niedziela, 22 listopada 2020

BILLY NICHOLLS - Would You Believe /1968/

 


A1 Would You Believe 2:45
A2 Come Again 2:32
A3 Life Is Short 3:04
A4 Feeling Easy 3:10
A5 Daytime Girl 2:40
A6 Daytime Girl (Coda) 2:40
B1 London Social Degree 2:23
B2 Portobello Road 2:05
B3 Question Mark 2:26
B4 Being Happy 2:23
B5 Girl From New York 2:28
B6 It Brings Me Down 4:45

Billy Nicholls - Vocals, Acoustic Guitar, Backing Vocals
Big Jim Sullivan - Acoustic and Electric Guitar
John Paul Jones, Ronnie Lane - Bass, Backing Vocals
Jerry Shirley, Kenney Jones - Drums
Joe Moretti - Electric Guitar
Steve Marriott - Electric Guitar, Backing Vocals
Nicky Hopkins - Harpsichord
Ian McLagan - Organ
Caleb Quaye - Piano
Barry Husband, Denny Gerrard - Backing Vocals

Historia „Would You Believe” jest równie wciągająca jak historia samego Billy Nichollsa. Młody 17-letni Billy Nicholls w 1967 roku zdołał jakimś cudem wytropić dom słynnego beatlesa George’a Harrisona i zapukał do jego drzwi po czym wręczył mu demo swoich piosenek, które ten miał przekazać Dickowi Jamesowi (jednemu z głównych wydawców piosenek lat 60-tych). W jakiś sposób demo zgubiło się, więc w ramach przeprosin młody Bill został zaproszony do nagrania nowego demo w eleganckim studiu. W między czasie w całym Londynie były menager Rolling Stones, Andrew Loog Oldham szukał autorów piosenek do swojej nowej wytwórni płytowej Immediate i dostał w ręce młodego Nichollsa. Przekierował wszystkie swoje zasoby, aby uczynić z Nichollsa gwiazdę psychodelicznej sceny pop. Rezultatem tego był singiel „Would You Believe”. Który trafił na półki sklepowe w styczniu 1968 roku, oraz zaraz po nim album o tym samym tytule. Singiel został opisany jako „najbardziej nadprodukowana płyta lat sześćdziesiątych” i nie bez powodu. Skromna, psychodeliczna piosenka o miłości, ubrana została w pełną rozmachu orkiestrację, w tym barokowe instrumenty smyczkowe, klawesyn, banjo(!), tubę(!!) i szalony zespół towarzyszący Small Faces, z wigorystycznym wokalem Marriotta w chórkach. Oldham zdecydował się na pełen rozmach przy tworzeniu całej płyty. Oprócz muzyków Small Faces zapewnił stały strumień najwyżej ocenianych londyńskich muzyków sesyjnych dostarczających podkłady z całą pełnią subtelności pod dobrze napisane piosenki. Album gotowy był do wytłoczenia w momencie, gdy ujawnienie lekkomyślnego




finansowego naciągnięcia Oldhama spowodowało z dnia na dzień upadek Immediate. Najwyraźniej wpompowane milion funtów w tę płytę, co zresztą zostało uzasadnione-wspaniałą produkcją, piękną aranżacją orkiestrową, wszystkimi magicznymi miksturami wypełniającymi te dźwięki, bazą Small Faces oraz takimi sesyjnymi muzykami jak Nicky Hopkins, John Paul Jones, Big Jim Sullivan doprowadziło do beztroskiego końca jeszcze nie rozruszonej odpowiednio machiny. Udało wyprodukować się około stu kopii, z których większość w jakiś sposób pojawiła się w Szwecji. Album stał się jednym z mitycznych zaginionych albumów lat sześćdziesiątych, a oryginalne egzemplarze osiągają obecnie ponad tysiąc funtów.

Sama płyta była wówczas zwiastunem i nadal jest często opisywana jako angielska odpowiedź na „Pet Sounds” zespołu The Beach Boys, przy czym teksty Nichollsa porównuje się do twórczości Briana Wilsona. Dla mnie płyta ta jest uosobieniem swingującego Londynu zawierającego kilka świetnych acid-popowych piosenek z cudownymi harmoniami i wspaniałymi kwasowymi aranżacjami, które nie zhańbiłyby samego George’a Martina. Do tego muszę zaznaczyć obecność Small Faces, którzy wykonują świetną robotę, chociaż pokazują powściągliwość, aby nie ukraść twarzy Billy’emu. Momentem chwały na płycie jest z pewnością „Girl From New York”, gdzie Steve Marriott zapewnia obcesowy fuzz gitarowy zmarzniętą gitarą prowadzącą a perkusista Jerry Shirley wykuwa piekło ze swoich bębnów. Mimo to młody Billy Nicholls jest wyraźnie gwiazdą tego albumu, ze wspomnianym anielskim wokalem. Piosenki tutaj są w pełni uformowane i są na najwyższym poziomie. Płyta ta dosłownie powoduje oparzenia słoneczne, jest tak bardzo nasłoneczniona ale jest to słońce, które wisi nad Wyspami Brytyjskimi, a nie nad palmami w południowej Kalifornii. Ta płyta jest właściwie bardzo angielska i z pewnością jest to jeden z jej wyróżników. Mini arcydzieło Nichollsa celebruje psychodeliczny pop z kocim makijażem i szafą z kolekcji Kings Road. Ujmując to w ten sposób płytę tą postaw na półce wraz z „Nut Gone Flake Ogden’s” i „Teenage Opera” bo tam jest jej miejsce.

Album zaczyna się tytułowym „Would You Believe”, fantastycznym popowym utworem orkiestrowym o niezapomnianej melodii. Steve Marriott dostarcza chórki, które nie umniejszają blasku piosenki a wręcz przeciwnie dodają subtelnej mocy. Potem następuje zmiana tempa wraz z drugą piosenką „Come Again”, uroczą akustyczną balladą z brzęczącymi gitarami i łagodnym dźwiękiem. „Life Is Short” to chwytliwa, szybka popowa piosenka, której macki sięgają twórczości Zombies, podczas gdy „Feeling Easy” jest ładnym numerem ze strzelistą orkiestrową aranżacją i marzycielskim wokalem.

Kurczę ale muszę to jeszcze raz napisać, tu jest mnóstwo bardzo chwytliwego materiału, czego na pewno wyrazem jest klasyk popowej wycieczki psychodelicznego słońca w „Daytime Girl”. To kolejny bardzo mocny punkt programu z zapadającą w pamięć melodią. 
Płyta nie jest nudna a jej różnorodność brzmieniowa wybija się od zwartej struktury i telegraficznej gitary w „London Social Degree” po bujny, kwasowy „Being Happy”. Zresztą ta druga piosenka powoduje moje chęć ponownego zanurzenia się w świat Billy Nichollsa.

No cóż, powodem, dla którego ten album jest jednym z najbardziej wartościowych płyt brytyjskiej psychodelii jest niesamowita witalność nagrań i optymistyczne spojrzenia na słoneczne promienie przebijające się spośród chmur na tym jesiennym niebie.







niedziela, 15 listopada 2020

GRATEFUL DEAD - Legendarne koncerty Grateful Dead, 27.08.1972

 


  • Introduction
  • Promised Land
  • Sugaree
  • Me And My Uncle
  • Deal
  • Black-Throated Wind
  • China Cat Sunflower >
  • I Know You Rider
  • Mexicali Blues
  • Bertha
  • Playing In The Band
  • He's Gone
  • Jack Straw
  • Bird Song
  • Greatest Story Ever Told
  • Dark Star
  • El Paso
  • Sing Me Back Home
  • Sugar Magnolia
  • Casey Jones
  • One More Saturday Night

  • Jerry Garcia - lead guitar, vocals
  • Donna Jean Godchaux - vocals
  • Keith Godchaux - piano
  • Bill Kreutzmann - drums
  • Phil Lesh - electric bass
  • Bob Weir - rhythm guitar, vocals

Dla wielu ludzi Grateful Dead jest synonimem psychodelicznej kultury i wolnej myśli lat sześćdziesiątych a muzyka ich jest jak najbardziej częścią tego równania. Grateful Dead dało ludziom możliwość nawiązania kontaktu z podobnie myślącymi ludźmi na koncertach, doświadczenia otwartej drogi, podróży i wzięcia udziału w podnoszącym na duchu zbiorowym scaleniu. Tego rodzaju możliwości rzadko występują w kulturze, która przez ostatnie dziesięciolecia usunęła wszystkie tradycyjne rytuały przejścia i bagatelizowała moc magii i ducha. Proste spotkanie z muzyką, bez otoczki (tak teraz pożądanej) pokazuje jak można wchłonąć przekaz aby po jakimś czasie stać na jednym wraz z nim poziomie. Muzyka Grateful Dead to oferuje. Nie raz słuchając któregoś z koncertów grupy w pewnym momencie po prostu odlatuję, wchłaniam się w dźwięki, staję się nimi i czuję tą moc energii wydobywającą się już nie z głośników tylko z mojego wnętrza zamienionego w kosmiczny pył ulotnej muzyki. Koncert, który odbył się 27 sierpnia 1972 roku w Veneta w stanie Oregon i został wydany wraz z zestawem DVD pod nazwą „Sunshine Daydream” jest ulubionym zestawem Deadheadów i jest jednym z najczęściej wymienianych i gromadzonych koncertów w karierze Grateful Dead.

To jest św. Graal dla ludzkości!

O nagraniach za chwilę napiszę, ponieważ trzeba tu zmieścić parę słów o obrazie, który nie zawiera nic szczególnego. Mamy tutaj sceny uchwycone tego gorącego sierpniowego dnia a widz może łatwo odnieść wrażenie, ze jest świadkiem ostatniego prawdziwego hipisowskiego wydarzenia tamtej epoki. Obraz przedstawia zespół, robiący to co potrafi najlepiej: urządza przyjęcie w rodzinnej atmosferze. Springfield Creamery Benefit zostało zapowiedziane jako piknik, a kiedy zobaczysz materiał filmowy z tego dnia, to stwierdzisz, że był to pod wieloma względami gigantyczny piknik-dzieci biegały dookoła, dobrze się bawiąc, dorośli tańczyli nago w całkowitym stanie błogości i była to naturalna popołudniowa zabawa na świeżym powietrzu. Tych 20 000 ludzi miało szczęście wygrzewać się w słońcu i wysłuchać genialnych wersji znanych już kompozycji zespołu. Garcia: „Kiedy robimy takie imprezy, robimy je zwykle dla naszych przyjaciół. Korzyść dla nas to możliwość dawania ludziom muzyki, to jest ta prawdziwa korzyść dlatego często gramy po prostu za darmo”. Jak wielką korzyść zostawili Grateful Dead dając około 2300 koncertów dostępnych za pośrednictwem sieci i stron internetowych nie potrafię powiedzieć. Mogę tylko szepnąć, że muzyka ich sprawia, że czuję się błogo i przypomina mi, jak piękny jest ten świat a to wydarzenie z sierpnia 1972 roku może być szczytem tego wyrazu. Grupa właśnie wróciła ze swojego pierwszego tournée po Europie gdzie dała 26 koncertów i pod wieloma względami nigdy wcześniej ani później nie zagrali lepiej niż w Veneta w tamtym roku. Organizatorami koncertu byli starzy znajomi Garcii, grupa Merry Pranksters wraz ze swoim guru Kenem Keseyem, którzy stworzyli pozytywną atmosferę a dobre wibracje obejmowały każdą osobę znajdującą się przed sceną podczas tego długiego, trzygodzinnego występu.

Przed nakręceniem filmu o Grateful Dead  Garcia zapytał: „Dlaczego ktoś chciałby obejrzeć nasz film? Przecież my po prostu stoimy i gramy”. Ale jest coś uderzającego w tej luźnej, rodzinnej atmosferze, którą zespół tworzy na scenie. Są sekwencje gdy Garcia płynie pośród głębokich, introspekcyjnych i olśniewających technicznie zagrywek gitarowych, które kontrastują z hipisem stojącym na slupie za sceną, będącym głęboko w transie, całkowicie zahipnotyzowanym grą zespołu, wyglądającym prawie jak Jezus wiszący na krzyżu. Ten obraz wiele mówi o zespole i ruchu hipisowskim, który już w 1972 roku był w stanie dekadencji. Jednak tutaj, na Renaissance Fair Grounds w Oregonie jest prawdziwe uchwycenie tego co było piękne w zjawisku Deadheads.

Tak więc, niezależnie od tego, czy zdecydujesz się wysłuchać całego koncertu, czy też obejrzysz fragmenty programu przeplatane w filmie, „Sunshine Daydream” przekazuje magię Grateful Dead lepiej niż jakikolwiek inny produkt, jaki wydali. Dla wielu Deadheadów, świetność wiosennych improwizacji 1977 roku jest zjawiskowa, odchudzone ale pełne wizyjnych obrazów późne lata 80-te są przykryte psychodelicznymi snami, ale jak ktoś tego nie łapie to Veneta jest idealnym miejscem, aby nadać sens i odkryć, co jest tak atrakcyjne w muzyce zespołu. A jest to muzyka. W 1972 roku członkowie zespołu byli wciąż młodzi, żywiołowi i nieziemscy, podobnie jak ich fani, którzy zostali potraktowani absolutnie jak nie z tego świata wersjami niektórych z ich największych piosenek, w tym „Bird Song”, „China Cat Sunflower” i długą trippową „Dark Star”.

Koncert rozwija się praktycznie od początku. Gdy jeszcze luźne nuty opisują skoczną, countrową „Me and My Uncle”, Garcia już rozgrzał palce do czerwoności. Jego solówka gadająca w tle zwrotki oraz refrenu przygotowuje nas do czegoś szczególnego. Taki koncert mógłby być jakimkolwiek pokazem z 1972 roku, aż dotrzemy do „China Cat Sunflower>I Know You Rider”. Lesh zaczyna pierwsza piosenkę od naprawdę luźnego i potężnego zsuwania się po basie, co powoduje, że gitara rytmiczna Weira wyprowadza wirtuozerię Garcii, która snuje się płynnie i elegancko, przenosząc słuchacza w znacznie lepsze miejsca, w taki sposób jak Grateful Dead to potrafi. Jak mówił perkusista Mickey Hart, grupa nie działa w branży muzycznej jako takiej, ale w branży transportowej. Ich muzyka to doskonała muzyka podróżnicza-koczownicza, wędrowna, głęboko zachowana w swojej luźności i motywach wędrownych hazardzistów i starych strzelanek z Dzikiego Zachodu. Tak daleko wbija się w Zachód, że idzie na Wschód w swoim kosmicznym mistycyzmie. Bez wątpienia porusza słuchacza. Ten „China>Rider” jest tak dobry, jak to tylko możliwe.

Wersje „Bird Song” oraz „Playing in the Band” są ostateczne. Słyszałem wiele razy te utwory na przestrzeni lat i to rozwijanie solówek Garcii, granych spokojnie, bez wysiłku a pełnych otwartych dźwięków mocno puka do drzwi abyś nastawił swoje uszy na całkowite zaćmienie. „Playing in the Band” pokazuje jak daleko zespół może zabrać piosenkę, jak może przejść w upiorną przestrzeń by w jakiś sposób przywrócić powoli wspomnianą melodię i zaatakować obustronnie z powrotem. To naprawdę jest Święty Graal.

„Dark Star” daje nam coś naprawdę nie z tego świata. Trzydzieści sześć minut dźwięków nie z naszej planety, jakby zagubionych w mlecznej drodze pędzących jak rakieta by zabrać cię do domu. Musisz odpuścić wszelkie dźwięki dookoła, unieść się ponad i uderzyć wraz z kosmicznym basem Phila, który kładzie wampira na łopatki. Po 21 minutach znajdujesz się miliony lat świetlnych od ziemi, zastanawiasz się czyżby zgubili piosenkę? I wtedy dźwięk staje się prawie całkowicie niemożliwy do słuchania, idzie w inne wymiary, cała dzikość plemienna wykracza poza granice i już nic nie czujesz. Hej, czy jeszcze żyję? Cały gwiazdozbiór zbliża się ku tobie by cię pochłonąć i nie oddać. Uważaj! Już za chwile nie wrócisz do domu. Ale nagle muzyka włącza się z powrotem i ponownie złącza z całością. Żaden rozsądny człowiek nie słuchałby tego, dlatego nie mam nic przeciwko temu, abym nie był rozsądny. I myślę, że większość Deadheadów, docenia ten klejnot improwizacji.

Choć ten legendarny koncert jest naprawdę spektakularny to cieszyć może, że w 1972 roku było kilka pokazów dorównujących mu, wystarczyć posłuchać choćby Monachium czy Paryża. Ale właściwie tylko Veneta może być Świętym Graalem dla fanów.




niedziela, 8 listopada 2020

JULIE DRISCOLL, BRIAN AUGER & THE TRINITY - Streetnoise/1969/

 


1. Tropic of Capricorn (Brian Auger) 5:30
2. Czechoslovakia (Julie Driscoll) 6:45
3. Take Me to the Water (Nina Simone) 4:00
4. A Word About Colour (Julie Driscoll) 1:35
5. Light My Fire (John Densmore, Robby Krieger, Ray Manzarek, Jim Morrison) 4:30
6. Indian Rope Man (Richie Havens, Price, Roth) 3:00
7. When I Was Young (Traditional Arr. by Julie Driscoll) 7:00
8. Flesh Failures (Rado, Ragni, McDermot) 3:05
9. Ellis Island (Brian Auger) 4:10
10.In Search of the Sun (Dave Ambrose) 4:25
11.Finally Found You Out (Brian Auger) 4:15
12.Looking in the Eye of the World (Brian Auger) 5:05
13.Vauxhall to Lambeth Bridge (Julie Driscoll) 6:30
14.All Blues (Miles Davis, Oscar Brown) 5:40
15.I've Got Life (Rado, Ragni, McDermot) 4:30
16.Save the Country (Laura Nyro) 3:56

Musicians
*Brian "Auge" Auger - Organ, Piano, Electric Piano, Vocals
*Julie "Jools" Driscoll - Vocals, Acoustic Guitar
*Clive "Toli" Thacker - Drums, Percussion
*David "Lobs" Ambrose - 4, 6 String Electric Bass, Acoustic Guitar, Vocals


Towarzystwo, które zaczęło działać w 1966 roku jako Steampacket składało się z Briana Augera, Julie Driscoll, Roda Stewarta, Long John Baldry’ego oraz instrumentalistów z których najbardziej znanym był gitarzysta Vic Briggs, później występujący wraz z Ericiem Burdonem. Steampacket dali wiele koncertów w klubach, nagrali parę wersji demo, które z biegiem lat zostały wydane a także zostali okrzyknięci pierwszą supergrupą sceny muzycznej. I to wszystko. Wiemy jak potoczyły się losy muzyków i wiemy, że Auger i Driscoll jeszcze przez jakiś czas współpracowali ze sobą. Julie Driscoll jako młoda dziewczyna prowadziła fan klub grupy The Yardbirds. Ich manager i producent Giorgio Gomelsky zachęcił ją do spróbowania sił jako piosenkarka. Jej pierwszy singiel podobnie jak następny nie cieszył się powodzeniem. We wrześniu 1966 roku Brian Auger i Julie Driscoll zaczęli występować jako Julie Driscoll, Brian Auger and The Trinity i w 1967 roku wydali swoją pierwszą płytę „Open”, ale nie o niej napiszę parę słów. 

„Streetnoise” wydany w 1969 roku jako podwójny lp, zawierający 16 utworów jest bohaterem dzisiejszej wzmianki. I od razu pierwszą rzeczą wpadającą w ucho jest niesamowity pełen mocy ale także w pełni kobiecy wokal. Nie daleko pada jabłko od jabłoni. Julie Driscoll podobnie jak jej oczywista idolka Nina Simone, wypada tu jak najbardziej okazale. Zarówno Simone jak i Driscoll mają nabyte gusta co tu słychać. Obie są świetne.

Szesnaście utworów, kurcze chyba mam niedosyt po ich wysłuchaniu.Cztery numery napisane są przez Augera. Otwierający płytę „Tropic of Capricorn” to oryginał, pulsujący rytmem zainfekowanym jazzem z klasycznym motywem rozpoczynając wyścig na wysokich obrotach. Zawiły kawałek, mający kluczowe elementy zmian, kręci się i kręci wokół postaci, która eksploduje solidną, funkową tęsknotą otwartej furtki. Wyróżniająca gra Thackera podbija instrumentalne wariacje Augerowskich organ. „Ellis Island” to instrumentalny swingujący jazz wypełniony efektowną pracą organów wkradającą się w zakamarki Motown. Jeśli jesteś fanem brzmienia Hammondów, nie możesz sobie pozwolić na przeoczenie tej płyty. Następnym utworem napisanym przez Augera jest funkowy „Everything Found You Out”, który miał mieć wokale, ale ograniczenia czasowe pozostawiły go instrumentalnym ogniem. Podobnie Hammond skręca włosy zachwycając się kobiecym brzuchem, przerażony własną nieśmiertelnością powoduje zapalenie się ubrania. Nie żartuję. I kolejna piosenka „Looking in the Eyes of the World”. Nasz człowiek śpiewa z podkładem akustycznego pianina, melancholijny protest, bo ludzka robota to zwykle wojna.

Jednak nic, ale to absolutnie nic nie jest w stanie przygotować Cię na dynamiczne wejście wokalistki Julie „Jools” Driscoll, gdy jej wyjątkowe stylizacje wokalne wywodzą się imponująco z eklektycznej „Czechoslovakia”, dziwnej mieszanki gitary akustycznej i organów, opowiadających o wtargnięciu wojsk radziecki na teren Czechosłowacji w 1968 roku. Smutna pieśń o dziwnym współczesnym świecie gdzie krew na chodniku znaczy ślad. Różnorodność jest przyprawą życia, a ich odświeżające podejście do „Take Me to the Water” Niny Simone wydaje się duchową oazą po ciemnościach poprzedniej części. Ta melodia w stylu gospel zaczyna się z duszą, a pod koniec przechodzi w totalny wjazd rytmów podnoszących dachy. Krótkie „A Word About Colour” to tylko ona i gitara akustyczna, ale w jej przekazie nie ma nic wyluzowanego ani potulnego. I to nie wszystko. Podobną skłonność mamy w „Vauxhall to Lambeth Bridge” intrygującej przygodzie na niezbadanym terytorium, gdzie Julie i Ambrose tworzą odważny, swobodny wzór, używając tylko ekspresyjnego wokalu i pięknej gitary akustycznej.

Myślę, że trzeba mieć tęsknotę za tym, co  nieoczekiwane, aby naprawdę wchłonąć i docenić tę muzykę. Szukając mieszanki jazzu, rocka, bluesa i folku dalej iść nie musisz. „Streetnoise” oferuje w całkowitej przestrzeni ten wachlarz i z pewnością zaspokoi Twoje pragnienie. Aby dodać jeszcze potężniejszą podnietę trzeba w spokoju wysłuchać paru coverów, które Auger wraz z Driscoll i resztą zespołu przygotowali. Po wysłuchaniu co Jose Feliciano (czy ktoś go jeszcze pamięta?) zrobił z „Light My Fire” zespołu The Doors, Auger postanowił uczynić ją jeszcze bardziej jazzową i ekspresyjną, a rezultat jest po prostu genialny. Erotyczne i zapierające dech w piersi wystąpienie Julie, gdy tworzy ona własną melodię podpartą zmysłowym prowadzeniem organ jest ucztą pełną przysmaków, doprowadzającą do kulminacji albumu. Niejasny „Indian Rope Man” Richiego Havensa to płonący, znów napędzany organami wycinek będący połączeniem funkującego brzmienia wytwórni Stax z psychodelicznym rockiem i synkopą jazzu. Wokal Driscoll jest przesadzony, tkwi głęboko w ciele melodii i wyciska z niej każdą możliwą emocję, natomiast solo Augera na organach to prawdziwy kunszt i wyobraźnia. Zataczając się w wysokim rejestrze, znajduje zwroty i oferuje własny kontrapunkt w środkowej części. Sekcja rytmiczna po prostu utrzymuje rytm wyważając drzwi płonącej już stodoły. No dobrze, jeśli do tej pory nie podziwiasz kunsztu Driscoll, to jej oszałamiający występ w „When I Was A Young Girl” musi być decydujący. To zapadający w pamięć utwór wokalno-organowy, który powoli rozwija się do niesamowicie emocjonalnego natężenia dynamiki… i gwarantuję Ci, że nigdy nie zapomnisz rozdzierających trzewi Julie, które przenoszą jej głos do najwyższych rejestrów, jakie możesz sobie wyobrazić. Bardziej współczesne brzmienie „The Flesh Failures (Let the Sunshine In)” z kontrowersyjnego wówczas musicalu „Hair” sprawi, że nie zapomnisz o historii przesuwającej się tuż obok. Cover „All Blues” Milesa Davisa jest jedną z moich ulubionych wersji tego klasyka. Driscoll hipnotyzuje swoją fachową frazą, a Brian popisuje się swoimi umiejętnościami na pianinie jazzowym. To jest za fajne aby więcej napisać, posłuchaj. Kolejną piosenką jest jeszcze jeden numer z „Hair”, „I Got Life” i jest to fantastyczny przykład wszechstronności Jools, która maluje zawiłe, ale ekspresyjne teksty w całym spektrum dźwiękowym. Musisz tylko usłyszeć śpiew tej Pani! Nie ma lepszego sposobu na zakończenie tego albumu niż kompozycja Laury Nyro „Save the Country”. To szczera prośba o spokój i harmonię, która jest idealna dla emocjonalnego głosu Driscoll, gdy unosi się jak orzeł nad energicznym rytmem zespołu.












niedziela, 25 października 2020

BOB DYLAN - Tempest /2012/


  • Duquesne Whistle (Dylan / Hunter)
  • Soon After Midnight (Dylan)
  • Narrow Way (Dylan)
  • Long and Wasted Year (Dylan)
  • Pay In Blood (Dylan)
  • Scarlet Town (Dylan)
  • Early Roman Kings (Dylan)
  • Tin Angel (Dylan)
  • Tempest (Dylan)
  • Roll On John (Dylan)

  • Bob Dylan – guitar, piano, vocals
  • Tony Garnier – bass
  • George G. Receli – drums
  • Donnie Herron – steel guitar, banjo, violin, mandolin
  • Charlie Sexton – guitar
  • Stu Kimball – guitar
  • David Hidalgo – guitar, accordion, violin

Gdyby „Tempest” był jego pierwszym albumem, czy byłby zauważalny na scenie muzycznej? A gdyby jeszcze ten debiut odbył się w 2012 roku? Bob Dylan nie pisze muzyki pop, jego muzyka zakorzeniona jest w dekadach poprzedzających lata 60, więc czy jego miejsce jest w 2012 roku, gdzie powstaje zupełnie inna muzyka. Jego głos nie jest tym, co jest uważane za wspaniały głos. Dylan nie gra w tę grę. Dylan nie stanowi pożywki dla tabloidów. Jednak raz po raz pobudza naszą wyobraźnię. Nagrywając swoje płyty nie patrzy na boki. I to samo robi ze swoim trzydziestym piątym albumem. Wydaje w 2012 roku „Tempest”, który spokojnie broni się wśród dorobku Artysty.

Wokal Dylana, to 71-letni głos, który przeszedł wraz z nami przez całe lata. Ten chropowaty, zużyty głos ma większą emocjonalną wagę i moc niż tysiące czterooktawowych, doskonale tonowanych głosów. W głosie Dylana jest autorytet zmieszany z odrobiną czułości, tego się nie da podrobić. Płyta trwa 68 minut i jest jedną z najdłuższych nagranych przez Dylana w swojej karierze. Częściowo ma swoje bardziej bluesowe momenty ale jest tu coś więcej niż blues.

Otwierający album utwór „Duquesne Wind” jest ciekawym występem, żwawym i radosnym zespołu gitarowego, który przypomina ducha „John Wesley Harding”. Utrzymany w klezmerskiej pozie, skocznie wywija zakrętasy. Ta staromodna wiejska przygrywka świetnie sobie radzi jako rozpoczęcie albumu. I koniecznie obejrzyj teledysk do tego numeru. To rewelacyjny klip w stylu Tarantino, w którym widzimy zakochanego nieszczęśnika. Miłość odwzajemnia mu się gazem paraliżującym a potem ciosami kijów bejsbolowych. Niezwykła drużyna na czele z mistrzem, cynicznie mija leżącego na bruku. A jaką pomoc mogłaby mu zaoferować?  No cóż, odkrywając ten album nie słyszysz  „burzliwych” piosenek, ale z drugiej strony Dylan bardziej był zwiastunem „burzy” („All Along The Watchtower”) niż mistrzem, a pod tym względem burza w „Tempest” jest jeszcze bardziej przerażająca. 

„W Szkarłatnym Mieście, koniec jest bliski/ Siedem cudów świata jest tutaj/ Zło i dobro żyją obok siebie/ Wszystkie istoty ludzkie zdają się być wielbione/ Wyłóż swe serce na tacy i zobacz kto weźmie kęs/ Zobacz, kto będzie cię trzymał i całował na dobranoc/ Jest tam orzechowy gaj i drewno klonowe/ W Szkarłatnym Mieście płacz nie przyniesie nic dobrego”. „Scarlet Town” płynie jak pogrzebowa procesja, z żałobną partią skrzypiec prowadzących (niejasne przypomnienie Rivery z „Desire”-i czy to nie czysty przypadek, że miała na imię Scarlet?). Gitara, fortepian i banjo montują trzyczęściowy rytm, który kojarzy się z ziemią jałową i rozrzuconymi prochami. Ale zaskakująco tekst nie przedstawia właściwie apokaliptycznego obrazu. Tak naprawdę bohater jest zadowolony z Szkarłatnego Miasta, chociaż nie jest to miejsce na rodzinne wakacje. „W Szkarłatnym Mieście niebo jest czyste/ Będziesz prosił Boga, żeby tu zostać”. Kolejnym mrocznym numerem jest „Tin Angel”, nawiązujący do wielowiekowych ballad o morderstwie. Tylko tu mamy wywrócone wszystko do góry nogami. Normalnie jest, że „mąż zabija kochankę i żonę”, Dylan podaje bardziej złożony schemat „kochanek zabija męża, żona zabija kochanka i siebie”. W każdym razie jest jeden melodyjny haczyk w tej piosence. To głęboki, nawiedzający „doouup” basowej partii Tony’ego Garniera, który usłyszysz ponad czterdzieści razy w ciągu tych dziewięciu minut. „Tin Angel” jest duszą płyty. Tempo ma wolniejsze od pozostałych numerów, ale jest ono bardziej hipnotyczne a zespół wspierający Dylana rozwija się i wspaniale wypełnia powtarzalne frazy mrocznego podbrzusza. Grupa towarzysząca Dylanowi, wzmocniona przez Davida Hidalgo z Los Lobos, jest naprawdę doskonała. Płytę wyprodukował sam Dylan, występujący pod pseudonimem Jack Frost. Wszystko zostało idealnie nagrane. Wokal jest wyeksponowany do przodu a zespół brzmi jakby grał w pokoju. Co dziwne, ale jest to chyba pierwszy album Dylana gdzie nie słyszymy gry na harmonijce. Ale nie brakuje mi jej tutaj. 

Na pewno zatrzymaj się na tytułowym numerze, utrzymanym w tradycji „Desolation Row” i „Bronsville Girl”, ponad trzynastominutową opowieścią o zatonięciu Titanica. I to niemal dosłowne powtórzenie historii zatonięcia statku, muzycznie obsadzone jest w irlandzkiej balladzie, gdzie główną rolę grają skrzypce i akordeon. Historia znana do znudzenia, ale być może Dylan daje nam kolejny znak. Gdy pan Jones („Ballad Of Thin Man”) nie wiedział co się wokół dzieje, tak tu lepiej żebyś znał tą historię pomimo, że to tak niewiele. Niezależnie od przyczyny, nastrój płyty brzmi morderczo. Przecież wzmianka o strasznej przemocy pojawia się już po paru sekundach opadnięcia igły na rowki płyty. W „Narrow Way” jest jeszcze gorzej: ”Grabiliśmy i plądrowaliśmy odległe brzegi/ Dlaczego moje łupy nie są równe waszym/ Twój ojciec odszedł, matka też/ Nawet śmierć umywa ręce od was/ To jest długa droga, to jest długa i wąska droga”. Gniew zawsze pasował do głosu Dylana i nadal mu to pasuje. „Narrow Way” to orzeźwiający chicagowski riff, a „Pay in Blood” wdzięczy się stalową gitarą którą wzmaga furia i zrujnowana krtań wokalisty, dając niezwykły efekt. Mikrofon głośno stara się poradzić sobie z zaciekłością jego wypowiedzi: „Ty draniu, mam cię szanować?/ Oddam ci sprawiedliwość”. Wyraźnie ktoś lub coś Dylana irytuje. Być może chodzi o bankierów, z pewnością brzmi to tak jakby nacinali szyję rzymskich cesarzy. 

Końcową piosenką płyty jest „Roll On, John”, napisana dla człowieka, który zmagał się z przytłaczającą sławą i ubóstwieniem podobnie jak Dylan. „Ruszaj John, poprzez śnieg i deszcz/ Obierz właściwą drogę i idź tam, gdzie bawoły się pasą/ Uwięzią cię w pułapce, zanim się zorientujesz/ Za późno by żeglować z powrotem do domu/ Podążaj John dalej, jasno świecąc i paląc się jasnym światłem”, śpiewa nawiązując do morderstwa Lennona. To modlitwa wielkiego Artysty do drugiego i przypomnienie, że Dylan został praktycznie sam wśród swoich rówieśników z lat 60-tych. Jego własny akt toczy się dalej, warto go posłuchać. 

„Tempest” jest zaskakująco dobrym albumem. Wszystkie piosenki są świetne, ponieważ wszystkie mają w sobie ten mroczny akcent, ale mimo to rezultat jest bardzo ciepły i kojący. Chociaż głos Dylana jest w kiepskim stanie, utwory na albumie są tak dobrze napisane, ze w rzeczywistości wzmacnia to płytę. Jeśli jesteś fanem Boba, na pewno spodoba ci się słuchanie tego albumu. Wiem, że tak.





 

poniedziałek, 12 października 2020

THE WHO - Tommy /1969/


1. Overture
2. It's A Boy
3. 1921
4. Amazing Journey
5. Sparks
6. The Hawker
7. Christmas
8. Cousin Kevin
9. The Acid Queen
10. Underture
11. Do You Think It's Alright?
12. Fiddle About
13. Pinball Wizard
14. There's A Doctor
15. Go To The Mirror!
16. Tommy Can You Hear Me?
17. Smash The Mirror
18. Sensation
19. Miracle Cure
20. Sally Simpson
21. I'm Free
22. Welcome
23. Tommy's Holiday Camp
24. We're Not Gonna Take It

Pete Townshend:”To opowieść o chłopcu, który przyszedł na świat głuchoniemy i ociemniały, i o tym, co go spotkało w życiu. W rolę chłopca wciela się The Who. Wyraża to muzyką, tematem, którym zaczyna się opera. Zaraz potem rozbrzmiewa pieśń opisująca samego chłopca. Istotne jest przede wszystkim to, że chłopak egzystuje w świecie wibracji. To dzięki nim-muzyce The Who-słuchacz jest w pełni świadom chłopca i tego, co z nim się dzieje. To wszystko jest bardzo złożone i nie wiem, czy zdołam całość jasno zilustrować.”
Townshend był zawsze trochę innowatorem. Tworząc utwory silnie tkwiące w stylistyce lat 60-tych, zawsze dodając od siebie jakieś dziwne efekty, po włączenie sprzężenia zwrotnego i mocnych akordów dochodziły jeszcze eksperymenty. The Who już wcześniej na „A Quick One” filtrował z piosenkami konceptualnymi a cały trzeci album „The Who Sell Out” opierał się na koncepcji audycji radiowej.
Po sześciu mozolnych miesiącach 1968 roku grupa The Who skończyła, przez wielu krytyków uważany za jeden z największych albumów wszech czasów, „Tommy’ego”.
Otrzymaliśmy rozłożystą bestię z podwójnym albumem, z historią, która trafia do nas do dziś.
Townshend z pewnością przeszedł krok od autora piosenek do kompozytora wizjonera, zdolnego do gustownego i inteligentnego sklejania ze sobą dużej kolekcji pozornie niezwiązanych ze sobą pomysłów muzycznych.
Stworzył rock operę.
W pigułce wygląda to tak. 
„Tommy” używa głównie gitar akustycznych, trochę instrumentów klawiszowych i waltorni. Roger Daltrey i Pete Townshend dzielą po równo obowiązki wokalne a bas Johna Enstwistle’a jest również bardzo widoczny. Oczywiście jest jeszcze na perkusji Keith Moon, który naprawdę błyszczy przez cały album. Wydaje się, że te dwadzieścia cztery utwory zebrane na płycie będzie ciężko przebrnąć, ale gdy słuchasz je od początku do końca, czas leci a dźwięki hipnotyzują cię. W chwili gdy usłyszysz początkowe akordy „Overture”, wiesz, że czeka Cię coś naprawdę wyjątkowego.
Tommy to młody chłopak urodzony przed I wojną światową. Podczas wojny jego ojciec znika, a matka spotyka się z innym mężczyzną. Prowadzi to do katastrofy, gdy kapitan Walker wraca z wojny żywy, konfrontując się i zabijając kochanka swojej żony. Rodzice mówią młodemu Tommy’emu aby nie mówił o morderstwie, którego był świadkiem, powodując, że chłopak dostaje blokadę. Staje się głuchoniemy i ociemniały. Pomimo zastosowania wielu metod leczenia stan Tommy’ego się nie poprawia. W tym czasie świat zwraca na niego uwagę jako „czarodzieja pinballu”. W końcu odzyskuje świadomość pod koniec albumu i próbuje rozpowszechniać to, czego nauczył się z tego doświadczenia, ale większość ludzi jest mniej otwarta na jego nauki.
Muzycznie album jest różny, ale bardzo trudno jest wziąć poszczególne piosenki i oddzielić je od szerszej narracji. „Pinball Wizard” to akurat rzadki wyjątek od tej reguły. Dość łatwo występuje jako oddzielny numer.
1921” ma niesamowitą wokalną pracę i jest prawdziwym początkiem płyty, ponieważ rodzice mówią Tommy’emu aby „nigdy nikomu nie mówił” o tym, co zobaczył. „Amazing Journey” to iskra, która rozpoczyna jazdę. Świetne bębnienie Moona, wściekle wypełnia nastrój utworu a potem zaczyna się „Sparks”. Potężne akordy ukazują magię pracy w studio, coś co wydaje się brzmieć jak zapętlona gitara, tworzy efekt, który brzmi jak skrzek mewy a potem piosenka trwa w hipnotycznym stanie. Moon i Townshend brawurowo jammują a Enstwistle dodaje pod spodem bardzo gładkie line basu. Psychodelicznie potraktowany blues „Eyesight to the Blind” ukazuje nam potężny wokal Daltreya. Generalnie „Tommy” ujawniło, że wokalista The Who odnalazł swój prawdziwy głos. A jest to bez wątpienia rockowy głos, który wciąż zalicza się do najlepszych, jakie kiedykolwiek stworzono. Następną piosenką jest „Christmas”, która dotyczy rodziców Tommy’ego zaniepokojonych tym, że chłopak nie jest świadomy Jezusa ani Bożego Narodzenia i jego dusza znajduje się w niebezpieczeństwie. Ponownie słyszymy fenomenalny wokal Daltreya a chórki Townshenda i Entwistle’a są świeżym powitaniem z całym utworze. Po drugim refrenie piosenka przechodzi w powracający motyw, a Townshend śpiewa najbardziej przejmujący fragment na płycie. „Tommy can you hear me?” i znowu i znowu. „Tommy can you hear me?”. Następnym głównym tematem jest piękna część albumu za sprawą „See Me, Feel Me”. Głos Daltreya jest tutaj pełen tęsknoty, błagania by dotarł do kogoś. Po tej niesamowitej środkowej część „Christmas” wraca do kolejnej zwrotki i refrenu, kończąc piosenkę. To świetna piosenka ale to środkowa część czyni ją czymś niesamowitym. Oczywiście słuchając całości muzyki znajdujemy przeróżne smaczki, które czają się nawet w tych krótszych utworach. Najczęściej te wypełniacze są słabymi ogniwami w rockowych operach ale nie tutaj. „There A Doctor”, „Miracle Cure” czy „Do You Think It’s Alright” wszystkie są świetnymi, melodyjnymi, chwytliwymi i trochę zabawnymi numerami. To jest właśnie prawdziwa troska o melodię. Dodając humorzaste linijki obok poważnych rzeczy, Townshend wykonał świetny ruch. Wszakże to śmiech uratuje świat, prawda?
Jak naprawdę można narzekać na bombardowanie i wzdęcie opery, kiedy John warczy:”Jestem twoim złym wujkiem Ernie/ Cieszę się że mnie nie widzisz ani nie słyszysz/ Gdy się bawię, bawię się, bawię się”. Całą pierwszą część albumu podsumowuje utwór „Underture”. To taki acid trip „Tommy’ego” w muzycznej formie. Druga część płyty prowadzi Tommy’ego przez kolejne perypetie doprowadzając do finału w postaci numeru „We’re not Gonna Take it”. To tutaj Tommy próbuje opowiedzieć swoje doświadczenia publiczności, aby być jak on, muszą „odciąć się” z wszystkich kontaktów zewnętrznych i że nie ma szybkich dróg do duchownego oświecenia (jak alkohol czy narkotyki). Związek z naukami Meher Baby (którego wyznawca był Townshend) jest jasny. Nie istnieją żadne zasady, musicie sami znaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania. Niestety opuszczony przez swoich zwolenników Tommy jest teraz jeszcze bardziej samotny niż wtedy, gdy był głuchy, niemy i ślepy. Teraz wie, że kontakt z ludźmi jest potrzebny. Tommy po raz ostatni zwraca się do publiczności. Pozostaje porywający refren „Listening to You”.






 

czwartek, 1 października 2020

THE BYRDS - Sweetheart of the Rodeo /1968/

 



1. You Ain't Goin' Nowhere (B. Dylan) - 2:38
2. I Am A Pilgrim (Traditional) - 3:42
3. The Christian Life (Charlie Louvin, Ira Louvin) - 2:33
4. You Don't Miss Your Water (William Bell) - 3:51
5. You're Still On My Mind (Luke Mc Daniel) - 2:26
6. Pretty Boy Floyd (Woody Guthrie) - 2:37
7. Hickory Wind (Bob Buchanan, Gram Parsons) - 3:34
8. One Hundred Years From Now (Gram Parsons) - 2:43
9. Blue Canadian Rockies (Cindy Walker) - 2:05
10.Life In Prison (Jelly Sanders, Merle Haggard) - 2:47
11.Nothing Was Delivered (Bob Dylan) - 3:24

*Roger McGuinn - Acoustic Guitar, Banjo, Vocals
*Chris Hillman - Electric Bass, Mandolin, Acoustic Guitar, Vocals
*Gram Parsons - Acoustic Guitar, Piano, Organ, Vocals
*Kevin Kelley - Drums
Additional Personnel
*Lloyd Green - Pedal Steel Guitar
*Clarence White - Electric Guitar
*John Hartford - Banjo, Fiddle, Acoustic Guitar
*Roy Husky - Double Bass
*Earl P. Ball - Piano
*Barry Goldberg - Keyboards
*Jay Dee Maness - Pedal Steel Guitar

Niesamowitą sprawą jest, że „Sweetheart Of the Rodeo” zostało wydane zaledwie trzy lata po „Mr. Tambourine Man” i jest to już szósty album studyjny zespołu The Byrds. Również musisz okazać zdziwienie gdy porównasz obie płyty. Po chaotycznych sesjach nagraniowych do „The Notorious Byrd Brothers” z grupy odeszli David Crosby i Michael Clarke a ich miejsce wypełnili: Kevin Kelley i Gram Parsons. To czy te zmiany były bezpośrednio odpowiedzialne za nowy kierunek muzyczny zespołu, jest kwestią sporną, natomiast nie można wątpić, że zawartość nowej płyty przetestowała cierpliwość niektórych fanów The Byrds.

Sweetheart Of the Rodeo” jest znakomitym i odważnym dziełem. Nie jest to pierwszy album country rockowy (parę miesięcy wcześniej Hearts and Flowers nagrali swój „Of Horses, Kids and Forgotten Women”) ale na pewno znalazł się w awangardzie muzycznej. Asowa jakość tej płyty wiąże się z zawiłym wyczuciem szczegółów, a także w pełni dopracowanych aranżacjach i bogactwie faktur, które sygnalizują świetny dobór materiału i sposób w tworzeniu wspomnianej wyżej fantastycznej atmosfery. To dziwna mieszanka fajnych psychodelicznych eksperymentów, które nie obsługują tej muzyki ale są charakterystycznym dźwiękiem dla The Byrds. Płyta ta pozostaje w swoim własnym świecie a upływ czasu potwierdza doskonałość tego dzieła. I to pomimo że krążyły pogłoski jakoby McGuinn niezadowolony był z przejęcia kontroli przez Parsonsa. Rezultatem tego było to, że jeszcze przed wydaniem płyty Parsons opuścił zespół i stworzył The Flying Burrito Brothers zabierając ze sobą Chrisa Hillmana. No cóż w ciągu pięciu miesięcy, w których razem nagrywali, udało im się wyprodukować najbardziej spójny album The Byrds, ale ostatecznie wewnętrzna rywalizacja sprawiła, że dwaj znakomici muzycy opuścili grupę (podobnie jak było wcześniej z Crosbym i Clarkiem).

Sweetheart of The Rodeo”, mimo że nie jest albumem czysto komercyjnym, naprawdę ma słodkie serce, wiele duszy i szczerze mówiąc nic tutaj nie jest pozostawione przypadkowi. Pod wieloma względami album porusza się po znajomych miejscach. Dwa utwory Dylana nie są niczym nowym, ale wybór ich już tak. Otóż mamy dwa numery, które zostały wydane dopiero po latach, ponieważ pochodzą one z sesji z „Basement Tape”. „You Ain’t Going Nowhere” oraz „Nothing Was Delivered” można uznać za bezpieczne. McGuinn po raz kolejny udowadnia, że ma wielki talent do interpretacji utworów Dylana. Zresztą już otwieracz jakim jest „You Ain’t Going Nowhere” nadał ton całej płycie, ponieważ występująca w nim stalowa gitara pedałowa zastąpiła 12-strunową co wyznaczyło kierunek dalszych pozycji. Natomiast kończący album „Nothing Was Delivered” ma wielowarstwowe brzmienie i łagodnie zamyka całość. Zespół nie ogranicza się tylko do coverów Dylana. Odważają się ruszyć takie legendy jak: Merle Haggard i Woody Guthrie i walczą z artystami, takimi jak: The Louvin’ Brothers i William Bell. Ale i własne numery bronią się należycie. No i nie sposób nie wspomnieć o wokalach. Mamy tu trzech śpiewaków i do tego naprawdę dobrych. McGuinn, Parsons i Hillman wyrabiają z linią wokalną same pozytywne właściwości. To też i dzięki ich umiejętnościom grupa prezentuje fantastyczne harmonie i melodie. The Byrds na tej płycie pokazuje się jako bardzo sprawny technicznie band a dodatkowy gitarzysta Clarence White w pełni dopełnia ten obraz. To mocny argument. W tym czasie w grupie rozgrywały się poważne konflikty i napięcia, wychodząc na drogę country & western The Byrds wybrali bezpieczną przystań. Słysząc ostrą prezentacje banjo i mandoliny wydawałoby się, że są na straconej pozycji. Ale kunszt i mnóstwo fajnych, płynących harmonii doprowadziło do sukcesu.

Sweetheart of the Rodeo” to wyjątkowe doświadczenie w całym kanonie The Byrds. Kołyszące melodie i szczere wiadomości sprzyjają odbiorowi płyty. Kevin Kelley, jako nowy perkusista świetnie odnalazł się na płycie. Nie jest to najbardziej dynamiczny perkusista, ale jego beztroska gra staje się bardzo użyteczna i podnosi rangę całego albumu. Płyta ta obejmuje znak firmowy Grama Parsonsa. „Hickory Wind” to liryczna piosenka z hipnotyzującą harmonią jako wsparciem. Przypomina dzieciństwo brzmiące bardzo nostalgicznie a podkład muzyczny zabiera nas w odległe wiejskie klimaty. Leniwie snujące się nuty trzymają czas pierwszych kroków i zabaw wśród stad bydła na prerii. Drugą piosenką napisaną przez Niego jest „One Hundred Years From Now”, zaśpiewana przez duet McGuinn-Hillman. Skoczna, barwna opowieść utrzymana w klimacie całej płyty. Zresztą genialna spójność wszystkich utworów zawartych na tym albumie podnosi o kolejny stopień ocenę płyty. „Life in Prison” to piosenka o morderstwie i cierpieniu, która jest tak blisko country jak tylko można, ale The Byrds potrafią nieco przesunąć ją w stronę rockowego brzmienia. „The Christian Life” zawiera jeden z najlepszych wokali McGuinna. Zakorzeniony w duchu płyty wnosi odpowiedni, lekki południowy akcent. „I am a Pilgrim” będące tradycyjną pieśnią zaaranżowaną przez Parsonsa i Hillmana, pokazuje sugestywny wokal Hillmana a skrzypce pięknie prowadzą całość melodii. Wokal Parsonsa w „You’re Still On My Mind” ma mocne wejścia, co jest sztuką przy latających palcach Earla P. Balla, na honkującym fortepianie.

Natomiast „Pretty Boy Floyd” Woody Guthriego zawiera wspaniałe granie na banjo, Johna Hartforda, a całość przenosi się od surowych folkowych korzeni w kierunku country rockowego brzmienia.

Nie da się ukryć, że „Sweetheart of the Rodeo” jest fantastycznym i ważnym albumem. Zrobił on wiele dla country rocka a wręcz gdyby nie on możliwe, że nie byłoby The Eagles. 







poniedziałek, 21 września 2020

THE KINKS - The Kinks Are The Village Green Preservation Society /1968/

 


01. The Village Green Preservation Society - 2:46
02. Do You Remember Walter? - 2:24
03. Picture Book - 2:35
04. Johnny Thunder - 2:29
05. Last Of The Steam-Powered Trains - 4:08
06. Big Sky - 2:48
07. Sitting By The Riverside - 2:20
08. Animal Farm - 2:58
09. Village Green - 2:07
10. Starstruck - 2:19
11. Phenomenal Cat - 2:34
12. All Of My Friends Were There - 2:22
13. Wicked Annabella - 2:40
14. Monica - 2:13
15. People Take Pictures Of Each Other - 2:11

- Ray Davies (Raymond Douglas Davies) - lead vocals, guitar, keyboards, producer
- Dave Davies (David Russell Gordon Davies) - lead guitar, backing vocals, lead vocals (13)
- Pete Quaife (Peter Alexander Greenlaw Quaife) - bass, backing vocals
- Mick Avory (Michael Charles Avory) - drums, percussion
+
- Nicky Hopkins - additional keyboards
- Rasa Davies - female backing vocals


Tematem płyty „The Kinks Are the Village Green Preservation Society” jest nostalgia. Wiele utworów skupia się po prostu na wspominaniu przeszłości ale Ray Davies, główny dostarczyciel tekstów jest niepewny co do tego jak żyć – z jednej strony pragnie, aby przeszłość została zostawiona sama sobie a z drugiej strony jest rozczarowany i cyniczny co do niepewnego i obojętnego świata, który chce eksplorować. To że nie może wrócić do pełnego melancholii, niewinnego, prostego życia, które prowadził już w otwierającym płytę „Village Green” jest głównym tematem. Ukazuje on tu obie strony wewnętrznego konfliktu. Piosenkarz czuje się dobrze w Village Green, ale chce żyć własnym życiem, więc odchodzi, ale kiedy wraca, gdy zewnętrzny świat go męczy, widzi, że do wioski przybyli również inni, pragnący znaleźć ukojenie w idyllicznym, prostym miejscu. Ale dzięki ich obecności to niegdyś nostalgiczne miejsce nie jest już wyjątkowe, a wszystko co było kiedyś naturalne, przypomina wypolerowany antyk.

Teksty utworów zamieszczonych na tej płycie zadają pytanie: czy jest naprawdę sens wykorzystywanie wspomnień z przeszłości? Jeśli tak, czy doceniamy je za to, czym naprawdę były, czy po prostu spoglądamy na nie w różowych okularach, gdy starzejemy się i nasza rzeczywistość nas przygniata?

Mimo upływu 52 lat te kwestie nadal są aktualne i jakże rzeczywiste w obecnych czasach.

No a teraz porozmawiajmy trochę o muzyce. Każda z piosenek ma swoje unikalne i zapadające w pamięć melodyjne haczyki, które tworzą bogatą i bujną kompozycję, czasem psychodeliczną produkcję a namiętny wokal wciąga Cię dalej w słodko-gorzkie emocje. Dave Davies po wydaniu płyty powiedział:”to najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiliśmy”, a jego brat Ray nazwał to „marzeniem zagubionego”.

Kapryśny otwierający utwór „The Village Green Preservation Society” wymienia wszystkie „staroangielskie” rzeczy, którym grozi wyginięcie, np. „małe sklepiki”, porcelanowe filiżanki i dziewictwo. To idealny początek, ponieważ tworzy nastrój na cały album. „Do You Remember Walter?” wspomina przyjaciela z dzieciństwa i zastanawia się, jacy są teraz gdy dorośli. Ray śpiewa:”Walter, pamiętasz, kiedy byłeś młody, a wszystkie dziewczyny znały Twoje imię?/ Walter czy to nie wstyd, że nasz mały świat się zmienił?”. Całość leci w tym samym nostalgicznym tonie, na tle wspaniałej perkusji i charakterystycznych dla Dave’a gitarowych uprzejmości, połączonych do tego z odważną grą na basie. Bardzo mocna melodia.

Picture Book” jest prawdopodobnie najbardziej naturalnym wyborem dla singla, będąc numerem bardzo przyjemnym w słuchaniu, z mocnym basem i chwytliwym refrenem. Mnie natomiast bierze kolejna porcja. „Johnny Thunder” to po prostu świetna, radosna piosenka pop, oparta na entuzjastycznym brzmieniu, sugerowanym przez gitarę i świetne harmonie wokalne, które to napędzają do dania ci kuksańca:”Chociaż wszyscy starali się jak najlepiej/ Stary Johnny przysiągł, że nigdy, przenigdy nie skończy tak jak reszta”.

Całość przechodzi do ciężkiego rhythm and bluesowego „Last of the Steam Powered Trains”, który dodaje albumowi nieco różnorodności. To numer o niesamowicie kreatywnej strukturze. Piosenka rozwija się powoli i leniwie, po czym w miarę postępu utworu stopniowo nabiera energii, a pod koniec nawet przyspiesza. Brzmi jak powoli odjeżdżający pociąg, coraz szybciej…

Najbliższą psychodelicznemu zawiasowi jest „Big Sky”. Świetny riff i bębnienie przeplata się z mówionymi wersetami a wiktoriański posmak zwrotek rozjaśnia całość. Przyjemna piosenka „Sitting by the Riverside” zagrana została w stylu music hallu i bez dwóch zdań oddaje ona sielski obraz siedzenia na trawiastym brzegu rzeki z koszem pełnym piknikowskich wiktuałów. Wysoka i roztrzęsiona melodia nadaje mu kapryśny charakter, a klawesyn pod koniec refrenu właśnie przenosi nas w oniryczną atmosferę. Kolejnym numerem jest „Animal Farm”, prosty, rockowy numer z ładnym pakietem harmonii wokalnych szalejących przez cały album. To następny mocny punkt programu.

Kolejne piosenki zasługują na wspomnienie, ponieważ są tu smaczki bez których torcik byłby co najmniej gorzki. „Village Green” ma piękną, melancholijną melodię i to wystarczy. „Starduck” biegnie wzdłuż linii i to następna radosna popowa piosenka. Ładnie wkomponowane skrzypce podkreślają tylko charakterystyczny wokal, w refrenie zbliżający się do plażowego chłopca. Obszerne użycie fletu w „Phenomenal Cat” czyni z tego utworu dziwną psychodeliczną melodię spotęgowaną rymowanką o kocie a atmosferę wiejskiego jarmarku odczujesz w „All Of My Friends Were There”. Zaśpiewany przez Dave’a Daviesa „Wicked Annabella” opowiada mroczną historię o czarownicy i jej demonicznych niewolnikach. Muzyka stara się dopasować do tajemniczych metafor tekstów zmierzając w stronę acid rockowych dźwięków. Uff, po tych kwasach zespół przedstawia w bardzo niewinnej formule opartej na rytmach calypso, miłosną piosenkę „Monica”, która prowadzi do radosnego święta w zamykającym płytę numerze „People Take Pictures of each Other”.

The Kinks Are The Village Green Preservation Society” udaje się zrobić dokładnie to, do czego dąży każdy album koncepcyjny, od początku do końca: opowiedzieć historię i sprawić byś żył nią przez cały czas trwania płyty. Niektóre z piosenek potrzebują trochę czasu, zanim wyrosną w Tobie, ale kiedy już się pojawią, nie będziesz w stanie wyrzucić ich z głowy. To w pełni angielska płyta a kiedy pragniesz złapać trochę świeżego wiejskiego powietrza i do tego czujesz się przygnębiony to zamiast wsiadać do samochodu i jechać po prostu włącz sobie płytę zespołu The Kinks i spójrz przez okno.