środa, 21 lutego 2018

BOB DYLAN - The Freewheelin' Bob Dylan /1963/


01. Blowin' In The Wind
02. Girl From The North Country
03. Masters Of War
04. Down The Highway
05. Bob Dylan's Blues
06. A Hard Rain's A-Gonna Fall
07. Don't Think Twice, It's All Right
08. Bob Dylan's Dream
09. Oxford Town
10. Talking World War III Blues
11. Corrina, Corrina
12. Honey, Just Allow Me One More Chance
13. I Shall Be Free


Miesiąc po końcowej sesji nagraniowej do pierwszego albumu Dylan pojawił się  w pokoju hotelowym Bonnie Beecher w Minneapolis gdzie wykonał dwa razy tyle utworów co na debiucie. Tony Glover zarejestrował to na magnetofonie szpulowym. Legendarna tak zwana Minneapolis Hotel Tape zawiera o wiele bardziej różnorodne utwory i dużo efektowniej prezentuje grę Dylana na harmonijce i gitarze niż cały jego debiutancki album. To tylko ilustruje tempo jak szybko Dylan się rozwijał. W tym czasie w szaleńczym tempie zaczął pisać swoje teksty do znanych utworów poprzerabianych przez  niego nadając im zupełnie nowe oblicza. Zaskakującym jest fakt, że w tamtym okresie Dylan nie napisał jeszcze nic o kwestiach politycznych, takich jak prawa obywatelskie, rasizm czy wojna jądrowa. Jego ówczesne pieśni były opowiedzianymi wprost historiami o wyzysku człowieka przez człowieka, jak choćby „Talkin’ Bear Mountain Picnic Massacre Blues”.
Wkrótce miało się to zmienić.
Pierwszym tekstem będącym protest songiem i otwierającym całą serię takich utworów, był numer „The Death of Emmett Till”. Opowiada on o zabiciu tytułowego Tilla za gwizdnięcie na widok białej kobiety co miało miejsce w 1955 roku. Przez cały wrzesień i październik 1962 roku Dylan pisał w zatrważającym tempie piosenki, z których część wypełni kolejny album. To właśnie we wrześniu, kiedy zagrażał konflikt związany z rozmieszczeniem rakiet na Kubie i gdy rozmowy we wszystkich kawiarniach były pełne napięcia, napisał piosenkę przedstawiającą świat, który zwariował, świat pełen stroskanych dusz. „Gdzie byłeś mój niebieskooki synu?/Gdzie byłeś mój drogi młodzieńcze?/Błądziłem po zboczach dwunastu gór zatopionych we mgle/Stanąłem na brzegu tuzina martwych oceanów/Dziesięć tysięcy mil stałem nad grobem/I wiem, że ulewny deszcz, że ulewny deszcz nadchodzi”(„A Hard Rain’s A-Gonna Fall”). Bob Dylan: ”Napisałem to podczas kryzysu kubańskiego. Byłem na Bleecker Street w Nowym Jorku. Siedzieliśmy tam w nocy i zastanawialiśmy się, czy to już koniec. Czy dziesiąta rano następnego dnia w ogóle nadejdzie? To była pieśń rozpaczy. Co mogliśmy zrobić?”. Wydany w maju 1963 roku drugi album Boba Dylana otwiera piosenka uznana nieoficjalnie za hymn bojowników nowego ładu. To „Blowin’  in the Wind” i słynne wersy:  „Przez ile lat nie odważy się nikt zawołać, że czas zmienić świat?/Odpowie ci wiatr wiejący przez świat, odpowie ci przyjacielu tylko wiatr”. Najostrzejszym protest songiem, który zamieścił Dylan na „Freewheelin’  Bob Dylan” jest pieśń „Masters Of War”, zjadliwy atak na podżegaczy wojennych: „Chodźcie tu władcy wojny, wy, którzy robicie wielkie dzieła/ Wy, którzy budujecie samoloty śmierci/ Wy, którzy budujecie te wszystkie bomby/ A chowacie się za murami, a chowacie się za biurkami/ Chcę abyście wiedzieli, że przejrzałem waszą grę”. Dylan do końca będzie pilnował tych „władców” i jak kat upewni się, że robota została wykonana dobrze: „I wierzę, że zginiecie, że wkrótce śmierć wasza nadejdzie/ Będę szedł za waszą trumną w mgliste popołudnie/ I popatrzę jak spuszczają ją do grobu/ Bardzo długo będę stał, aż upewnię się, że naprawdę już was nie ma”.

Jednych z największych darów Boba Dylana jako artysty jest umiejętne wyciąganie z różnych źródeł i stylów aby stworzyć coś wyjątkowego. „Down the Highway” jest przykładem takiego podejścia do rzeczy. Jest to piosenka oparta na „Crossroad Blues” Roberta Johnsona jednakże wykonanie Dylana jest bardzo odległe od pierwowzoru. Utwór, który mówi o tym, że ukochana zabrała jego serce w walizce do obcego kraju, przenika nuta prawdziwej samotności. Jeśli spojrzymy na okładkę płyty zobaczymy idących pod rękę Zachodnią Czwartą Ulicą w Nowym Jorku parę: Dylana z ówczesną swoją dziewczyną Suzy Rotolo. To o niej napisał „Down the Highway”, to o niej napisał przepiękną pieśń „Girl from the North Country”. „Gdy na jarmark wybierzesz się w północne strony/Gdzie wiatry porywiste wieją/Pozdrów ode mnie tę która tam mieszka/A którą kiedyś prawdziwie kochałem”, jest to utwór oparty na tradycyjnej angielskiej piosence, którą Dylan usłyszał u Martina Carthy’ego gdy przebywał w Anglii. Zresztą pobyt u Carthy’ego wyszedł Dylanowi tylko na dobre. Zapoznał się on z bogatą tradycyjną piosenką brytyjską i wkrótce zaczął pracować nad swoimi adaptacjami tychże piosenek. Po powrocie do Stanów i wydaniu swojej drugiej płyty Dylan wystąpił na Festiwalu Folkowym w Newport. Jak bardzo był już wtedy popularny niech świadczy fakt, że miał zagrać razem z aktualnym  Królem i aktualną Królową Folk, Pete’em Seegerem i Joaz Baez, niezależnie od wykonania własnego programu. W niedzielę wieczorem otrzymał ostateczne potwierdzenie własnej pozycji, kiedy podczas finału wszyscy zaśpiewali nie tylko tradycyjne „We Shall Overcome”, ale również i jego „Blowin’  in the Wind”. „Przez ile dróg musi przejść każdy z nas, by mógł człowiekiem się stać/Przez ile mórz lecieć ma biały ptak, nim w końcu opadnie na piach?/Odpowie ci wiatr wiejący przez świat, odpowie ci przyjacielu tylko wiatr”.




środa, 14 lutego 2018

NICK GARRIE - The Nightmare of J.B.Stanislas /1968/


01. The Nightmare Of J.B. Stanislas 
02. Can I Stay With You 
03. Bungle’s Tours 
04. David’s Prayer 
05. Ink Pot Eyes 
06. The Wanderer 
07. Stephanie City 
08. Little Bird 
09. Deeper Tones Of Blue 
10. Queen Of Dreams 
11. Wheel Of Fortune 
12. Evening 

Jedna z rzeczy, które sprawiają, że zainteresowanie muzyką jest wspaniałe, jest to, że w każdej chwili możesz odkryć jakiś ukryty, nieznany, kultowy album, który wywiera niesamowity wpływ na twoje życie, czyni je szczęśliwszym, sprawia, że jesteś szczęśliwy. To właśnie stało się z nieznanym mi do tej pory a odkrytym zaledwie parę tygodni temu albumem Nicka Garriego „The Nightmare of J.B.Stanislas”. 
Jest to płyta mająca piosenki pełne życia, wyprodukowana przez Eddie Vartana /brata Sylvie/, który odpowiedzialny jest za zaproszenie 56 osobowej orkiestry, której dźwięki dodały wykwintnego smaku poszczególnym kompozycjom napisanym przez Garriego. 
Witamy w koszmarach Nicka Garrie.
Brzoskwiniowe pola wypełniające początek płyty doprowadzają do młodych dziewcząt pełnych uśmiechów, które kuszą, zalotnie kręcąc się wokoło szafirowych sukienek plącząc złotą nitką wieczorne majaki. Ten tytułowy numer pojawia się przy błogim uczuciu szczęścia, jak te dźwięki pięknie idą. Oto psychodelia najlepszych zakresów i echo muzyki Donovana, ale nie tylko. Love, The Zombies również maczają tu palce i chociaż Garrie przeciwny był orkiestracji utworów, to chwała dla Vartana. Od początku płyty aranże orkiestry wspaniale wzbogacają tą muzykę czyniąc z niej folkowo-barokowy kanon epoki.
Słuchając „Can I Stay With You” natychmiast przychodzi na myśl magia eleganckich brytyjskich orkiestratorów. Dryfujące storczyki głaskane słońcem fantazji wypełniają trzecią piosenkę na płycie „Bungles Tours”. I spójrz jakie to dziwne. Minęły zaledwie trzy utwory, a ty wiesz, że jesteś przed nagraniem, które stanie się jednym z twoich ulubionych. Kolejny utwór „David’s Prayer” jest jednym z najpiękniejszych numerów na płycie. Znowu wzbogacony smyczkami wpada w wir halucynacji diabelskiego koła oferując jarmarczną przejażdżkę koła fortuny. W kolejnych utworach otwierających drugą stronę albumu „Little Bird” czy fantastycznym „Stephanie City” pobrzmiewają echa twórczości The Beatles, co w 1969 roku było prawie nieuniknione. Celnym aktem okazuje się wykorzystanie klawesynu w „Deeper Tones of Blue” co czyni ten utwór melancholijnym skarbcem do którego dobijają się ciemne upiory. Nie sposób przejść obojętnie obok „Wheel of Fortune”, jednej z tych nieodpartych piosenek, które określają czym jest pop. Spróbuj uciec przed refrenem, a jeśli ci się to uda, zapraszam na drinka.
Płytę kończy „Evening” jedyny utwór pozbawiony dźwiękowych ozdób, cichy i niepokojący, wszak koszmary Garriego w końcu go dopadły pozostawiając za sobą będący w powijakach chłód nocy.
Po ukończeniu nagrań, niestety z powodu słabych zysków szef wytwórni płytowej DiscAZ, Lucien Morrisse popełnił samobójstwo. W rezultacie przez ponad trzydzieści lat płyty „The Nightmare of J.B.Stanislas” nie można było znaleźć w żadnym sklepie a i bez odpowiedniej promocji została ona po prostu zapomniana. Sprzedano jedynie 17 kopii. Ale, jak każda dobra muzyka została ona ponownie odkryta, a jej reputacja wciąż rośnie i jak niegdyś żeglarze odkrywali nowe lądy tak koszmary Nicka Garrie powoli wychylają się nad linią horyzontu i tylko czekają abyś do nich dopłynął. 





środa, 7 lutego 2018

CHOCOLATE WATCH BAND - The Inner Mistique /1968/


1. Voyage Of The Trieste (W. Cobb) - 3:38
2. In The Past (W. Proctor) - 3:06   
3. Inner Mystique (W. Cobb) - 5:35   
4. I'm Not Like Everybody Else (R. Davis) - 3:42   
5. Medication (M. Alton, B. Ditosi) - 2:06   
6. Let's Go, Let's Go, Let's Go (H. Ballard) - 2:15   
7. It's All Over Now, Baby Blue (B. Dylan) - 3:11   
8. I Ain't No Miracle Worker (N. Mantz, A. Tucker) - 2:49   

Dave Aguilar: Vocals, Harmonica, Percussion
Mark Loomis: Lead Guitar, Vocals
Sean Tolby: Rhythm Guitar
Bill Flores: Bass
Gary Andrijasevich: Drums
Don Bennett: Vocals ("Medication", "Let's Go, Let's Go, Let's Go")

Intrygujący, chociaż niestety mało popularny zespół Chocolate Watch Band pochodzący z San Jose z Kalifornii to kwintesencja garażowego, psychodelicznego grania ale ich historia to strach i dziwność. Grupa powstała w 1965 roku w składzie Dave Aguilar, Mark Loomis, Sean Tolby i Gary Andriyasevitch. To właśnie ta inkarnacja sprawiła, że Chocolate Watch Band zyskali reputację znakomitego zespołu rozsadzającego scenę swoją drapieżnością i surową energią. Regularne występy w obrębie Zatoki, często wraz z mało znanymi grupami z Wielkiej Brytanii powodowały wzrost popularności i wypełnione po brzegi sale co szybko doprowadziło do nagrania pierwszej płyty. 
Po jej wydaniu mniej więcej w tym samym czasie muzycy zostali przedstawieni nowatorskiemu producentowi nagrań Edowi Cobbowi. Na koncertach nadal mogli grać swoje kawałki będące mieszanką eksplozji brytyjskiej inwazji ale w studio zostali pozostawieni w rękach Cobba i to on decydował o wszystkim. 
Znamy w historii muzyki parę przypadków gdy na okładce płyty pojawia się autor piosenek i ma to mały związek z muzyką zawartą na płycie. Prasa muzyczna ukrzyżowała The Monkees gdy nagrali „Last Train to Clarksville” i „I’m a Believer” bez odpowiedniej notatki na okładce. Podobnie było z płytą „Pet Sounds” zespołu Beach Boys, gdy w rzeczywistości jest to solowy materiał Briana Wilsona. Wprawdzie zespoły zrozumiały ten krok po niewczasie i muzycy The Monkees zbuntowali się przeciw temu postępowaniu i zażądali nagrania własnej muzyki a nie odgrywania ról zespołu w programie telewizyjnym. Natomiast chłopaki z Beach Boys zrozumieli geniusz Wilsona i tylko obalili go z fotela producenta przy nagrywaniu kolejnej płyty „Smile”.
Ed Cobb mający głęboki wpływ na dziedzictwo Chocolate Watch Band napisał wiele materiału i narzucił wizję delikatnej psychodelii zespołowi, który nigdy już nie wykonał tego materiału na żywo.
Ale chłopcy dorastali i mocno utożsamiali się z Latem Miłości. Loomis odszedł z grupy i stworzył psychodeliczno folkową efemerydę The Tingle Guild a i reszta muzyków kierowała swoje spojrzenia w stronę dalszego poszerzania świadomości.
Nowa płyta „The Inner Mistique” została nagrana w 1968 roku a jedynym muzykiem z poprzedniego wcielenia grupy został Sean Tolby. Ta krótkotrwała reinkarnacja zespołu wydała zadziwiającą muzykę napisaną przez Cobba, która niewiele ma wspólnego z pierwszym wcieleniem grupy ale zadziwiająco wchodzi poprzez swoje dźwięki w obszary bezgranicznej otwartości potęgując słuchanie płyty.
Pierwsza strona lp zawiera trzy utwory będące obszarem działania producenta nagrań. „Voyage of the Trieste” to psychodeliczna raga, która podobnie jak tytułowy numer jest instrumentalną podróżą tak rzadko spotykaną na ówczesnych płytach. Dodatkowo na „The Inner Mistique” mamy uroczą melodię w której dominującym instrumentem jest flet wspomagany gitarami akustycznymi. Te dwa instrumentalne utwory przedziela numer „In The Past”, miękki, wypływający z ciemnych wód sitarowo psychodelicznej ekspresji zaśpiewany łagodnym głosem przez Dona Bennetta. W sumie ta pierwsza strona albumu jest przyjemnym, falującym przystankiem łagodnej psychodelii. Moc drugiej połowy płyty otacza nas pełną głębią narkotycznych wizji. Pięć piosenek, z czego dwie „I’m Not Like Everybody Else” oraz „It’s All Over Now, Baby Blue” są niewątpliwie klasykami garażowego grania. Już choćby dla tych tylko dwóch coverów warto zapoznać się z tą płytą. Pozostałe trzy numery zachowały młodzieńczą werwę zespołu, a dominujące kwasowe gitary dopełniły pełnego obrazu drugiej płyty. Grupa Chocolate Watch Band jest dość ekscytującym i mocnym zjawiskiem na scenie psychodelicznej, ale niestety zbyt mało docenianym. Niewiele osób wymienia ich wśród grona godnych poznania psychodelicznych zespołów. Ale jeżeli lubisz muzykę tamtych czasów to nie masz żadnych powodów aby ignorować ten zespół, więc wpisz go sobie na swoją listę i zapoznaj się z ich muzyką.








środa, 31 stycznia 2018

BOB DYLAN - Bob Dylan /1962/


01. You’re No Good 
02. Talkin’ New York 
03. In My Time of Dyin’ 
04. Man of Constant Sorrow 
05. Fixin’ to Die Blues
06. Pretty Peggy-O 
07. Highway 51 Blues
08. Gospel Plow 
09. Baby, Let Me Follow You Down 
10. House of the Rising Sun 
11. Freight Train Blues 
12. Song to Woody 
13. See That My Grave Is Kept Clean

Bob Dylan - vocals, acoustic guitar, harmonica

Bob Dylan, a właściwie Robert Allen Zimmerman urodził się 25 maja 1941 roku w Duluth w stanie Minnesota, a wychowywał się w górniczej osadzie Hibbing na pograniczu Stanów i Kanady. Wnuk fabrykanta obuwia z Odessy, syn sklepikarza nagrał ponad pięćdziesiąt płyt, skomponował wiele światowych hitów, grał w kilku filmach, wydał tom „Tarantula”, zbiory tekstów piosenek, wierszy i rysunków. Obok Presleya, The Beatles i The Rolling Stones to właśnie jego nazwisko należy wpisać do gigantów muzyki rockowej.
Zainteresowanie muzyką i poezją rozbudziła w Dylanie jego matka, Beatty Zimmerman. Mimo niezbyt spokojnego charakteru, udało się Dylanowi jakoś skończyć High School, a nawet zapisać się na uniwersytet w Minneapolis. Wytrzymał na nim tyko jeden semestr. Już w lutym 1961 roku po raz pierwszy  pojechał do Nowego Jorku z zamiarem zaczepienia się w tamtejszym środowisku muzycznym. 
O tym pobycie napisał potem piosenkę „Talkin’ New York”. „W swej włóczędze z dzikiego zachodu, opuszczając me najdroższe strony/myślałem, że wiele jeszcze czeka mnie złego i dobrego nim dotrę wreszcie do Nowego Jorku/gdzie ludzie coraz bliżej są ziemi, a budynki wciąż wznoszą się ku niebu”.
Niestety początkowo nie szło Dylanowi najlepiej. Momentem przełomowym stała się dlań wizyta u Woody Guthriego. Woody cierpiał na nieuleczalną chorobę systemu nerwowego i przebywał w szpitalu w New Jersey. Bob dowiedziawszy się o tym, odwiedził go. Tych wizyt musiało być więcej gdyż Bob w niewiarygodnie krótkim czasie przyswoił sobie znaczną część repertuaru Guthriego. Przebywając w Nowym Jorku w ciągu tych kilku miesięcy nastąpił niezwykle szybki rozwój muzyczny Dylana. Na ukształtowanie się jego stylu wokalnego największy wpływ wywarł murzyński bluesman Big Joe Williams. Dylanowi jako jednemu z nielicznych białych udało się po mistrzowsku opanować akcent, frazowanie, intonację i barwę głosu Murzynów. Jednocześnie potrafił śpiewać tak, jak czynią to biali. 
Dylan: ”Naprawdę nie potrafiłem się zdecydować, co mi się bardziej podoba-country czy blues. Więc w rezultacie stałem się mieszanką Hanka Williamsa i Woody’ego Guthriego”.
Gdy wrócił na chwilę do Minneapolis, starzy znajomi niemal go nie poznali. Nosił teraz czarną welwetową czapkę, kowbojskie buty i robotniczy kombinezon. Zafascynowany postacią wielkiego angielskiego poety Dylana Thomasa zmienił także nazwisko. I tak to Robert Zimmerman znika ze sceny wydarzeń, a pojawia się Bob Dylan.
Podczas drugiego pobytu na Wschodnim Wybrzeżu Dylan wziął udział w sesjach nagraniowych do pierwszego albumu Carolyn Hester dla Columbii. John Hammond odkrywca talentów był pod wrażeniem wyglądu oraz gry Dylana na harmonijce ustnej. Bez namysłu zaproponował Bobowi kontrakt płytowy.
W listopadzie 1961 roku Hammond i Dylan zaczęli nagrywać debiutancki album, Bob zatytułował go po prostu „Bob Dylan”. Na płycie znalazły się tylko trzy kompozycje Dylana: „Song to Woody”, „Man on the  Street” oraz „Talkin’  New York”. Dylan później twierdził, że „wtedy jeszcze uczył się języka” i „Jeszcze bał się śpiewać to co napisał”.
Album nagrano w ciągu dwóch dni. Podczas dwóch sesji Dylan zarejestrował około dwudziestu piosenek. Na płytę wybrano trzynaście utworów, głównie były to adaptacje starych bluesów często odgrzebanych z zakamarków czasu, niemal straconych i tu pojawiających się w prostych aranżach. Dylan zamieścił tu m.in. „You’re No Good” Jesse’ego Fullera, komiczną opowieść o człowieku, który wziął kobietę, ubrał ją, nakarmił, zakochał się w niej a teraz ona doprowadza go do szału: „Cierpię przez ciebie, a tobie sprawia to przyjemność/Cierpię przez ciebie, i mam ochotę umrzeć”. Bob śpiewa to mrugnięciem a całość kończy ekscytującym solem na harmonijce. „Man of Constant Sorrow” pokazuje Dylana w poruszającej nostalgii ludowej pieśni. Opowieść o opuszczeniu rodzinnego miasta, zakochaniu się, rozpaczaniu i powracaniu do domu jest znana a brak szczęśliwego zakończenia budzi emocje: „Wracam do Colorado, tam skąd przybyłem/Gdybym wiedział jak źle mnie potraktujesz, nie przyszedłbym tu nigdy”. Głos Dylana emanuje całym smutkiem i pustką miłości utraconej. A ”Highway 51” to pieśń ludowa zabarwiona bluesem, która prowadzi bohatera ku śmierci: „Jeśli zdarzy mi się umrzeć wcześniej, niż to pisane/Czyż nie na tej autostradzie moje ciało pochowacie”.
I jeszcze krótko o dwóch utworach. „House Of the Rising Sun” pieśń gospel zaśpiewana przez Boba pełnym uduchowienia głosem, którą potem The Animals na nowo zaaranżowali w trakcie brytyjskiej inwazji i „In My Time Of Dying” religijny utwór, bardziej znany z płyty „Physical Graffiti” zespołu Led Zeppelin.
Słuchając debiutu Boba Dylana wręcz czuje się jak na nowo rodzi się on podczas jego nagrywania, jego osobowość, jego ideały, jego pierwszy wielki ślad odciska swój znak na bogatej historii muzyki.





środa, 24 stycznia 2018

SKIP BIFFERTY - Skip Bifferty /1968/


01.  Money Man                              2:55
02.  Jeremy Carabine                   2:26
03.  When She Comes To Stay  2:02
04.  Guru                                          2:46
05.  Come Around                         2:49
06.  Time Track                              3:32
07.  Gas Board Under Dog         2:21
08.  Inside The Secret                  3:04
09.  Orange Lace                           2:34
10.  Planting Bad Seeds             2:04
11.  Yours For At Least 24          4:07
12.  Follow The Path Of The Stars 2:31
13.  Prince Germany The First   2:11
14.  Clearway 51                            2:19

Graham Bell - Vocals
John Turnball - Guitar
Micky Gallagher - Keyboards
Colin Gibson - Bass
Tom Jackman - Drums

To jeden z prawdziwych filarów brytyjskiej muzyki psychodelicznej. Klimat płyty „Skip Bifferty” wydanej we wrześniu 1968 roku zawiera dziwaczne piosenki splecione muzyką, która jak fale oceanu obmywa twoje stopy a chłód wody wypełnia wszelkie zmysły z niecierpliwością czekające na więcej. Takich zespołów jak Skip Bifferty w epoce psychodelicznej brytyjskiej inwazji wbrew pozorom nie jest wiele. Psychodelia z Wysp wyróżnia się odjechanymi dźwiękami, częstym fazowaniem /rozciąganiem dźwięku/, puszczaniem dźwięku od tyłu ale za to brak tu improwizacji na dużą skalę. Trzeba się przyzwyczaić do tych pachnących dźwięków siły kwiatów i rozkoszować się każdym albumem powstałym w tamtym czasie. July, Blossom Toes, Tomorrow, The End czy Five Day Week Straw People prowadzą ten sam trop co bohaterowie dzisiejszego tekstu. Kapele te zasługują na pochwały, wszystkie miały kilka niezłych chwil.
Muzyka Skip Bifferty przyniosła rodzaj chwytliwego, popowego podejścia do psychodelii.
Mamy na tej płycie podstawy stylu: dzwonkowe ornamenty, echa, fazowanie i inne efekty dźwiękowe. Również wokal został pokolorowany aby wydobyć wszelkie subtelności.
Gdy wsłuchasz się w ten zagadkowy album musisz odnaleźć ten lżejszy trend, to popowe nastawienie ale ono porwie cię w muzyczną oś czasu tych psychodelicznych dni.
Już od pierwszego utworu „Money Man” wkraczamy w świat ładnych melodii tak charakterystycznych dla lat 60-tych. Piosenki robią wrażenie radosnych pomimo tych wszystkich efektów studyjnych. Ciekawy wokal Grahama Bella dodaje tej nutki nostalgii, tej ledwie uchwytnej frazy, dzięki której słuchając płyt z tamtych lat odlatujesz w wir wspomnień i szaleństw. To była epoka!
„Skip Bifferty” jest jeszcze jednym rodzynkiem rozjaśniającym w pełnym słońcu na kwiecistej łące. A na tej łące widzę ciebie w śnieżnobiałej sukience falującej w takt wiatru unoszącego nas w przestworza ku wyśnionym pejzażom.
Piękna ballada „Orange Lace” utrzymuje ten nastrój lotu, podobnie jak inne utwory z tego albumu. Psychodeliczna energia wraz z pomysłowym refrenem wypełnia „Planting Bad Seeds” a pełna gitara brzmiąca bez ograniczeń przebija się w utworze „Time Track”. Pełen kołyszących dźwięków „Yours For At Least 24” to rhythm and bluesowy numer mający jednak zmiany tempa typowe dla psychodelii. No i znowu przebija fajna gra gitarzysty Johna Turnbulla, pełna wyczucia i taktu.

Po wydaniu debiutanckiej płyty grupa rozpoczęła pracę nad kolejnym lp. Gdy powstał już cały materiał zatytułowany „Skiptomania” wytwórnia RCA postanowiła nie przedłużać dalej umowy z zespołem. Co gorsze ich manager Don Arden wciąż traktował zespół jako grupę beatową co doprowadziło w końcu do pożegnania się z nim. Klawiszowiec Mickey Gallagher próbował jeszcze namówić na wydanie materiału Chrisa Blackwella ale nie udało się. Skip Bifferty przestał istnieć ale pozostawił po sobie naprawdę przyjemny album, kolejny wpasowany w układankę psychodelicznego kalejdoskopu.










środa, 17 stycznia 2018

ROBERT PLANT - Carry Fire /2017/


 1. The May Queen - 4:14
 2. New World... - 3:28
 3. Season's Song - 4:19
 4. Dance with You Tonight - 4:48
 5. Carving up the World Again - 3:53
 6. A Way with Words - 5:18
 7. Carry Fire - 5:25
 8. Bones of Saints - 3:46
 9. Keep It Hid - 4:07
10. Bluebirds over the Mountain (feat. Chrissie Hynde) - 4:59
11. Heaven Sent - 4:42

Robert Plant po rozpadzie Led Zeppelin w 1980 roku mógł jako starzejąca się gwiazda rocka spróbować kontynuować majestatyczną magię, którą stworzył wraz ze swoimi kolegami lub po prostu mógł przejść w inne muzyczne obszary. Co zaskakujące, jeden z największych głosów w historii muzyki rockowej postanowił odnaleźć się w różnych stylach muzycznych. 
Niezależnie od tego, czy to była współpraca z Page’em i Beckiem w efemerydzie 
The Honeydrippers, czy wspólne nagrania z ikoną muzyki bluegrassowej Alison Krauss, czy zakładając kapelę Band Of Joy, Plant nadal tworzy muzykę posiadającą wymowną płynność, która jest autentyczna i angażująca. Po udanych nagraniach trzech ostatnich płyt „Band Of Joy”, „Raising Sand” i „Lullaby and… The Ceaseless Roar” charakterystyczny głos 69-letniego piosenkarza wciąż zawiera moc i magię, by przyciągnąć uwagę słuchaczy a kolejnym świetnym tego przykładem jest najnowsze wydawnictwo zatytułowane „Carry Fire”. 
To już jedenasty solowy album muzyka a drugi, który nagrał z grupą Sensational Space Shifters. Wokalista przypomina swoim fanom, że nie zapomniał o swojej przeszłości i sprytnie wtrąca pewne odniesienia do swojego byłego zespołu. Już pierwsze utwory na płycie utrzymują klimat piątego lp Led Zeppelin, „Houses of the Holy”. 
„Widzieliśmy, że świat na zawsze się zmienia/Przez dni tańca i cudowne noce” i rzeczywiście „Dancing Days” pojawią się znowu a Plant ma swój kwiat, moc i kobietę, która wie. Operowanie przez wokalistę czarującymi krajobrazami dźwiękowymi życia i miłości umiejętnie łączy przyszłość pozostając w stałym związku z przeszłością. Plant odkrywa świat wielokulturowych dźwięków łączących formy Appalachów, Celtów i Bliskiego Wschodu ukształtowane w unikalny sposób. Jednocześnie wyznacza nową wyraźnie własną ścieżkę, bliższą ‘The Battle of Evermore” niż „Black Dog”. No właśnie „Carry Fire” może nie być dla wszystkich zadowalającym albumem. Jeśli szukasz hard rockowych riffów możesz nie znaleźć ich tutaj za wiele. Nie jest to zarzut a raczej każdego osobiste preferencje. Nie ma złej odpowiedzi, odbierz to po swojemu. Plant znalazł też swój sposób na nowe wykorzystywanie swoich walorów wokalnych. Wiadomo, że tak jak śpiewał w początkach swojej kariery teraz z wiekiem musiał sobie jakoś z tym poradzić. Otóż zrobił to wyśmienicie. Znalazł swój sposób aby tak charakterystyczny w świecie rocka wokal przerobić na nowe czasy. Głos śpiewany jest delikatnie, wyróżnia się na tle innych instrumentów. Technika nadaje mu miękkości, ciepła, intymności jakby stał za słuchaczem i cicho szeptał mu do ucha. To słychać najlepiej w transowej balladzie „A Way With Words”. Miękka barwa głosu miesza się z nieskomplikowaną melodią, wyciszone, niskie uderzenia basu pulsują ciepło w tle. Jest to nieziemski dźwięk, który daje mu możliwość, by jego głos narastał i pulsował po wrzosowych wzgórzach deszczowej wyspy. To oszałamiający utwór. To dźwięki, które pomogą przetrwać ten niespokojny czas. I taki jest nowy album Roberta Planta, który wprowadza nas w otchłanie duszy i emocjonalnie nastraja z mocą i pasją.

Potrzeba lat i sprecyzowanej  myśli twórczej aby dojść do takiego poziomu świadomości muzycznej. Być może przez długie lata nie pojawi się też nikt, kto do takiego poziomu będzie w stanie dojść.




środa, 10 stycznia 2018

THE BAND - Music From Big Pink /1968/


1.   Tears Of Rage
2.   To Kingdom Come
3.   In A Station
4.   Caledonia Mission
5.   The Weight
6.   We Can Talk
7.   Long Black Veil
8.   Chest Fever
9.   Lonesome Suzie
10.   This Wheel's On Fire
11.   I Shall Be Released

Robbie Roberston - guitars & vocals
Rick Danko - bass & vocals
Levon Helm - drums, tambourine & vocals
Garth Hudson - electronic organ, piano, clavinet & saxophone
Richard Manuel - piano, organ, drums & vocals

W wiejskim domku koło Woodstock, w stanie Nowy Jork, odbywał rekonwalescencję Bob Dylan po wypadku motocyklowym w lipcu 1966 roku. W pobliskiej West Saugerties osiedlili się muzycy, którzy towarzyszyli mu w koncertach w latach 1965-66. Wynajęli duży, różowy dom, w piwnicy zaimprowizowali studio nagraniowe. Wkrótce wśród okolicznych farmerów nie mówiło się o tym miejscu inaczej niż tam, gdzie mieszka Zespół.
Współpraca z Dylanem wkroczyła teraz w nowy etap. Dostarczony przez niego materiał wzbogacony został rozbudowanymi aranżacjami oraz oryginalną oprawą głosową. Właśnie w piwnicy Big Pink członkowie zespołu odkryli swoje możliwości wokalne. Piwniczne taśmy powstałe w ciągu kilku miesięcy 1967 roku, nie miały ujrzeć światła dziennego. Na szczęście stało się inaczej. Nagrania wykradziono z domu Dylana, a ich nielegalne wydanie zapoczątkowało trwające po dziś dzień zjawisko piractwa płytowego. Bootleg osiągnął w podziemnej dystrybucji blisko 1,5 miliona nakładu, co skłoniło wytwórnię płytową Columbia do wydania w 1975 roku podwójnego albumu zatytułowanego „The Basement Tapes”. Zainteresowanie Dylanem i jego grupą było ogromne. Ale ich drogi zaczynały się rozchodzić. On wydał ascetyczną od strony muzycznej, lecz pełną głębokich przemyśleń płytę „John Wesley Harding”. Oni-swój pierwszy longplay zatytułowany „Music From Big Pink”, po raz pierwszy firmowany nazwą The Band.
„Music From Big Pink” zawiera świeżą, pełną autentyzmu muzykę mającą silne związki z tradycją amerykańską. Folk, country, blues, soul, r&b wymieszane ze sobą ociekają brzmieniem Americana. Muzycy komponując te pieśni zbliżyli się bardzo do rdzennych utworów wypełniających prerie Ameryki. Ale trzy utwory są to kompozycje Dylana z okresu ‘The Basement Tapes”. Dwa powstały w kooperacji z Danko i Manuelem a jeden to słynna „I Shall Be Released”.
„Tears Of Rage” ma leniwy rytm, pełen patosu i nostalgii, to jakby pieśń, która ciągnie kondukt żałobny, zaśpiewana przez Richarda Manuela lirycznie a potęgowana mdłą grą Robbie Robertsona, którego gitara wydobywa zmęczone tony. „This Wheel’s On Fire” intryguje brzmieniem organ Gartha Hudsona. Wywodząca się z tradycji gospel współpraca organów i fortepianu wypycha utwór w nowy wymiar no i zamykający płytę wspomniany „I Shall Be Relaesed”-przepiękna ballada z pękniętym głosem Ricka Danko. Nic tylko wsłuchaj się w to!
Prawdziwym odkryciem tego albumu jest strona wokalna. Zmieniają się głosy solistów, harmonie wokalne uzupełniają wieloplanowe instrumentarium. Levon Helm śpiewa najbardziej spontanicznie, a silny południowy akcent zbliża go do country. Danko posiada dramatyczny głos o dużej sile emocjonalnej natomiast Manuel wydaje się być najciekawszym wokalista zespołu. Ogromna skala, zarówno dźwięków jak ekspresji oraz matowa barwa z lekką chrypką nadają jego głosowy bluesowy feeling tak umiejętnie wykorzystywany zarówno w utworach dynamicznych jak i balladach. The Band zaserwował nam utwory, które są w pełni dojrzałe, soczyste będące apoteozą jesieni gdzie wszystko dojrzewa w pełnym, wypiekającym słońcu. Posłuchaj takiej ludowej pieśni jak „The Weight”. To utwór mocno osadzony w południowych klimatach ale to utwór, który zapiera dech w piersiach. Pięknie płynie przez pustkowia Dzikiego Zachodu ogarniając góry i prerie swoim urokiem. Materiał skomponowany przez muzyków potwierdza ich umiejętności. Ogromna muzykalność, pełna integracja i jedyna w swoim rodzaju cecha tak opisana przez Robertsona: „nieustanne, równoległe prowadzenie partii solowych przez wszystkie instrumenty” cechują grupę jako jedyną, która tak tworzy. Wielką robotę robi Garth Hudson i jego gra na organach. Lekko psychodeliczne intro w „Chest Fever”, niespotykana aranżacja trwająca przez pięćdziesiąt sekund zanim fortepian Manuela wejdzie na ścieżkę potwierdza tylko majestatyczność partii organowych. Muszę przyznać, że spore wrażenie wywołuje w „Lonesome Susie” śpiew Manuela, który wyśpiewuje serce w poszukiwaniu tytułowej Susie. A i jeszcze gra Robbie Robertsona oszczędna, dyskretna czasami kąśliwa ale w pełni trzymająca całość brzmienia płyty. Czterdzieści dwie minuty trwa debiut The Band ale jest to najbardziej imponujący debiut w historii muzyki, który pokazuje nam coś naprawdę prawdziwego, coś bardzo uduchowionego i często po prostu coś bardzo pięknego.