środa, 16 sierpnia 2017

CROSBY & NASH - Graham Nash David Crosby /1972/


1.   Southbound Train
2.   Whole Cloth
3.   Blacknotes
4.   Strangers Room
5.   Where Will I Be?
6.   Page 43
7.   Frozen Smiles
8.   Games
9.   Girl to Be On My Mind
10.   The Wall Song
11.   Immigration Man

Dlaczego nie spytasz drzew, czy cię lubią? Może kłamią i udają, że rosną dla Ciebie.
Jak łatwo jest uwierzyć jeśli w nocy jest światło. Najpierw spróbuj przywołać noc, potem zimę, potem jeszcze śpiew a jak już wszystko przywołamy to można zasłuchać się w niezwykłą opowieść o słonecznych brzegach rzeki zapomnienia. W otwartych drzwiach świat pusty od nocy. I zdaje się, że on patrzy na mnie, że przyczaił się i czeka. 
Debiut połowy kwartetu Crosby Stills Nash and Young czyli płyta „Graham Nash-David Crosby” powstał  w 1972 roku gdy Stills po raz kolejny nie mógł dogadać się z Youngiem. Dwaj kumple Crosby i Nash postanowili nie zwracać uwagi na to co dzieje się u ich współpracowników i weszli do studia aby nagrać tą płytę. 
A debiut ten jest po prostu wyśmienity i smakuje jak dobre stare wino. 
Ta płyta jest jak poranna rosa o zapachu słoneczników. Osadzona głęboko w tradycji amerykańskiej muzyki wywołuje niezapomniane chwile w trakcie słuchania. Kompozycje obu muzyków robią wrażenie. Czy country rockowe „Southbound Train” Nasha, czy jazzujące „Games” Crosby’ego, to nie ma znaczenia. To świetnie gra. Pozostaje tylko dać się unieść i swobodnie otworzyć swój umysł na te dźwięki. Jak zwykle harmonie wokalne zostały doprowadzone do perfekcji i ponownie powstała płyta, która wywarła ogromny wpływ na całe pokolenie amerykańskich wykonawców. Mamy tutaj utwory muzyków, które trzymają wysoki poziom. Wędrujące po jazzowej czułości „Whole Cloth” zawsze wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Tak dobry wokal Crosby’ego tylko utwierdza mnie w tym jak bardzo lubię go słuchać. Albo „Where Will I Be?” łagodna akustyczna piosenka z ładną melodią czy nawiązujący do jego pierwszej solowej płyty a znany z występów z muzykami Grateful Dead utwór „The Wall Song”. 
O! to jest brama. Pełen niesamowitego klimatu spływający w stronę psychodelicznej drogi „The Wall Song” nie znalazł się tu przypadkowo. Duch epoki nadal jest wyraźny. 
A Nash? Jego skłonność do bardziej popowych kompozycji w ogóle nie razi. „Blacknotes” to wysiłek wokalu i fortepianu zagrany na żywo, „Strangers Room” jest bardziej rockowe wspomagane przez orkiestrę a „Frozen Smiles” prowadzi do otwartych bram serdeczności. No i „Immigration Man” autobiograficzna opowieść będąca pod wyraźnym wpływem „Ohio” Neila Younga. Wspaniały utwór kończący ten album. 
Tak sądzę, że pory roku dyktować zdjęciem przegubów, to piękna, wyśmienita taka umiejętność. My jej nie posiadamy, więc radzę, na południe wędrujmy milordzie. Szukam czarodzieja, czarodzieja, który powie:”mosty nie są już potrzebne”. 
I czarodziej był tu tylko przez chwilę ale zdążył musnąć moje myśli. Skierował mnie do lasu, do drzew. Dlaczego by nie spytać ich, czy mnie lubią? Może kłamią i udają, że rosną dla mnie.









środa, 9 sierpnia 2017

T.I.M.E. - Smooth Ball /1969/


1. Preparation G - 0:52
2. Leavin' My Home - 3:07
3. See Me As I Am - 5:46
4. I Think You'd Cry - 4:20
5. I'll Write A Song - 4:20
6. Lazy Day Blues - 1:44
7. Do You Feel It - 2:30
8. Flowers - 2:39
9. Morning Come - 10:03
10.Trust In Men Everywhere - 5:01


*Bill Richardson - Acoustic, Electric Guitars, Vocals
*Larry Byrom - Acoustic, Electric Guitars, Vocals
*Pat Couchois - Drums
*Richard Tepp - Bass Guitar,Vocals

Pochodzący z Los Angeles zespół T.I.M.E. swoje korzenie miał w garażowej kapeli o nazwie Hard Times. Bill Richardson oraz Larry Byrom byli głównymi gitarzystami grupy, która była główną miejscową atrakcją i miała zapewnione stałe występy w klubie Whisky A Go-Go. W 1966 roku Hard Times nagrali parę singli a rok później nagrali swoją jedyną płytę. Jednak gitarzysta Richardson opuścił zespół i przymierzał się do nowej formacji do której ściągnął Byroma. 
T.I.M.E. (Trust In Men Everywhere) bo tak został nazwany ten nowy zespół zadebiutował w 1968 roku płytą o tym samym tytule co nazwa grupy. Muzyka zawarta na debiucie to mieszanka psychodelii z popem, to płyta włócząca się gdzieś w okolicach The Byrds, The Hollies czy Buffalo Springfield. Już tutaj na uwagę zasługuje gra obu gitarzystów ale generalnie płyta do udanych nie należy.
Dopiero na drugiej płycie zaiskrzyło tak fenomenalnie, że nie sposób przejść obok niej obojętnie. „Smooth Ball” wydana została rok później. To jest bardzo równa i mocna pozycja z kręgu tzw. heavy psychodelic. Oczywiście mamy tutaj i nawiązania do blues rockowej tradycji („Lazy Day Blues” czy „Do You Feel It”) ale wszystko podlane ciężkim sosem gdzie na pierwszy plan wysuwają się gitary. Solówki Richardsona będące choćby ozdobą „Leavin’  My Home”, „See Me As I Am” ukazują go jako nieprzeciętnego gitarzystę. Szczególne wrażenie robi trzeci kawałek na płycie „See Me As I Am” gdzie świetnie współgra wokal Richarda Teppa z gitarą, ciekawa melodyjna psychodelia łączy się tutaj z wycieczkami gitarowymi Richardsona. 
A zaraz potem jeden z najcięższych numerów na płycie, zagrany trochę w duchu Vanilla Fudge „I Think You’d Cry”. Tutaj Hammondy wychodzące z oddali potęgują jeszcze ciężkość utworu i znowu gitara wściekle atakuje organy a wszystko to trzyma krocząca linia basu Teppa. Oczywiście nie tylko pociąg gna do przodu, czasami jest spokojniej. Ballady „Flowers” i „Trust In Men Everywhere” wyróżniają się sfuzzowanymi gitarami z tajemniczymi klawiszami splątanymi w tle. Generalnie bez wątpienia kwasowe gitary trzymają wysoki poziom tych melodii doprowadzają do punktu wrzenia w prawie dziesięciominutowym numerze „Morning Come”. To wizytówka pracy obu gitarzystów. Trzymający w napięciu utwór jest jednym z sesji jamowych zespołu, które warto usłyszeć. Para gitarzystów wybiega z pełnej gamy efektów dźwiękowych jednocześnie dbając o to aby muzyka była żywa i nie nużąca. Posłuchaj tego albumu, bo warto.
No cóż, jak to bywa po jego nagraniu zespół T.I.M.E. przestał istnieć.
Byrom wraz z perkusistą Couchois założyli nową formację Ratchell, która z początku lat 70-tych nagrała dwa albumy, następnie Byrom zajął się pracą w studio. Richardson później zarządzał teatrami w San Diego a Tepp zmarł w 2004 roku na białaczkę.
Pozostała muzyka. Ciekawa, pełna energii i fajnej melodii. I to jest kolejna pozycja z kręgu psychodelicznego rocka godna poznania do czego i Was namawiam.





środa, 2 sierpnia 2017

JERRY GARCIA - Garcia /1972/


  • Deal (Jerry Garcia / Robert Hunter)
  • Bird Song (Jerry Garcia / Robert Hunter)
  • Sugaree (Jerry Garcia / Robert Hunter)
  • Loser (Jerry Garcia / Robert Hunter)
  • Late For Supper (Jerry Garcia)
  • Spidergawd (Jerry Garcia / Bill Kreutzmann / Robert Hunter)
  • Eep Hour (Jerry Garcia / Bill Kreutzmann)
  • To Lay Me Down (Jerry Garcia / Robert Hunter)
  • An Odd Little Place (Jerry Garcia / Bill Kreutzmann)
  • The Wheel (Jerry Garcia / Robert Hunter / Bill Kreutzmann)
  • Jerry Garcia - acoustic guitar, electric guitar, pedal steel guitar, bass, piano, organ, samples, vocals
  • Bill Kreutzmann - drums
Jerry Garcia powiedział kiedyś, że „Garcia” to zbiór lekkich, pełnych optymizmu, luźnych i otwartych utworów, które nagrał na swoim pierwszym solowym albumie. Zawsze gdy słucham tej płyty to reaguje pozytywnie na czułe i pełne wrażliwości granie Jerry’ego. I to nie tylko dlatego, że jestem jego wielkim fanem, ale też dlatego, że zaszło to daleko, pokonując po drodze wiele mil by na ostatku przytulić się do wielkich krain muzycznych i spokojnie oddać się wieczornej nocy. Ten pierwszy solowy album Garcii jest dosłownie solowy. Posiadając umiejętności gry na wielu instrumentach muzyk nagrał je sam na płycie z wyjątkiem perkusji. Jest ona obsługiwana przez wesołego perkusistę Grateful Dead, Billa Kreutzmanna. Jego gra jest taka jak ma być, bez żadnego dodatkowego dźwięku. Jest tak stała i solidna, że żadne trzęsienie ziemi nie wzruszy tej rytmiki. Album ukazuje intuicyjnie wyczuwalna grę Garcii na pedal steel gitar, co właśnie tworzy niezwykły nastrój na płycie.
Chociaż mamy tu także przerywnik bardziej eksperymentalny, który w macierzystej kapeli zostanie wykorzystywany w latach 80-tych pod nazwą space.
„Garcia” została nagrana w 1972 roku i znajdujemy na niej ślady tych najbardziej optymistycznych płyt grupy Grateful Dead. A więc blisko tu do „Workingsman’s Dead” oraz „American Beauty”. Oszczędne zagrane w spokojnym tonie praktycznie wszystkie utwory cechuje taka radość. No i wokal. To zbiór utworów zaśpiewanych najlepiej przez Jerry’ego.
„Deal” zagrany w umiarkowanym tempie, lekko countrowy, podobnie jak „Loser” właśnie zwraca uwagę na wokal i grę na pedal steel gitar. No jest tu też przecież wielki „Sugaree”, który stał się wielkim klasykiem Grateful Dead. Grany na koncertach osiągał czasami i siedemnaście minut. To jedna z moich ulubionych piosenek. A jest też i „Bird Song” znany nam z płyty „Reckoning” w wersji akustycznej. Tutaj zagrany w klimacie bluesowo psychodelicznym z organami na pierwszym planie.
„Late for Supper”, „Spidergawd” oraz „Eep Hour” to podróż ku nocnej przestrzeni. To najbardziej psychodeliczna część płyty. Przetworzony fortepian, który wybucha jak supernowa i rozchodzi się łagodnie po kosmicznych wzgórzach łączy nagrane różne odgłosy otaczającego nas świata w całość. Ale to nie jest spokojne. To wychyla się z mroku by wprowadzić niepokój. Na krótko. Wspaniała partia łagodnego fortepianu przy spokojnej perkusji nagle otula nas i ochrania. Nic już nam nie grozi. Spokojne gwiazdy wirują wśród ciepłej nocy. I ta leniwa gra na gitarze doprowadzająca nas do kolejnego numeru. „To Lay Me Down” to piosenka miłosna. Otwiera ją przyjemna gra na pianinie otulonym linią basu. Wkrótce pojawia się pedal steel gitar oraz łagodne brzmienie Hammonda. Tekst jest pełen emocji. Och! Posłuchaj tej linii granej przez Jerry’ego. To samo już powoduje dreszcze. I kończy się powolnym wejściem w głębinę.
No i „The Wheel” opowiadający aby życ swoim życiem i nie bać się. Kolejny raz łagodne dźwięki prowadzą nas ku tym przestrzeniom, oddalonym o wiele mil. Ale przecież docieramy tam. W nocy. Ciekawe, czy ktoś zastanawiał się nad tym, czy noc czuje? A może tak naprawdę wcale jej nie ma, tylko my śnimy o niej.





środa, 26 lipca 2017

ERIC BURDON & THE ANIMALS - Winds Of Change /1967/


1. Winds Of Change (3:59)
2. Poem By The Sea (2:15)
3. Paint It Black (5:57)
4. The Black Plague (5:58)
5. Yes I Am Experienced (3:38)
6. San Franciscan Nights (3:18)
7. Man - Woman (5:29)
8. Hotel Hell (4:46)
9. Good Times (2:58)
10. Anything (3:19)
11. It's All Meat (2:01)

Eric Burdon: Vocals
Danny McCulloch: Bass Guitar
Barry Jenkins: Drums
Vic Briggs: Guitar, Piano, Vibes
John Weider: Guitar, Violin

Tak to jest płyta The Animals, ale już w nowym wcieleniu, w nowym składzie, który Burdon i Jenkins stworzyli. No cóż, każdy kto chce usłyszeć kontynuacje stylu rhythm and bluesowego spotka się ze sporym zaskoczeniem. 
Burdon odkrył dla siebie Kalifornię i wraz z gitarzystą Briggsem, basistą McCullochem i skrzypkiem Weiderem dotarł do Ameryki i spowodował jedną z największych zmian kierunku muzycznego.
Żegnaj R&B; Witaj psychodelic.
Wyprodukowany przez Toma Wilsona album „Winds Of Change” ukazał się w 1967 roku. Jest to prawdopodobnie jedna z największych kwasowych płyt jakie kiedykolwiek zostały nagrane. Burdon już odbył niejedną podróż w głąb siebie za sprawą popularnego halucynogenu zwanego LSD. Ta płyta to wyraźne przekształcenie świata w swoje wizje, leniwe pełne otwarcia wszystkich umysłów ku kolorowej przyszłości. Mroczne majaki przeplatane z kolorowymi snami w pełni charakteryzują „Winds Of Change”. 
Album zaczyna się od tytułowego kawałka a kończy napisem „It’s All Meat”. Jeszcze tekstowo oba utwory są hołdem dla muzycznych wzorców Burdona, ale muzyczne. Wzbogacony brzmieniem sitaru raga rockowy utwór tytułowy to hołd Erica dla idoli rockowych i bluesowych a w ostatnim zabójcze solo Briggsa skłania „It’s All Meat” w stronę hard rockowej jazdy. Niezwykły, psychodeliczny pełen kosmicznych dźwięków poemat „Poem by the Sea” wprowadza słuchacza w… To dziwna chwila, kiedy spokój oplata mój mózg, chociaż serce jeszcze trochę łopoce. To trochę jak zapowiedź świtu, coś wąskiego i ostrego co biegnie jak promyk słońca.
I kolejny udany utwór „The Black Plague” recytowany na podkładzie kościelnych chórów podobny jest dźwiękiem do „Still I’m Sad” The Yardbirds. „Yes,I am Experienced” Burdon odpowiada swojemu kumplowi, który ledwo chwilę wcześniej zadaje pytanie „Are You Experienced?”. A i muzycznie nowe wcielenie The Animals pada blisko Jimi Hendrix Experience, nawet jakbyś nie znał tytułu to skojarzyć łatwo.
W 1967 roku muzyczna scena San Francisco zaczęła się rozwijać bardzo dynamicznie. Grateful Dead czy Jefferson Airplane wywarły ogromny wpływ na Burdona. Jak mówił w wywiadach: „To jest coś niesamowitego. Jesteś obok ale jak już wejdziesz w to, to nic cię nie zatrzyma. Posłuchaj jak oni grają”. Nic dziwnego, że na płycie pojawił się swoisty hołd dla miasta miłości. „Stroboskopowych świateł blask tworzy sny, ściany drżą i umysły też, w ciepłą noc w San Francisco”. 
Kolejnym numerem ukazującym fascynacje Burdona kontrkulturą jest „Man – Woman”. Głos Erica ekscytujący i tętniący życiem, opowiada historię miłosnych uniesień mężczyzny i kobiety. Pokolenie Miłości i Pokoju dochodzi do głosu a Burdon wykrzykuje cztery słowa: „Mężczyzna – Kobieta – Pragnienie – Miłość”.
Ten utwór to jakby początek tego co wokalista robił potem z grupą War.
Autobiograficzny „Good Times” podobnie jak „Anything’ to dwie niezapomniane ballady oparte na orkiestracji.
Płyta „Winds Of Change” jest jak doświadczenie, które Burdon chce przekazać kontestującemu słuchaczowi. To obowiązkowa pozycja w dyskografii tego wielkiego pieśniarza.




środa, 19 lipca 2017

KALEIDOSCOPE - A Beacon From Mars /1968/


01 I Found Out
02 Greenwood Sidee
03 Life Will Pass You By
04 Taxim
05 Baldheaded End Of A Broom
06 Louisiana Man
07 You Don’t Love Me
08 A Beacon From Mars

David Lindley - gtr, banjo, fiddle, mandolin
Chris Darrow - bass, voc, gtr, mandolin
Solomon Feldthouse - voc, saz, bouzouki, dobro, dulcimer, vina, oud, doumbek, fiddle, gtr
Chester Crill - vioin, viola, organ, bass, piano, harmonica
                              John Vidican - drums, percussion

Kultura Wschodu zafascynowała swoją egzotyką liczną rzesze młodych ludzi w czasach kontrkultury. Filozofia, religia, sztuka wywierały piętno na kulturze zachodniej. To było coś nowego. Wielu muzyków wyruszyło do Indii by zaspokoić nowe pragnienia i doświadczać nieznanego. Medytacja dla niektórych zastępowała narkotyki i to było dobre. Poprzez nią można było doznać astralnych podróży a nawet przejść w inny wymiar. 
Oczywiście inspiracja muzyką hinduską znalazła odbicie w muzyce. Zaczęto wykorzystywać tradycyjne instrumenty hinduskie (sitar, tabla, tambura), które w połączeniu z muzyką zachodnią tworzyły ciekawy konglomerat. 
Jednym z wielkich przykładów wykorzystania wpływów wschodu jest utwór amerykańskiej grupy Kaleidoscope „Taxim”. To jedenastominutowy jam oparty na klasycznej gitarze i instrumencie strunowym szarpanym zwanym saz, gdzie nastrój utworu buduje się i buduje w coraz bardziej szalonym zakresie. 
O ja to uwielbiam! Triumfalny egzotyczny wzór Bliskiego Wschodu prowadzony przez multiinstrumentalistę Feldthouse’a, zmysłowo otwiera księżycowe haremy. 
Płyta na której znajduje się ten numer zatytułowana jest „A Beacon From Mars” i została nagrana przez Kaleidoscope w 1968 roku. 
Sukces debiutanckiej płyty ustawił Kaleidoscope wśród czołowych zespołów psychodelicznego grania. „Side Trips” zawiera muzykę zróżnicowaną i wykonaną na najwyższym poziomie. 
Nic dziwnego, że drugi lp grupy oczekiwany był z niecierpliwością. Bez wątpienia wielką zaletą zespołu jest wykorzystywanie w swoich nagraniach dużej ilości różnych instrumentów. Celuje w tym Solomon Feldthouse grający na: buzuki, saz, dobro, dumbek, dulcimer, skrzypcach i klarnecie. I to w połączeniu z gitarami i perkusją daje fantastyczny efekt brzmieniowy.
„A Beacon From Mars” jest płytą, która nie zawodzi fanów mistrzowskiej psychodelii. Dwa dłuższe utwory, wspomniany już „Taxim” oraz tytułowy, nagrane zostały na żywo w studio. Darrow: „Po nagraniu pierwszej płyty chcieliśmy mieć innego producenta nagrań. Wiesz, pierwszy lp jest świetny, zróżnicowany ale nie oddaje tego co robiliśmy na koncertach. Dlatego zdecydowaliśmy się zagrać utwory ponad dziesięciominutowe i pokazać je na płycie tak jak na koncertach”. 
Epicki „A Beacon From Mars” fascynuje od początku. Już pierwsze takty tego numeru przywołują duchy przeszłości. To się dzieje, atmosfera wypełnia ten blues rockowy kawałek gęstą cieczą. Wszystko powoli narasta i doprowadza do kosmicznej pustki. I ten dźwięk smyczka na gitarze. Darrow: „Zawsze staraliśmy się tworzyć nowe rzeczy. Wszyscy graliśmy na skrzypcach, więc siłą rzeczy, czemu nie spróbować zagrać smyczkiem na gitarze? Wiem , że Plant i Page byli na naszym koncercie w Avalon i widzieli to. Page później mówił o inspiracji grą Davida”. 
Bez wątpienia te dwa utwory już stawiają płytę na piedestale psychodelii. Ale „I Found Out” który mógłby być zagrany przez The Byrds, tylko mnogość instrumentów wykorzystanych przez muzyków Kaleidoscope wywyższa ten numer. Wokal Feldthouse’a ciągnie ten utwór od Appalachów w stronę folkowej tradycji. 
Mordercza ballada „Greenwood Sidee” opowiada o życiu, śmierci i duchach. Świetne współbrzmienie skrzypiec z …kobzą nawraca nas do nawiedzonego miejsca pełnego pułapek. Kolejne utwory przynoszą nam pełne zróżnicowanie muzyki. 
Folk, country, blues i psychodeliczne dźwięki wypełniają płytę „A Beacon From Mars”. Szalone dźwięki mandoliny w „Life Will Pass By You” czy bluesowe z Delty Mississippi w „Louisiana Man” ilustrują sielskie życie, powolne i stałe. Drugi album grupy to długa podróż psychodelicznego rocka ukazująca legendarny eklektyzm Kaleidoscope oraz bezstronną muzykę.
Kaleidoscope jest jedną z najwybitniejszych grup swoich czasów a płyta „A Beacon From Mars” należy do największych osiągnięć amerykańskiej psychodelii.





środa, 12 lipca 2017

THE IDLE RACE - Birthday Party /1968/


1. Skeleton and the Roundabout
2. Happy Birthday
3. Birthday
4. I Like My Toys
5. Morning Sunshine
6. Follow Me, Follow
7. Sitting in My Tree
8. On With the Show
9. Lucky Man
10. Mrs. Ward
11. Pie in the Sky
12. The Lady Who Said She Could Fly
13. End of the Road

Jeff Lynne - vocal, guitar & piano
Greg Masters - bass guitar, vocal
Dave Pritchard - guitar, vocal
Roger Spencer - drums, vocal

Liverpool dziś – Birmingham jutro tak brytyjska prasa muzyczna głosiła w połowie lat sześćdziesiątych. 
The Beatles mający już wielką sławę umocnił się na swej pierwszej pozycji ale tuż za nim powstawało wiele utalentowanych grup. Birmingham powoli stawał się znaczącym miastem na angielskiej scenie muzycznej. 
The Moody Blues, The Move czy Locomotive na stałe wpisały się w obraz tego miasta. A dodać jeszcze możemy Andwella’s Dream czy Mike Sheridan & The Nightriders albo Keitha Westa i mamy niezły zalążek sceny birminghamskiej. 
No właśnie, gdy The Nightriders opuścił jego lider Mike Sheridan do pozostałych muzyków dołączył Jeff Lynne i powstał nowy zespół nazwany z początku The Idyll Race aby po paru dniach przekształcić się na The Idle Race. 
Już pierwsza płyta wydana w październiku 1968 roku namieszała na rynku choć wpływ The Beatles jest tu wyraźny. „The Birthday Party” to trzynaście piosenek charakteryzujących się skomplikowanymi aranżacjami, pewnymi harmoniami wokalnymi a także nadającymi poczucie uczestnictwa w wielkim przyjęciu urodzinowym. To kolekcja utworów oferująca wyraźnie brytyjską mieszankę stylów, w tym music hallowe („Lucky Man”), klasycyzujące wzbogacone orkiestracją („Birthday” czy „ The Lady Who Said She Could Fly”, utwory te zwiastują przyszłe projekty The Move i ELO) czy mające psychodeliczne podłoże („Morning Sunshine”). Oczywiście specyficzny humor brytyjskie nie jest obcy chłopakom z The Idle Race. „Skeleton and the Roundabout” śmiało mógłby powstać w trupie Monty Pythona i to muzycznie i tekstowo. Psychodeliczna zabawka, która ukazała się na singlu. 
Nie brakuje na płycie również zagrywek gitarowych w których prym wiedzie Lynne. Ciekawe efekty gitarowe znalazły zastosowanie w „I Like My Toys” a gitara rytmiczna Pritcharda w „Pie In the Sky” doprowadziła tę piosenkę w jedną z najlepszych na tym albumie. Nie sposób tez przejść obojętnie obok pięknej melodii w kompozycji „On with the Show”. The Idle Race swoim debiutem stworzyli jedną z najlepszych psychodeliczno popowych płyt powstałych na Wyspach Brytyjskich. 
Fascynacja Lynne’a The Beatles lekko daje się wyczuć ale specyfika angielskiej sceny muzycznej nie czyni z tego naśladownictwa. Pozostali muzycy bardzo dobrze wpasowali się w klimat płyty, grupa wykorzystuje wiele instrumentów, aby uzyskać perfekcyjny dźwięk. Od pierwszego utworu rozpoczyna się popowe szaleństwo, które kończy się wraz z końcem płyty. Po nagraniu jeszcze jednej płyty Jeff  Lynne opuszcza grupę by na chwilę zakotwiczyć w The Move aby potem stworzyć swoją wielką miłość jaką była grupa Electric Light Orchestra.







środa, 5 lipca 2017

GRATEFUL DEAD - Infrared Roses /1991/


  • Crowd Sculpture (Bob Bralove)
  • Parallelogram (Mickey Hart / Bill Kreutzmann)
  • Little Nemo In Nightland (Jerry Garcia / Phil Lesh / Bob Weir / Bob Bralove)
  • Riverside Rhapsody (Jerry Garcia / Mickey Hart / Bill Kreutzmann / Phil Lesh / Brent Mydland / Bob Weir)
  • Post-Modern Highrise Table Top Stomp (Jerry Garcia / Willie Green III / Mickey Hart / Bill Kreutzmann / Phil Lesh / Brent Mydland / Bob Weir)
  • Infrared Roses (Jerry Garcia / Phil Lesh / Brent Mydland / Bob Weir / Bob Bralove)
  • Silver Apples Of The Moon (Bruce Hornsby / Vince Welnick)
  • Speaking In Swords (Mickey Hart / Bill Kreutzmann / Bob Bralove)
  • Magnesium Night Light (Jerry Garcia / Phil Lesh / Brent Mydland / Bob Weir)
  • Sparrow Hawk Row (Jerry Garcia / Mickey Hart / Dan Healy / Bill Kreutzmann / Phil Lesh / Brent Mydland / Bob Weir / Bob Bralove)
  • River Of Nine Sorrows (Mickey Hart / Bill Kreutzmann / Bob Bralove)
  • Apollo At The Ritz (Jerry Garcia / Mickey Hart / Bill Kreutzmann / Phil Lesh / Branford Marsalis / Brent Mydland / Bob Weir)
  • Jerry Garcia - guitar, electronic percussion, synthesizer
  • Bruce Hornsby - piano, synthesizer
  • Mickey Hart - trap drums, beast, beam, electronic percussion, talking drum
  • Bill Kreutzmann - trap drums, tibales, electronic percussion, toms, synthesizer
  • Phil Lesh - bass, synthesizer
  • Brent Mydland - keyboards, midi keyboard, synthesizer
  • Bob Weir - guitar, midi guitar, synthesizer
  • Vince Welnick - synthesizer
Jeśli myślisz, że znasz muzykę Grateful Dead a nie znasz „Infrared Roses”, to nic nie wiesz o muzyce Grateful Dead.
„Infrared Roses” jest kompilacyjnym live albumem, który ukazuje magię występów zespołu i doprowadza słuchaczy do stanu bliskiemu podświadomego wnikania w życie w kosmicznym jestestwie. To jest kolaż dźwiękowy, nie ma tu piosenek tylko nieskończone jammy. To są wycięte z różnych koncertów z lat 1989-1990 struktury utworów nazwane „drums/space”. Jest tylko jedno krótkie spojrzenie na rozpoznawalny utwór. To pięć sekund cody z utworu „Uncle John’s Band” poprzedzającego numer zatytułowany „Riverside Rhaphsody”.
Jestem wielkim fanem tej płyty. 
To śmiałe, relaksujące i nieskończenie atmosferyczne nagrania. 
Całość rozpoczyna się odgłosami z parkingu przed halą w której odbędzie się koncert Grateful Dead. I tak jest przed każdym koncertem. Następnie mamy pięciominutową bitwę perkusistów Kreutzmanna i Harta, to jak wprowadzenie w nierzeczywisty świat, pełen dziwnych wielokarich milionookich potworów ukrytych we wszystkich swych jaźniach. Podróż wśród niezbadanych głębin gdzie dziwne dźwięki wielorybów docierają do nas za sprawą gry Garcii i Weira usłyszymy w kolejnym utworze „Little Nemo In Nightland”. A potem następuje relaksująca aura za sprawą klawiszy Mydlanda, które snują opowieść o bezkresnej nocnej podróży przez pustynię. Wszystko to doprowadza do kolejnego spotu duetu Kreutzmann-Hart. Jednak tym razem walka ta powoli obejmuje pozostałych muzyków. To jest muzyka jakby do filmu w którym zabójca śledzi swoją ofiarę. Bardzo niepokojąca i ….
Uwaga nie słuchaj jej na kwasie!!! Możesz odlecieć na zawsze.
Subtelne, kojące a jednak gdzieś z tyłu potęgujące niepokój dźwięki wydobywane przez Bruce’a Hornsby’ego (po śmierci Mydlanda, Hornsby dał kilkanaście koncertów z zespołem Grateful Dead) i jego fortepian wypełniają kolejny utwór na płycie. 
„Silver Apples of the Moon” jest drogą, która doprowadza do  przestrzeni pomiędzy ciszą a kosmosem. Na płycie mamy jeszcze dwa numery w których główne role grają perkusiści. „Speaking In Swords” jest zagrany na elektronicznych perkusjach a „River of Nine Borrows” zabiera nas w mrok wietnamskiej dżungli. Gwizdki, konga, tam tamy i podobne dźwięki nie zostawiają nam złudzeń, gdzie się znajdujemy. Płyta kończy się ośmiominutowym utworem „Apollo At the Ritz” z obłąkańczym solem na saksofonie Brandforda Marsalisa ale i zespół pokazuje tutaj swoją potęgę. Może ten utwór nie do końca pasuje na tę płytę. No cóż, to jest ostra jazda, podróż na druga stronę tęczy więc, dlaczego nie.
Płyta „Infrared Roses” ukazuje inne oblicze grupy Grateful Dead ale fani są przyzwyczajeni do takiego grania. Psychodeliczna jazda towarzyszy zespołowi od początku kariery i nie ważne czy jest to „Workingman's Dead” czy „Blues From Allah”. To jest cały czas ten sam zespół z muzykami technicznie sprawnymi i posiadającymi olbrzymią wyobraźnie muzyczną. Trudno sobie wyobrazić, a jednak dziesiątki tysięcy fanów na całym świecie podążały za Grateful Dead lojalnie wspierając grupę w tej podróży. Wszystko skończyło się 9 sierpnia 1995 roku gdy zmarł Jerry Garcia.
Oczywiście pozostali muzycy występują nadal pod różnymi nazwami: The Other One, Furthur, Phil Lesh and Friends czy The Dead ale to już nie to samo.
Na szczęście wydawane są przez cały czas płyty z koncertowymi nagraniami grupy Grateful Dead i to Nas Deadheadów trzyma przy życiu.