środa, 11 grudnia 2019

BEE GEES - Odessa /1969/


01. "Odessa (City on the Black Sea)"  07:33
02. "You'll Never See My Face Again"  04:16
03. "Black Diamond"  03:27
04. "Marley Purt Drive"  04:26
05. "Edison"  03:07
06. "Melody Fair"  03:48
07. "Suddenly" Maurice  02:29
08. "Whisper Whisper"  03:24
09. "Lamplight" Robin  04:47
10. "Sound of Love"  03:27
11. "Give Your Best"  03:26
12. "Seven Seas Symphony"  04:09
13. "With All Nations (International Anthem)"  01:46
14. "I Laugh in Your Face"  04:09
15. "Never Say Never Again"  03:28
16. "First of May"  02:50
17. "The British Opera"  03:17







Grupa Bee Gees swoją czwartą płytę zatytułowaną „Odessa” wydała w 1969 roku i jest to dwupłytowe wydawnictwo, pełne połyskującej orkiestrowej tekstury i wspaniałych melodii, które przyciąga swoją uwagę już okładką. Na puszystym welurze tłoczonym złotem widnieje napis Bee Gees Odessa. Ale na początku 1969 roku album nie był entuzjastycznie przyjęty. Grupa była na skraju rozłamu znajdując autorów materiału w kryzysie osobistym. Intensywna praca doprowadziła do wyczerpujących kłótni, które zakończyły się bitwą między braćmi, Barrym a Robinem Gibb o przywództwo w grupie. Na domiar złego słuchacze kupujący do tej pory przebojowe single nadal oczekiwali słodkich numerów takich jak „Words”. Ale w miarę upływu lat nieustraszone ambicje „Odessy” stają się coraz trudniejsze do odrzucenia. Te siedemnaście piosenek wypełniających ten album zawiera bogatą i odważną mieszankę stylów muzycznych: rocka, popu, country, baroku, opery i muzyki klasycznej. Barry Gibb wspomina, że trio przewidywało, że ta mieszanka wywoła emocje i zaistnieje jako rockowa opera (pierwotnie płyta miała mieć tytuł „An American Opera”) a została wydana dwa miesiące przed albumem „Tommy”, The Who.
Niesamowita i cudowna wyobraźnia.
Producentem albumu był Robert Stigwood, który pomógł Bee Gees stać się takim fenomenem kulturowym w latach 70-tych a od początku przekonywał, że Barry Gibb ma cudowną i niesamowita wyobraźnię. Utwór otwierający ten album „Odessa (City On The Black Sea”) został napisany przez braci w 1968 roku i opowiada o ocalałym marynarzu z fikcyjnego brytyjskiego statku Veronica, który walczy o przetrwanie będąc na unoszącej się górze lodowej na Bałtyku. To jeden z najbardziej ulubionych utworów Stigwooda. Numer wyposażony jest w niezwykłą mieszankę dźwięków gitary flamenco i wiolonczeli i już od pierwszych nut dużo emocji stwarzają wokalne umiejętności braci Gibb. Melancholijne partie utworu wypełniają bezkresne wody lodowatego morza tworząc jedną z najlepszych piosenek popowych jakie kiedykolwiek napisano.
Ten utwór jest naprawdę oszałamiający z tym nieziemskim crescendo płaczących głosów, zakotwiczonych w chropowatej akustyce i żałobnej wiolonczeli.
Choć reszta „Odessy” może nie jest tak odważna to jednak wydobywa odpowiednie nuty z głośników dając nam porządną porcję świetnej muzyki. Chwytliwe klejnoty w postaci „Edison”, „Melody Fair” czy „Sound Of Love” odzwierciedlają wysoki potencjał muzykalności i wykonawstwa grupy. Oddają ducha epoki a w „Sound Of Love” wręcz kipią zwiewnymi sukienkami w kwiaty i pięknymi dziewczętami. Melancholijny nastrój cały czas powstrzymywany jest Latem Miłości co wzmacnia użycie orkiestrowych elementów w większości utworów. Jednak rosnąca tęsknota wywiera większy wpływ na album. „Never Say Never Again” przyjmuje pełne wzorce muzyki lat sześćdziesiątych ale trzeba zwrócić uwagę na świetne wokale braci Gibb. To naprawdę jest wyższa szkoła jazdy. Piękne harmonie i melodię możemy podziwić w numerze „Edison”, który złożony jest w hołdzie Edisonowi, wynalazcy żarówki. Jest to jedna z najlepszych piosenek z całego albumu. Posłuchajcie tego wspaniałego wokalu, tej intonacji, tego wyczucia nastroju. Uff. A jak wchodzą lekkie, delikatne organy. To jest naprawdę cudo.
Krótka piosenka „Melody Fair” pokazuje kunszt wokalny Barry’ego. To niezapomniana chwila.
Żeby nie było jednorodnie mamy na płycie numery „Marley Purt Drive” i „Give Your Best”, które kierują nuty w stronę wiejskich wycieczek, co sugeruje, że muzycy Bee Gees, podobnie jak wszyscy inni, słuchali The Band, Boba Dylana i The Byrds.
Album kończy instrumentalny utwór „The British Opera” wykonany jak dowolny klasyczny klejnot muzyczny. Zwroty chórów są fantastyczne i mają uroczą głębię. Fortepian, oboje, trąbki owijają się wokół psychodelicznych nastrojów i wypełniają w całości tą niezwykłą płytę.
Odessa” przy innych dziełach powstałych w niezapomnianych latach sześćdziesiątych stanowi idylliczną alternatywę psychodelicznej wrażliwości, ukazując piękno i radość tamtych czasów.


środa, 4 grudnia 2019

BOB DYLAN - Infidels /1983/


1) Jokerman; 
2) Sweetheart Like You; 
3) Neighborhood Bully; 
4) License To Kill; 
5) Man Of Peace; 
6) Union Sun­down; 
7) I And I; 
8) Don't Fall Apart On Me Tonight.


Jedną z najlepszych piosenek Boba Dylana nagranych w latach osiemdziesiątych jest bez wątpienia „Jokerman”, utwór pochodzący z wydanej w 1983 roku płyty „Infidels”. Ta opierająca się na wspaniałym brzmieniu gitary Marka Knopflera i rytmicznym reggae piosenka doskonale wypełnia lukę między odradzającą się fazą chrześcijańską Dylana, a powrotem do świeckiego pisania utworów. 
Ta piosenka, nawiązująca wprawdzie do poprzednich tematów religijnych, jest pełna pasji i duchowości. Religijne obrazy Dylan wykorzystuje tutaj do budowania nastroju w poetycki sposób: „Stojąc nad wodami, rzucasz swoim chlebem/ Gdy oczy bożka o żelaznej głowie się świecą/ Odległe statki dryfują we mgle/ Urodziłeś się z wężem w obu dłoniach, gdy szalał huragan” ale pokazuje też, że świat wcale nie zmienił się w ciągu tych dwudziestu lat: „Pałki policyjne i armatki wodne, gaz łzawiący, kłódki/ Koktajle Mołotowa i skały za każdą kurtyną/ Perfidni sędziowie umierają w wirujących sieciach/ To tylko kwestia czasu, zanim nadejdzie noc”.
No i ta wszechstronność Dylana jako muzyka wypełniająca utwór rytmami wcześniej nie spotykanymi u niego. Powolne, rytmiczne rytmy w których sekcja Sly & Robbie ładnie rozkłada akcenty prowadzi do wyzwolonego Dylana. Naprawdę ładny utwór.
Ale zaraz, „Jokerman” jest jedną z najlepszych piosenek Dylana a czy „Sweetheart Like You” nie będzie najlepszą w tej dekadzie?
To przeurocza ballada, to numer który słucha się z wielką przyjemnością. 
Posiada ładną melodię, która wzbogacona zostaje przez subtelne dźwięki gitary Knopflera a głos Dylana brzmi bardzo świeżo i łagodnie. Tekst ukazuje współczesną kobietę, która chce mieć wszystko tylko budzi się w… ”Mówią, że patriotyzm jest ostatnim schronieniem/ do którego przybywa łotr/ Ukradnij trochę, a wsadzą Cię za kratki/ Ukradnij wiele, a uczynią Cię królem/ Jesteś już tylko o krok od tego kochanie/ nazywamy to wiecznym szczęściem/ Ale co taki skarb jak Ty, robi w takiej norze?”
Znaczna część materiału na „Infidels” ma solidną rockową lub popową aranżacje, co pokazuje, jak muzycznie Dylan oddalił się od muzyki opartej na folkowych korzeniach, którą z takim powodzeniem rozpowszechniał w latach sześćdziesiątych. Takie „Neighborhood Bully” ma np. odrobinę południowej gitary czyniąc z niego prawdziwie przyjemny numer a „License to Kill” robiący w zręcznym klimacie lat 80-tych to rasowy rocker. Jest to w ogóle jeden z najsilniejszych utworów na płycie i stanowi świetną krytykę imperializmu na ziemi jak i w przestrzeni kosmicznej. „Och, człowiek wymyślił swoją zgubę/ Pierwszym krokiem było dotknięcie księżyca”, „A teraz pouczają go jak od nowa ma żyć/ Pokazują gdzie pomylił się i którędy dalej iść/ Już go chowają wraz z gwiazdami/ Jak stare auto sprzedając za nic”.
Z kolei „Man Of Peace” ukazuje człowieka, który czuje, że nie może już połączyć się z otaczającym go światem. 
I jeszcze jedna z najlepszych piosenek zawartych na „Infidels”. "I and I"
to pieśń której się słucha, to rzecz do której przyzwyczaił nas Dylan w całej swojej twórczości:”Dużo czasu minęło odkąd obca kobieta śpi w moim łóżku/ Patrzę jak ona słodko śpi, jak lekkie muszą być jej sny/ W innym życiu ona jest władczynią świata, lub jest szczęśliwie zaślubiona/ Przez jakiegoś wiernego króla, który pisze psalm nad strumieniem w świetle księżyca”.
Ale Dylan wydaje się tu być zagubiony i zdezorientowany:”Uszyłem buty dla wszystkich, nawet dla was, podczas gdy sam ciągle jestem bosy”.
Płytę kończy miła ścieżka „Don’t Fall Apart On Me Tonight” w której Mick Taylor wypuszcza fajne dźwięki gdy Knopfler gra bluesowe wstawki jako kontrapunkt. To słodka prośba kochanka:”Poczekaj chwilę zanim odejdziesz, dziewczyno/ Poczekaj chwilę zanim dotkniesz drzwi/ Do czego chcesz doprowadzić, dziewczyno?”, „Nie opuszczaj mnie dzisiejszej nocy/ Wczorajszy dzień to tylko wspomnienie”.
Jedyną rzeczą, która mnie razi na tej płycie jest brzmienie i gra perkusji. Niestety monotonne uderzenia prawie takie same w każdej z piosenek irytują i mogą wywołać zażenowanie. Przecież od sekcji Sly & Robbie można by wymagać czegoś lepszego. No ale to na szczęście jedyny mankament wiedząc, że ta płyta mogłaby być jeszcze lepsza. Otóż po sesji nagraniowej, Knopfler musiał na jakiś czas porzucić Dylana i pojechał w trasę koncertową ze swoim zespołem. Niestety Dylan sam dokończył płytę. Czy zrobił to dobrze? Dlaczego wyrzucił świetny „Blind Willie McTell” (możesz go usłyszeć w serii „The Bootleg Series vol. 1-3”) dając inne numery? Myślę, że on sam tego nie wie ale to jest właśnie Bob Dylan jakiego znamy.


sobota, 23 listopada 2019

WOOL - Wool /1969/


1. Love, Love, Love, Love, Love (John Hill, Don Cochrane) -3:14
2. Combination Of The Two (Sam Andrew) - 3:05
3. If They Left Us Alone Now (Ed Wool) - 3:36
4. To Kingdom Come (J. R. Robertson) - 2:28
5. I Don't Like You Anymore (Ed Wool) - 2:55
6. Any Way That You Want Me (Chip Taylor) - 4:07
7. It Was Such A Lovely Night (Loving You Tonight) (Ed Wool) - 2:20
8. The Boy With The Green Eyes (Neil Diamond) - 3:35
9. Funky Walk (Lester Christian) - 9:40

*Ed Wool - Lead Guitar, Vocals
*Claudia Wool - Vocals, Percussion
*Ed Barrella - Bass
*Tom Haskell - Rhythm Guitar, Vocals
*Peter Lulls - Drums



Ciekawe ilu z was zna Eda Woola, gitarzystę i twórcę piosenek, który swoją styczność z muzyką rozpoczynał w grupie Ed Wool & The Nomads w połowie lat sześćdziesiątych. Nie znacie? Nie przejmujcie się, ja też dopiero od kilku lat znam jego twórczość. Gdy wpadła mi w ręce płyta grupy Woola to oczywiście parę razy ją posłuchałem i odłożyłem na półkę pod literkę W. I tak ostatnio przypomniałem sobie o niej, pamiętałem, że coś mnie w tej muzyce intrygowało. Coś tam było takiego, ale co? No to wyjąłem ją sobie i zaprosiłem do odtwarzacza.
Ho, ho no jak tu się nie podzielić z taką muzyką, jak tu nie zainteresować szanownych czytelników tego bloga takim klejnotem. Warto. Naprawdę warto.
Ed Wool & The Nomads byli pod wczesnym wpływem nowego brzmienia British Invasion, mieszając do tego kremowy soul i rhythm and blues. Na kwitnącej scenie muzycznej w Upstate, Nowy Jork grupa złapała kontrakt płytowy z RCA Victor i wydała jednego singla „I Need Somebody”. Ale to nie wystarczyło.
Nastąpiło kilka zmian w składzie grupy i od około 1968 roku Ed Wool ostatecznie osiadł w nowym składzie, który obejmował m.in. jego młodszą siostrę Claudię na wokalu i rozpoczął swoje występy pod unikalną, prostą nazwą Wool. Podpisując kontrakt z ABC Records nowy zespół gitarzysty rozpoczął prace nad swoim debiutanckim i niestety jedynym albumem.
Uff, no proszę.
Ale mnie ujęli. „Love, Love, Love, Love, Love”, płyta zaczyna się pełnym ekspresji numerem w którym dziki wokal Claudii Wool oszałamia i jednoczy się z gitarowymi torami Eda Woola prowadząc ten pociąg ku bogatym brzegom Zachodniej Krainy. Kurczę niby normalny numer z epoki ale tam coś jest, coś co mnie urzeka, porywa ze sobą. Wiesz to jest taki rodzaj dźwięków, że nie wiesz, czy wrócisz? Grawitacja odpływa i nie utrzymam się na linie.
Psychodeliczny rock, pop, funk to elementy, które składają się na album „Wool”, wydany w 1969 roku. Ta mieszanina brzmień w szczególny sposób prowadzi do głębin kosmosu. No proszę. Znany z wykonania Big Brother & The Holding Company, „Combination Of The Two” po prostu rozrywa cię na strzępy. Joplin miała głos, ech wydobywające się z każdego zakamarka wodnistej cieczy wykonanie Wool sprawia, że wersja Big Brother jest… słaba?! Gdy osiągamy już kulminacyjny punkt nagle wydobywa się z głośników oszałamiające, niewyraźne solo na basie. To Ed Barrell pali za sobą mosty, rzuca rękawice w płonące wieżowce i nadaje ton.
Co ja mam napisać gdy duch nie prowadzi pióra, tylko dźwięki wypełniają mój umysł. Jak mam się podzielić z Wami tym co czuję gdy leci „If They Left Us Alone Now”. 
Psychotrippowa ballada snująca się w pełnych okazach dymnego kwiecia roznosząca zapach pomarańczy nad chmurnym wodospadem. Śnię, śnię, śnię, o krajobrazach, polach i górach, o niebie tak pięknym po burzy, o księżycu tak nieziemsko jasnym, siejącym błogie światło w dół, tam gdzie kopiemy rowy i sypiemy kopce.
I Don’t Like You Anymore” to kolejny numer będący poza zasięgiem. Fantastyczna piosenka, której miejsce jest na czele list przebojów. Liryczna miara rytmu wypolerowana w świątyni gracji aż do zaniedbanych kolumn i łuków połysku. I tutaj muzyczna intuicja muzyków buduje tę scenerię doprowadzając do objawienia.
Ale oto jeszcze coś, co już podniesie nas do końca. Lepiej znana z wykonania The Troggs „Any Way That You Want Me”, tutaj dodaje światłości, ten refren zapętla, odchodzi by za chwile porwać cię w ramiona wymuskanych tysiącokich dłoni młodej kobiety. Oto zwiastuje triumf, wolność i uświęcenie miłości. Poprowadź mnie do siebie a zaśpiewam ci piosenkę, o jutrze, o świcie, o całym życiu. Tylko Ty i Ja.
I na zakończenie dziewięciominutowy „Funky Walk”.
Spacer w wirującym powietrzu a to za sprawą tego co Ed Wool robi z dźwiękami swojej gitary. Jej struny oplatają łodygi mrocznych kwiatów, prowadzą gorące źródła do nowych stanów euforii ale dają się też otumanić. Oto bębny Petera Lullsa tańczą i hipnotyzują te cienkie kawałki stali, wypychają ku górze by za chwilę opuścić i wyrwać te liczne kolce, które dają ukojenie.
No właśnie, to ten numer intrygował i pozostał w mej pamięci przy pierwszych przesłuchaniach tej płyty.
I tylko mogę zazgrzytać zębami bo to już koniec. Nie ma więcej nagrań grupy występującej pod unikalną a zarazem prostą nazwą, Wool.



środa, 13 listopada 2019

PEARLS BEFORE SWINE - One Nation Underground /1967/


1. Another Time - 3:05
2. Playmate (Saxie Dowell) - 2:17
3. Ballad To An Amber Lady (R.Crissinger, T. Rapp) - 5:13
4. (Oh Dear) Miss Morse - 1:52   
5. Drop Out! - 4:07   
6. Morning Song - 4:05   
7. Regions Of May - 3:25   
8. Uncle John - 2:52   
9. I Shall Not Care (Teasdale, R. Tombs, T. Rapp) - 5:10
10.The Surrealist Waltz (L. Lederer, R. Crissinger) - 3:27

*Tom Rapp - Vocals, Guitar
*Wayne Harley - Autoharp, Banjo, Mandoline, Vibraphone, Audio Oscillator, Harmony
*Lane Lederer - Bass, Guitar, English Horn, Swinehorn, Sarangi, Celeste, Finger Cymbals, Vocals
*Roger Crissinger - Organ, Harpsichord, Clavioline
*Warren Smith - Drums, Percussion




Debiut grupy Pearls Before Swine absolutnie zasługuje na to, by znaleźć się wśród klasycznych albumów wszech czasów, bez żadnego „ale”.
Tom Rapp, muzyk stojący za tym wszystkim, okazał się jedną z najbardziej enigmatycznych i jednocześnie archetypowych postaci drugiej części antywojennych i hippisowskich ruchów lat sześćdziesiątych. No i muzyka, którą stworzył z niewielką pomocą swoich przyjaciół, muzyka, która doprowadziła że z głośników wydobywa się prawdziwie podziemny dźwięk, pełen szeptów i odbijających się fal od szczytów śnieżnych gór lekko spływający na zieloną dolinę. Zagubiony w przestrzeni na ławie nasłuchuje siebie w nocnym lokalu wszechświata. Bezimienne głosy wołają o życzliwość na parterze opery, prowadzą w rakietach te zdziecinniałe pokolenia do przyszłego wszechświata Marsa.
Oto mamy okładkę albumu. To obraz Hieronymusa Boscha „Garden of Earthly Delights”, bez zdjęcia zespołu no jak? W końcu był to „jeden naród pod ziemią”.
One Nation Underground” wydała wytwórnia ESP, prowadzona przez hippisowskich mistrzów The Fugs, która była prawdopodobnie pierwszą wytwórnią tamtych czasów, mogącą porównać się do tego co dziś nazywamy „niezależnym”.
Jedną z najbardziej znanych piosenek, którą Rapp napisał jest „Another Time” to nietknięty i nieprzewidywalny motyw. Wprowadza istotę muzycznej koncepcji lidera-asymilację folku, country, popu, klasyki wraz z wprowadzeniem instrumentów innych (wiolonczele, sarangi, kuranty wiatrowe itp.) i to wszystko wypływa z drugiej strony stawu. Słoneczne blaski migoczą na atomowym żużlu, fruwają rośliny a drżący mech czule obejmuje drzewa.
Wejdźmy w dalszą część blasku, garażowego dźwięku, prostego ale jakże czułego. A to za sprawą wokalu, „Playmate” jawi nam się jak hymn opadający z czasem ku niezamierzonym falom. Ta prosta folkowa piosenka posiada wręcz dziecięcy klimat i radość wygrywaną lekkimi dźwiękami.
Cóż przyjacielu, wyjdź i zagraj ze mną/ I przynieś swoje trzy wózki, wejdź na moją jabłoń”.
A zwiewna ballada o Lady Burber przenika na wskroś sugestywny temat i wprowadza pewien chłód w surrealistycznej wizji bursztynowej damy siedzącej przy aksamitnym klawesynie. Wygrywana kodem Morse’a „(Oh Dear), Miss Morse” ekscytująco brzmi jako miłosne wyznanie. Wiele tematów jest przygnębiających pomimo swojej baśniowej aury, ale pamiętajmy to były dziwne i oszałamiająco niepewne czasy, dlatego muzyka Pearls Before Swine była obciążona grawitacją i celowała w organiczną jakość kwasowej świadomości.
Drop Out!” to przerażająca pieśń a „Uncle John” jest formą protestu przeciwko wojnie w Wietnamie. Z kikutu ramienia, z amputowanej dłoni zdejmuję szarpie pełne skrzepłej krwi i patrzę a jego oczy są zamknięte, jeszcze ani razu nie spojrzał na skrwawiony kikut. I wszystko się zapada, mgła osnuwa granice a oko nie widzi blasku poranka. „Morning Song” toczy się w bezkresnej zadumie, czy warto było? A może jednak poczekam? Tylko przyjdź! Przyjdź! o poranku. A wskażę ci drogę.
I przenikam bardzo skutecznie i nie słucham jakichkolwiek ubolewań, i nie mogę się cofnąć, zanim nie przekażę ci tego, co tak długo nagromadziło się we mnie a wszystko w rytmie walca, tego dziwnego pełnego spokoju ostatniego numeru na płycie.
Tak „The Surrealist Waltz” kończy tą podróż, jak bardzo różniąca się od innych dokonań w tamtym pamiętnym 1967 roku.


środa, 6 listopada 2019

THE HOLLIES - Butterfly /1967/



A1 Dear Eloise
A2 Away, Away, Away
A3 Maker
A4 Pegasus
A5 Would You Believe
A6 Wish You A Wish
B1 Postcard
B2 Charlie And Fred
B3 Try It
B4 Elevated Observations?
B5 Step Inside
B6 Butterfly





I unoszę się na niebie/ I chciałbym żebyś był/ I chciałbym żebyś tu był”.

Spośród wielu grup będących zaangażowanych w Brytyjską Inwazję, The Hollies wyróżnia się dość bliskim podobieństwem do The Beatles, piękną harmonią wokalną oraz niesamowitym partnerstwem przy tworzeniu piosenek, gitarzysty Allana Clarka, drugiego gitarzysty Tony’ego Hicksa oraz Grahama Nasha, którego nie trzeba przedstawiać. Jego czysty i szczery tenor jest instrumentalny nie tylko w brzmieniu tego zespołu ale także w innej grupie Crosby, Stills and Nash.
Ale zanim Nash wyjechał do Stanów i osiągnął wielki sukces zdążył jeszcze nagrać przepiękny album ze swoją macierzystą kapelą. 
Gdy „Pet Sounds” uderzyło w fale radiowe, a „Sgt Pepper Lonely Hearts Club Band” słuchany był już wszędzie, każdy z współczesnych wykonawców chciał podążać tą samą drogą. Doprowadziło to do wielu pięknych i ambitnych prób. 
Graham Nash objął wiodącą rolę przy tworzeniu siódmej płyty grupy The Hollies, której nadano tytuł „Butterfly”. „Butterfly” spada gdzieś pomiędzy „Sgt. Pepper...” a „Forever Changes” grupy Love, ale podnosi się we własnym błogim powietrzu, które stworzyło inteligentną równowagę między ambicją a zabawą. Konkretnie, ten album obfituje w gitary akustyczne, mocne melodie, świetne harmonie, delikatne dźwięki instrumentów dętych i orkiestracyjne elementy dodające powabu i lekkości całej płycie.

Najbardziej znaną i jedną z najbardziej niezapomnianych piosenek znajdujących się na albumie jest „Dear Eloise”, która zaczyna się ładnym nostalgicznym wstępem a następnie przechodzi w podnoszącą na duchu popową piosenkę. I jak u The Hollies wielkie wrażenia robią zmieniające się głosy wokalistów. Zaczyna Nash by potem stery objął Clarke, utwór płynie zanurzony w muzycznym sosie i mocno otwiera cały album. 
Ale moim faworytem jednak zostaje drugi numer „Away Away Away”. Graham Nash śpiewa praktycznie solo o radości ucieczki z życia i udania się nad morze. Swawolne rytmy wspomagane partią fletu rysują wspaniały, żywy obraz ucieczki i ukazują radość z tego, że chce to zrobić. Jest to pierwsza z kilku tuzinów piosenek z orkiestrowym akompaniamentem aranżowanym przez wieloletniego współpracownika Hollies, Johnny’ego Scotta. 
Najbardziej psychodelicznym kawałkiem placka na „Butterfly” jest utwór „Maker”, który kąpie się w niemal atonalnym wokalu Nasha przy akompaniamencie sitaru i tabli wzbudzając psychodeliczną narracje podróży na spotkanie z Stwórcą. Tak jest to piosenka o narkotykach z którymi Nash miał już duże doświadczenie. Więc nie dziwmy się mglistym zmysłom, które już dawno pływają poza rzeczywistością.
Tony Hicks tworzy piękną, nieco surrealistyczną piosenkę o latającym koniu z mitologii greckiej. Piosenka brzmi niesamowicie prosto i subtelnie przybierając formę kołysanki z bajkowym wersem „Jestem Pegazem, latającym koniem”.
Podczas gdy Nash marzy o ucieczce, A Hicks ujawnia nam dziecięce marzenia o latającym koniu, Clarke pisze piosenkę „Would You Believe”. Rozwijającą się nieco klaustrofobiczną aurą przy akustycznych dźwiękach gitary przestrzeń wypełniają smyczki Johnny’ego Scotta umiejętnie akcentujące wokal Clarka. Tu zbliżamy się najbardziej do psychodelicznych klimatów, które tworzą te urocze dźwięki.
Po tym całym szaleństwie mamy słodki, lekki „Wishyouawish”. Promyk słońca wychylający się zza chmur radośnie podąża po krainach bezbrzeżnych zielonych łąk by zakończyć podróż wśród listowia nad ciepłą rzeką, której nie ma końca.
Muzycy na „Butterfly” dostarczyli nam dwanaście piosenek, które mają piękną linię melodyczną dzięki temu nawet po jednym przesłuchaniu już część z nich będziesz sobie nucił. A „Wishyouawish” jak najbardziej mieści się w tym układzie. „Postcard” natomiast, między wierszami pokazuje nam bliskie kroki jakie Nash ma zamiar zrobić po wydaniu „Butterfly”. Jego odejście z zespołu i wyjazd do Ameryki ukazuje jakby chęć ucieczki do innego świata, do świata z „Away Away Away”. Ale na szczęście jego głos nie zniknie. Już za chwilę odniesie przecież wielki sukces, śpiewając w supergrupie Crosby, Stills and Nash.
Ale zanim do tego dojdzie wracamy do klasycznej piosenki The Hollies, do piosenki, która stworzona przez tercet Clarke-Hicks-Nash zmienia surową czarno-białą strukturę w oszałamiający kolor. Chwytliwa melodia wyróżnia się świetną aranżacją w której instrumenty dęte przeplatają się z pełnymi harmoniami wokalnymi a całość wypełniają efekty dźwiękowe rywalizujące z trąbionymi rogami. Łagodny charakter tej piosenki ukazuje spokój i miłość, pomimo smutnego tematu. Charlie zbiera pieniądze aby wykupić swojemu koniowi Fredowi wolność. Charlie nagle umiera ale zostaje nagrodzony gdy „anioły wręczają mu balony”. 
Zapomniany klejnot.
Mówimy o psychodelii. 
„Try It” to wspaniała menażeria pętli taśm, elektronicznych efektów dźwiękowych i astralnych samolotów. To brzmi zachęcająco? Mam nadzieję!
Utrzymanie kolejnego numeru „Elevated Observations” na ziemi to zadanie wokalnych umiejętności Clarka i przesadnej linii basu Berniego Calverta, który naśladuje drobiazgowe myśli i podąża za wspaniałą harmonią sprawiając, że coś co powinno być przestarzałą piosenką wciąż lewituje tuż nad ziemią i przynosi w pełni dojrzałe owoce.
Przedostatni utwór na płycie to „Step Inside”, jasna, przewiewna piosenka, którą budują dobrze nam znane z wcześniejszych płyt The Hollies magiczne harmonie. I tytułowy, końcowy numer, to szczypiący surrealistyczny strumień lirycznej świadomości. Orkiestracje Johnny’ego Scotta przybierają mocniejsza barwę i są głośniejsze niż kiedykolwiek wcześniej, ale doskonale uzupełniają tą skądinąd małą i intymną piosenkę. Po wydaniu „Butterfly” zespół wydawał się całkowicie zapomnieć o tej ścieżce, na którą tak mocno wstąpił i wrócił do swojej starej hitowej formuły. To marnotrawstwo talentu. Grupa, która gdyby dalej podążyła tym tropem mogła być najlepszą w tym psychodelicznym lecie miłości, przecież zaraz był 1968 rok i wiele się działo, niestety.
Tak jak pisałem wcześniej Graham Nash wyjechał do Ameryki i zrobił oszałamiającą karierę a The Hollies nadal nagrywali swoje płyty, jedne lepsze a inne gorsze.


niedziela, 27 października 2019

TIM BUCKLEY - Goodbye and Hello /1967/


1. No Man Can Find The War (Larry Beckett, Tim Buckley) - 2:59
2. Carnival Song - 3:12
3. Pleasant Street - 5:17
4. Hallucinations (Larry Beckett, Tim Buckley) - 4:53
5. I Never Asked To Be Your Mountain - 6:04
6. Once I Was - 3:23
7. Phantasmagoria In Two - 3:28
8. Knight-Errant (Larry Beckett, Tim Buckley) - 2:00
9. Goodbye And Hello (Larry Beckett, Tim Buckley) - 8:40
10.Morning Glory (Larry Beckett, Tim Buckley) - 2:52


*Tim Buckley – 6, 12 String Acoustic Guitars, Vocals, Bottleneck Guitar, Kalimba, Vibraphone
*Lee Underwood – Lead Guitar
*John Farsha – Guitar
*Brian Hartzler – Guitar
*Jim Fielder – Bass Guitar
*Jimmy Bond – Double Bass
*Don Randi – Piano, Harmonium, Harpsichord
*Henry Diltz – Harmonica
*Jerry Yester – Piano, Organ, Harmonium
*Carter Collins – Congas, Percussion
*Dave Guard – Kalimba, Tambourine
*Eddie Hoh – Drums
*Jim Gordon - Drums



Dwa pieprzone arcydzieła, kilka świetnych i kilka dobrych piosenek to „Goodbye and Hello”, drugi album Tima Buckleya. To przejściowa płyta między nieszkodliwym debiutem a utworami inspirowanymi jazzem i eksperymentami, które wkrótce zacznie nagrywać. Napisałem dwa arcydzieła?
No nie. Słuchając tej płyty trzeba to zweryfikować. 
Wśród tych piosenek jest przecież „No Man Can Find The War” hymn folkowy przeciwko wojnie. Owszem nie jest to „A Hard Rain’s A-Gonna Fall” ale Buckley maluje tu bardzo mocne obrazy: „Magnetofony odbijają krzyk/ Zamówienia lecą jak strumień pocisków/ Bębny i armaty śmieją się głośno/ Gwizdy pochodzą z popielatego całunu”. A melodia piosenki wciąż narasta, wokal pięknie brzmi choć tu jeszcze jest narracyjny, jeszcze na prawdziwe efekty wokalu Buckleya chwilę musimy poczekać. 
Oto już w „Carnival Song” pojawia się doskonały falset Buckleya. To przyjemna piosenka wypływająca z jarmarku staroci ledwie poruszająca się w tej czasowej przestrzeni.
Chociaż „Pleasant Street” od początku wprowadza pewien niepokój. Wyłaniająca się z cienia orkiestracja grzmi subtelnie a wszystkie elementy utworu, fortepiany, klawiatury, gitara elektryczna i perkusja są świadome tego, jaki jest ich cel na ścieżce i koordynują się w fantastycznej świadomości, zapewniając pełny odbiór w możliwie efektywny sposób. A wokalny występ Tima… po prostu wędruje, jakby zgubił się w otchłani otaczającej jego głos, dochodzi w końcu do hipnotycznego, oszalałego upadku. Posłuchaj refrenu. Och, to naśladowanie niepokoju innych instrumentów doprowadza do perfekcji. Tylko wsłuchaj się w to. To jest naprawdę mocne śpiewanie.
Wejdź w to!
I Never Asked To Be Your Mountain” jest jeszcze bardziej szalone. Tutaj już nie ma kontroli. Od razu wrzucony jesteś w te wokalne szaleństwa a dodatkowych efektów dostarcza wspaniała perkusja i akustyczna gitara. Muzyka, tekst i styl wokalny są skutecznie wypychane na nieznane terytorium, pełne są odwagi i nawiedzających nut. Moim ulubionym momentem na całym albumie jest prawdopodobnie to, jak Tim załamuje się pod koniec śpiewając „Proszę, nie zostawiaj mnie tak”. Rozdzierająca serce muzyka.
Muszę tu wspomnieć jeszcze o magicznych „Hallucinations”, gdzie linia gitary wyłania się z mrocznych wytworów, gdy pada deszcz a mgła zabiera wszystko wraz z rozwiewającym ją wiatrem.
Pięć numerów znajdujących się na drugiej stronie albumu „Goodbye and Hello” jest nieco bardziej stonowanych, cichych może bliższych klasycznemu folk rockowi. Ale posłuchaj.
Patrząc dalej, utwór „Once I was” jest bardzo piękną i smutną piosenką. Aranżacja, w której główną rolę gra prosta ale zarazem i pełna bólu harmonijka łączy subtelne crescendo Buckleya z lirycznym tekstem: „Raz byłem żołnierzem/ walczyłem na obcych ziemiach dla Ciebie/ Raz byłem myśliwym/ Przyniosłem do domu zwierzynę dla Ciebie/ Raz byłem kochankiem/ Szukałem Cię Twymi oczyma/ Wkrótce pojawi się inny/ By powiedzieć Ci, że byłem tylko kłamstwem”. 
I przy tej prostej piosence, ten nieuchwytny klimat prostej miłości doprowadzić musi do pytania „Czasami zastanawiam się/ Przez chwilę/ Czy będziesz o mnie pamiętać?”.
Delikatnie brzmiąca gitara w kolejnym utworze „Phantasmagoria in Two” podkreśla tą smutną piosenkę o miłości: „Gdybyś mi powiedział o całym bólu, który miałeś/ nigdy więcej się nie uśmiechnę”. Kończący płytę „Morning Glory” kolejny raz ukazuje rozpacz ale tu Buckley śpiewa aby uleczyć swój ból. Niebiańska piosenka z anielskimi chórami i bujną orkiestracją. To naprawdę uroczy numer.




Centralnym punktem albumu jest epicki prawie dziewięciominutowy utwór tytułowy, który przedziera się przez różne sygnatury czasowe i melodie, utwór, który z powodzeniem dorównuje „American Pie”. Nieprzenikniona wędrówka będąca w samym centrum melodycznej orgii robi wrażenie, czuć tutaj pełne oddanie i pasję.
Kurczę i muszę to powiedzieć.
Dobry Boże, co to za talent!
Ten facet ma ponadczasowy głos. Jedwabisty tenor, z możliwością pokrycia szerokiego zakresu oktaw. Dlatego proponuję ci posłuchaj Jego płyt, tych późniejszych też, chociaż są trudne w odbiorze to pozostawiają niezatarte wrażenie. Ja słucham wszystkich bo tylko tak mogę oddać cześć , temu niezapomnianemu kompozytorowi.


niedziela, 20 października 2019

ROTARY CONNECTION - Songs /1969/


01. Respect — 3:05
02. The Weight — 3:24
03. Sunshine Of Your Love — 5:07
04. I Got My Mojo Working — 2:38
05. The Burning Of The Midnight Lamp — 4:40
06. Tales Of Brave Ulysses — 4:28
07. This Town — 3:25
08. We’re Going Wrong — 3:20
09. The Salt Of The Earth — 4:55


Bobby Simms — vocals, guitar
John Jeremiah — vocals, keyboards
Jon Stocklin — guitar
Kenny Venegas — vocals
Minnie Riperton — vocals
Mitch Aliotta — vocals, bass
Sidney Barnes — vocals
Charles Stepney — arranger, producer

Marshall Chess — producer

Można się zastanowić jak zareagowali niczego nie podejrzewający kupujący w 1969, kiedy wyciągali z półek czwarty album grupy Rotary Connection zatytułowany po prostu „Songs”. Produkt ten wygląda zupełnie zwyczajnie, na okładce widnieje biały chłopiec z czarną dziewczyną trzymającymi balony, które przedstawiają muzyków zespołu. Lista utworów składa się wyłącznie z coverów, utworów będących znanymi hitami kontrkultury co powinno sugerować niezaskakujące melodie i nic co może przestraszyć twoich rodziców.
Debiut Rotary Connection w 1967 roku, to mieszanka utworów, których koncentracja skupiła się wokół numeru „Like A Rolling Stone” Boba Dylana, a dwa kolejne albumy były kontynuowane w sposób ekspansywny obracając się w psychodelicznym obszarze muzyki pop.
Songs” jest najbardziej nieprzewidywalnym nagraniem zespołu. Muzycy grupy zdecydowali się nadać każdej a piosenek zupełnie nowy, często szalenie eksperymentalny kierunek.
To, że Rotary Connection to nie tylko zespół, który wypromował Minnie Riperton, to także skuteczna, pomysłowa jednostka, której płyty potrzebują nowej oceny. Niewiele innych grup tworzyło pod koniec lat 60-tych, muzykę soul, która przekraczała granice tego stylu. 


To, że na „Songs” są wybrane dzieła innych, jest tym bardziej imponujące.
Niebagatelną rolę w tworzeniu tego co możemy posłuchać na tym albumie odegrały myśli i działania producenta Charlesa Stepneya, które stworzył ten psychodeliczny dźwięk przepełniony dramatem i wynalazkiem muzycznym. Stepney był wizjonerem stojącym za orkiestracją grupy a do tego pomógł Sidneyowi Barnesowi i Ripperton stworzyć niezapomniane dzieło.
Album rozpoczyna się kasztanowym „Respect” Otisa Reddinga, ale wersja zespołu jest prawie nie do poznania (co można powiedzieć o większości ich coverów). Nagrany w leniwym tempie utwór zyskuje powolną, duszną metamorfozę duszy, podczas gdy aranżacje smyczkowe nadają niepokojący ton a wokale tlą się, przeciągając tekst Reddinga pchając ten utwór w niezbadane obszary kłębiących się widm czyhających na ciebie. Bardzo intrygująco brzmi następna piosenka, która jest znanym utworem The Band, „The Weight”. Wrażenie powiewu świeżości tworzone za pomocą smyczków i chóru wspierającego pozwala nam odkryć imponującą swobodę, która wypełnia minuty nagrania.
Aranżacje Stepneya można uznać za wyzywająco sprzeczne, ale barokowy klimat nagrania Jimiego Hendrixa „Burning of the Mignight Lamp” w którym klawesyn i gitara elektryczna otwiera ciąg, przekształca się w refren wokalny, którego ton nie nadają Hendrixowskie zagrywki tylko nieziemska muzyka wydobywająca się z gardła Minnie Ripperton. Ta tajemniczość oraz przestrzeń wypełniająca odjazdowe wyzwania wydobywa się z jednego z najlepszych instrumentów zaprezentowanych na tym albumie, strun głosowych Minnie.
Trzy utwory zespołu Cream zagrane tutaj pochodzą z płyty „Disreale Gears”. Podczas gdy zarówno „Sunshine of Your love”, jak i „We Going Wrong” mają imponującą metamorfozę tak „Tales of Brave Ulisses” przechodzi samego siebie. Aranżacje wypychane daleko poza oryginał nie powracają w żadnej widocznej postaci. Cienie wokalne Ripperton potykają się pod przewodnictwem Barnesa co wznosi się do potężnego echa prowadząc do strzelistego zakończenia.
Songs” kończą się relatywnie spokojną wersją „Salt of the Earth” spółki Jagger/Richards, obsadzoną dusznymi organami, nadającymi relaksujący ton. Utwór wyraźnie utrzymany zostaje w klimacie gospel i znowu aranże Stepneya fantastycznie uzupełniają wibrujące wokale głównych piosenkarzy.
Trzeba jeszcze zaznaczyć, że brzmienie tej płyty jest idealne a jak słuchasz jej na mocy kolumn to dźwięk swobodnie wypełnia twoją duszę i nic nie jest w stanie zakłócić tego przyjemnego odrętwienia jakie pełznie do ciebie by wbić się i pozostać na zawsze.