boettcher zasługuje na największą pochwałę wraz z producentem Keithem Olsenem. Klarowność „Begin” jest spektakularna, co słychać w całości albumu. Muzyka jest bardzo bujna i żywa, przypominająca mi trochę styl produkcji Briana Wilsona z późnych lat 60-tych. Wiele utworów podkreśla ten rodzaj szczęśliwego i beztroskiego uczucia, które jest zaraźliwe. Ot choćby takie „The Island”. Już pierwsze takty potwierdzają wcześniejsze zdanie. No i ten fantastyczny wokal.

Tu nie ma co więcej pisać. Przesłuchałem ten album wiele razy i za każdym razem wyciągam zawiłości, które ma do zaoferowania. O kurczę, znowu leci….





sobota, 15 lutego 2025

NEIL YOUNG & CRAZY HORSE - Rust Never Sleeps /1979/


1 My My, Hey Hey (Out of the Blue)
2 Thrasher
3 Ride My Llama
4 Pocahontas
5 Sail Away
6 Powderfinger
7 Welfare Mothers  
8 Sedan Delivery
9 Hey Hey, My My (Into the Black)

side 1
Neil Young -gtr, harmonica, voc
Joe Osborn -bass
Karl Himmel -dr
Nicolette Larson -vocal

side 2
Neil Young -gtr, harmonica,voc
 Frank "Poncho" Sampedro -gtr, voc
Billy Talbot -bass, voc
Ralph Molina -dr, voc
 


 „Rust Never Sleeps” to exodus, egzorcyzm klątwy. A wszystko zaczyna się od gitary akustycznej i jednego człowieka, który na niej gra. W Boarding House w San Francisco, 26 maja 1978 roku, Neil Young, owinięty w białą koszulę i białe spodnie malarskie – stoi sam na scenie, uderzając pierwsze akordy „My, My , Hey, Hey (Out of the Blue), piosenki napisanej wspólnie z Jeffem Blackburnem. Ta intymna chwila zostaje tu wspaniale złapana przez Neila, ta prosta kombinacja gitary i wokalisty, ma właśnie potencjał do stworzenia tej nici (jakże delikatnej) między wykonawcą a słuchaczem. Szczególnie jeśli wykonawca wkłada swoje serce i duszę w piosenkę. „My, My, Hey, Hey (Out of the Blue) to jeden z najbardziej znaczących utworów, jakie można usłyszeć od tak ważnej ikony muzyki rockowej. To jest żywa, surowa piosenka, która dziękuje fundamentowi rock and rolla, fundamentowi całej muzyki rockowej. „Hej, Hej, mój, mój, rock & roll nigdy nie umrze”. Utwór, który daje wiarę w gatunek, a żyjemy teraz w czasach w których ludzie wątpią czy on wciąż żyje, ale to podtrzymuje marzenie. Mamy już w rękach klasyk, ale potem jest cała masa świetnych rockowych perełek, które mają wpływ country i folku, ale wciąż potrafią dać czadu i zagłuszyć. W przejmującym nastroju pełnym cichego ognia emocjonalnej siły epatuje kolejny numer „Thrasher”. To autobiograficzna opowieść o destrukcyjności rock’n’rolla opartym o łatwe życie, które może prowadzić do artystycznej stagnacji. Młockarnie są pługami, których Young używa jako obrazu oznaczającego starą drogę i starą pracę brutalnie zgwałconą i splądrowaną przez maszyny. Kronikuje upadek wielu swoich przyjaciół muzyków w wersach: „Kiedy bezcelowe ostrze nauki rozcięło perłowe wrota/ Wtedy wiedziałem, że mam dość, spaliłem kartę kredytową na paliwo/ Z biletem do krainy prawdy i walizka w dłoni? Jak straciłem przyjaciół, wciąż nie rozumiem”.

„Rust Never Sleeps’ został nagrany na żywo, z publicznością starannie wytłumioną, co więcej został podzielony na dwie strony, akustyczną z samotnym Youngiem i jego gitarą oraz elektryczną z szorstkimi, zniekształconymi gitarami i mnóstwem sprzężeń zwrotnych w każdym miejscu. To jakby zamknięcie etapu folkowego i otwarcie brudnej odmiany rocka. Ale w tym folkowym miejscu jest prawdziwy skarb. To niesamowita „Pocahontas”, piosenka której nie mógłby napisać nikt inny niż Neil Young. Saga o Indianach, zaczyna się spokojnie od tych pięknych wersów: „Zorza polarna, lodowate niebo nocą/ Wiosła przecinają wodę/ W długim i pospiesznym locie”, by następnie szybko przeskoczyć od kolonialnego Jamestown, przez rzezie kawalerii, miejskie slumsy, aż po tragikomiczne absurdy współczesności: „I może Marlon Brando/  będzie tam przy ognisku/ Usiądziemy i porozmawiamy o Hollywood/ I dobrych rzeczach do wynajęcia/ O Astrodome i pierwszym tipi/ Marlon Brando, Pocahontas i ja”. W „Pocahontas” Young płynie przez czas i przestrzeń, jakby był ich właścicielem. To jak atak helikopterów w słynnym filmie Francisa Coppoli „Czas Apokalipsy”.

Na drugiej stronie „Rust Never Sleeps” Neil i Crazy Horse chwytają za broń i tną  podręcznik rocka na kawałki, zdeterminowani by spłonąć w blasku chwały. Tragiczny w swej wymowie „Powderfinger”, pierwotnie napisany jako numer dla Lynyrd Skynyrd opowiada historię mężczyzny zmuszonego do obrony swojej własności przed nadchodzącym zagrożeniem. Kto lub co stanowi to zagrożenie nie jest jasne, ani nie jest jasne co próbują mu zabrać. Oczywiście młody człowiek czuje się zagrożony i podejmuje działanie, bo „lepiej spłonąć niż zardzewieć”. Natomiast „Welfare Mothers” to potężny elektryczny kawałek opowiadający ironicznie o „korzyściach” państwa opiekuńczego. To ciąg wznoszących się nut przecięty śmiercionośnym opadającym akordem. To Young w swoim najbardziej hałaśliwym wydaniu. W psychodelicznym „Sedan Delivery” Neil i chłopaki z Crazy Horse przekraczają granicę pokazując co się stanie gdy zmieszasz garaż z folkiem, country i punkiem. Dużo barwy dodaje perkusja Moliny napędzając rytm podczas szybkich partii i wrzucając mieszankę wypełnień, które na przemian majestatycznie i stopniowo zapadają się w wolniejszej sekcji. Muzyka oddaje stany głównego bohatera, który jest na haju podczas szybkich części, a na dole podczas wolnych, gdy rozważa swoją zasadniczo gównianą egzystencję. „Rust Never Sleeps” zatacza pełny krąg kończąc album „Hey Hey, My My (Into the Black). To ujęcie jest znacznie mroczniejsze niż wersja akustyczna, posiada ciężkie zniekształcenia a całość prowadzi do rock’n’rollowej mini orgii.

Jak dobrze, że ta moja ciągła fascynacja Beatlesami, Stonesami, Elvisem i innymi wielkimi rocka mówi mi, że rock and roll nie musi umrzeć. Potrzebujemy tylko więcej takich ludzi jak Neil Young, którzy są gotowi pozbyć się rdzy i przyjąć ducha rock’n’rolla, który przecież nigdy nie umiera.