środa, 26 kwietnia 2017

ERIC BURDON AND THE ANIMALS - The Twain Shall Meet /1968/


1. Monterey 4:18
2. Just the Thought 3:47
3. Closer to the Truth 4:31
4. No Self Pity 4:50
5. Orange and Red Beams 3:45
6. Sky Pilot 7:27
7. We Love You Lil 6:48
8. All Is One 7:45

Eric Burdon - vocals
John Weider - guitar, violin
Vic Briggs - guitar
Danny McCulloch - bass, vocals on "Orange and Red Beams"
Barry Jenkins - drums

Pewnego weekendu 16-18 czerwca 1967 roku ponad 200 tysięcy młodych ludzi udało się do Monterey, małego nadmorskiego miasteczka niedaleko San Francisco by przeżyć coś niezwykłego. To był początek „Lata Miłości”, początek nowej formy muzycznej, nowego rodzaju zgromadzeń, początek ruchu politycznego i duchowego. Monterey Pop Festiwal było wydarzeniem, które zmieniło nasz świat od wewnątrz, poprzez nasze uszy, oczy i umysły stworzyło nową kulturę i ukierunkowało ją na przyszłość. Ten niezwykły festiwal odbył się pod hasłem „Muzyka, miłość i kwiaty” 
a hasło to rozlało się po całych Stanach tego pamiętnego lata 1967 roku. 
Na festiwalu wystąpiło 31 grup i solistów a Janis Joplin, Jimi Hendrix i Otis Redding uzyskali po nim status supergwiazdy. Potrafili oni najpełniej wyrazić swoją muzyką ducha czasów i uczynili ze swoich występów magiczny przekaz prowadzący prosto w kosmiczne przestrzenie. Innym wykonawcą, który także potrafił to uczynić był Hindus Ravi Shankar ze swoim zespołem.
Płyta grupy Eric Burdon and The Animals, „The Twain Shall Meet” została wydana w 1968 roku a otwiera ją swoisty hołd jaki Burdon złożył właśnie festiwalowi w Monterey.
Utwór „Monterey” doskonale oddaje ducha tego co stało się pewnego letniego weekendu 1967 roku. Rozpoczyna go delikatne wejście sitaru, jakby powolne rozpalanie świateł na scenie, jeszcze nie ma wykonawców ale już dźwięk nadlatuje. Po tym delikatnym wstępie następuje wybuch blues rockowy z basem przesuwającym się po liniach pełnych kwasowatości. 
Burdon śpiewa: „Ludzie przychodzili i słuchali/niektórzy przychodzili i bawili się/inni dawali kwiaty/w Monterey”. 
A potem pokazuje narodziny nowych Bogów: ”The Byrds i Airplane latały/Och, muzyka Ravi Shankara sprawiła, że płakałem/The Who wybuchł w ogniu/muzyka Hugh Maskeli była czarna jak noc/The Grateful Dead rozpalili umysły/Jimi Hendrix , kochanie, uwierz mi, poprowadzi świat w ogniu/dziesięć tysięcy elektrycznych gitar eksplodowało/w Monterey”.
 Utwór „Monterey” przechodzi gładko w „Just the Thought”, który snuje się jak niczym nie powstrzymywane strumienie świadomości. To jest głęboka podróż w krainę LSD. Rozmyte kolory w postaci wokalu Burdona doprowadzają do nierzeczywistych obrazów teraźniejszości. „Closer to the Truth” to znowuż czarny blues z delty Mississippi a kolejne dwa numery tylko potęgują ociekające psychodelią klimaty. „No Self Pity” to raga-rock malujący w oparach haszyszu budzący się świt i kończący pierwszą stronę lp utwór „Orange and Red Beams” zaśpiewany przez basistę zespołu Danny McCullocha ze świetnie zaaranżowanymi orkiestralnymi akcentami.
„Sky Pilot” otwierający drugą stronę płyty jest anty-wojenną pieśnią , pełną podróży do otwartych wrót kosmosu. Instrumentalny „We Love You Lil” jest kolejną drogą snującą się po cienkiej linii w narkotycznej podróży. Fajnie, spowalniająco zagrana solówka gitarowa Vica Briggsa wciąga rozkosznie odrętwiały Twój umysł słuchaczu w klimat tego utworu.
Całość kończy hinduski hipnotyczny „All Is One”, koniec bycia na haju? Zjazd w dół?
No cóż, rzeczywistość nie jest przyjemna po tęczowej podróży.
Ten album został nagrany z nowymi The Animals, podobnie jak dwie poprzednie płyty.
Urok jaki wywarło na Burdonie, Lato Miłości został udokumentowany czterema albumami.
Dwa już opisałem, na kolejne dwa przyjdzie niebawem czas.




 


środa, 19 kwietnia 2017

HEARTS AND FLOWERS - Of Horses, Kids And Forgotten Women /1968/


A1   Now Is The Time For Hearts And Flowers      1:25
A2   Highway In The Wind      4:05
A3   Second-Hand Sundown Queen      3:25
A4   She Sang Hymns Out Of Tune      3:04
A5   Ode To A Tin Angel      4:30
B1   When I Was A Cowboy      3:33
B2   Legend Of Ol' Tenbrookes      3:07
B3   Colour Your Daytime      3:55
B4   Two Little Boys      2:55
B5   Extra, Extra / Rock And Roll Gypsies / Extra Extra      3:50

Larry Murray - gtr,voc
Dave Dawson - autoharp,voc
Bernie Leadon - banjo/gtr

Hearts and Flowers jest folk rockową kapelą pochodzącą z Los Angeles i jest to prawdopodobnie najbardziej znany zespół gitarzysty i jednego z założycieli grupy The Eagles, Bernie Leadona. Muzycy Hearts and Flowers spotykali się w trakcie całonocnych folkowych jam session w klubie The Troubadour. Najpierw Rick Cunha i Dave Dawson występowali jako duet a potem dołączał do nich Larry Murray.
Murray:”Brzmieliśmy bardzo dziwnie, mieliśmy taki unikatowy drive. Słuchając nas spotykałeś się z tradycyjną piosenką, starą folkową pieśnią, muzyką hillbilly. To stało się podstawą tego co potem robiliśmy.”
Lokalne występy zespołu przyniosły mu sławę i przyczyniły się do wielu naśladowców stylu grupy. Pozwoliło to na rozwój kolejnej gałęzi muzyki rockowej. Otóż połączenie jej z country doprowadziło do powstania stylu country rock.
W 1966 roku zespół Hearts and Flowers podpisał kontrakt płytowy z odłamem Capitol Records, Folk World. 
Nagrywając swój pierwszy album skierował się bardziej ku muzyce folkowej a trzem muzykom towarzyszyli sesyjny pomagacze (m.in. Terry Paul /Kris Kristofferson/, Pete Carr/The Hor Glass/, Karen Carpenter/The Carpenters/).
Jednak po nagraniu tej płyty napięcia w zespole dały znać o sobie i jesienią 1967 roku Cunha opuścił grupę zajmując się pisaniem utworów country oraz produkcją.
Leadon zastąpił Cunhę na drugiej płycie, która została nagrana w 1968 roku.
Wcześniej ten muzyk występował w zespole Scottsville Squirrel Barkers, grupie bluegrassowej pochodzącej z San Diego odpowiedzialnej za rozpoczęcie kariery takich muzyków jak: Chris Hilman (The Byrds, Flying Burrito Brothers, Manassas) i Kenny Wertz (Flying Burrito Brothers, Country Gazette).
„Of Horses, Kids and Forgotten Women” jest drugą i finalną płytą grupy, która po jej nagraniu rozpadła się. Płyta zaskakuje świeżym dźwiękiem, pełnym anielskich harmonii, niezwykłym wykorzystaniu instrumentów ludowych i pełnym słońca klimatem, który wprowadza nas w świat młodzieńczych, nostalgicznych lat. Pamiętasz swoją pierwsza miłość? Tę długowłosą, szczupłą dziewczynę z lekko zadartym noskiem i trzema piegami na policzkach, która przechodziła przez ulicę w zwiewnej sukience w tęczowe kwiaty. Albo idąc razem trzymając się za ręce i wszystko stawało się prostsze. Wystarczył jeden uśmiech abym słońce przyniósł jej 
i pierwszych kwiatów biały płaszcz. To właśnie taka jest ta płyta. Pełna radosnych chwil i wspomnień.
Dźwięki wydobywające się z tego lp są proste ale szerokie harmonie wspaniale łączą się z rockowymi uczuciami i instrumentami. Niebagatelną rolę odgrywają aranżacyjne partie orkiestrowe. Jest tu cover Arlo Guthriego „Higway in the Wind” gdzie struny gitar pozostają unoszące się w niesamowitej kolorowej głębi, jest też utwór Jesie Lee Kincaida „She Sang Hymns Out Of Tune” w ciekawej aranżacji, jest wreszcie mój ulubiony „Colour Your Daytime” z pięknym wykorzystaniem klawesynu.
Pozostałe utwory „Second Hand Sundown Queen”, „When I Was A Cowboy”, „Legend Of Ol’ Tenbrookes” czy piękny „Extra,Extra/Medley” to klasyczne, wczesne country rockowe piosenki, które zdecydowanie przetrwały próbę czasu i nadal przyjemnie się je słucha.
Wielowarstwowa epopeja psychodeliczna w utworze „Ode To A Tin Angel” pokazuje, że Hearts and Flowers uwielbiali styl Americana.
I to tyle.
Leadon opuścił grupę i związał się z zespołem Dillard & Clark, Murray nagrał solowy lp a następnie zajął się produkcją a Dawson został mechanikiem samochodowym.








środa, 12 kwietnia 2017

BENT WIND - Sussex /1969/


1   Touch of Red 4:10
2    Riverside 6:13
3   The Lions 3:38
4   Gong to the City 2:51
5   Hate 4:02
6   Look at Love 5:23
7   Mistify 3:14
8   Scared Cows 5:29


Gerry Gibas - guitar, voc
Marty Roth - guitar, voc
Pelaia Sebastian - bass
Eddie Thomas - drums


Sussex Avenue jest ulicą śródmiejską wybiegającą z alei Spadina w Toronto. W marcu 1969 roku większość domów na tej ulicy zajmowała miejscowa hipisowska bohema wynajmująca pokoje lub mieszkania. Prawie w każdej z kamienic działał jakiś zespół 
i idąc ulicą dochodziły do nas różne dźwięki powstającej muzyki. Wydawało się, że wszyscy się znają, a niektóre postacie mieszkające na Sussex Avenue pozostały żywą legendą tamtych lat.
Oczywiście w jednym z takich domów, gdzieś w piwnicy próby odbywał zespół, którego płyta okrzyknięta została Świętym Graalem kanadyjskiego rocka psychodelicznego. 
Czterech muzyków Gerry Gibas, Marty Roth, Sebastian Palaia oraz Eddie Thomas powołało do życia zespół, który nazwali Bent Wind. Oczywiście jak to w tamtych czasach było chłopaki oprócz grania zajmowali się również poszerzaniem swoich świadomości oraz odbyli niejedną podróż w kosmiczne przestrzenie. 
M.Roth tak wspomina ten okres: „Razem z moją przyjaciółką prowadziłem mały sklepik na rogu Sussex i czasami dochodziły do nas dziwne dźwięki spod numeru 57. Jak się okazało mój bliski przyjaciel ze szkoły G.Gibas montował zespół pod 57 a ja trochę grałem i pisałem jakieś numery więc poszedłem tam na próbę. Tam spotkałem innych kumpli ze szkoły. Chłopaki młócili jakiś numer a Sebastian (Palaia) stojący gdzieś tam w kącie i grający na basie, śpiewał „In A Godda Da Vida, honey!””.
Mała wytwórnia płytowa Trend Records, której studio mieściło się w West Hill w Toronto zaproponowała muzykom nagranie płyty. Właściciel wytwórni Merv Buchanan tak wspomina spotkanie z zespołem: „ Na początku roku organizowałem festiwal muzyki pop dla lokalnych zespołów z Toronto. Każdy z nich miał około godziny do zagrania ale Bent Wind rozpoczynali jako pierwsi i wiadomo, zanim wszystko zaczęło sprawnie działać to już uciekło 45 minut z grania. Grupa zagrała przez piętnaście minut z takim wykopem i czadem, że już potem nic nie chciało mi się słuchać.” Buchanan zaproponował chłopakom nagranie płyty i udostępnił swoje studio nagraniowe.
Album „Sussex” ukazał się w 1969 roku, niestety wydany został w niewielkiej ilości egzemplarzy i jak wiele płyt z tamtych lat przepadł gdzieś w otchłaniach kosmosu.
No dobrze, dzięki reedycji na kompakcie możemy zapoznać się z tym oryginalnie prawie niedostępnym albumem.
„Sussex” jest płytą gdzie psychodeliczną atmosferę buduje gęsto grająca sekcja rytmiczna a całość uatrakcyjniają solówki gitarowe Gibasa, które praktycznie ciągnął się od pierwszych sekund płyty do końca. Ostre garażowe, hard rockowe utwory wypełniają ten album i jeśli w pełni wejdziesz w ten klimat to zagłębisz się w wieczny trans ognia bez nadziei.
„Riverside” czy „Going to the City” to ciekawie zaaranżowane numery z w miarę spokojnym wokalem dzięki czemu nie ma tylu zgrzytów, ale w tle za to lecą pod kopytami demonicznych koni, które drżą w obliczu śmierci niesamowite sola gitarowe. I taka jest ta płyta.

Hard rock, blues oblane psychodelicznym sosem tworzą ten zapomniany lp. zapomnianej kapeli z Kanady, Bent Wind.




środa, 5 kwietnia 2017

GRATEFUL DEAD - In the Dark /1987/


01. Touch Of Grey 
02. Hell In A Bucket 
03. When Push Comes To Shove 
04. West L.A. Fadeway 
05. Tons Of Steel 
06. Throwing Stones 
07. Black Muddy River

  • Jerry Garcia - guitar, vocals
  • Mickey Hart - drums
  • Bill Kreutzmann - drums
  • Phil Lesh - bass
  • Brent Mydland - keyboards, vocals
  • Bob Weir - guitar, vocals
„In the Dark” jest kolejnym albumem studyjnym Grateful Dead, który ukazał się dopiero po siedmiu latach od wydania poprzedniej płyty. Jest to come back w wielkim stylu na wielu płaszczyznach. To jest powrót grupy do stylu najsłynniejszych albumów jakie Grateful Dead nagrało w latach siedemdziesiątych. Nieoczekiwanie dla samych muzyków płyta ta wywędrowała na szóste miejsce listy albumów Bilboardu, co uczyniło z „In the Dark” najbardziej prestiżowym albumem w długiej karierze grupy. Ponadto płyta pojawiła się, gdy gitarzysta i główny frontman Grateful Dead, Jerry Garcia miał poważne problemy ze zdrowiem. Rok wcześniej muzyk stracił prawie życie, kiedy przez kilka dni przebywał w cukrzycowej śpiączce. Choć przeżył ten incydent, to spowodował on pewne zaburzenia w jego grze i Garcia musiał ponownie nauczyć się wielu swoich technik gitarowych.
Płyta została nagrana w niezwykły sposób. Grupa ciągle koncertowała i przez te siedem lat w trakcie których nie wydano płyty studyjnej nazbierało się materiału na nowy lp. Muzycy postanowili nagrywać te nowe utwory na żywo w pustej i zaciemnionej sali Marin Veterans Audytorium. Proces ten dał tytuł płycie i pomógł grupie osiągnąć bardziej autentyczny dźwięk. Później w studio dokonano tylko kilku korekt i dograno parę rzeczy.
Dźwięk zespołu w latach osiemdziesiątych był wyjątkowy. Za sprawą Brenta Mydlanda i jego gry na organach, brzmieniowo zespół nawiązał do ery psychodelicznej.
Płyta zaczyna się od najbardziej znanego utworu „Touch Of Grey”, jednej z czterech kompozycji duetu Garcia-Hunter. Ta piosenka stała się pierwszym i jedynym hitem w ich trzydziestoletniej karierze! Na koncertach utwór ten grany był już od 1982 roku, a Garcia śpiewał szczery tekst swojego starego współpracownika Huntera:”Oh,well a touch of grey, kinda suits you anyway, that’s all I’ve got to say, it’s Albright.”(„Lata lecą, włos siwieje, nic nie wskórasz, tak się dzieje, jest, jak jest”). Radosnemu refrenowi zespołu: „I will survive”(”Przetrwamy”) publiczność odpowiadała: „We will survive”(„A my z wami”). Grateful Dead namówiono nawet do nagrania wideoklipu, który zaprezentowany w MTV przysporzył grupie nowe pokolenie fanów. Lakoniczny Garcia oświadczył, że „zamurowało go” w obliczu takiej sławy. 
W podobnym relaksującym klimacie jest „When Push Comes to Shove” z świetnym rytmem napędzanym przez obu perkusistów, bluesowy pamięci Johna Belushiego „West LA Fadeaway” i fantastyczna ballada „Black Muddy River” nawiązująca do największych utworów grupy. Ale nie tylko Garcia wymyślił najlepsze piosenki od lat. Weir po raz kolejny daje nam niesamowitego rockera w postaci „Hell In a Bucket” z melodyjnym haczykiem granym przez wszystkich muzyków. Zwłaszcza Garcia i Lesh są ozdobą tego utworu. „Throwing Stones” to jeden z ulubionych kawałków zespołu granych na żywo, znowu z niesamowitą gitarą Jerry’ego.
No cóż, jak posłuchamy „In the Dark” to przede wszystkim uderza nas dźwięk oraz to jak dobrze bawią się muzycy nagrywając studyjny album. Album dodajmy nie mający nic wspólnego z dźwiękami z lat 80-tych, które zdominowały epokę i zrujnowały niejedną płytę nagraną w tamtym okresie.
Grateful Dead dostarczył nam jeden z najlepszych lp w czasie, gdy nawet fani grupy cieszyli się tylko koncertami nie czekając już na nic nowego ze studia.
A to, że po trzydziestu latach „In the Dark” nadal brzmi świeżo i klasycznie świadczy tylko o wielkości tej płyty.  





środa, 29 marca 2017

THE BYRDS - Fifth Dimension /1966/

                     

1) 5D (Fifth Dimension) 
2) Wild Mountain Thyme 
3) Mr. Spaceman 
4) I See You 
5) What's Happening 
6) I Come And Stand At Every Door 
7) Eight Miles High 
8) Hey Joe 
9) Captain Soul 
10) John Riley
11) 2-4-2 Fox Trot (The Lear Jet Song)

Jim McGuinn-lead guitar,vocals
David Crosby-rhythm guitar,vocals
Chris Hillman-bass,vocals
Michael Clarke-drums

W opublikowanej w roku 1910 książce „Cowboy Songs and other Frontier Ballads” J.A.Lomax i A.Lomax zamieścili przykłady kilkudziesięciu odkrytych przez siebie oryginalnych piosenek ludowych Ameryki. I tak szukając źródeł amerykańskiej folkowej pieśni można stwierdzić, że jest to zbiór różnych utworów wśród których znajdują się stare szkockie, angielskie i irlandzkie piosenki ludowe a także utwory powstałe już w Nowym Świecie, i to zarówno wśród białych, jak i czarnych mieszkańców Ameryki. 
Na początku lat sześćdziesiątych muzyka folkowa rozpoczęła swój marsz przez Stany i powoli zyskiwała coraz większe zainteresowanie. Nagle na scenie folkowej pojawił się Bob Dylan, już za chwilę okrzykniętym swoistym guru. Ale niepokorna dusza Dylana długo nie pozwalała mu tkwić w czystej folkowej formie. Powoli rozpoczynał filtr z muzyką rockową. Tam gdzie Dylan się zatrzymał pojawił się zespół, który łącząc muzykę folkową z rockową dał podwaliny pod nowy styl muzyczny zwany folk rockiem. 
The Byrds bo o nim to mowa powstał w Kalifornii w 1964 roku. Dwa pierwsze albumy grupy zdefiniowały gatunek muzyczny folk rock i stały się kanonem muzycznym. Trzeci lp „Fifth Dimension” został nagrany po odejściu jednego z założycieli grupy, Gene’a Clarka i jest to krok w stronę psychodelicznego rocka. Stery nad grupa przejęli Crosby i McGuinn i to oni napisali większość materiału na ten album. 
Jednak ostatnim akordem Clarka była kompozycja słusznie uznawana za jeden z największych utworów lat 60-tych. 
Chodzi o „Eight Miles High”–ostatni i największy wkład Gene Clarka do zespołu. 
To wspaniała rzecz. Dziwne harmonie płynące z tego numeru czynią go jedną z najbardziej psychodelicznych piosenek a gitarę McGuinna porównałbym do rozpryskanych notatek w arkuszach dźwiękowych Johna Coltarne’a. I chociaż ta solówka przyciąga uwagę to pochwały za ten numer zbiera cały zespół. Michael Clark chciał aby to brzmiało bardziej rockowo niż folkowo. I tak jest! Reszta grupy zagrała doskonale i wyszła z tego jedna z najlepszych kompozycji, zagranych bardzo spójnie w całej karierze The Byrds. 
Roger McGuinn kontynuował psychodeliczny kierunek w utworach „Fifth Dimension” i „Mr.Spaceman”. Oba numery mają niesłychany wielowarstwowy dźwięk i głębię a nowym elementem brzmienia The Byrds są organy na których gra Van Dyke Parks. Znikają wszystkie dwuwymiarowe granice czasoprzestrzeni, pojawia się muzyczny piąty wymiar. Pierwszym utworem napisanym przez Crosby’ego dla zespołu jest „What’s Happening?!?!”. Utwór nagrany bez typowych dla grupy harmonii wokalnych jest… majstersztykiem wokalnym kompozytora. Ta nostalgia panująca w jego śpiewie, ta samotność gdy śpiewa „I don’t know, I’m not crying” a gdy w tekście około 42 sekundy jest wers „Laughing mosty as you can see” to wręcz namacalnie słychać ten lekki uśmiech wokalisty. I jeszcze gitara grająca w stylu hinduskim jakby to dźwięki sitaru były. Rewelacyjny numer. Na płycie znajduje się jedenaście utworów i nie sposób jest przejść obok nich obojętnie. „I See You”  spokojny wokal prowadzony jest przez cały numer nawet wtedy gdy wokół dzieją się piekielne rzeczy. 
Moim ulubionym utworem jest przejmujący protest song „I Come and Stand At Every Door”. Proste środki wyrazu jak jeden beat perkusji, w tle spokojna gitara prowadzą nas do wręcz mówionego tekstu: „mam dopiero siedem lat chociaż umarłem/ w Hiroszimie dawno temu/ mam teraz siedem lat, Kiedy dzieci umierają , nie rosną/ Wszystko o co prosisz, to dla pokoju/ aby móc żyć, rosnąć, śmiać się i grać”. 
Ta płyta jest psychodelicznym klejnotem duetu McGuinn-Crosby. Zespół zrezygnował z utworów Boba Dylana ale przypomina nam, że folkowe naleciałości nie są mu obce. „Wild Mountain Thyme” i „John Riley” spokojnie mogłyby się znaleźć na jednej z pierwszych płyt grupy. Oba mają ładne melodie i wokalne harmonie. Jest jeszcze utwór, który parę miesięcy później rozsławiła grupa Jimiego Hendrixa. 
„Hey Joe” podany tu został w formie garażowego rocka i przebija przez niego młodzieńcza werwa. I na zakończenie zespół proponuje nam muzykę eksperymentalną, dźwięk prawdziwego reaktora. który otwiera wrota przyszłości.
„Fifth Dimension” jest płytą wręcz genialną pomimo utraty lidera grupy Gene Clarke’a The Byrds poradzili sobie wyśmienicie i stworzyli tą płytą pomost pomiędzy folk rockiem a psychodelią.






środa, 22 marca 2017

GANDALF - Gandalf /1969/


1. Golden Earrings (J. Livingstone, V. Young) - 2:45
2. Hang on to a Dream (Tim Hardin) - 4:12
3. Never Too Far (Tim Hardin) - 1:50
4. Scarlet Ribbons (J. Begal, E. Danzig) - 3:02
5. You Upset the Grace of Living (Tim Hardin) - 2:38 
6. Can You Travel in the Dark Alone (Peter Sando) - 3:07 
7. Nature Boy (Eden Ahbez) - 3:06
8. Tiffany Rings (Garry Bonner, Alan Gordon) - 1:48
9. Me About You (Garry Bonner, Alan Gordon) - 4:53
10. I Watch the Moon (Peter Sando) - 3:50 

*Peter Sando - Guitar, Vocals
*Bob Muller - Bass, Vocals
*Frank Hubach - Electric Piano, Piano, Organ, Harpsichord
*Dave Bauer - Drums

Kontestacyjna młodzież wybierała dla siebie swoich własnych idoli. Gdy w powietrzu unosił się słodki zapach kwiatów spotęgowany niezliczoną feerią barw, gdy życie stawało się niemal baśniowe nic dziwnego, że wręcz biblią pokolenia dzieci-kwiatów była powieść J.R.R. Tolkiena „Hobbit”. Świat pełen czarodziejów, fantastycznych stworów i pociesznych Hobbitów wpływał na wyobraźnię a także jeszcze bardziej urozmaicał i tak już pokolorowany na tęczowo świat. W tej baśniowej, tajemniczej  atmosferze muzyka odgrywała niebagatelną rolę. 
A kto stworzył dzieło oniryczne w pełni pochłaniające słuchacza, otulające go atmosferą barwnej delikatności? 
Jednym z bohaterów „Hobbita” jest dobry czarodziej, którego zwą Gandalfem. 
Tak samo nazwanym pojawił się na scenie muzycznej zespół, który nagrał jedną (ale za to jaką!) płytę. Dwóch kumpli ze szkoły średniej, gitarzysta Peter Sando oraz basista Bob Muller postanowiło założyć zespół. Po różnych perypetiach w 1967 roku ustatkował się skład grupy i muzycy rozpoczęli działalność artystyczną. 
Jedynym dokonaniem tej amerykańskiej formacji jest wydany w 1969 roku album o tytule „Gandalf”. To jest baśniowa podróż utrzymana w aurze tajemniczości w której splatają się wizje kwasowych ścieżek powracających przez nowy ogród wyobraźni. Płyta składa się z dziesięciu utworów, z których tylko dwa są napisane przez muzyków grupy. Reszta to numery innych wykonawców. 
Co dziwne wcale nie tak znanych. Tim Hardin, Bonner/Gordon, Eden Ahbez oraz Evans/Livingston/Young to autorzy nie okupujący pierwszych miejsc na listach przebojów. Pierwsze co zwraca uwagę przy słuchaniu tej płyty jest głos wokalisty. Bajkowa barwa utopiona w pogłosie operuje nastrojem jak nikt inny. Cała magia tego albumu opiera się na wyjątkowym wykonaniu muzyki. Oniryczna atmosfera pochłania bez opamiętania słuchacza i doprowadza wręcz do ekstazy. Wystarczy posłuchać dwóch pierwszych utworów. „Golden Earrings” to prosta piosenka o miłości przekształcona w psychodeliczny odlot prowadzący do wnętrza duszy. Świetnie brzmiące organy Hammonda są ozdobą całej płyty. To one czuwają nad nastrojem i pełnią główną rolę w muzyce Gandalfa. 
„Hang on to a Dream” zatrzymuje na chwilę kochanka, daje mu miłość szaloną, która uderza o brzegi. W nocy, czyż nie widzę mej miłej, jak fruwa wśród fal! I cóż to za czarny cień widać tam wśród bieli. To tylko sen, miasto jest pełne kłamstw i przesterowanej gitary. 
Grupa stara się urozmaicić aranżacje wprowadzając baśniowe instrumenty: klawesyn, smyczki, wibrafon. To klawesyn w „Scarlet Ribbons” sprawia, że wyruszam w drogę piesza i beztrosko, poszukuję zagubionych w dzieciństwie rusałek,czarodziejów i tylko czasami wyglądam w „Can You Travel In the Dark Alone” klaustrofobicznym, niepokojącym numerze wiedźmy czającej się gdzieś blisko. 
Frank Hubach grający na organach Hammonda jest odpowiedzialny za te baśniowe podróże i tylko czasami do głosu dochodzi gitara Sando, ot choćby w „Nature Boy” gdzie mamy przeszywającą solówkę w stylu kwasowym. Płyta kończy się parą głębokich psychodelicznych piosenek rockowych. Muzykom nie dane jest zaprezentowanie swoich umiejętności instrumentalnych ale za to jeśli chodzi o klimat to osiągnęli na tej płycie mistrzowski status. Uwagę przyciąga okładka płyty. Niesamowita twarz obleczona motylami niby łagodzi nastrój ale spójrz na te żółte oczy! Przemawia z nich groza i pewna siła przyciągania, która powoduje, że chce się sięgnąć po ten tytuł jeszcze raz.







środa, 15 marca 2017

THE YARDBIRDS - Five Live Yardbirds /1964/


1.Too Much Monkey Business (C. Berry) - 3.52
2. I Got Love If You Want It (Moore) - 2.40
3. Smokestack Lightning (C. Burnett) - 5.35
4. Good Morning Little Schoolgirl (Demarais) - 2.44
5. Respectable (Isley, Isley, Isley) - 5.35
6. Five Long Years (E. Boyd) - 5.21
7. Pretty Girl (E. McDaniels) - 3.00
8. Louise (John Lee Hooker) - 3.43
9. I'm A Man (E. McDaniels) - 4.33
10. Here'tis(E. McDaniels) - 5.10

*Eric Clapton – Lead Guitar, Vocals
*Chris Dreja – Rhythm Guitar
*Jim McCarty – Drums
*Keith Relf – Lead Vocals Harmonica, Maracas
*Paul "Sam" Samwell-Smith – Bass Guitar, Vocals


The Yardbirds są zespołem o którym wielu ludzi słyszało ale tylko pod kątem prostych, chwytliwych piosenek ery początków tzw. brytyjskiej inwazji. Z łatwością można sięgnąć do wydawnictw typu Greatest Hits, których jest dużo i ponucić sobie „For Your Love” czy „Still I’m Sad”. Dopiero w dobie kompaktowych reedycji możemy oprócz oryginalnego materiału posłuchać mnóstwa dodatkowych nagrań. 
Najczęściej zespół ten jest kojarzony z trzema nazwiskami: Eric Clapton, Jeff Beck i Jimmy Page. Pierwszym gitarzystą grupy był Clapton i to co zdążył zaprezentować nam na debiutanckiej płycie grupy jest wielkim kopem w muzyce rockowej. 
Gdy The Yardbirds, za sprawą managera którym był Georgio Gomelsky zwróciła się w stronę bardziej komercyjnych utworów Clapton podziękował za współpracę i odszedł do grupy Johna Mayalla. Na jego miejsce przyszedł Beck, który popchnął zespół na nieznane wody przekształcając swoją gitarę w bezlitosną maszynę do eksperymentowania. Hard rockowe „Train Kept A Rollin’”, psychodeliczne „Shapes Of Things” czy nawet lekko prog rockowe „Still I’m Sad” to utwory dzięki którym grupa miała coraz więcej fanów po obu stronach Atlantyku. Niestety kłótnie wewnątrz zespołu i brak spodziewanych sukcesów doprowadziły do zmiany gitarzysty. Jeszcze w kilku utworach możemy usłyszeć wspaniały duet Becka z Page’em ale to była chwila. No i właśnie Jimmy Page trzeci z gitarzystów wprowadził do 
The Yardbirds swoje pomysły i swoje rządy co nie spodobało się reszcie muzyków. 
A szkoda bo płyta „Little Games” jest mocną pozycją w kategorii psychodelicznego mirażu. Gdy w 1968 roku zespół przestał istnieć Page z bagażem pomysłów nie mogąc zrealizować ich z grupą otworzył nowy rozdział w historii muzyki rockowej. 
Na zgliszczach The Yardbirds powstał gigant Led Zeppelin. Natomiast Keith Relf i Jim McCarthy założyli progresywną formację Renaissance.
Ale żaden fan wielkiej bluesowej gitary nie powinien przeoczyć tego pierwszego etapu grania The Yardbirds. Wczesne dni Erica „Slowhand” Claptona jeszcze wtedy nie Boga gitary warte są poznania. 
Jest 20 marzec 1964 roku klub Marquee w Londynie. Pięciu młodych chłopaków ubranych w garnitury, zainstalowanych na scenie rozpoczyna swoje granie. Grupa jest jeszcze na dotarciu, własnego repertuaru jeszcze nie ma więc trzeba grać standardy. Rhythm & blues i rock’n’roll dominują w repertuarze. 
Zaczynają od „Too Much Monkey Business” Chucka Berry’ego. 
Co?! Myślisz, że Berry zagrał to z pełną werwą i animuszem. Posłuchaj wersji The Yardbirds. To jest ogień! To jest wielki wybuch! To są emocje, które trwają przez cały koncert. Debiutancki album grupy The Yardbirds został wydany w 1964 roku i zawiera materiał nagrany podczas występu grupy w klubie Marquee a nosi tytuł „Five Live Yardbirds”. Ten album uchwycił doskonale pełen emocji i podniecenia nastrój występu formacji i zapisał się w historii muzyki doskonałymi wersjami znanych numerów. „Smokestack Lightning”, „Good Morning Little Schoolgirl” czy „I’m A Man” powalają swoją dynamicznością i zadziwiają interpretacją wykonywaną przecież przez tych młodych chłopaków. Zaledwie osiemnastoletni Clapton wygrywa już karkołomne zagrywki chociaż robi to bardziej intuicyjnie niż z wyrafinowania. To jest ta siła tej płyty. Ona porywa słuchacza i nie pozwala nam spokojnie usiedzieć w fotelu. Gdy w „Here ‘Tis” bas Samwella Smitha spaceruje szaleńczo po utworze i jest zaczepiany przez dźwięki gitary to… kurczę to jest 1964 rok! 
Dopiero nowe się budziło. Już stało za drzwiami ale jeszcze chwila. 
The Yardbirds otworzyli te drzwi. Na tym występie grupa naprawdę zagrała bardzo żywiołowo a i muzycy pokazali swoje emocje. I nie tylko gra Claptona warta jest prześledzenia, trzeba zwrócić uwagę na sekcję rytmiczną a szczególnie na grę Samwella Smitha. Jak to w rthythm & bluesie bywa nagrania urozmaica harmonijka ustna Relfa a i jego wokal wypada nieźle.

Każdy fan muzyki powinien wysłuchać tej płyty, powinien zapoznać się lub przypomnieć sobie jak to wszystko się zaczęło. 
Miłego słuchania.