niedziela, 14 października 2018

OCTOPUS - Restless Night /1970/


1. The River (4:26) 
2. Summer (3:05) 
3. Council Plans (3:37) 
4. Restless Night (4:02) 
5. Thief (3:38) 
6. Queen and the Pauper (3:39) 
7. I Say (1:54) 
8. Johns' Rock (2:40) 
9. Rainchild (3:05) 
10. Tide (5:37) 


Tracks 1.2.5.
Paul Griggs - Lead Guitar- Vocals.
Nigel Griggs - Bass Guitar - Vocals.
Rick Williams - Rhythm Guitar - Vocals.
Brian Glasscock - Drums.

Tracks 3.4.6.7.8.9.10.
Paul Griggs - Lead Guitar - Vocals.
Nigel Griggs - Bass Guitar - Vocals.
John Cook - Wurlitzer Organ - Piano - Vocals.
Malcolm Green - Drums.



Dziś parę słów o grupie, która zabrała słynny album The Beatles „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” w inny wymiar, która nagrała bardzo ciekawą a zarazem melodyjną płytę. Mowa o zespole Octopus i ich płycie „Restless Night”. Płyta została wydana w 1970 roku i wypełniona jest motywami Beatlesque a także muzycznymi uczuciami. „Restless Night” to połączenie wspaniałej gry na gitarze i organach wraz z fajnym wokalem. Płyta w swej pierwotnej formie jest dość rzadka ale wydana ponownie przez See For Miles w 1997 roku jest już dostępna szerzej a do tego dołożone są dwa numery z singla z epoki.
Paul Griggs: „W grudniu 1968 roku, zaledwie miesiąc po zmianie nazwy z The Cortinas na Octopus graliśmy w RAF Benson w Oxfordshire wspierając mającą już parę sukcesów grupę Plastic Penny. Basista Tony Murray (wkrótce dołączył do The Troggs) oraz perkusista Nigel Olsson (późniejszy współpracownik Eltona Johna) rozmawiali z nami o możliwościach dokonania przez nas nagrań. Po ponownym spotkaniu z Murrayem w styczniu 1969 roku zapadła decyzja aby nagrać parę kawałków. I tak latem weszliśmy do studia aby nagrać m.in. takie numery jak: Laught at The Poor Man” czy „Girlfriend”. Zostały one wydane 7 listopada i zebrały dobre recenzje”.
W styczniu 1970 roku zespół postanowił wejść do studia i nagrać album ze swoim oryginalnym materiałem. Wybrali studio nagraniowe Radia Luxemburg na Hertford Street w Mayfair.
Jak już pisałem płyta wypełniona jest kolorowymi, energetycznymi piosenkami, które są naprawdę miłe. Otwierający utwór „The River” oparty został na sfuzzowanej gitarze i wklęsłym rytmie co momentalnie powoduje, że jest to przebój. „Summer” jest bardzo beatlesowski i melodyjny, ładnie się rozkręca i jest miły dla ucha. Psychodeliczne organy owiane kalejdoskopem barw czynią z kolejnego numeru na płycie zatytułowanego „Council Plans” swoistą perełkę, która pokazuje co mogliby The Beatles zrobić na kolejnych ścieżkach do Sierżanta Pieprza. Tytułowy „Restless Night” rozpoczyna się od mocnych sfuzzowanych gitar oraz ciężkiego, dziwnego tempa by po chwili zmienić rytm robiąc wejście dla wokalu. Ten utwór wypełniają doskonałe riffy, psychodeliczne organy oraz wszechobecna melodyka z kolei „Thief” to dynamiczny rocker z dodatkiem fajnego grania na basie.
Drugą stronę płyty otwiera numer „Queen and the Pauper”, numer kierowany jest przez organy, z prostym i radosnym rytmem, ale mający bardzo interesujące zmiany które kierują nas w przebogate dźwięki końcówki lat sześćdziesiątych. Lekka ballada „I Say” po prostu, podoba mi się. Kolejne dwie piosenki to ponowny powrót na terytorium The Beatles a ostatni numer na płycie, to najdłuższy trwający ponad pięć minut utwór „Tide”. Rozpoczynający się powoli z przyjemną melodią podnosi nas w obłoki by podkręcając tempo prowadzić do czasu hipnotyzującego, łagodnego sola na organach, które kończy się niemalże symfonicznymi dźwiękami.
Płyta „Restless Night” zespołu Octopus polecam tym, którzy lubią wplecione psychodeliczne dźwięki wraz z tym co proponowała nam Wielka Czwórka.
Jeszcze raz Paul Griggs: „ W 1971 roku Octopus stopniowo zmieniał się w bardziej progresywny band. Skończyliśmy nasz album i zaczęliśmy nagrywać utwory z niego na żywo wraz z coverami takich grup jak Yes czy Neil Young. Przez resztę 1971 roku kontynuowaliśmy ciągłe występy ale na początku 1972 roku po bardzo emocjonalnych koncertach w Storthfield Country Club w South Normanton czuliśmy się już wypaleni i stęchliwi, co doprowadziło do rozpadu grupy.
Wraz z bratem Nigelem wyjechaliśmy do Nowej Zelandii, gdzie współtworzyliśmy zespół Split Enz”.



niedziela, 7 października 2018

BOB DYLAN - Self Portrait /1970/


CD 1

  1. All the Tired Horses
  2. Alberta #1
  3. I Forgot More Than You'll Ever Know
  4. Days of '49
  5. Early Mornin' Rain
  6. In Search of Little Sadie
  7. Let It Be Me
  8. Little Sadie
  9. Woogie Boogie
  10. Belle Isle
  11. Living the Blues
  12. Like a Rolling Stone (Live)
CD 2

  1. Copper Kettle (The Pale Moonlight)
  2. Gotta Travel On
  3. Blue Moon
  4. The Boxer
  5. Quinn the Eskimo (The Mighty Quinn)
  6. Take Me As I Am (Or Let Me Go)
  7. Take a Message to Mary
  8. It Hurts Me Too
  9. Minstrel Boy (Live)
  10. She Belongs to Me (Live)
  11. Wigwam
  12. Alberta #2
Po nagraniu dziewięciu płyt, będąc najpierw ochrzczonym przez folkowych purystów jako ich przywódca, by następnie zostać głosem kontestującej młodzieży aż do słynnego pytania zadanego przez dziennikarza „Paris Match”-Czy Pan jest Prorokiem?, Bob Dylan miał już tego dość. Dylan:”Ten album powstał ponieważ w tamtym czasie nie podobało mi się, że zwracam na siebie tyle uwagi. Nigdy nie byłem osobą, która lubi zwracać na siebie uwagę. Więc wydaliśmy ten album, żeby ludzie wreszcie się ode mnie odczepili”.
Ja napiszę tak: obok pięciu kompozycji, które mi nie podeszły reszta jest po prostu świetna i wcale nie przeszkadza mi początek recenzji Greila Marcusa w „Rolling Stone” rozpoczynający się pytaniem: „Co to za gówno?”. Dylan miał później określić tę recenzję jako „kawał gówna”.
Najpierw to co w sumie mogłoby nie być. Cztery utwory wybrane z koncertu na wyspie Wight są mało strawne. „Like A Rolling Stone” zagrane jest bez entuzjazmu, Dylan zapomina słów, śpiewa bez krztyny uczucia. „The Mighty Quinn” położone jest na całego a przecież wersja Manfreda Manna była idealna. O dwóch kolejnych numerach może nie wspomnę. Jedynym studyjnym utworem, który omijam jest kompozycja Paula Simona „Boxer”.
„Self Portrait” został wydany w czerwcu 1970 roku i jest to album zawierający covery ulubionych? numerów Dylana, mało znanych tradycyjnych melodii folkowych, występów na żywo z festiwalu na wyspie Wight oraz kilku utworów napisanych przez Dylana. Jest to migawka artysty i jego przyjaciół, w określonym miejscu i czasie. Postrzegaj to jako chwilę z jednego dnia życia.
Wszystko zaczyna się od chórów kobiecych, które towarzyszą nam przez kilka minut, śpiewając jedynie dwa wersy piosenki. „All the Tired Horses” jest piękną i dziwną piosenką jak na Dylana a jeśli pojawiła by się na ścieżce dźwiękowej Ennio Morricone to byłoby idealne. Uruchamiasz album a tu taka fantastyczna rzecz a do tego dodaj jeszcze te rozmarzone skrzypce, faktycznie bardzo filmowe. „Alberta” dołącza do klimatów „Ramony” a „I Forgot More Than You Will Ever Know” jest urocze. Piosenka „Early Morning Rain” to obok „Let It Me Be”, „Gotta Travel On” oraz „Blue Moon” bardzo melancholijne nowe wersje znanych utworów. Dylan nie wysila tu się na jakieś przearanżowania i zmiany, po prostu trzyma wszystko w powolnym, luźnym tonie i robi to doskonale. Natomiast dobre wiatry protestu odnajdziemy w „Days of 49” kolejnym godnym uwagi utworze. Zaskakującym jest umieszczenie na płycie utworów instrumentalnych i chociaż „Woogie Boogie” jest tradycyjnym boogie to „Wigwam” posiada miłe zmiany akordów a aranżacja przenosi nas do jakiegoś meksykańskiego pueblo. A żeby było jeszcze mocniej to Dylan akcentuje te zwieszone z głów meksykańskich wieśniaków sombrera swoistym zaśpiewem „la la la la la la”.
Słuchając całości bez dwóch zdań uderza nas nastrój płyty, wciąż spokojny i przyjemny. Relaksujące numery w klimacie country podbarwione grą Pete Drake’a na stalowej gitarze to kolejny dowód na urok i błogi nastrój. Niewątpliwie jednym z najwspanialszych utworów zawartych na krążku jest „Copper Kettle” , znów utrzymany w klimacie typowo Dylanowskiej ballady wprowadza nas w ten niepowtarzalny nastrój pieśni Boba Dylana. Och, to jest cudowne!
A i jeszcze nie sposób przejść obojętnie obok „It Hurts Me Too” słynnego smutnego tradycyjnego bluesa. No więc, czy „Self Portrait” jest naprawdę „gównem”? Nie, posłuchaj tej płyty na spokojnie, nie wymagaj od Twórcy wzniosłych haseł, tylko odpręż się i słuchaj, słuchaj ile chcesz bo Greil Marcus myli się. To jest naprawdę kawał dobrej, relaksującej czasami bardzo wrażliwej muzyki.



środa, 26 września 2018

MOON'S TRAIN - Moon's Train /Recording 1964-67/









  • 1.   The Life I Lead
  • 2.   Wait For Me
  • 3.   You Got Me
  • 4.   Say What I Mean
  • 5.   Loving, Sacred Loving
  • 6.   Bakerman
  • 7.   Telephone Talker
  • 8.   My Town
  • 9.   I'm Not The Marrying Kind
  • 10. I Get Excited
  • 11. I love for You
  • 12. Shades of Orange
  • 13. Home and Dry
  • 14. Nervous
  • 15. Moanin'
  • 16. Memories Of You

  • Peter Gosling 'Moon' - vocals and keyboard
  • Ken Leaman - sax
  • Peter Frampton - guitar
  • Ian dibbon - guitar
  • Alex Brown - trumpet
  • Peter Atwood - bass
  • Malcolm Penn - drums
  • Tony Chapman - drums

  • To były złote lata sześćdziesiąte. Włosy młodych mężczyzn nagle swobodnie sobie urosły do ramion, dziewczyny miały na sobie spódniczki mini a muzyka była wszędzie, trwała w całym powietrzu i nie sposób było nią nie oddychać. Modny wiatr dmuchał dźwięki z Wysp Brytyjskich na cały świat-dźwięk, który był nowy i budził niepokój, a także był bardzo elektryzujący.
    Trudno jednoznacznie stwierdzić z jakich elementów składał się ten dźwięk. Może słusznym jest stwierdzenie, że była to sprytna synteza bluesowych korzeni i brytyjskiej staroświeckiej świadomości życia. Ale było tam coś więcej. To energia, która zaburzyła relacje między pokoleniami i płciami, oczekiwania młodych ludzi a nawet moralne idee zachodnich społeczeństw.
    To było więcej niż muzyka, chociaż nigdy wcześniej nie było tak dużo muzyki. Na początku entuzjazm dla afroamerykańskich odmian bluesa i rhythm and bluesa był ograniczony do małego kręgu koneserów, a pierwsze emulatory wykonywane były w Liverpoolu, a także w Manchesterze i Londynie. Potem nastąpiła masowa euforia. Nazwano ją „Beatlemanią”, ale równie dobrze mogła przejść do historii jako „Stones-Sensation”. The Rolling Stones nie tylko mieli talent aby zaistnieć na scenie jako „Źli Chłopcy Brytyjskiego Rocka”. Operowali ostrzejszymi środkami wyrazu, byli mniej kompromisowi i ostatecznie nie mniej ambitni niż John, Paul, George i Ringo. „Glimmer Twins” czyli Mick Jagger i Keith Richards zwrócili uwagę publiczną na The Rolling Stones. Spokojna woda, basista zespołu Bill Wyman był chyba najbardziej otwarty na nowe wydarzenia, na nowe trendy i różne ciekawostki.
    Nie stronił też od sporadycznych występów z innymi grupami najczęściej w klubach w Londynie. Pisałem już wcześniej o zespole The End, to teraz czas na kolejną grupę do której podczas występu pewnego wieczoru dołączył basista The Rolling Stones. Moon’s Train tak bardzo podobała się Wymanowi, że postanowił zostać ich managerem i producentem. A dodatkowo Bill zaczął niezwykle produktywne partnerstwo pisania piosenek z główno dowodzącym tej księżycowej, wysokoprężnej machinerii, z klawiszowcem i wokalistą Peterem Goslingiem.
    Wszyscy wiemy, że Moon’s Train nie stał się największą perełką lat sześćdziesiątych. Ale spotkanie na scenie i w studiach na fajnych sesjach nagraniowych w latach 1964 i 1967/68 przyniosło szesnaście nagrań, które zostały wydane na płycie zatytułowanej „Moon’s Train”. Na płycie, która wyróżnia się cholernie dobrym, ponadczasowym dźwiękiem. W trakcie nagrywania tych utworów przez studio przewinęło się siedmioro muzyków. Gosling i jego kompani zawarli w tych utworach entuzjazm do eksperymentów, poczucie humoru i przytłaczającą przyjemność z tworzenia tego co możemy usłyszeć. Praktycznie nie ma stylistycznej finezji ani koloru, którego by nie próbowali.
    Posłuchaj już otwierającego „The Life I Lead”, który pchają do przodu potężne karaibskie rockowe rytmy. Niepokojąco pulsująca baza utworu „I Get Excited” to ekscytująca panorama miejskiego amerykańskiego rhythm and bluesa. A do tego zwróć uwagę na te refrenowe chóry. „Home and Dry” sięga głęboko do korzeni bluesa i gospel a „I Am Not The Marrying Kind” to piękna jazzowa kołysanka. Podczas gdy soulowe zapędy usłyszysz w „Telephone Talker” to „Shades of Orange” przeniesie cię w typowe klimaty swingującego Londynu.
    Ze względu na Billa Wymana, grupa Moon’s Train zatrzymywała się na każdej stacji klubowej w Wielkiej Brytanii – od legendarnego „Speakeasy” po słynny z występów The Beatles klub „Cavern”. Wraz z The Rolling Stones wystąpili w programie telewizyjnym „Ready Steady Go”.
    Teraz po latach słuchając tych nagrań nie sposób docenić jak wielkim talentem dysponowali muzycy Moon’s Train i tylko można się dziwić, że jest to kolejny zespół, który przepadł w otchłaniach czasu.







  • niedziela, 16 września 2018

    AGUATURBIA - Psychedelic Drugstore /1970/


    01. Somebody To Love
    02. Erotica
    03. Rollin' 'N' Tumblin'
    04. Ah Ah Ah Ay
    05. Crimson & Clover
    06. Heartbreaker
    07. Blues On The Westside
    08. Waterfall
    09. Evil
    10. I Wonder Who
    11. Aguaturbia


    - Ricardo Briones / bass
    - Willi Cavada / dr
    - Denise Corales / voc
    - Carlos Corales / gtr

    Twoje słowo jest pochodną dla nóg moich i światłem na mojej ścieżce.
    Aguaturbia jest zespołem wyjątkowym w historii rocka, pochodzący z dalekiego Chile zauroczony został hipisowską inspiracją, psychodeliczną charakterystyką i uznaną autentyczną imitacją stylu i wyglądu muzyków takich jak Jimi Hendrix i Janis Joplin. Te składniki dały życie kwartetowi, być może pierwszemu kultowemu lokalnemu zespołow. Grupa istniała pięć lat i nigdy nie osiągnęła ogromnego sukcesu, jednak zarówno jakość muzyczna, jak i siła tchnąca ze sceny doprowadziły do wstrząsu chilijską młodzieżą.
    Aguaturbia założona została w maju 1968 roku, w szczytowym momencie wprowadzania liberalnych tendencji w polityce kraju. Carlos Corales, jeden z najważniejszych gitarzystów lokalnego środowiska założył grupę wraz z Willym Cavada i Ricardo Brionesem spoglądając w stronę muzycznych wieści z USA i Anglii rozwinął własną formę blues rockowej i psychodelicznej wspólnoty doprowadzając do nagrania dwóch fajnych albumów. Wokalistką zespołu została młoda brazylijka Climene Puleghini Solis, pochodząca z wyższych warstw społecznych, zafascynowana R & B i rockiem, pomimo że nie miała żadnego wykształcenia muzycznego. Jej rodzice nie wyrażali zgody na założenie rockowego zespołu ani tym bardziej na śpiewanie w nim. Climene uciekła z domu i trafiła do sąsiedniego Chile gdzie poznała Carlosa za którego wyszła za mąż i pojawiła się w jego nowej grupie jako Denise Corales.
    Zespół rozpoczął od grania koncertów w małych kubach w Santiago, utwory śpiewane były po angielsku i związane były z miłością, pokojem i obroną swobód. Jednak największym szokiem pierwszego albumu grupy była okładka. Czterech nagich muzyków siedzących w kręgu z neutralnym wyrazem twarzy to było za dużo dla establishmentu i doprowadziło do bojkotu zespołu.
    Carlos: „Nastąpiło bardzo silne odrzucenie, wiele osób chciało nas wręcz ukamieniować. Nagle znaleźli się tacy, którym przeszkadzały nasze długie włosy i chcieli nam je obciąć. Wyzywali nas od pedałów i narkomanów. To był straszny czas. Wyobraźcie sobie kobietę na krzyżu. Tak właśnie reagowali”. I nic dziwnego w tym tak bardzo katolickim kraju taka okładka musiała wywołać wielkie kontrowersje. Sklepy płytowe odmówiły wystawienia płyty na półkę, a prasa i Kościół ją ocenzurowali. Na szczęście muzyka przetrwała. Surowa, z ciężkimi psychodelicznymi rytmami powodującymi wybuchy zniekształceń i sfuzzowanych dźwięków z fantastycznym kobiecym głosem wypełniło ponad pięćdziesiąt minut wydanych i zatytułowanych jako „Psychedelic Drugstore”. Jest to zbiór utworów pochodzących z pierwszej i drugiej płyty zespołu.
    Wielkie wrażenie robi gra gitarzysty Coralesa, jego umiejętności najbardziej widoczne są w erotycznej „Erotica” oraz w dziesięciominutowej epickiej „Crimson and Clover”.
    Płyta składa się z paru coverów i własnych kompozycji gitarzysty grupy. Na pierwszy ogień idzie pieśń „Somebody To Love” grupy Jefferson Airplane, zagrana z większym pazurem choć solówek gitarowych w niej brak ale riffy gitary oraz partie wokalne szalenie urozmaicają tą piosenkę. Nic dziwnego, że do zespołu przylgnął tytuł „South American Jefferson Airplane”. Ale nie bądźmy niesprawiedliwi. Już „Erotica” ukazuje inne oblicze zespołu. Kompozycja walijskiej grupy Man jest pełna imponujących erotycznych wokali Denise, które nie są prawdziwymi wokalami. To prawie pięciominutowa droga do raju, wysłuchaj to będziesz wiedział o co chodzi.
    Mocy gitarowy podkład, używający różnych przetworników kusi i kusi…
    Fantastycznie muzycy poradzili sobie z blues rockowym standardem „Rolling’n’Tumbling”. Ciężkie, toczące się niczym walec riffy atakują nas od początku i za szybko mijają, za szybko.
    Trwający ponad trzy minuty w wersji T.James & The Shodnells słodki, popowy kawałek „Crimson and Clover” tutaj diametralnie zmienia swoje upodobanie. Corales tworzy ponad dziesięciominutowe, pełne kwasowych odniesień zawirowanie. Jego gitara spełnia tu rolę potężnego wypełniacza atakujące co rusz nowymi dźwiękami i ostrą psychodeliczną jazdą. To naprawdę świetny cover. Posłuchaj.
    Trzeba dodać, że utwory „Heartbreaker”, „Evoll” i „Waterfall” szczególnie charakteryzują się fantastycznym wokalem Denise, a w „I Wonder Who” jestem pod wpływem bardzo pomysłowego kontrastu wywodzącego wokal jakby z zaświatów. I jeszcze chwila o „Evoll”-to ostra, psychodeliczna odsłona, złożona i napełniająca się niczym morderca, który zbliża się do ciebie. Tak wyglądają rewolucje nie te zbliżone do ideału Dzieci-Kwiatów, tylko krwawe i pełne tragedii.






    niedziela, 9 września 2018

    BOB DYLAN - Nashville Skyline /1969/


    1. Girl from North Country
    2. Nashville Skyline Rag
    3. To Be Alone with You
    4. I Threw it All Away
    5. Peggy Day
    6. Lay Lady Lay
    7. One More Night
    8. Tell Me That It Isn't True
    9. Country Pie
    10. Tonight I'll Be Staying Here With You
     W lutym 1969 roku Dylan poleciał do Nashville, żeby nagrać swoją następną płytę po „John Wesley Harding”. Od zakończenia pracy nad tamtym longplayem minęło piętnaście miesięcy, a Dylan przez ten czas ani razu nie wszedł do studia nagraniowego, nie napisał też więcej niż dwie-trzy piosenki.
    Płyta „Nashville Skyline” powstała szybko a to za sprawą całkowitej prostoty aranżacji utworów i tekstów, którymi Dylan rozporządzał. 
    Norman Blake:”On zaczynał, a Charlie McCoy kierował całą sesją. Charlie grał na gitarze basowej. On pokazywał nam poszczególne kawałki grając na swojej gitarze i harmonijce, a Charlie zapisywał je używając systemu cyfrowego, którego używają tam w Nashville. O ile pamiętam całość opanowaliśmy dość szybko”. Najwięcej komentarzy na temat płyty sprowokował jednak głos Dylana. To tajemniczy, pełen ciepłego tchnienia nowy głos wykazywał znaczne podobieństwo do głosu, którym śpiewał zimą i wiosną 1960 roku. 
    Bonnie Beecher: „ Byłam zaskoczona, kiedy usłyszałam Nashville Skyline. To wczesny głos Boba Dylana wypełnia te utwory”.
    Piosenka, którą spotkaliśmy na „Freewheelin’ Bob Dylan” zatytułowana „Girl From The North Country” rozpoczyna kolejną płytę Boba Dylana, utwór jest zagrany w mniej mroczny sposób, w rzeczywistości nie ma tego kontrastu między ciemnością nocy a jasnością dnia. Utwór ten został nagrany w duecie z Johnnym Cashem podczas całej sesji, która miała doprowadzić do wydania płyty tych dwóch muzyków. Tak się jednak nie stało. Dylan zasługiwał na szczęście i to pokazał album „Nashville Skyline”. To pewnie jeden z nielicznych longplayów, które tryskają optymizmem i które wytworzyły ciepło i poczucie bezpieczeństwa w umysłach słuchaczy jak i samego Dylana. Ta płyta jest do słuchania wtedy kiedy czujesz się źle. Ona naprawdę odpręża. Posłuchajcie choćby „Peggy Day”. To przecież lekka i radosna piosenka, stanowiąca portret całego albumu. Duże znaczenie na płycie mają piosenki o miłości. Trwałym klasykiem Dylana jest „Lay Lady Lay”. Romantyczna aura panująca nad tą piosenką sprawia, że słuchasz jej z wielka przyjemnością. Pierwotnie utwór ten miał być wykorzystany w filmie „Midnight Cowboy” ale Dylan spóźnił się z jego napisaniem. Kolejnym łagodnym numerem jest „Tonight I’ll Be Here With You” tym razem jest on o utraconej miłości a „To Be Alone With You” zmierza w kierunku country rocka zapoczątkowując to co potem robili The Eagles. Elementy soulu w muzyce country możemy usłyszeć w smutnej balladzie „One More Night” a prawdziwym zagubionym klejnotem tej płyty jest „I Threw It All Away”. Dylan próbuje znaleźć światło w najciemniejszym miejscu z wielu zakątków albumu. Wie, że je zgubił i że to całkowicie jego wina, ale coś – organy Hammonda, Boba Wilsona, ciągnięcie werbla Kenny Butreya nie pozwala mu odejść i z powodzeniem znajduje drogę ku jasności.
    Nagrywając wcześniej takie wielkie płyty jak „Highway 61 Revisited” czy „Blonde On Blonde” tytuł „Nadville Skyline” wypada inaczej na ich tle. Można powiedzieć, że nie pasuje do tych klasyków, ale o to Dylanowi chodziło. No cóż nagrał płytę, która i tak wciąż jest lepsza niż to, co większość artystów tworzy w swoim życiu.





    środa, 29 sierpnia 2018

    ELMER GANTRY'S VELVET OPERA - Elmer Gantry's Velvet Opera /1967/


    1. Intro (Gantry) - 1:00
    2. Mother Writes (Ford) - 2:07
    3. Mary Jane (Ford, Gantry) - 2:26
    4. I Was Cool (Brown Jr.) - 2:59
    5. Walter Sly Meets Bill Bailey (Cannon, Ford, Forster- 3:10
    6. Air (Forster, Hudson) - 3:12
    7. Lookin' for a Happy Life (Forster, Hudson) - 3:01
    8. Flames (Terry) - 3:11
    9. What's the Point of Leaving (Ford, Gantry- 2:11
    10.Long Nights of Summer (Gantry) - 2:35
    11.Dream Starts (Ford, Forster, Hudson) - 3:00
    12.Reactions of a Young Man (Ford, Gantry) - 2:38
    13.Now She's Gone (Ford, Gantry) - 2:26

    *Dave Terry ("Elmer Gantry") – Vocals, Guitar, Harmonica
    *Colin Forster - Lead Guitar
    *Jimmy Horrocks (Horovitz) – Organ, Flute
    *John Ford – Vocals, Bass Guitar
    *Richard Hudson – Vocals, Drums, Sitar


    Grzebiąc w różnych reliktach przeszłości muzycznej często trafiam na zespoły, które powinny odnieść sukces a przynajmniej działać przez kilka lat i nagrać kilka płyt. Nagrywając już na debiucie różnorodną muzykę, oczywiście utrzymaną w klimacie epoki wydawało się, że grupa o której dzisiaj napiszę ma pełne prawo do osiągnięcia sukcesu na scenie muzycznej. Tak się jednak nie stało. I nie jest to niestety odosobniony przypadek.
    Grupa Velvet Opera przy wsparciu muzyków Pink Floyd przez jakiś czas otwierała ich występy oraz była jakby protegowana przez bardziej znanych kolegów. Początkowa nazwa zespołu została zmieniona, gdy Dave Terry na jedną z prób przyszedł ubrany w czarną pelerynę i kapelusz kaznodziei w stylu tytułowej postaci Sinclaira Lewisa. Od teraz na scenie pojawił się zespół Elmer Gantry’s Velvet Opera.
    Gdy grupa zaczęła występować w klubach w Londynie, używając elektronicznych podkładów dźwiękowych, szybko została zauważona przez łowców talentów z wytwórni płytowych i już po krótkim czasie podpisała wprawdzie krótkoterminowy kontrakt z filią CBS Records.
    Ich pierwszym nagraniem był singiel „Flames” wydany w 1967 roku (różne źródła piszą, że The New Yardbirds lub Led Zeppelin mieli w swojej set liście ten utwór). Potem pojawiły się kolejne single, choćby usunięty z anteny radia BBC „Mary Jane”, mający za dużo odniesień do narkotyków. Oba utwory zyskały dużą  popularność w Wielkiej Brytanii co w połączeniu z dużym zainteresowaniem występami na żywo i niesamowicie entuzjastycznym przyjęciem przez publiczność rokowało sukcesem na przyszłość. To powinno doprowadzić do osiągnięcia sukcesu debiutanckiego albumu, jednak wiemy, że tak się nie stało.
    Praktycznie cała płyta „Elmer Gantry’s Velvet Opera” jest wspaniała. Nie ma tu wypełniaczy, a całość oferuje kilka stylów, które już wkrótce pojawią się w grze innych kapel. Posłuchaj „Walter Sly Meets Bill Bailey”, gdzie takie dźwięki usłyszysz? Mi to się kojarzy z Hawkwind. 
    To jest naprawdę bardzo fajny debiut. Każda piosenka posiada chwytliwe wokale i fantastyczną instrumentację. Jakość melodii w dużym stopniu oddaje psychodeliczne dźwięki ale też odciąga powoli w stronę podziemnej fali. Pomimo eklektyczności stylów grupa Velvet Opera świetnie porusza się w tej całej dekadzie dźwięków podobnych do The Zombies, The Pretty Things czy The Move. Zachowuje przy tym szczególny akcent wpinając swoje nuty i pokazując swoją tożsamość.
    Tak więc wraz ze wspomnianymi powyżej singlami, dostajesz trzydzieści parę minut doskonałej psychodelicznej aury wzbogacającej stan twojego umysłu o kolejne niezapomniane dźwięki. Jeszcze tylko na chwilę wrócę do „Mary Jane”. Po prostu linia melodyczna tego utworu powala mnie, to jest majstersztyk. Poczekajcie muszę dać repeat.
    „Mothers Writes” mocno ciągnie od początku a agresywne ataki basu Johna Forda wbijają w fotel. Tylko John Entwistle tak naparzał. „Air” odjeżdża w rejony hinduskiej ragi za sprawą sitaru a „Lookin’  For A Happy Life” osadzony jest w klimacie brytyjskiego wodewilu oblanego psychodelicznym sosem. Wokalne dźwięki w „I Was Cool” doprowadzą cię do wizyty u psychiatry ale czy dogadasz się z nim, no nie wiem. Jeszcze „Reactions of a Young Man” mający coś z mglistych podróży, po zakamarkach Londynu. Gdzie dojdziesz? Chyba na drugą stronę tęczy i tam odpoczniesz.

    Jednak sukces nagrania zespołu był ograniczony i Forster opuścił grupę a zastąpiony został, na krótko przez Paula Bretta. Gdy Terry wraz z Bruttem opuścili grupę pozostali muzycy skrócili nazwę na Velvet Opera i nagrali rockowy album „Ride a Hustler’s Dream”. Jednak upragniony sukces nie nadszedł i w 1970 roku zespół przestał istnieć. Ford i Hudson dołączyli wkrótce do The Strawbs.




    środa, 22 sierpnia 2018

    BOB DYLAN - John Wesley Harding /1967/


    1. John Wesley Harding
    2. As I Went Out One Morning
    3. I Dreamed I Saw St. Augustine
    4. All Along the Watchtower
    5. The Ballad of Frankie Lee and Judas Priest
    6. Drifter's Scape
    7. Dear Landlord
    8. I Am a Lonesome Hobo
    9. I Pity the Poor Immigrant
    10. The Wicked Messenger
    11. Down Along the Cove
    12. I'll Be Your Baby Tonight
    Bob Dylan -  harmonica, piano, vocal
    Pete Drake - pedal steel (11, 12)
    Charles McCoy - gtr
    Kenny Buttrey - dr

    Kiedy w 1967 roku The Beatles wydali „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”-płytę pełną sztuczek technicznych maskujących nadmiar prostych melodyjek w muzyce rozrywkowej wiele rzeczy zaczęło iść innym rytmem. Rok 1967 stał się latem miłości, a mass media, zawsze szybko dostosujące się do mody zareagowały z dająca się przewidzieć skwapliwością.
    Dylan jednakże wiedział, że wcale nie musi się przyłączać do powszechnego trendu. Przeciwnie, to właśnie dzięki wyłączeniu się z ogólnej mody udało mu się znaleźć własną drogę. Jeśli nawet krążyło wówczas wiele spekulacji co do tego, jak Dylan będzie próbował pokonać album „Sgt Pepper…”, to sam Dylan nie był zainteresowany taką działalnością. 
    „Nie wiedziałem, jak nagrywać w taki sposób, w jaki robili to inni, i wcale mi na tym nie zależało”.
    No i powstała płyta, której brzmienie utworów zaskakuje przede wszystkim dlatego, że początkowo uznano je za krok wstecz. Było bardziej folkowe niż rockowe i miało niewiele wspólnego ze „współczesnym” brzmieniem, które można było znaleźć na płytach The Beatles, The Doors czy Jefferson Airplane. Po „Blonde on Blonde” fani oczekiwali kontynuacji tego samego. Być może i Dylan pierwotnie zamierzał uzyskać inne brzmienie niż to, jakie w końcu osiągnął na nowej płycie. 
    Robbie Robertson:”Bob pojechał do Nashville tylko na chwilę. Tam razem z paroma facetami nagrał te piosenki na taśmę. Potem rzeczywiście rozmawialiśmy o dograniu czegoś, ale mnie się podobało to, co usłyszałem. Więc w końcu weszło to na album w takiej postaci, w jakiej to przywiózł”. 
    Nagranie i wydanie nowej płyty Boba Dylana, „John Wesley Harding” odbyło się w 1967 roku. Album ukazał się pod koniec roku i błyskawicznie wspiął się na drugie miejsce list przebojów, plasując się między płytami Beatlesów i Rolling Stonesów. Jest to płyt pełna banitów, włóczęgów, imigrantów, heroldów i świętych. Jest to również album pełen obrazów religijnych, występujące tam postacie robiły wrażenie, jakby wyszły z kart Starego Testamentu, ale zagubiły się w kraju zbliżonym do upadłego moralnie amerykańskiego pogranicza, między przeszłością a teraźniejszością. Najbardziej jawne aluzje do Biblii  zawiera utwór „All Along the Watchtower” oparty w dużej części na fragmencie Księgi Izajasza mówiącym o upadku Babilonu. Jednak kiedy złodziej woła: „robi się późno”, odkrywamy, że jest to złodziej przychodzący nocą, zapowiedziany w Apokalipsie św. Jana – to znaczy Jezus Chrystus, który ponownie zstąpił na ziemię, bowiem On to mówi w Apokalipsie:”przyjdę jak złodziej, i nie poznasz, o której godzinie przyjdę po ciebie”.
    Większość utworów na tym albumie została po raz pierwszy skonstruowana lirycznie, a muzyczne aranżacje zostały opracowane później. Początkowy utwór tytułowy charakteryzuje się jasną akustyka z dudniącym basem i rytmami. Opowiada historie prawdziwego, wyjętego spod prawa Teksasu Johna Wesleya Hardinga. „Był przyjacielem biednych/Podszedł z bronią w ręku/Otworzył wiele drzwi/Ale nigdy nie zranił uczciwego człowieka”(„John Wesley Harding”), podczas gdy historia oceniła Hardinga jako mordercę.
    Dylan zagrał w utworach na gitarze i harmonijce wraz z towarzyszącymi mu muzykami z Nashville, z którymi już wcześniej współpracował: Kenny Buttreyem i Charlie McCoyem, a w dwóch ścieżkach możemy usłyszeć grającego na gitarze pedal steel, Pete Drake’a. Już ten skład daje nam obraz muzyki jaka przewija się przez album. W pewien sposób ton płycie nadają dźwięki country and western ale są to bardzo osobiste dźwięki, które świetnie pasują do tekstów utworów. Atmosferą zagłębiają się w czasach, gdy w Ameryce grasowała para Bonnie i Clyde, wiesz co mam na myśli. Posłuchaj choćby „I Dreamed I Saw St.Augustine” to wielkie dzieło, to moralny dylemat zrodzony w rock and rollu i rytmach rhythm and bluesa a zagrany jako country and western. Wszyscy jesteśmy jednym, mówi pieśń i mówi nam, że nie ma wśród nas męczenników i że piękni ludzie, do których się zwraca, są utalentowanymi królami i królowymi. 
    Dwie piosenki o miłości, jakie Dylan zamieścił na płycie „Down Along the Cove” oraz „I’ll Be Your Baby Tonight”, nie dotyczą już osób, które nie  mogą się zjednoczyć, ale ludzi, którzy naprawdę się kochają. To bardzo pozytywne piosenki o szczęśliwych ludziach. Radosne pieśni.
    Głos Dylana na płycie „John Wesley Harding” jest pełniejszy i cieplejszy. Zniknął cynizm a pojawiła się radość. Zwodniczo proste piosenki urzekają i to dzięki nim życie rozbłyska światłem na nowo. Czarująca jakość spokoju, zachwyca i tylko można się dziwić, jak w czasie podróży narkotycznych i psychodelicznych odjazdów można było nagrać taki album.
    No ale na taki krok może sobie pozwolić tylko Artysta.