niedziela, 2 sierpnia 2020

THE ELECTRIC FLAG - A Long Time Comin' /1968/


01. "Killing Floor" (Chester Burnett a.k.a. Howlin' Wolf) – 4:11
02. "Groovin' Is Easy" (Nick Gravenites) – 3:06
03. "Over-Lovin' You" (Mike Bloomfield, Barry Goldberg) – 2:12
04. "She Should Have Just" (Ron Polte) – 5:03
05. "Wine" (Traditional arr. Bloomfield) – 3:15
06. "Texas" (Bloomfield, Buddy Miles) – 4:49
07. "Sittin' in Circles" (Goldberg) – 3:54
08. "You Don't Realize" (Bloomfield) – 4:56
09. "Another Country" (Polte) – 8:47
10. "Easy Rider" (Bloomfield) – 0:53


♦ Mike Bloomfield – lead guitar, vocals
♦ Buddy Miles – drums, vocals
♦ Barry Goldberg – keyboards
♦ Harvey Brooks – bass
♦ Nick Gravenites – vocals, guitar
♦ Herb Rich – organ, vocals, baritone saxophone, guitar
♦ Michael Fonfara – keyboards
♦ Marcus Doubleday – trumpet
♦ Peter Strazza – tenor saxophone
♦ Stemsy Hunter – alto saxophone







W muzyce i sztuce jest wiele tragicznych historii, jest zbyt wiele przedwczesnych śmierci utalentowanych muzyków i artystów i niestety bardzo częsta przyczyną tego stanu rzeczy są narkotyki. Nie ogranicza się to do żadnego gatunku, a nawet do żadnego stulecia-jest to coś co wydaje się nękać artystyczny temperament i co powoduje najpierw entuzjastyczne wyzwolenie a potem… przepaść i samotność.
Chciałbym więc zacząć od napisania paru słów o Michaelu Bernardzie Bloomfieldzie, który zmarł 15 lutego 1981 roku w wieku 37 lat. To heroina zrujnowała karierę Mike’a Bloomfielda i to narkotyki go zabiły. A jak się cofniemy do 1965 roku, Bloomfield był prawdopodobnie najlepszym gitarzystą na świecie, mającym już swój styl a także grający z wielkim wyczuciem i oddaniem. Grał w The Paul Butterfield Blues Band i budował reputację świetnego muzyka. Zagrał na jednym z największych albumów wszech czasów-”Highway 61 Revisited” Boba Dylana oraz występował wraz z nim na słynnej elektrycznej trasie po Anglii. Ale usłyszymy go również na epickiej płycie „East-West”, The Paul Butterfield Blues Band, gdzie połączył muzykę indyjską z jazzem i chicagowskim bluesem.
Aż nadszedł czas na założenie swojego własnego bandu. The Electric Flag, grali nie tylko bluesa, ale wspomagani świetną sekcją dętą umiejętnie połączyli: soul, rhythm and blues i muzykę psychodeliczną w oryginalną całość.
A co to był za skład!
Mike Bloomfield-gitara i wokal, Harvey Brooks-bas, Barry Goldberg-instrumenty klawiszowe, Buddy Miles-perkusja, Nick Gravenites-gitara i wokal, Michael Fonfara-instrumenty klawiszowe, Herb Rich-saksofon barytonowy, Stemsy Hunter-saksofon altowy, Peter Strazza-saksofony i Marcus Doubleday-trąbka. A przynajmniej wszyscy oni pojawiają się na debiutanckim krążku grupy zatytułowanym „A Long Time Comin’”.
Płytę rozpoczyna głos prezydenta Lyndona Johnsona wygłaszającego przemówienie przed Kongresem, a mówiącego o „godności człowieka”, gdy jego przemówienie przerywa ochrypły śmiech, oklaski i dźwięk The Electric Flag prowadzący do porywającego otwieracza „Killing Floor”. Oryginał Howlina Wolfa dotyczył destrukcyjnego związku z kobietą, zespół Mike’a Bloomfielda przedstawia Amerykę jako niszczycielska damę, a tytułową „podłogą śmierci” staje się wojna w Wietnamie. Obecność Bloomfielda jest ugruntowana od samego początku dzięki jego charakterystycznemu brzmieniu i stylowi mocno osadzonemu w chicagowskim bluesie, ale to nie tylko-te dźwięki są takie eleganckie, takie wypełnione dostojeństwem a nawet gdy gra ostro i ochryple, te nuty wznoszą się ponad wszystko. Reszta ekipy żwawo podąża za gitarą i zaglądając w każdy zakamarek wypełnia cały utwór dostatkiem.
Niemal królewski początek utworu „Groovin’ Is Easy” to idealnie zsynchronizowane instrumenty dęte z perkusyjnymi uderzeniami z dramatyczną intensywnością. Gravenites jest tak gładki w tej piosence jak jedwab, dopasowuje swoje frazowanie do przodu i do tyłu, ale zawsze jest uzależniony od rytmu. Piosenka ta oparta jest na jego klawiszach, a ten pop soulowy numer jest majstersztykiem albumu. W „Over-Lovin’ You” wokal bierze Buddy Miles. Piękny ma głos a piosenkę tą śpiewa z cholerną radosną energią. Ale najważniejszą w tym utworze jest gra Brooksa na basie. Mocna, pełna polotu i zadziornej werwy kontrastuje z resztą nagrania. Zresztą podobnie jak w „She Should Have Just”, jego bas jest zachwycająco słyszalny a zagrana w średnim tempie melodia wzbogacona zostaje strunami i pluskami hiszpańskiej gitary.
Oddająca doskonale ducha zabawy „Wine” kopie w tyłek już od pierwszych taktów. Tu jest fantastyczna praca Bloomfielda. Ta rozdarte solo idzie w górę, w dół, oplata całą przestrzeń i długo jeszcze tkwi w moich uszach. Te niewiarygodne dźwięki są nagrodą słuchania, są nagrodą umieszczenie tej płyty w swoich zbiorach.
Dęciaki prowadzą swoje kolory, gitara kąśliwie podbarwia linie a Buddy Miles śpiewnie wypełnia środki w „Texas”, bluesowo rockowym killerze. Cudownie uwodzicielska gitara utwierdza tylko w mnie w przekonaniu, że Bloomfielda to ja mogę słuchać bardzo często, zdecydowanie jego dźwięki wtapiają się w mój umysł i dobrze tam się czują. Rozpoczynająca się grzmotem i ciągłym deszczem „Sittin’ in Circles” jest zdecydowanym klimatem San Francisco i epoki Flower Power. Forma ballady z delikatnym soulowym puchem wypełnia nastrój radości i optymizmu. I pomimo pojawiających się ostrych zniekształceń gitarowych zabójczych dla nastroju to nadal jest mocna psychodeliczna ballada. A „You Don’t Realize” to znowuż bardziej zwarta i spójna ballada o czystym soulu. Świetny wokal Buddy’ego Milesa ładnie współgra z resztą kompozycji a sekcja dęciaków mile buja w tym duchowym klimacie.
Pod całą kwiecistą patyną epoki hipisów w Stanach pojawiła się równie silna obawa i odraza, ogólny niepokój. Polaryzacja w społeczeństwie amerykańskim osiągnęła nowe skrajności. Nagrany jeszcze przed ofensywą Tet i dwoma zabójstwami popularnych polityków „Another Country” okazuje się zarówno pouczający, jak i proroczy.
Znajdź najbezpieczniejszy pokój, jaki możesz znaleźć/ I zamknij drzwi/ Znajdź sobie inny kraj/ Gdybym mógł przegrać, wszystkie moje problemy/ Uciekając/ Nie, nie zostałbym tam”.
Utwór rozpoczyna się od sprzężenia zwrotnego, które przekształca się w zawodząca syrenę. Pojawia się cały zespół, po zdyscyplinowanej aranżacji wezwań i odpowiedzi, w których Bloomfield wyrywa te same trzy nuty na gitarze, a dęciaki odpowiadają kombinacją dźwięków poza linią bazową. Gravenites dostarcza zwrotki w wokalu i tak do 2:25 gdy aranżacja zostaje zdmuchnięta przez kakofonię sprzężenia zwrotnego, ryku klaksonów i odległego dźwięku Lyndona Johnsona, który wykręcił się z przemówienia, które rozpoczął na początku albumu. Dźwięki w sekcji kakofonicznej obejmują szaloną mieszankę recitali wokalnych, a trąbki nabierają smaku psychodelicznych mariachi. W końcu docieramy do sola Bloomfielda. Zaczyna się w odpowiedzi na kołyszący się rytm napędzany przez kastaniety i hiszpańską gitarę, w tej sekcji nuty Bloomfielda brzmią jak spadające kwiaty w ciepłej, wiosennej bryzie, słodkie i och, jak piękne!
Pod koniec tego segmentu, Bloomfield brzmi tak jakbyś podążał od podstaw za płynnymi liniami kwitnących liliowców, lawiną nut kończącą się bluesowym riffem, który daje zespołowi wskazówkę, aby się dostroić. Dęciaki reagują, a po kilku kolejnych taktach tempo przechodzi na szybszy blues rock, w którym gitarzysta wykonuje oszałamiający bieg jeden po drugim. I tak do kolejnego przejścia z powrotem do zwrotki i uspokojenia.
A Long Time Comin’” kończy trwający niespełna minutę „Easy Rider”, który brzmi jak Mike Bloomfield grający bluesa w nieszczelnej piwnicy.
Och, jakże bym chciał, żeby ten mały kawałek trwał dziesięć razy dłużej!
I jakże żałuję, że Mike Bloomfield spotkał na swojej drodze pieprzoną heroinę.




niedziela, 26 lipca 2020

BOB DYLAN - Love and Theft /2001/


1. Tweedle Dee Tweedle Dum
2. Mississippi
3. Summer Days
4. Bye and Bye
5. Lonesome Day Blues
6. Floter (Too Much to Ask)
7. High Water (For Charley Patton)
8. Moonlight
9. Honest With Me
10. Po' Boy
11. Cry a While
12. Sugar Baby



Mój Boże, Bob Dylan nagrał płytę, która nie jest przygnębiająca a brzmi jak doskonałe albumy z lat sześćdziesiątych. Oczywiście ta niesamowita magia dźwięku „Highway 61 Revisited” czy „Blonde On Blonde” jest nie do podrobienia ale tu pachnie mocno tamtymi rowkami płyty i jest to naprawdę świetna sprawa. Poważnie, to niesamowity album. To nie jest hałaśliwe BUUUUM, tylko jest to płyta, która zajmuje zasłużone miejsce gdzieś między akustycznymi kawałkami Boba a introspekcyjnymi ćwiczeniami country rocka z wczesnych lat siedemdziesiątych. I jeszcze „Love and Theft” zdecydowanie podsumowuje jedną rzecz – stary Bob Dylan jeszcze się nie poddał.
Idea płyty jest zasadniczo prosta. Dylan bierze kilka starych standardowych melodii i dopasowuje je do całości uatrakcyjniając je dowcipnymi tekstami. Zaraz, mam na myśli naprawdę stare standardowe melodie. Niektóre prymitywne boogie-woogie, kilka typowych jazzowych ballad, zupełnie proste bluesowe rytmy i parę dźwięków country ogołoconych do samego korzenia. Po drodze jest kilka niespodziewanych zwrotów akcji, takich jak nagła zmian tempa w „Cry A While” ale i tak to niczemu nie przeszkadza ponieważ Bob dociera do swoich korzeni i basta.
O co tyle szumu?
Cóż, przede wszystkim sposób w jakim grane są te rzeczy. Wszyscy fani powinni być wdzięczni Larry’emu Campbellowi, Charlie Sexton, Tony’emu Garnier, Davidowi Kemper i Augie Meyers za te pełne ducha z iskierką życia tlącą się pod prawdziwymi emocjami nagrania.
Towarzysząc Dylanowi na „Love and Theft” muzycy ci często po prostu angażują się we wszelkiego rodzaju klisze jazzowe lub rockabilly, ale robią to z takim prawdziwym entuzjazmem i energią, że nie sposób nie dać się porwać zabawie. Krystalicznie czyste, pyszne linie gitary, ładne wirujące frazy organowe, wiesz, o czym mówię… to nie tylko grupa muzyków, którzy pokazują ci, jak skutecznie opanowali formalną sztukę grania bluesa, ale to grupa muzyków, którym naprawdę zależy jak dopasować ją do stylu wokalizy Dylana.
Wszystko jest dość lekkie, a teksty nawiązują do tych relacji Boba z okresu akustycznego. Hymnowe „Mississippi” jest tego dobitnym przykładem: „Niektórzy podadzą ci rękę inni zaś nie/ Wczoraj wieczorem znałem cię, a dziś już nie chcę/ Potrzebuję czegoś mocnego aby rozproszyć swe myśli/ Będę patrzył na ciebie zanim moje oczy oślepnął/ Dobrze, dostałem się tutaj idąc za gwiazdą południa/ Przebyłem rzekę tylko po to by być z tobą/ Jedną tylko rzecz zrobiłem źle,/ Zostałem w Mississippi o jeden dzień za długo”.
W bardziej rockowych utworach Dylan śpiewa swoim szorstkim, przerażającym głosem co doskonale pasuje do szorstkiego, groźnego rytmu rhythm and bluesowych naleciałości choćby w „Twiddle Dee & Twiddle Dum”. Co ciekawe piosenka to z łatwością pasuje do niezbyt ulubionej przeze mnie „Under the Red Sky”, ale tutaj jest lepiej, ponieważ po prostu nie mogę się oderwać od tych nut i współgrających gitar. Dylan pokazuje się równie dobrze w niechlujnym rockabilly („Summer Days”) jak i w bardziej szorstkim blues rockowym „Honest With Me”.
Lonesome Day Blues” jest konkretnym bluesem w którym tekst jest pełen bólu i przygnębienia, jak to w bluesie bywa: „Dobrze, miałem dziś smutny, samotny, cały dzień/ Tak, miałem dziś smutny, samotny, cały dzień/ Siedzę właśnie tutaj będąc własnych myśli więźniem/ Dobrze, oni wycierają nogi, sypią na podłogę piach/ Oni wycierają nogi, sypią na podłogę piach/ Zostawiłem swoją wierną kochankę, stojąca w drzwiach/ Dobrze, mój ojciec umarł, brata zabili na wojnie/ Dobrze, mój ojciec umarł, brata zabili na wojnie/ Siostra uciekła, wyszła za mąż, i więcej nie słyszano o niej”. „Moonlight” to natomiast wspaniały jazzowy walc a zamykający płytę kawałek „Sugar Baby” jest głęboką introspekcyjną akustyczną balladą, zabójczo powolną i przerywaną po każdym wersie, prowadzącą do nieprzewidywalnego finału: „Twoje wdzięki złamały niejedno serce i moje jest jednym z nich/ Masz zwyczaj rozdzierania świata na strzępy, kochana, zobacz co zrobiłaś/ Jest to tak pewne, jak to że żyjemy, tak pewne jak to że się urodziłaś/ Patrz w górę, patrz w górę-szukaj swego Stwórcy-zanim Gabriel zagra na rogu/ Słodkie dziecko, idź swoją drogą/ Niestety nie masz rozumu, ani trochę/ Całymi latami byłaś beze mnie/ Tak samo możesz być i teraz”.
No i sprawa bardzo fajna o której należy koniecznie napisać. Na płycie ”Love and Theft” nie ma ani jednej złej piosenki, co jest bardzo miłe i pozytywnie zaskakujące. Dylan czegoś szukał przed nagraniem tego albumu i myślę, ze ten powrót do muzycznych korzeni, że ta próba odmłodzenia tych paru nut wyszedł tylko nam i jemu na dobre. Dylan ma swój plan, zresztą nie po raz pierwszy i pozostaje nam tylko życzyć mu dobrego zdrowia i poczekać na kolejne płyty.


czwartek, 16 lipca 2020

THE OTHER HALF - The Other Half /1968/


1. Introduction (Randy Holden, Jeff Nowlen, Geoff Westen) - 1:50
2. Feathered Fish (Arthur Lee) - 2:38
3. Flight of the Dragon Lady (R. Holden, J. Nowlen, G. Westen, L. Brown, D. Wood) - 2:36
4. Wonderful Day (Randy Holden) - 2:21
5. I Need You (Randy Holden, Mike Port) - 2:46
6. Oz Lee Eaves Drops (Randy Holden, Jeff Nowlen) - 2:29
7. Bad Day (Randy Holden, Jeff Nowlen) - 2:18
8. Morning Fire (Randy Holden, Jeff Nowlen) - 2:37
9. What Can I Do For You, First Half (Randy Holden, Jeff Nowlen, Geoff Westen) - 2:45
10.What Can I Do For You, The Other Half (Randy Holden, Jeff Nowlen, Geoff Westen) - 6:57


*Randy Holden - Lead Guitar, Vocals(1967-68)
*Geoff Westen - Rhythm Guitar, Vocals(1966-68)
*Larry Brown - Bass (1966-68)
*Danny "Woody" Woods - Drums (1966-68)
*Jeff Nolan - Vocals, Harmonica, Guitars (1966-68)
*Ron Saurman - Drums (1968)





Grupa The Other Half powstała w Los Angeles ale po krótkim czasie przeniosła się do San Francisco. Ich muzyka była pod silnym wpływem brytyjskiej grupy rhythm and bluesowej, The Yardbirds. Zresztą gitarzysta Randy Holden miał szansę zastąpić Jeffa Becka przed dołączeniem do The Other Half.
W drugiej połowie lat sześćdziesiątych ruch Flower Power był u szczytu i w pełni rozwijał się na Haigh Ashbury. Ale The Other Half nie byli łączeni z zespołami z San Francisco, takimi jak Grateful Dead, Quicksilver Messenger Service czy Jefferson Airplane.
Styl The Other Half w krótkim czasie zmienił się z typowo garażowego brzmienia opartego na wokalu na jeden z najgłośniejszych dźwięków tamtych czasów, a wszystko to sprawił były gitarzysta Sons Of Adam, Randy Holden. Ich brzmienie zostało porównane do The Yardbirds i zawierało elementy bluesa, hard rocka i wschodnich wpływów melodycznych.
Holden opuścił zespół po nagraniu debiutanckiego albumu, niezadowolony z nagrania: „Próbowałem pomieścić wszystko w jednym, bez tchnienia, kosztem własnej duszy i szczęścia”.
Mimo obaw Holdena album zatytułowany tak jak zespół został opisany jako ”niesamowity kamień zapalający w muzyce rockowej”.
Zanim rozpoczął solową karierę, gitarzysta dołączył na krótki czas do Blue Cheer i nagrał z nimi w 1968 roku cały album.
A potem w 1970 roku wraz z perkusistą grupy KAK, nagrał trzydziestominutowy materiał wybuchowy „Population II”, o którym swego czasu pewnie też coś skrobnę.

Kiedy The Other Half nagrywa wszystkie swoje utwory ich wzmacniacze ustawione są na maksymalną głośność… jeśli chcesz odczuć prawdziwość tej muzyki, odtwórz go przynajmniej raz na FULL VOLUME”.

Tak dziwna hybryda garażu i psychodelii wyróżnia się na tle wielu współczesnych zespołów a dodatkowym atutem jest z pewnością gra Randy Holdena.
Najważniejszymi wydarzeniami na płycie są utwory „Feathered Friend”, „Flight of the Dragon Lady” oraz „What Can I Do for You, First Half” oraz „What Can I Do for You, The Other Half”.
Feathered Friend” numer skomponowany przez Arthura Lee (nie wiedzieć czemu przypisywany Country Joe) to popisowa gra Holdena, który jeździ na swojej gitarze w atmosferze szarżującego konia będąc jednocześnie w długowłosej atmosferze niekontrolowanego sprzężenia zwrotnego. „Flight of the Dragon Lady” posiada żywą linię basu i lekko stukające bębny, aż następuje WHOOM. Gitarowa przejażdżka rozjeżdża się wokoło rozdzierając puste krzesła i wraz z mocnym stylem wokalisty dostosowuje tempo do reszty zespołu. Holden trzyma dużą przestrzeń ale gdybyś choć na milisekundę mrugnął okiem to by się to wszystko rozpadło.
Składający się z dwóch części i zamykający płytę „What Can I Do for You” zaczyna się od okrzyku HEY! By następnie wkroczyć na dobrze znane rejony „Viola Lee Blues”. Powolny, ciężko sunący się w odurzający seksie numer wyodrębnia basowe wycieczki i wokalne frustracje, będące kwintesencją całego albumu. I tutaj Holden już wkracza w tylko sobie znane obszary. Jego gitara wyprzedza epokę swoimi kąśliwymi zagrywkami, penetruje osobno każdy element kobiecego ciała i doprowadza do onirycznych wstrząsów. Idzie z lewej przez środek na prawo i osobno kreśli linie w tym pełnym tunelu abstrakcji. Wokalne spojenie z dźwiękami gitary doprowadza do wybuchów a całość kończy się destrukcyjną zaporą a nagłe urwanie prowadzi do niepełnego spełnienia.
No, nieźle.
Na płycie nie brakuje również lekko nastrojowej piosenki „Wonderful Day”, która kojarzy mi się z nagraniami grupy Love. Beztrosko, słonecznie i czysto brzmi ten numer i podobnie jak „Bad Day” utrzymuje klimat kwitnących przebiśniegów w środku lata. Ale już kolejne „I Need You” krzyżuje destrukcyjne wokale i pochody basu a gitarowa zapora Holdena wszczepia podwójne cięcie po każdym wierszu jako akcent i to jest dzikie i brutalne i stanowi niesamowitą furię wszech czasów.
Dziwacznie zatytułowany „Oz Lee Eaves Drops” rozpoczyna się mocnym, młotkującym bębnieniem, które służy do podtrzymania obwieszczeń Nowlena o nieziemskich mocach: „Mogę wznieść słońce/Tak i mogę odwrócić przypływ”. Wszystko się układa, nawet niemal przypadkowa gra na harmonijce i gitarze. „Morning Fire” idzie kroczącą linią basu, której palce pełzają w ciemnościach i skierowane są w stronę ślepego sygnału. Kruchość wokalu i dzwoniące, falujące linie gitary tworzą obraz wędrowca będącego w porannym ogniu, samotnego w tej dzikiej przyrodzie.
I to tyle albo aż tyle.
The Other Half” jest płytą obowiązkową w każdej kolekcji fana muzyki psychodelicznej.





środa, 8 lipca 2020

NEIL YOUNG - Homegrown /2020/



1.   Separate Ways
2.   Try
3.   Mexico
4.   Love Is a Rose
5.   Homegrown
6.   Florida
7.   Kansas
8.   We Don't Smoke It No More
9.   White Lines
10. Vacancy
11. Little Wing
12. Star Of Bethlehem


Czterdzieści pięć lat spóźnienia! „Homegrown” miał zostać wydany w 1975 roku. Jednak Neil Young zadecydował wtedy, że jest to zbyt osobiste wyznanie i nie powinno ono ujrzeć światła dziennego. Young napisał te utwory krótko po rozstaniu z żoną Carrie Snodgrass. Wszystko było gotowe łącznie z okładką płyty, ale Neil zmienił zdanie. Pierwotnie płyta miała być kontynuacją „On The Beach”, tak popularnej wśród fanów Neila, ale została odłożona na półkę na rzecz bardziej elektrycznej i dojmującej „Tonight’s The Night”.
Neil Young zawsze był na krawędzi, trubadur, który ogarnął wewnętrzny chaos. To była cecha charakterystyczna dla jego muzyki i zapewniająca długotrwałą integralność muzyczną. Prezentując swój główny sukces jakim stał się „Harvest” z 1972 roku, zdecydował się na nagrania bardziej szorstkie i trudniejsze, aby rzucić wyzwanie nowym słuchaczom. Kolejne albumy nosiły nazwę „The Ditch Trilogy”, która została utworzona z „Time Fades Away”, „On the Beach” i „Tonight’s the Night”. Wszystkie trzy płyty łączyły temat straty i tego jak Young radził sobie z tym emocjonalnie, gdy stracił trzech swoich najbliższych powierników podczas tworzenia albumów. Czwarty i ostatni projekt podczas burzliwej ery Younga 1972-1975 pozostał w skarbcu.
Niezależnie od tego „Homegrown” jest ostatnim słowem tamtej epoki, chociaż tak naprawdę nigdy nie zostało ono usłyszane.
Będąc blisko śmierci powstały płyty o których wcześniej napisałem. Danny Whitten, gitarzysta i kumpel Neila, Bruce Barry, długoletni road manager Crosby Stills Nash and Young pociągnięci przez heroinowy ciąg odeszli a Young czuł, ze jest odpowiedzialny za ich śmierć.
Homegrown” nie było bootlegowane. Jednak Neil nie zapomniał o tym – pięć z dwunastu piosenek pojawiło się na innych albumach Younga. Niektóre w innych formach a niektóre w tych samych wersjach. „Little Wing” znajdziemy na „Hawks & Doves”, a „Star of Bethlehem” na „American Stars’n’ Bars”. W pierwszej dekadzie tego stulecia zaczął także grać kilka piosenek na żywo z tego nagrania.
No i co? Czy mamy zagubione arcydzieło, czy mamy Neila Younga takiego jak lubimy?
Dla mnie BOMBA.
Każda piosenka to klejnot, który istnieje w kontekście jednej z największych serii kreatywności w historii muzyki.
Separate Ways”, rozpoczyna się powolnym rytmem, który idealnie pasowałby do „On the Beach”. I to chyba najbardziej osobiste uwolnienie muzyka: „Nie będę przepraszał/Światło, które biło z twoich oczu/Nie zginęło/I wkrótce wróci/Pomimo, że idziemy osobnymi ścieżkami/Szukając lepszych dni/Dzieląc nasze maleństwo/Który wyrósł z tamtej radości”.
Mimo, że od samego początku mamy do czynienia z utratą miłości, zawsze jest trochę nadziei, że przyszłość pozostanie jasna. „Try” tchnie takim optymizmem a „Mexico” trwające lekko ponad minutę to oddech śpiewającego i towarzyszącego sobie na fortepianie Autora. To jest wspaniałe.
Następnie pojawia się „Love Is A Rose”, która została uznana za tak dobrą, że Linda Ronstadt od razu nagrała własną wersję na swoją płytę. „Miłość to róża, ale lepiej jej nie zbierać/Rośnie tylko wtedy, gdy jest na winorośli” te słowa wciąż rozbrzmiewają przez te wszystkie późniejsze lata.
Tytułowy numer znamy w tej wersji z wykonania wraz z Crazy Horse na płycie „American Stars’n’Bars”, którą bardzo lubię. Nic dziwnego więc, że i tutaj czaruje on swobodą i lekkością. Natomiast „Florida” jest eksperymentem. Jest to Neil opowiadający sen, który przepowiada wydarzenia z 11 września. Tłem jest Ben Keith i Young grający na kieliszkach do wina (pocierając palcami wokół krawędzi) oraz uderzający w struny fortepianu. Skojarzenia z „Lumpy Gravy” są jak najbardziej na miejscu.
No cóż, Young budzi się ze złego snu dzięki kolejnej krótkiej piosence o nazwie „Kansas”, która jest doskonała.
Niektóre numery, takie jak „We Don’t Smoke It No More” mają formę bluesowego jamu, są pełne życia i zabawy. Zagrany wspaniale i relaksacyjnie pokazuje muzyków w wybornej formie, gdzie ciężkie narkotyki odlatują w niebyt.
Znany z „Ragged Glory”, „White Lines” tutaj wykonany jest tylko z Robbie Roberstonem i może zostać obwołany najpiękniejszą piosenką na albumie.
No właśnie, a „Vacancy” i niesamowite solo na gitarze lidera? 
Crazy Horse uderza i ciągnie, wykazując powściągliwość poprzez rytm oraz nacisk na melodię.
I dochodzimy do ostatnich nut tego dość krótkiego krążka. „Star of Bethlehem”, zawiera w sobie cały emocjonalny rdzeń Younga w tym okresie. Tutaj śpiewa bez ogródek o wszystkim, co dzieje się w jego życiu prywatnym, z poczuciem ostateczności i niekończącym się spojrzeniem w przyszłość. „Czy to nie trudne, gdy budzisz się rano/I odkrywasz, że poprzednie dni już minęły/Wszystko co masz to wspomnienia szczęścia/Ciągle żywe/Wszystkie twoje sny i twoje miłości cię nie ochronią/One tylko ominą cię, gdy przyjdzie koniec/Zostawią cię ogołoconego ze wszystkiego co mogły zabrać/I będą czekały, byś przyszedł na nowo/Teraz gwiazda ciągle świeci/Z lampy w holu/Ale może gwiazda betlejemska/Wcale nie była gwiazdą...”.
Być może przeszłość jest już za nim, ale te doświadczenia oświecają jego spojrzenie na przyszłość. To jeden z głównych zadziwiających aspektów tej płyty. Aby patrzeć w przyszłość musisz rozważyć to, czego doświadczyłeś wcześniej. Przyszłość zawiera tyle samo niepewności co przeszłość.
Wszystkie twoje marzenia i kochankowie cię nie ochronią/W końcu przechodzą przez ciebie”.
Homegrown” jest jednym z tych zadziwiających albumów, który wydaje się ponadczasowy po wydaniu. Prawie pół wieku zajęło nam wreszcie usłyszenie tych dźwięków. To fragment prawdziwego geniuszu Artysty, który pomaga nam zobaczyć, że przyszłość może przynieść lepsze dni. Za to uwielbiam Neila Younga. Szukaj nadziei, nawet gdy próby wydają się bezowocne.



niedziela, 28 czerwca 2020

THE ELECTRIC BANANA - The Complete De Wolfe Sessions


DISC ONE
THE ELECTRIC BANANA (1967) /
MORE ELECTRIC BANANA (1968)
1. WALKING DOWN THE STREET
2. IF I NEEDED SOMEBODY
3. FREE LOVE
4. ’CAUSE I’M A MAN
5. DANGER SIGNS
6. WALKING DOWN THE STREET (INST.)
7. IF I NEEDED SOMEBODY (INST.)
8. FREE LOVE (INST.)
9. ’CAUSE I’M A MAN (INST.)
10. DANGER SIGNS (INST.)
11. I SEE YOU
12. STREET GIRL
13. GREY SKIES
14. I LOVE YOU
15. LOVE DANCE AND SING
16. A THOUSAND AGES FROM THE SUN
17. I SEE YOU (INST.)
18. STREET GIRL (INST.)
19. GREY SKIES (INST.)
20. I LOVE YOU (INST.)
21. LOVE DANCE AND SIGN (INST.)
22. A THOUSAND AGES FROM THE SUN (INST.)
DISC TWO
EVEN MORE ELECTRIC BANANA (1969) /
HOT LICKS (1973)
1. ALEXANDER
2. IT’LL NEVER BE ME
3. EAGLE’S SON
4. BLOW YOUR MIND
5. WHAT’S GOOD FOR THE GOOSE
6. RAVE UP
7. ALEXANDER (INST.)
8. IT’LL NEVER BE ME (INST.)
9. EAGLE’S SON (INST.)
10. BLOW YOUR MIND (INST.)
11. SWEET ORPHAN LADY
12. I COULD NOT BELIEVE MY EYES
13. GOOD TIMES
14. WALK AWAY
15. THE LOSER
16. EASILY DONE
17. SWEET ORPHAN LADY (INST.)
18. I COULD NOT BELIEVE MY EYES (INST.)
19. GOOD TIMES (INST.)
20. WALK AWAY (INST.)
21. THE LOSER (INST.)
22. EASILY DONE (INST.)
DISC THREE
THE RETURN OF THE
ELECTRIC BANANA (1978)
1. DO MY STUFF
2. TAKE ME HOME
3. JAMES MARSHALL
4. MAZE SONG
5. WHISKEY SONG
6. DO MY STUFF (INST.)
7. TAKE ME HOME (INST.)
8. JAMES MARSHALL (INST.)
9. MAZE SONG (INST.)
10. WHISKEY SONG (INST.)
11. THE DARK THEME (INST.)

Nagrania dokonane przez zespół The Pretty Things w latach 1967-1978 ujawniły się w postaci płyt „The Complete De Wolfe Sessions” a zostały nagrane pod pseudonimem, The Electric Banana. Utwory te przeznaczone były głównie do użytku telewizyjnego/filmowego, w tym m.in. muzyki do filmu „Swinging Southport” Normana Wisdoma.
Chłopaki z The Pretty Things to byli niesamowici goście. Jedynym dowodem na potwierdzenie tego stwierdzenia jest to, że mniej więcej w tym samym czasie, w którym zarejestrowali genialnego „S.F. Sorrow”, udało im się również opracować wysokiej jakości album z muzyką dla De Wolfe Music. Powodem, dla którego The Pretty Things stało się pożądane do dostarczenia muzyki wykorzystanej w filmach i telewizji, było zmienianie się trendów w latach 60-tych. Istniejąca masa utworów była odpowiednia do nastrojowej muzyki a tutaj pojawiało się zapotrzebowanie na zupełnie inną, bardziej dziwaczną muzykę pop, będącą doskonałym podkładem do wszelkich mistycznych tańców pełnych kwasowych odlotów. The Pretty Things właśnie to zrobili.
Niestety te legendarne nagrania, które mają wielkie możliwości komercyjne nie zostały w epoce udostępnione i żałować należy, że tak się stało. Niewątpliwie sukces byłby zauważalny. Wypada się cieszyć i reklamować wydany po latach zbiór trzech płyt z nadrukiem Grapefruit Records Cherry Red, tak po prawdzie nieistniejącego zespołu The Electric Banana.
Gitarzysta grupy tak zachwala ten tytuł: „Ten wyjątkowy zestaw spodoba się fanom The Pretty Things i wszystkim tym co kochają psychodelicznego rocka lat 60-tych”.
No to proszę.
Pierwsza płyta zawiera „The Electric Banana” z 1967 roku i „More Electric Banana” z 1968 roku, na drugiej mamy dalszy ciąg nagrań z 1968 roku oraz utwory powstałe w 1973 roku, a trzeci dysk raczy nas piosenkami z 1978 roku. Albumy zawierają utwory zarówno w wersji wokalnej jak i instrumentalnej, oferując producentom i reżyserom wybór ich do wykorzystania w różnych projektach, a także umożliwiają fanom słuchanie świetnej muzyki. Nagrania przedstawione są całkowicie zgodnie z panującą modą psychodelicznych zakrętasów, pokazując umiejętne fazy przejścia od mod-popu do psychodelii.
Otwierający płytę „Walking Down The Street” mocno trzyma modowy beat a spotęgowany orkiestrowymi odgłosami tworzy mięsiste brzmienie w sumie spokojnej piosenki.
Za te wstawki orkiestrowe na tym jak i w następnych nagraniach odpowiedzialny jest Reg Tilsley i jego Reg Tilsley Orchestral. Stylizacja numerów otwiera bardzo wyraźne smaki tego co najlepsze w muzyce tamtej dekady. „Smutne oczy odwracają się od lustra/ Nie, nigdy nie spojrzę na ciebie w ten sposób” ten zorientowany na bluesa utwór „It’ll Never Be Me” zaskakuje mocnymi rytmami pogrążonymi w hard rockowym stylu ale pełnymi pełzających stworów dziwacznego kalejdoskopu. Albo taki „Alexander”. Paranoiczny rytm w ciągłych solówkach zniewala umysł i tak już będący dostatecznie nafaszerowany grzybną substancją. „Street Girl” zaśpiewany natomiast jest przez Wally Wallera a cały utwór jest jak ciężki rockowy walec, który przygniata sfuzzowaną gitarą i gęstą atmosferą. „I See You” jest odmienną wersją znaną z „S.F. Sorrow”, jest luźniejsza i i stanowi ciekawe ujęcie świetnej piosenki. W tym pokaźnym zbiorze mamy naprawdę znakomite perełki, które radują uszy słuchacza. Bardziej ostrzejsze nagrania odzwierciedlają początki działania grupy The Pretty Things, i tu zwróć uwagę na „Grey Skies” oraz „I Love You”. Zaskoczeniem jest „A Thousand Miles From The Sun” ze świetną linią melodyczną i pomysłową solówką Dicka Taylora. Nic dziwnego, że w tym momencie zapętlił mi się odtwarzacz, przecież to jest genialne.
Druga płyta „Even More Electric Banana” wypełnia po części jeszcze nagrania w psychodelicznej oprawie ale mamy tu też już utwory mocniejsze, bliższe hard rockowej zadziorności zachowującej jednocześnie swoje korzenie rhythm and bluesowe i wokalne harmonie.
Sweet Orphan Lady” trwający cztery i pół minuty ma budujący rytm i gorące solo na gitarze a całość przypomina „All Right Now” grupy Free. Kolejnymi atrakcjami są „The Loser” gdzie na czoło wysuwają się gitarowe podjazdy, „Walk Away” z wokalnymi atrakcjami spoza ściany i pełną spokoju ale ciężką gitarową solówką oraz „Easily Done” Phila Maya, mieszającego hard rockowe dźwięki tworzące przyjemne zakończenie.
No i trzeci dysk „The Return Of The Electric Banana” został wydany po pięcioletniej przerwie a w zespole wtedy grali: Phil May(wokal), Wally Waller (gitara, bas), Mickey Finn(gitara), Bill Lovelady(gitara), Brian Johnston(klawisze) oraz Chris Greenwood(perkusja). Wszystkie utwory przypisane są Wallerowi oraz Electrze Stuart, żonie Phila Maya. Ten zestaw jest najbardziej zróżnicowany ze wszystkich, zawiera piosenki w kilku stylach, od funky poprzez folk rockowe niuanse, po nawet podobne dźwięki do klimatu numerów Grateful Dead. Znajduje się tam również utwór „James Marshall”, to hołd zespołu dla Jimiego Hendrixa z tekstami odnoszącymi się do jego tragicznej śmierci. Ostatnie dwie minuty zawierają monumentalne solo na gitarze z użyciem wah-wah, ewidentny ukłon w stronę tego wielkiego człowieka.
Jeśli jesteś miłośnikiem filmów z lat 70-tych i 80-tych to niektóre z tych nagrań będą brzmiały nieco znajomo. „Doctor Who?”, serial „A Star is Gorn” to tylko niektóre przykłady.
Słuchając tych i poprzednich nagrań nie sposób nie zauważyć jak wiele wysiłku muzycy włożyli w te projekty, aby piosenki były tak dobre i kompletne jak są.
Dla fanów The Pretty Things jest to fascynujący artefakt wielkiej brytyjskiej sceny muzycznej lat 60. i 70. XX wieku.





niedziela, 21 czerwca 2020

MONKS - Black Monk Time /1966/


1. Monk Time - 02:44
2. Shut Up - 03:14
3. Boys Are Boys And Girls Are Choice - 01:25
4. Higgle-Dy - Piggle-Dy - 02:28
5. I Hate You - 03:33
6. Oh, How To Do Now - 03:16
7. Complication - 02:22
8. We Do Wie Du - 02:11
9. Drunken Maria - 01:46
10.Love Came Tumblin' Down - 02:30
11.Blast Off! - 02:14
12.That's My Girl - 02:25


*Gary Burger - Vocals, Electric, 12 String Guitars
*Larry Clark - Vocals, Philicorda Organ, Piano
*Roger Johnston - Vocals, Drums
*Eddie Shaw - Vocals, Bass Guitar
*Dave Day - Vocals, Rhythm Guitar, Electric Banjo







Niespodzianki się zdarzają. Wprawdzie są rzadkie ale za to cudowne. Ostatnio odkurzyłem swoje taśmy video i obejrzałem kilkanaście odcinków niemieckiego programu muzycznego z lat sześćdziesiątych zatytułowanego „Beat Club”. Nie ukrywam, że świetnie się bawiłem przy dźwiękach takich grup jak The Easybeats, The Lords, The Hollies czy Gerry and The Pacemakers.
Ale w pewnym momencie zaintrygował mnie zespół składający się z pięciu chłopaków mających wygolone czubki głowy, ubranych w czarne uniformy i grających dźwięki wcześniej nie słyszane w tym programie. Czy tylko w tym programie? Raczej jak na 1966 rok były to utwory na wskroś nowatorskie, przepełnione agresją oraz nihilistyczną wizją otaczającego świata. Tych pięciu chłopców zostało zwolnionych z armii USA w 1964 roku i postanowiło pozostać w Niemczech gdzie do tej pory stacjonowali. Założyli popularny zespół muzyczny5 Torquays, który z miejsca objawił swoją klasę. Niemieckie kluby zapewniły im występy przez siedem dni w tygodniu, a zespół zmuszony był przebywać na scenie czasami nawet osiem godzin. Z tego powodu oprócz grania coverów, muzycy zaczęli eksperymentować z brzmieniem odchodząc w końcu zupełnie od tradycyjnej melodyki kompozycji w kierunku minimalistycznej rytmiki i sprzężeń gitarowych. Budowany na prymitywistycznym beacie rytm perkusji, miesza się z głośnym, dudniącym basem, przesterowaną gitarą i przeszywającymi do szpiku kości organami.
W tym czasie Amerykanami zainteresowali się przedstawiciele z niemieckiego oddziału Polydoru. Zasugerowali zmianę nazwy grupy i zaproponowali nagranie płyty.
Oglądając „Beat Club” i słuchając utworu „Complication” przypomniałem sobie, przecież ja mam płytę grupy Monks zatytułowaną „Black Monk Time”, gdzie ten numer rządzi.
I już sobie przypomniałem.
Garażowy rock zaczął się od Monks i to z pewnością można stwierdzić słuchając ich debiutanckiej i niestety jedynej płyty. To samo w sobie może nie jest tak interesujące, jak bardziej ciekawy jest sposób mieszania popowych dźwięków lat 50-tych i wczesnych lat 60-tych z surową, dziwną i szaloną kreatywnością wzbogaconą dzikim wokalem. Tu obok energicznych fraz czasami pojawia się jodłowanie lub harmonijnie spójne nucenie. Dziwne brzmienie gitary za sprawą wykorzystywania feedbacku gitarowego prowadzi do kakofonicznej furii mającej ogromny ładunek energii. Warto wspomnieć, że zakotwiczony w Niemczech Gary Burger używał feedbacka niezależnie od działających na scenie brytyjskiej zespołów, The Kinks czy The Troggs. Kto był pierwszy? Niech rozstrzygną historycy.
Jak przyłożymy ucho do nagrań z płyty „Black Monk Time” usłyszymy dźwięki banjo ale wykorzystane w niepośledni sposób. Otóż drugi gitarzysta zespołu Dave Day jest jednym z niewielu muzyków rockowych w historii muzyki, który zamienił gitarę elektryczną na banjo. Dave nagłośnił je na dwa mikrofony i stroił jak normalną gitarę, co dawało porażające, trzeszczące brzmienie. Nie znajdziemy żadnych konkurentów w tamtych latach dla mrocznej, schizofrenicznej muzyki zawartej na tej płycie. Podobne dźwięki zaczną pojawiać się dopiero dziesięć lat później, gdy na scenę wejdzie kolejna rewolta.
Gniew i frustracja okazana muzyką to protest Monks przeciw wojnie w Wietnamie. To dźwięki, które niczym śmigła helikopterów wibrują wokół zielonej dżungli pełnej pułapek i huku wybuchowym min, potwierdzających tylko kolejną śmierć.
W otwierającym płytę numerze „Monk Time” główny wokalista Gary Burger ogłasza manifest Mnichów: „Wiesz, że nie lubimy wojska/ Jaka armia?/ Kogo to obchodzi jaką armię?/ Dlaczego zabijasz te wszystkie dzieci tam w Wietnamie?/ Przestań, przestań nie podoba mi się to!/ Jesteś mnichem, ja jestem mnichem, wszyscy jesteśmy mnichami/ Dave, Larry, Eddie, Roger, wszyscy chodźmy!”. A dzieje się to nad beatem napędzanym organami, przypominającymi kod Morse’a i zniekształconej gitary będącej odpowiedzią na zapomniane chwile starości. „Shut Up” to garażowy kawałek, mający podobnie jak wiele innych numerów rytm cha-cha, czyli „jeden, dwa, jeden, dwa, trzy”. Z ciekawością posłuchajcie „Higgle-Dy-Piggle-Dy” utrzymanego w podobnym rytmie ale dziwnego wokalnie. Otóż Gary przechodzi w histeryczny falset, a reszta muzyków przerywa pół-bezdźwięcznym śpiewem. Ale i w kolejnych utworach możemy natknąć się na różne niespodzianki. Roztrzęsiony, jąkający głos w „Oh, How To Do Now”, czy spazmatycznie ogolony wicher w „Drunken Maria”. „Complication” w tle pojawiających się słów ogniste instrumenty napędzają machinę intensywnym, chaotycznym beatem, przyspieszając aż do zakończenia frazy. „Powikłanie/ Powikłanie/ Powikłanie/ Zaparcie!/ Ludzie płaczą/ Ludzie umierają za ciebie/ Ludzie zabijają/ Ludzie będą dla ciebie/ Ludzie biegają/ To nie jest dla ciebie zabawne/ Ludzie idą/ Za ich śmierć dla ciebie/ Powikłanie!”.
I kto powiedział, że punk zaczął się w latach 70-tych?


niedziela, 7 czerwca 2020

BOB DYLAN - Time Out of Mind /1997/


  1. Love Sick
  2. Dirt Road Blues
  3. Standing in the Doorway
  4. Million Miles
  5. Tryin' to Get to Heaven
  6. Til I Fell In Love With You
  7. Not Dark Yet
  8. Cold Irons Bound
  9. Make You Feel My Love
  10. Can't Wait
  11. Highlands

Gdy posłuchałem kolejnych wydawnictw Boba Dylana tj. płyt „Good as I Been to You” oraz „World Gone Wrong” stwierdziłem, to koniec. Wprawdzie zawierają one akustyczną muzykę ale zaśpiewaną i zagraną tak bez serca, że szkoda czasu dla niej. I w ogóle przestałem śledzić jego nowe dokonania a wręcz zapomniałem o nich. Oczywiście wcześniejsze albumy często gościły w moim odtwarzaczu a także pojawiająca się „The Bootleg Series”, i to wystarczyło. I gdy po kilku latach kolega podrzucił mi linka z piosenką „Duquesne Whistle” ze świeżo wydanej płyty „Tempest”, coś zaiskrzyło. Hmm, to jest Dylan. I do tego fajny. Więc postanowiłem spojrzeć na wcześniejsze dokonania muzyka i sprawdzić co tam nagrywał po moim z nim rozstaniu. Osiem lat trwała trasa bez końca Dylana nie poparta żadnymi nowymi nagraniami.


I powstał album.
W 1997 roku powstała płyta, która jest największym osiągnięciem Dylana od czasów świetności lat sześćdziesiątych. Niezwykłą rzeczą jest to, że jest to pierwszy świetny rockowy album starzejącej się gwiazdy, która szczerze zmaga się ze starzeniem i śmiertelnością. Dodatkowym plusem nagrania jest producent, którym został znany z wcześniejszej już współpracy z Dylanem, Daniel Lanois. I od razu plus dla niego. Otóż Lanois przekształcił zniszczony w czasie głos Dylana w potężny instrument. Czasami Dylan brzmi jak umierający człowiek, czasami jak człowiek pogrążony w miłości, a czasami tak perwersyjny jak wabiący diabeł. Zespół towarzyszący Dylanowi jest solidny i świetnie czuje się w klimacie tego nagrania. Piosenki utrzymane są w klimacie bluesowym co ma sens i stanowi idealne tło muzyczne dla tego zestawu numerów. I gdy rozpoczynający płytę utwór „Love Sick” niepostrzeżenie wprowadza cię na ścieżkę prostująca się za zakrętem to przy „Standing in the Doorway” droga wypełnia cię w całości i podążasz za Dylanem już bez żadnych wątpliwości. To jest ten przełom. „Standing in the Doorway” zapalił światło nad głową Mistrza i sprawił, że jego muzyka ponownie odżyła. I to jest piękne. Ta bardzo sentymentalna ballada ostro wgłębia się w nastrój smutku i tęsknoty.
Wspomniany wcześniej „Love Sick” ujawnia mroczną potrzebę, która wyznacza standardy dla nadchodzących utworów: „Rozumiem, widzę kochanków na łące/widzę sylwetki w oknie/obserwuję ich, dopóki nie odejdą i nie pozwolą mi się zatrzymać/do cienia/mam dość miłości słyszę tykanie zegara/to chory rodzaj miłości”. Rzadko kiedy Dylan był tak zrezygnowany, emocjonalnie surowy, pod każdym względem śmiertelnie ranny oraz pozbawiony poczucia humoru. Sarkazm „Don’t Think Twice, It’s All Right”, ostateczny kompromis „One Too many Mornings”, chłód „It Ain’t Me Babe”, dziecinna poezja „She Belongs to Me”, radosne oczekiwanie „I Want You” i frywolne naleganie w „Queen Jane Approxately” teraz wszystkie minęły, należą do przeszłości, do czasu bez pamięci.
Muzycznie mamy tutaj powolne organy i gitarę tworzące klimat rezygnacji i samotności.
Ogólnie dźwięk „Time Out of Mind” jest bardzo smutny, i nie ważne czy przemierzasz ciemne zaułki kolejnych przecznic, czy siedzisz w podrzędnym barze przy rytmach boogie-woogie i tak ten nastrój siedzi w tobie i nie popuszcza. To taka płyta. Ale trzeba Dylanowi za nią podziękować. Trzeba, jeszcze raz uznać jego artystyczną duszę, która pozwala nam abyśmy poczuli to co on. Trzeba się cieszyć, że zaczął znowu nagrywać takie płyty.
Powiem tylko, że długo czekałem na taki utwór jak zamykający płytę ponad szesnastominutowy „Highlands”. „Cóż, moje serce jest w Górach łagodne i uczciwe/wiciokrzew kwitnący w oknach powietrza/płoną dzwonki, gdzie płyną wody Aberdeen/Cóż, moje serce jest w górach/pójdę tam, kiedy poczuję się wystarczającą dobrze”. Bob ponownie odnalazł swoją wizję, znalazł spokój i ocalenie. Chciałby aby świat zewnętrzny przestał istnieć. Ten sam stary wyścig szczurów, powodujący nieprzerwane trasy koncertowe, stanie na baczność na cokole muzycznych imprez, nie są już tak ekscytujące, nie są aż tak potrzebne do życia. „Cóż, moje serce jest w górach/pójdę tam, kiedy poczuję się wystarczająco dobrze”. 
I tak jest. Otwartość bytu zamieszkałego w starych siłach Natury prowadzi do zbawienia. Nie chcę od nikogo niczego, nie mam wiele do wzięcia. Oszukiwany przez świat, wie co jest prawdziwe, po prostu cieszy się tym, co widzi, choć wszystko może być fałszywe lub prawdziwe z chwili na chwilę. Więc nie musisz trzymać się prawdy zbyt mocno, ona i tak cię oszuka. „Czuję się jak więzień w świecie tajemnic/chciałbym aby ktoś przyszedł/i cofnął czas/więc gdziekolwiek przebywam moje serce jest w górach/to jest miejsce gdzie będę gdy zawołają mnie do domu/wiatr szumi o tym wierszem do drzew kasztana/więc moje serce jest w górach/mogę tam bywać tylko od czasu do czasu”.
I przez cały utwór Dylan prowadzi nas na różne strony, odkrywa stare dzieje i smutki. Mówi, że sukces nie jest podobny do wczesnych dni działania, teraz jest pełen splendoru. Ale gdy kończy się impreza, Bob mówi, że widzi, że wszystko co uważał za drogie, wszystko co jego zdaniem miało wartość i znaczenie, wydaje się odległe, ponieważ na końcu życia liczy się tylko radość z życia.
Słońce zaczyna świecić/ale to nie to samo słońce co kiedyś/zabawa skończona i coraz mniej do powiedzenia/patrzę innymi oczami/wszystko staje się odległe/więc moje serce jest w górach o świcie/daleko nad górami/jest sposób aby tam się dostać i ja go kiedyś wymyślę ale teraz jestem tam myślami/i na razie to wystarczy”.