środa, 21 czerwca 2017

SPIRIT - Spirit /1968/


  1. Fresh-Garbage
  2. Uncle Jack
  3. Mechanical World
  4. Taurus
  5. Girl In Your Eye
  6. Straight Arrow
  7. Topanga Windows
  8. Gramophone Man
  9. Water Woman
  10. The Great Canyon Fire In General
  11. Elijah
- Jay Ferguson / lead vocals, percussion
- Randy California / guitars, backing vocals
- John Locke / keyboards
- Mark Andes / bass, backing vocals
- Ed Cassidy / drums, percussion

With:

- Marty Paich / string & horns arranger

W kwietniu 1966 roku Randy wraz z rodzicami osiedlił się w Nowym Jorku blisko studia nagraniowego Waltera Beckera ( późniejszego muzyka Steely Dan). 
Jego gitara w trakcie podróży gdzieś się zapodziała, wiec Randy poszedł kupić nowy instrument do Manny’s Music na Manhattanie. Tam poznał jamującego na stratocasterze Jimi Hendrixa. Szybko się dogadali i już po paru minutach razem spędzili kilka godzin wygrywając na gitarach różne kawałki. Hendrix będąc pod wrażeniem gry młodzieńca zaproponował mu dołączenie do swojej grupy Jimi James & Blue Flames. Przez trzy miesiące grali oni razem w klubie Wha w Greenwich Village, ale jesienią Jimi otrzymał propozycję nagrania płyty w Wielkiej Brytanii. 
Niestety rodzice piętnastoletniego Randy’ego nie pozwolili mu jechać z Hendrixem do Anglii. Pozostali nadal w kontakcie a Randy wraz z rodziną powrócił za jakiś czas na Zachodnie Wybrzeże.
Wiosną 1967 roku Randy California wraz ze swoim ojczymem Ed Cassidym zdecydował się na założenie własnego zespołu. Po dokooptowaniu Fergusona, Andesa i Locka powstała grupa, której lider nadał nazwę Spirit.

Rok później wydany został debiut zespołu i jest to niesamowicie tajemnicza brzmieniowo płyta. Bardzo mocno osadzona w latach sześćdziesiątych wyróżnia się pewnym wyrafinowaniem utworów. Dużo elementów jazzowych wypełnia tą muzykę, wystarczy abyą tylko otworzył się na nią i wchłonął ją całym sobą. 
„Fresh Garbage” podobnie jak kilka innych numerów z płyty zaczyna się wręcz popową zwrotką by w środkowej części przejść do jazzowej improwizowanej wstawki. Można powiedzieć, że to taki hard rockowy jazz. 
Bardzo psychodeliczną piosenką jest „Uncle Jack” nawiązujący do twórczości The Who. Jest to fajny numer i należy do najbardziej optymistycznych nagrań Spirit. 
Nie sposób nie wspomnieć, przy okazji kolejnego nagrania, speca od aranżacji orkiestrowej. Marty Paich zajął się tą sprawą i wyszło mu to doskonale. W „Mechanical World” właśnie niesamowita orkiestracja wchodzi w gitarę Californii i tworzy jedną z najbardziej intensywnych piosenek na całym albumie. Tutaj California fantastycznie buduje nastrój i atakuje swoją grą nasze układy percepcyjne, a w tle Paich robi niesamowite rzeczy by pod koniec wszystko wyciszyć. 
„Taurus”, krótka miniaturka czyni z nas osamotnionego jeźdźca przebijającego się przez zaśnieżone wzgórza aby dotrzeć na szczyt, by zobaczyć ten niesamowity obraz. California nie popisuje się swoją grą ale tworzy solówki bardzo dziwne, psychodeliczne i mające wiele wspólnego z jazzową atmosferą. Płytę kończy prawie dziesięciominutowy utwór „Elijah”, wyróżniający się swobodą, wręcz free jazzową, ale jeszcze możliwą do słuchania. Zespół zebrał wszystkie dźwięki albumu w jedną całość a do tego każdy z muzyków ma parę chwil na improwizacje. Leciutkie drgania pianina Locka, do tego wysublimowane, pełne odjechanych fraz gitary, stonowane solo na perkusji i basowe lekkie zagrywki Andesa wieńczą pierwsza płytę zespołu, zespołu bez którego scena psychodeliczna byłaby bardzo uboga.




środa, 14 czerwca 2017

CHRISTMAS - Heritage /1970/


01. Zenith — 1:07
02. Rise Up — 3:12
03. Goin’ To Oklahoma — 4:01
04. Something Borrowed — 3:00
05. Point Blank (It Scares Me) — 2:21
06. Zephyr Song — 13:21
07. Bustin’ Out Tonight — 4:46
08. Blues On An Iceberg — 6:01
09. April Mountain — 10:54
10. Heritage — 2:29


Bob Bryden — all vocals, guitars, piano, organ, harpsichord, electric harpsichord, celeste
Rich Richter — drums
Robert Bulger — guitars
Tyler Raizenne – bass


„Heritage” jest wspaniałym drugim albumem najlepszej w Kanadzie kapeli z lat 60-tych i 70-tych grającej muzykę psychodeliczną. W pełni dojrzały jak soczyste owoce pomarańczy, wciąga przy każdym słuchaniu. 
Grupa Christmas wykluła się z kapeli Reign Ghost i nagrała dwie płyty. Obie zawierają znakomitą muzykę twardo utrzymaną w klimacie tego co grały zespoły z zachodniego wybrzeża Stanów, wzbogacone kwasową gitarą oraz melodyjnymi i długimi jamowymi utworami.
Christmas powstał w 1969 roku w Oshawa w prowincji Ontario, w Kanadzie i w lipcu 1970 roku wydał swój debiutancki lp, który zwrócił uwagę mediów, co dało kontrakt płytowy z wytwórnią Daffodil Records. W grudniu 1970 roku ukazała się druga płyta Christmas zatytułowana „Heritage”. Album zebrał bardzo dobre recenzje i został pozytywnie przyjęty przez krytyków, ale nie był komercyjnie opłacalny. Sprzedawał się słabo i wytwórnia postanowiła nie inwestować w promocję płyty. W związku z tym Christmas rozpadł się, aby w 1971 roku pojawić się pod nową nazwą The Spirit Of Christmas. Na szczęście pod koniec lat 80-tych album „Heritage” został wznowiony i gorąco przyjęty przez fanatyków starej dobrej gitarowej psychodelii.
No właśnie, gitarowa, bluesowa jazda obowiązkowa połączona z hard rockiem pokazuje nam ciężką stronę kanadyjskiego rynku muzycznego. Wyróżnia te nagrania wspaniała melodyka poszczególnych nagrań („Rise Up”, „Something Borrowed”) co dowodzi wielkiej wyobraźni muzycznej kompozytorów. Dwa numery mające ponad dziesięć minut wyróżniają się na tym krążku. 
„Zephyr Song”, już od początku atakuje nas gitarą solową rozwijającą się z minuty na minutę w ciężki utwór ale mający w sobie coś optymistycznego. Zresztą obaj gitarzyści, Bryden i Bulger ujawniają tutaj swoje umiejętności. Typowa gitarowa podróż jakich wbrew pozorom niewiele jest w otchłaniach muzycznych. 
„April Mountain” podobnie wypełniony jest gitarami śmigającymi przez cały numer. Ciekawe aranże wskazują, jak wiele kapel późniejszych czerpało pomysły z Christmas. Bob Bryden główny wokalista i kompozytor tak mówi o tej płycie: „Próby odbywaliśmy w starych, gnijących nieużywanych barakach stojących na lotnisku w Oshawy. Mętne popołudnia, dookoła bardzo wysokie chwasty i do tego jesienne słońce. Głośna muzyka zabijała ten nastrój grozy, czyniła go bardziej relaksującym. Ale gdy nadchodziły chłodne wieczory i budynek oświetlony zostawał czerwoną zachodzącą kulą to doznawaliśmy poczucia przypływu dziwnej energii. Czuliśmy się, jakbyśmy usłyszeli coś bardzo wyjątkowego.”

Co dziwne tą płytę nagrali bardzo młodzi ludzie, którzy otworzyli swoje umysły na świat wypełniający ich dookoła. 16-letni perkusista Richard Richter oraz w tym samym wieku basista Tyler Raizenne, 18-letni gitarzysta, Robert Bulger i 19-letni wokalista i główny kompozytor muzyki, Bob Bryder zabierają nas na swojej płycie „Heritage” w głębię gitarowych dźwięków, która rozpływa się po białym płaskowzgórzu wśród ceglanym domów oświetlonych zimowymi promieniami słońca.




środa, 7 czerwca 2017

GRATEFUL DEAD - Without A Net /1990/


  • Feel Like A Stranger (John Barlow / Bob Weir)
  • Mississippi Half-Step Uptown Toodeloo (Jerry Garcia / Robert Hunter)
  • Walkin' Blues (Robert Johnson arr. Bob Weir)
  • Althea (Jerry Garcia / Robert Hunter)
  • Cassidy (John Barlow / Bob Weir)
  • Bird Song (Jerry Garcia / Robert Hunter)
  • Let It Grow (John Barlow / Bob Weir)
  • China Cat Sunflower (Jerry Garcia / Robert Hunter)
  • I Know You Rider (Traditional arr. Grateful Dead)
  • Looks Like Rain (John Barlow / Bob Weir)
  • Eyes Of The World (Jerry Garcia / Robert Hunter)
  • Victim Or The Crime (Graham / Bob Weir)
  • Help On The Way (Jerry Garcia / Robert Hunter)
  • Slipknot! (Jerry Garcia / Phil Lesh / Bob Weir / Bill Kreutzmann / Keith Godchaux)
  • Franklin's Tower (Jerry Garcia / Robert Hunter/Kreutzmann)
  • One More Saturday Night (Bob Weir)
  • Dear Mr. Fantasy (Jim Capaldi / Chris Wood / Steve Winwood)
  • Jerry Garcia - guitar, vocals
  • Mickey Hart - drums
  • Bill Kreutzmann - drums
  • Phil Lesh - bass, vocals
  • Brent Mydland - keyboards, vocals
  • Bob Weir - guitar, vocals
  • Branford Marsalis - tenor and soprano saxophone on Eyes Of The World
„Without A Net” jest kolejnym albumem z koncertowym materiałem wybranym z różnych występów Grateful Dead w okresie od października 1989 do kwietnia 1990. Płyta ta pojawiła się przed serią zatytułowaną „Dick’s Picks” zawierającą pełne zestawy nagrań koncertowych z różnych lat działalności zespołu. Do wybranych koncertów z tej serii jeszcze wrócimy a teraz parę zdań o „Without A Net”. 
Płyta składa się z dwóch kompaktów z podtytułem first set i second set. Ale są to wybrane utwory z paru koncertów a nie jeden cały show. W ten sposób pierwszy dysk pochwalić się może idealnym zestawem z doskonałymi wersjami piosenek z końca lat 80-tych. Na drugim dysku mamy tez brawurowe wykonania znanych utworów grupy. Co brakuje? Nie ma wersji ”Drums” oraz „Space”, które grane były w środkowej części drugiego zestawu w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.
Koncert otwiera „Feel Like A Stranger” i już na początku zwraca uwagę świetna forma grupy. Jak zwykle fantastyczne zgranie muzyków doprowadza do chęci uważniejszego przesłuchania płyty. A jakie sola gitarowe wychodzą spod palców Jerry’ego! Och, szkoda, że nie mogłem tego zobaczyć i poczuć na żywo. To była zawsze świetna piosenka na rozpoczęcie koncertu, obiecująca, że ta noc będzie długa i szalona, zresztą podobnie jak wszystkie noce z Grateful Dead – szalone i niestety nie zawsze długie (jak dla fana).
Pierwsza płyta zawiera naprawdę miłą wersję „Mississippi Half Step Uptown Toodeloo” oraz świetnie bujającego bluesa „Walkin’  Blues”. 
A „Althea”? To już prawie szczyt, wyżej już nie można. Po raz kolejny Garcia potwierdza niezwykłą muzykalność swoich solówek a i jego wokal pomimo upływu lat i różnych doświadczeń życiowych wciąż jest ok. Można go również usłyszeć w „Bird Song” utworze, który traktują tutaj podobnie do „Dark Star”. To sucha gałązka wyrwana Naturze. Co można uczynić Niebiosom wśród poszarpanych liści? 
Zagrany bardzo motorycznie  z wielką radością „Let It Grow”, to kolejny numer na płycie. I znowu pochwalić trzeba to co robi Garcia. Szalejące solo gitarowe tworzy pełne energii jamowe granie. Koniecznie posłuchaj tego!
„Eyes Of the World” jest samą w sobie niewiarygodną piosenką a jak jeszcze wspomagana jest przez saksofon Brandforda Marsalisa. To jeden z najlepszych akcentów Grateful Dead. Saksofon oczywiście dodaje jazzowego kolorytu do jammujących fragmentów utworu. To naprawdę działa. Tym bardziej, że zespół już nie raz wykorzystywał jazzowe elementy, ot choćby słychać je często w grze Billa Kreutzmanna. 
„Help on the Way”, „Slipknot!” i „Franklin’s Tower” są połączone w jeden utwór podobnie jak ma to miejsce na albumie studyjnym. Nagrania te znalazły się na płycie „Blues For Allah”. Ulubionym tekstem Deadheadów jest końcówka „Help on the Way”: „Bez miłości we śnie, to nigdy się nie spełni”, a w fenomenalnej wersji „Franklin’s Tower”, Jerry śpiewa: „Jeśli jesteś oszołomiony, posłuchaj muzyki”. W rzeczy samej. Posłuchaj tej wersji!
Płytę kończy śpiewający przez Brenta Mydlanda cover grupy Traffic, „Dear Mr.Fantasy”.
Pełen energii i emocji pozwala nam swobodnie oddać się falom następującego przypływu. Ale szkoda, bo utwór po pięciu minutach zostaje wyciszony i kończy płytę. W koncercie piosenka ta doprowadziła do finału „Hey Jude”.
Grateful Dead zadedykował płytę „Without A Net” Clintonowi Hangerowi, który jest pseudonimem Brenta Mydlanda, które wykorzystywał w trakcie rejestracji  w hotelach. Mydland zmarł dwa miesiące przed wydaniem płyty.
We wkładce do CD jest naprawdę bardzo ładne zdjęcie Brenta. Jego córka siedzi obok niego na ławce fortepianowej.





środa, 31 maja 2017

THE CHAMBERS BROTHERS - The Time Has Come /1967/


1. All Strung Out over You (Rudy Clark) - 2:31
2. People Get Ready (Curtis Mayfield) - 3:52
3. I Can't Stand It (Lester Chambers) - 2:43
4. Romeo and Juliet (Lester Chambers) - 4:32
5. In the Midnight Hour (Steve Cropper, Wilson Pickett) - 5:33
6. So Tired (Andre Goodwin, Chambers Brothers) - 4:06
7. Uptown (Betty Mabry) - 2:57
8. Please Don't Leave Me (George Chambers) - 3:01
9. What the World Needs Now Is Love (Burt Bacharach, Hal David) - 3:20
10.Time Has Come Today (Joe Chambers, Willie Chambers) - 11:07

*Willie Chambers - Guitars, Vocals
*Lester Chambers - Harp, Vocals
*Joe Chambers - Guitars, Vocals
*George Chambers - Bass, Vocals
*Brian Keenan - Drums


Amerykański zespół The Chambers Brothers był grupą, która wyróżniała się stylem jaki grała. Płyty jakie bracia Chambers nagrywali były nasycone soulowymi klimatami połączonymi  z muzyką psychodeliczną. Doskonale brzmiące wokale, wyjątkowe i pełne ekspresji dźwięki na długo pozostają w mojej pamięci i sprawiają, że jestem wielkim fanem ich muzyki. 
Grupa powstała w 1954 roku w Los Angeles w Kalifornii i została utworzona przez czterech braci pochodzących z Mississsippi: George’a, Williego, Lestera i Joe Chambers. W pierwszych nagraniach grupy wyraźnie słychać było wpływy korzeni muzyki gospel. Ich intensywne koncerty w całej południowej Kalifornii nie przyniosły jakiegoś wielkiego sukcesu aż do roku 1965, kiedy to z perkusistą Brianem Keenanem wystąpili na Newport Folk Festiwal. Wkrótce potem nagrali swój debiutancki album zatytułowany „People Get Ready”. 
W 1967 roku zmieniła się scena muzyczna i dźwięki docierające do słuchaczy zaczęły osiągać inne wymiary rzeczywistości. Hipnotyczne, pełne rozmaitych efektów podróże psychodeliczne zabierały nas na zupełnie nieznane lądy a niejeden raz podróż wymykała się poza ziemski nawias, a wtedy pozostawało już tylko dryfowanie po bezkresach kosmicznych przestrzeni. 
Zespół The Chambers Brothers swój największy sukces osiągnął właśnie 
w  1967 roku wydając płytę „The Time Has Come”.  
Tytułowy numer, trwający ponad dziesięć minut zachwyca rozbudowanym fragmentem instrumentalnym w którym efekty dźwiękowe wpływają na całość utworu. Gitary brzmiące czysto oraz zmodulowane efektami tworzą wręcz wizualne  podróże w zejściu na samo dno piekła. To piosenka, że czas nadchodzi. Trwa wojna w Wietnamie, dla wielu młodych ludzi ryk helikopterów, płonące wioski, żywe pochodnie z dzieci i wszechobecny strach za chwilę zmaterializuje się. Samotnie przeżyć w bardzo niegościnnej wietnamskiej dżungli graniczy z cudem. Wszędzie czyha niebezpieczeństwo. I tak jest w „The Time Has Come”. Numerze, który pociąga słuchacza w dół, w przepaść klaustrofobicznych zielonych gąszczy i … Mamo, gdzie jesteś?!
„Byłem kochany a zostałem zmiażdżony…”
„The Time Has Come” jest niewątpliwie jednym z największych numerów amerykańskiej psychodelii, wręcz wstyd się przyznawać, że się go nie zna. Więc nadrób to przyjacielu.
Ale trzecia płyta The Chambers Brothers to nie tylko tytułowy numer. Pozostałe piosenki są również godne wzmianki. Otwierający płytę „All Strung Out Over You” zaczyna się hipnotycznym basem połączonym z funkiem i psychodelicznymi melodiami. Spokojna wersja „People Get Ready” na chwilę tonuje klimat. I proszę, duże mięsiste owoce pękają już przy „In the Midnight Hour” , blues, funk, soul, psychodelia kręcą się w każdym rowku płyty i ten ekspresyjny wokal wygniata resztę miąższu. Powrót do korzeni swojej muzyki znajdziemy w utworze „What the World Needs Now Is Love” gdzie gospelowe rytmy pięknie współgrają z sekcją dętą, która swoje partie ma też w innych numerach.

The Chambers Brothers tą płytą zdobyli duże uznanie wśród kontrkulturowej młodzieży a ich kolejny lp „Love Peace And Happiness” został nagrany częściowo w legendarnej i najbardziej prestiżowej sali koncertowej tamtych lat: Fillmore East.




środa, 24 maja 2017

THE END - Introspection /1969/




01. Dreamworld (4.17)
02. Under the Rainbow (3.47)
03. Shades of Orange (2.39)
04. Bromley Common (0.50)
05. Cardboard Watch (2.53)
06. Introspection (Part One) (4.02)
07. What Does It Feel (2.47)
08. Linen Draper (0.13)
09. Don't Take Me (3.24)
10. Loving , Sacred Loving (2.59)
11. She Said Yeah (2.50)
12. Jacob's Bladder (0.55)
13. Introspection (Part Two) (2.43)

*Dave Brown - Bass, Vocals
*Nicky Graham - Keyboards, Vocals
*Colin Giffin - Guitar, Vocals
*Terry Taylor - Guitar
*Hugh Attwooll - Drums

Kwiaty w wazonie stojące na stole w salonie wygięte w stronę światła, słuchają dźwięków, zamykają mnie jak niebo zamyka mój ogród. Winorośl pnie się po filarze domu by rozmyślać przy słońcu, muzyka chyli się jak wysoka łodyga obciążona kwiatem, tak być musi, by mogła przetrwać, żyć do ostatniej kropli radości. Te najbardziej senne i tajemnicze dźwięki końca lat 60-tych możesz znaleźć na płycie „Introspection” grupy The End. Jest to kolejny wielki zapomniany album brytyjskiej psychodelii. Wydany w 1969 roku przez wytwórnię Decca Records już od pierwszych dźwięków angażuje nas w tęczową barwę melodii. Nie ma tu nadmiernych zakłóceń, ale jest dużo znakomitych kompozycji, wspaniałych harmonii wokalnych i zwiewnych Hammondów. A na dodatek funkowy bas w pokręconym rytmem „Dreamworld” czy 
w „Under the Rainbow” mającym zadatki na podróż w krainę kalejdoskopowych wrażeń. Tajemniczy, upiorny, piękny i potężny „Shades Of Orange” wplątany w zeschłe korzenie z liśćmi sterczącymi z łodygi jak ramiona ma klimat melodyjnej psychodelii. Tutaj na tabli wspomaga zespół Charlie Watts, natomiast śliczną wstawką na klawesynie w utworze „Loving, Sacred Loving” popisuje się Nicky Hopkins.

Zespół The End założony został w 1965 roku przez Dave’a Browna i Colina Giffina. Rok wcześniej grali oni w Mike Berry & The Innocent i mieli dwa koncerty wraz z grupą The Rolling Stones. Wtedy poznali Charliego Wattsa i Billa Wymana, którego poprosili aby zajął się produkcją ich albumu.
Wyman: ”Album był częścią stałego procesu nagrywania singli i EPki. Zaczęliśmy nagrywać pojedyncze utwory w Olimpic Studio, które wyposażone było w ośmiośladowy sprzęt. Cóż, „Loving, Sacred Loving” oraz „Shades Of Orange” były pierwszymi numerami jakie nagraliśmy. Brzmiało to podobnie do tego co robili (wtedy) Stonesi i Beatlesi. Echa „Strawberry Fields Forever” są tu widoczne”.
Praca nad płytą trwała zimą 1967-1968 a wydano ją dopiero w 1969 roku ponieważ, oddajmy jeszcze raz głos Wymanowi. „Alan Klein nasz dyrektor handlowy dostał tę taśmę w całości zakończoną, aby zapewnić jej wypuszczenie w Ameryce i Europie. Niestety u niego album ten przeleżał osiemnaście miesięcy. Ja byłem zajęty Stonesami i nigdy nie miałem czasu porządnie zająć się The End. Niestety nie wyszło to na dobre”.
Gdy wreszcie Decca postanowiła wydać ten album to…
No cóż, pomiędzy rokiem 1968 a 1969 muzyka się zmieniła się diametralnie. To jest płyta idealnie pasująca do stylu psychodelicznego a wtedy już grano inaczej. 
Led Zeppelin, Cream, Jimi Hendrix byli na topie z innymi dźwiękami. Nic dziwnego, że płyta grupy The End przepadła w tej muzycznej otchłani. Zespół rozwiązał się a na jego miejsce powstał hard rockowy (zgodnie z duchem czasu) band, Tucky Buzzard.
A „Introspection”, dostąpiło wręcz zaszczytu św.Graala brytyjskiej muzyki psychodelicznej. Wróćmy jeszcze na chwilę do tej płyty. Tytułowy dwuczęściowy utwór zabiera nas w wewnętrzną podróż kosmiczną kończącą się uspokajającym oddechem Wielkiej Niedźwiedzicy. A co z „She Said Yeah”? Przecież wcześniej The Animals zagrali go bardzo rhythm’n’bluesowo, a tu? Mamy harmonie wokalne jakich nie powstydziliby się The Beach Boys i to przy akompaniamencie fortepianu. Istne cudo.
Jedyna płyta grupy The End jest obowiązkową pozycją brytyjskiej psychodelii a słuchając jej poszukaj, może znajdziesz coś pod kalejdoskopową tęczą.





środa, 17 maja 2017

LOVIN' SPOONFUL - Daydream /1966/


1. Daydream (Sebastian) - 2:21
2. There She Is (Sebastian) - 1:58
3. It's Not Time Now (Sebastian, Zal Yanovsky) - 2:49
4. Warm Baby (Sebastian) - 2:03
5. Day Blues (Joe Butler, Sebastian) - 3:15
6. Let the Boy Rock and Roll (Butler, Sebastian) - 2:34
7. Jug Band Music (Sebastian) - 2:53
8. Didn't Want to Have to Do It (Sebastian) - 2:39
9. You Didn't Have to Be So Nice (Steve Boone, Sebastian) - 2:29
10.Bald Headed Lena (Willy Porryman, Edward Sneed) - 2:25
11.Butchie's Tune (Boone, Sebastian) - 2:37
12.Big Noise from Speonk (Boone, Butler, Sebastian, Yanovsky) - 2:21

*John Sebastian – Vocals, Guitar, Autoharp
*Steve Boone – Bass, Vocals
*Joe Butler – Drums, Percussion, Vocals
*Zal Yanovsky – Electric, Acoustic Guitar, Vocals

W 1967 roku Paul McCartney mówił, że jednym z ulubionych jego albumów jest „Daydream” grupy Lovin’ Spoonful.
Tytułowy utwór z tej płyty zajął drugie miejsce w Bilboard Hot 100 co jest sporym sukcesem dla zespołu. Jeśli chcesz się totalnie zanurzyć w słoneczno-popowej atmosferze to musisz wysłuchać tego nagrania. John B.Sebastian doskonale oddał lenistwo jakie ogarnąć Ciebie może w ciepłym letni dniu. Spokój, poczucie beztroskiego dzieciństwa, chęć zdobycia świata własnymi marzeniami to wszystko znajdziesz w „Daydream”. 
Reszta nagrań utrzymana jest w podobnym klimacie. Wpływ zespołów z drugiej strony Atlantyku w połączeniu z rytmami grup jug bandowych, folkiem, bluesem i rock and rollem złożył się na wyróżnienie Lovin’  Spoonful spośród innych amerykańskich grup popowych lat 60-tych. 
Korzenie grupy sięgają wczesnych lat 60-tych i nowojorskiej Greenwich Village gdzie swoje pierwsze kroki stawiał John Sebastian. To tam dobrał sobie muzyków grających folkowe pieśni i stworzył grupę, którą nazwał Lovin’  Spoonful. 
Debiut zespołu ukazał się w 1965 roku, płyta „Do You Believe In Magic” dotarła do 32 miejsca listy przebojów a rok później powstała druga pozycja w dyskografii grupy zatytułowana „Daydream”. 
Zal Yanovsky: „ Rok 1966 był rokiem przełomowym w muzyce. Na zachodzie coś się działo i mieliśmy zwrócone nasze umysły w tamta stronę a i po drugiej stronie oceanu leciały inne dźwięki niż tutaj w Greenwich. Debiutowali Grateful Dead i cała ta scena hipisowska. Postanowiliśmy odejść od folku i pójść w stronę elektrycznej muzyki”.
Druga płyta Lovin’  Spoonful ukazuje nam talent Johna Sebastiana i jako kompozytora i wokalisty i muzyka grającego na harmonijce ustnej. 
Zal Yanovsky wprowadza ostre gitarowe riffy i czasami zadziorne solówki co powoduje ciekawe dysonanse w poszczególnych utworach. Wszystkie utwory na płycie (z wyjątkiem jednego „Bald Headed Lena”) napisał Sebastian. Naprawdę bardzo przyjemnie słucha się rock’n’rollowych  „There She Is”, „It’s Not Time Now” czy trącających o bluesa „Day Blues”.
A jakie wrażenie pozostawia po sobie najlepszy utwór?
Siedząc sobie wygodnie w rozwiniętym kwiecie tulipana z wykwitną rozkoszą obserwujesz kręcące się wokół różnokolorowe lilie na których nieskazitelne nimfy wodne z pewną nutą nostalgii owijają Ciebie tęczową chustą.
„Był czas, że myślałem, że nasza miłość mogłaby latać i że nigdy nie spadnie
Dlaczego nigdy nie byliśmy razem
Aby być blisko siebie tam wysoko”
„Didn’t Want To Have To Do It” jest taką narkotyczną bajką, która ma jedną wadę. Trwa tylko dwie minuty.
Kolejną liryczną piosenką jest „You Didn’t Have To Be So Nice” z miękkimi, słonecznymi pęcherzykami na klawiaturze Steve’a Boone’a.
To wszystko jest bardzo słoneczne i lato 1966 roku było bardzo gorące. 
A nagrał to przyzwoity zespół wyróżniający płytę „Daydream” chwytliwymi melodiami. Początkowo myślałem, hmm to takie granie jakich wiele. Nie!
To kolorowe dźwięki, które prowadzą mnie do lepszego dnia i dlatego słuchając tej płyty i  budząc się mówię: Dzień dobry dla dzisiejszego dnia.





środa, 10 maja 2017

MIKE BLOOMFIELD AND AL KOOPER - The Live Adventures of Mike Bloomfield and Al Kooper /1969/


1. Opening Speech (Mike Bloomfield) - 1:30
2. The 59th Street Bridge Song (Feelin' Groovy) (Paul Simon) - 5:38
3. I Wonder Who (Ray Charles) - 6:04
4. Her Holy Modal Highness  (Al Kooper, Mike Bloomfield) - 9:08
5. The Weight  (Robbie Robertson) - 4:00
6. Mary Ann (Ray Charles) - 5:19
7. Together 'Til The End Of Time  (Frank Wilson) - 4:15
8. That's All Right  (Arthur Crudup) - 3:28
9. Green Onions  (Booker T. Jones, Steve Cropper, Al Jackson, Jr., Lewie Steinberg) - 5:26
1. Opening Speech  (Al Kooper) - 1:28
2. Sonny Boy Williamson  (Jack Bruce, Paul Jones) - 6:04
3. No More Lonely Nights   (Sonny Boy Williamson) - 12:27
4. Dear Mr. Fantasy  (Jim Capaldi, Stevie Winwood, Chris Wood) - 8:04
5. Don't Throw Your Love On Me So Strong  (Albert King) - 10:56
6. Finale-Refugee  (Al Kooper, Mike Bloomfield) - 2:04

*Al Kooper - Organ, Piano, Vocals
*Mike Bloomfield - Guitar, Vocals
*John Kahn - Bass Guitar
*Skip Prokop - Drums

Jedną z najbardziej reprezentatywnych płyt koncertowych lat 60-tych na której improwizacja odgrywa kolosalną rolę jest spotkanie dwóch muzyków, którzy wcześniej spędzili ze sobą jedną sesję nagraniową. Ale jaką!! Super sesję, która doczekała się wydania płytowego. Mike Bloomfield i Al. Kooper wraz ze Stephenem Stillsem nagrali fantastyczną płytę „Super Session”,  która została wydana w 1968 roku.
Inicjatywa ponownego spotkania i zagrania już na żywo, dla szerszej publiczności wyszła od Ala Koopera. Kooper swoją karierę muzyczną rozpoczynał w latach 
50-tych jako muzyk The Royal Teens i kontynuował ją w zespołach The Blues Project oraz Blood Sweat & Tears. Współpracował również z Bobem Dywanem na płytach „Highway 61 Revisited” oraz „Blonde on Blonde”. 
Bloomfield był największym białym gitarzystą bluesowym, był tym muzykiem, który miał ten feelin’ bluesowy. Występował w kapeli Paul Butterfield Blues Band /nagrali epokowe dzieło „East-West”/, również brał udział w sesji „Highway 61 Revisited” Dylana więc nic dziwnego, że po nagraniu „Super Session” po kilku miesiącach Kooper zadzwonił do Bloomfielda z propozycją dania wspólnych występów.
A gdzie? No, oczywiście w sali Fillmore West, Billa Grahama.
Zarezerwowano trzy noce na występy i wszystko poszło dobrze w dwóch pierwszych. Niestety trzeciego wieczora dał znać u Bloomfielda jego kłopot z bezsennością. Gdy przez trzy dni Mike obywał się bez snu to kolejny dzień okazał się tragiczny. Bloomfield wylądował  w szpitalu i dopiero przy pomocy lekarza udało mu się zapaść w sen. Na ten jeden wieczór Kooper musiał sobie znaleźć zamienników. Wybór padł na Elvina Bishopa i  Carlosa Santane.
Muzyków wspomagali basista John Kahn /znany z późniejszej współpracy z Jerry’m Garcia Band/ oraz perkusista Skip Prokop. Problemem było znalezienie sali na odbycie jakichkolwiek prób.
Totalnie zmęczeni, zabiegani muzycy ledwie przed występami pograli późną nocą aby choć mieć szkice numerów, które będą grali. Kooper: ”Pytałem się Mike’a, co będziemy do cholery grali? No jak co? –odpowiadał. Będziemy jammować, bo co innego możemy zrobić”.
Wybrane utwory z tych trzech wieczorów wydane zostały na płycie zatytułowanej „The Live Adventures Of Mike Bloomfield and Al. Kooper” i wydanej w 1969 roku.
Jeśli chcecie posłuchać jak ci muzycy poruszają się w ramach bluesa, gospel, jazzu, soulu i psychodelii to koniecznie wysłuchajcie tego albumu.
Z tej bogatej różnorodności wypływa nam obraz muzyki jaka rodzi się w naszych uszach. To słychać, że oni mocno jadą na improwizacjach ale też ich wyczucie dźwięków doprowadza do wielkiej przyjemności. 
Ot weźmy np. numer Simona&Garfunkela „59th Street Bridge Song” , zagrany w wolniejszym tempie powoli budowany klimat prowadzi aż do wybuchu („feelin’  GROOVY!...”) po którym Mike daje pełne wyczucia solo. Utwory Raya Charlesa czy zespołu The Band wnoszą do koncertu klimat soulowo tradycyjnych dźwięków 
a ekscytująca psychodeliczno jazzowa wersja „Her Holy Modal Highness” ukazuje właśnie grę Bloomfielda niezwykle uczuciową i taką czystą. Jak to bywa krótsze utwory przeplatają się dłuższymi fragmentami, słynne „Dear Mr.Fantasy” Winwooda znowu pokazuje, że Mike świetnie czuje się w takich numerach a i Kooper ma swoje pięć minut. Końcówka utworu zbliża nas do „Hey Jude” The Beatles i to pięknie brzmi! Dwa wielkie utwory!
Strona C płyty zawiera utwory bez Bloomfielda.
Kooper bierze mikrofon i mówi: „Niestety z powodów zdrowotnych Mike’a, zastąpi dzisiejszego wieczoru Elvin Bishop znany z grupy Paul Butterfield Blues Band”. 
„No More Lonely Nights” trzyma się w klimacie całego występu i brak Bloomfielda nie jest tak widoczny. Ale na czwartą stronę albumu wracają nagrania z Bloomfieldem. 
I cóż?
Obok „Dear Mr.Fantasy” mamy tu rewelacyjny bluesowy, niesamowicie osadzony w Delcie „Don’t Throw Your Love On Me So Strong”. No po prostu Mike gra tu z takim wyczuciem, polotem i tak pieści te dźwięki i otula nimi jak kochanek swoją nimfę nad brzegiem jeziora. Nie sposób nie wspomnieć o Kooperze. Czasami pełni rolę tła, buduje nastrój, gdzieś tam jest obecny ale jak już wysuwa się na pierwszą linię to BOMBA!
Obaj muzycy świetnie się dobrali, mają podobne wyczucie smaku i wrażliwości muzycznej.

Mike Bloomfield niestety nie zrobił takiej kariery na jaką zasługiwał. Ledwo stał się gwiazdą, a już został samotnikiem. 15.02.1981 roku znaleziono go martwego w jego samochodzie, a przyczyną śmierci było najprawdopodobniej przedawkowanie narkotyków.