środa, 18 października 2017

IRON BUTTERFLY - In-A-Gadda-Da-Vida /1968/


1. Most Anything You Want (3:44) 
2. Flowers And Beads (3:09) 
3. My Mirage (4:55) 
4. Termination (2:53) 
5. Are You Happy? (4:29) 
6. In-A-Gadda-Da-Vida (17:05) 

- Erik Brann / guitar, vocals (4)
- Doug Ingle / organ, vocals
- Lee Dorman / bass, backing vocals 
- Ron Bushy / drums

Ten utwór usłyszałem po raz pierwszy w pewne słoneczne, jesienne popołudnie. Patrząc na wielobarwne liście wdzięczące się niczym baletnice na wietrze, łzy spełnienia i śmiech spełnienia. Intrygujące dźwięki rozpoczynające ten numer, och, nie przejmuj się, czy to będzie parominutowa piosenka? 
O nie! nikt nie powiedział, że to jest siedemnastominutowy utwór otwierający drzwi do najskrytszych myśli. 
Duchy dawnej iluzji, duchy nijakiej miłości-Rozum oślepiający. 
Natarczywe kościelne brzmienie Hammondów na tle hipnotycznego basu nadciąga od strony śmierci. Gorące brzuchy gitar gubią się w fali, która płynie przez Kosmos. I dźwięki perkusji jak zbyt chude czaszki, milczący wzrok. Głodny czarny anioł za człowiekiem w trop. Wybudzają się znowu organy, spokojne i ulotne. Żałobnicy odchodzą do swego starego snu. A ty obudzisz się w Oku Dyktatora Wszechświata!  Gitarowe efekty dopełniają olśnienia. 
Rozum otwarty!!! Wypełniają cię kolory zmieniające się w tęczowy korowód. Wirujesz w kalejdoskopie jak bańka mydlana. Gdzie się zatrzymasz?
Jeszcze na chwilę zespół zabiera nas w wschodnie klimaty by eksplodować gitarą brzmiącą jak dźwięczny ryk słonia. I powrót do zwrotki i refrenu kończy ten niesamowity utwór.
„In-A-Gadda-Da-Vida” grupy Iron Butterfly został nagrany  i wydany w 1968 roku na płycie o tym samym tytule. Oprócz tego kawałka płyta zawiera jeszcze sześć krótszych numerów, które oczywiście utrzymane są w klimacie lat sześćdziesiątych ale intrygującą brzmią za sprawą kościelnych dźwięków organów Hammonda i wokalu Douga Ingle’a. Już otwierający płytę utwór „Most Anything You Want” potwierdza to co napisałem wcześniej. Zachwyca również solo gitarowe grane przez Erika Branna. Miła, przyjemna w odbiorze kolejna piosenka „Flowers and Beads” wypełnia całe powietrze melodyjną psychodelią wzbogaconą harmonią wokalną. 
„My Mirage” proponuje nam niezapomniane akordy i harmonie. Doskonały riff wzbogaca utwór przywracając do życia gładkie, gitarowe ścieżki. Kolejnym numerem jest prosty ale bujający utwór „Termination” kończący się piękną odrealnioną codą. I „Are You Happy?” mocna psychodeliczna rzecz, dla mnie doskonała piosenka. Rozbuchana gitara nacierająca na wściekłe organy tworzy dziwaczne nastroje. Całość eksploduje pytaniem: Czy jesteś szczęśliwy?
Muzycy grupy Iron Butterfly pewnie nie podejrzewali, że osiągnął niebywały sukces tym nagraniem. Płyta sprzedała się w wielomilionowym nakładzie a „In-A-Gadda-Da-Vida” stał się kamieniem milowym w rozwoju hard rocka.

Dlatego zawsze będę bardzo emocjonalnie wspominać pewne słoneczne, jesienne popołudnie kiedy pierwszy raz usłyszałem zespół Iron Butterfly i ich magnum opus „In-A-Gadda-Da-Vida”.





środa, 11 października 2017

ERIC BURDON & THE ANIMALS - Every One Of Us /1968/

1. White House (Burdon) 3:53
2. Uppers And Downers (Burdon) 0:25
3. Serenade To A Sweet Lady (Weider) 6:14
4. The Immigrant Lad (Burdon) 6:16
5. Year Of The Guru (Burdon) 5:27
6. St. James Infirmary (Traditional; arranged by Burdon, Weider, Jenkins, McCulloch, Briggs) 5:03
7. New York 1963-America 1968 (Burdon, Bruno) 18:48
  • Eric Burdon: Lead Vocals
    Danny McCulloch: Bass, Vocals, 12 Strings Guitar
    Barry Jenkins: Drums, Tambourine, Reco-Reco
    Vic Briggs: Guitar, Bass
    John Weider: Guitar, Celeste
    George Bruno (aka Zoot Mooney): Hammond Organ, Piano, Vocals

Pierwsza odsłona The Animals zakończyła swój żywot w 1965 roku, Burdon wyjechał do Stanów Zjednoczonych gdzie założył The New Animals. Grupa nagrała tam cztery albumy po czym się rozpadła. Trzy z nich już opisałem, kolej na czwarty. „Every One Of Us” został nagrany w sierpniu 1968 roku a do zespołu doszedł nowy muzyk, Zoot Money, grający wcześniej w psychodelicznej grupie Dantalian’s Chariot. Od wydania poprzedniej płyty minęło mało czasu ale wszystko się dramatycznie zmieniło i muzyka Burdona zaczęła odzwierciedlać otaczający świat. To już nie było sielankowe Lato Miłości 1967 roku. Czołgi na ulicach, obławy, nagonki, płonące dzielnice, dziesiątki zabitych i rannych-te obrazy wstrząsnęły Ameryką.
 „Wizje! Omeny! Halucynacje! Cuda! Ekstazy! Spłynęły rzeką Ameryki!
Sny! Adoracje! Olśnienia! Religie! Okręty wrażliwego łajna!
Prawdziwy święty śmiech w rzece! Widzieli to wszystko! Dzikie oczy! Święte wycia! Żegnali! Skakali z dachu! W samotność! Powiewając! Niosąc kwiaty! Do rzeki! Na ulicę!”
Allen Ginsberg  „Skowyt”:
Płyta Erica Burdona i jego The New Animals ma w sobie coś z tej płonącej, złowieszczej rzeczywistości. Obok niepokoju, Burdon jest jednym z pierwszych, który żegna Lato Miłości.
Ale okazuje się, że ta melancholijna kolekcja piosenek wypełniona jazzowymi i folkowymi aranżacjami ma tą siłę, moc, wypowiedzenia wojny. A wszystko zaczyna się jeszcze dziewiczo w utrzymanym w klimacie z poprzedniej płyty utworze „White Houses”. Dużą rolę odgrywa w nim świetna solówka Weidera oraz pełny, cholernie dojrzały głos Burdona.
Wiesz, dopiero teraz uświadomiłem sobie, że głównie jest to płyta Burdona. Jego wokal jest po prostu nie-sa-mo-wity. Taką głębie wyczarować może tylko artysta. I Eric Burdon nim jest. Aranżacja i wykonanie znanego bluesa „St. James Infirmary” ukazuje całą potęgę Burdona. Czysty, mocny, czarny głos doprowadza do ekstazy. Nagle nie wiesz co się dzieje, wojna trwa ale już nie tylko na ulicach ona też jest w Twojej głowie. Lato Miłości zmieniło oblicze świata i już nic tego nie stłumi. Ta wiara zawarta na płycie ciągle jest, tylko się wsłuchaj!!
Dziewiętnastominutowy „Nowy Jork 1963 – Ameryka 1968” jest podzielony, umownie na trzy części. Miła, spokojna melodia  z monotonnym basem i cichą, melancholijną gitarą rozpoczyna utwór stanowiący punkt krytyczny całej płyty. Burdon podróżuje z Newcastle przez Londyn do Nowego Jorku zbierając swoje doświadczenia. W Nowym Jorku spotyka Boba Dylana i piękne czarne kobiety oraz czyta o śmierci Kennedy’ego. Część środkowa zawiera wywiad z członkiem Czarnych Panter, organizacji walczącej o prawa Murzynów. Rewolucja opanowała ścieżki płyty. Ostry, napędzający rytm z wyjącą wręcz krzyczącą Wypuście mnie! gitarą do tego podłączone organy Zoota Moneya napędzają trzecią część utworu czyniąc z niego pełen ekspresji, dynamit, który wybucha z każdą sekundą trwania numeru. 
„Chcę być wolny cały czas”  Burdon nie zostawia wątpliwości o co mu chodzi.
I tak płyta „Every One Of Us” powoduje, że słuchając jej zawsze czuję się pochłonięty muzyką i wielkim wokalem w dziwny ale przyjemny sposób.






środa, 4 października 2017

JERRY GARCIA/MERL SAUNDERS - Live At Keystone vol.1 & 2 /1973/


  • Keepers (Merl Saunders / John Kahn)
  • Positively 4th Street (Bob Dylan)
  • The Harder They Come (Jimmy Cliff)
  • It Takes A Lot To Laugh, It Takes A Train To Cry (Bob Dylan)
  • Space (Merl Saunders / Jerry Garcia / John Kahn / Bill Vitt)
  • It's No Use (Clark / McGuinn) +
  • Merl's Tune (Merl Saunders / White)
  • That's Alright Mama (Arthur Crudup)
  • My Funny Valentine (Rodgers / Hart)
  • Someday Baby (Sam Hopkins)
  • Like A Road Leading Home (Nix / Penn)
  • Mystery Train (Junior Parker / Sam Philips)
  • Jerry Garcia - guitar, vocals
  • Merl Saunders - keyboards
  • John Kahn - bass
  • Bill Vitt - drums
  • David Grisman - mandolin (Positively 4th Street)
Szerokie muzyczne zainteresowania Jerry’ego Garcii doprowadziły do różnorodności muzyki jaką wykonywał grając z własnym zespołem. Podobnie jak w macierzystej grupie Grateful Dead solowa działalność Jerry’ego opiera się na bluesie, folku, country, jazzie i rocku, podanej w improwizacyjnym środowisku, który w dużym stopniu służyło jako ramy dla jego solówek. Jego grupa nie grała awangardowych dźwięków a była bardzo silnie ukierunkowana na rhythm and bluesowe ścieżki, nie brakowało też wycieczek w stronę funkujących rytmów czy też gospelowych śpiewów.
Rok 1973, 30-letni gitarzysta Jerry Garcia był u szczytu swoich możliwości. Był muzycznym fanatykiem, który zawsze chciał grać. Nic dziwnego, że jego obecność na płytach z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych jest zauważalna. Jefferson Airplane, Crosby, Stills, Nash and Young, It’s a Beautiful Day, New Riders Of the Purple Sage, David Bromberg czy Ornette Coleman to tylko niektórzy wykonawcy na których płytach słychać grę Garcii. I to nie zawsze na gitarze. Wywodzący się z bluegrassowej tradycji Jerry Garcia opanował do perfekcji grę na pedal steel guitar czy na banjo.
W 1971 roku wraz z Howardem Walesem nagrał jazz rockową płytę „Hooteroll?” a rok później  połączył swoje siły z kolejnym keyboardzistą Merlem Saundersem, z którym nagrał dwie studyjne płyty. Jak się okazało ta współpraca była jedną z najdłużej trwających, tak muzycznej jak i osobistej przyjaźni. To właśnie Saunders pomógł Garcii odzyskać umiejętności muzyczne po śpiączce, która w 1986 roku prawie Jerry’ego zabiła. Nagrania opisane poniżej z kilku koncertów w Keystone, Berkeley ilustrują dynamiczną współpracę obu muzyków w szerokim zakresie.
Repertuar obejmuje wszystko od bluesa, rocka i elementy muzyki karaibskiej po jazz, funk i Motown. Jest to część geniuszu artystycznego Garcii, jego miłości do wszelkiego rodzaju muzyki i zdolności do ułożenia tego w całość, w przeciwieństwie do wielu artystów, którzy tkwią w jednym gatunku. Luźna atmosfera nagrań podkreśla tylko radość z grania i umiejętność poprowadzenia solowych poczynań obojętnie w którą stronę. Świadomość, że pozostali muzycy pójdą za mną jest bezcenna. Doskonała i świetnie rozumiejąca intencje Jerry’ego sekcja rytmiczna również nie wypadła sroce spod ogona. Basista John Kahn oraz perkusista Bill Vitt współpracowali już z Garcią od jakiegoś czasu. Nagrania z Keystone, które zawierają te płyty zostały zagrane 10 i 11 czerwca 1973 roku.
Ogień, woda, powietrze i wiatr luźno wymieszane w słońcu jak skrzydła motyli prowadzą nas w tych dźwiękach, mających w sobie nieprzebraną tęsknotę za swobodnym, luźnym niczym nieskrępowanym życiem. Niebo jest nadal czyste, krople deszczu są pełne osobowości, usiądź przyjacielu obok mnie nad wodą i posłuchaj. „My Funny Valentine” odbija się w tęczowych wodospadach, prowadząc luźne dźwięki w stronę docelowego portu. Ten ponad osiemnastominutowy numer zawiera w sobie czysto jazzową atmosferę. Wszyscy muzycy improwizują ale robią to tak delikatnie, tak swobodnie, że… Posłuchaj! ten wodospad cichutko tchnął nowy powiew… Podobne jamowe granie usłyszysz np. w „Merl’s Tune” czy w „Mystery Train”. Tutaj dzielnie sekunduje Garcii, Saunders, którego gra wysuwa się czasami na pierwszy plan a jego wyczucie instrumentu sprawia, że to wszystko wspaniale chodzi. Zestaw zawiera również niektóre w najlepszych wokali Garcii, choćby w dylanowskich „Positively 4th Street” i „It Takes a Lot to Laugh, it Takes a Train to Cry”.
Natomiast „The Harder They Come” Jimmy Cliffa utrzymana w klimacie reggae jest zagrana czysto i powołuje się na duchową atmosferę wyrażoną przez Jerry’ego pięknym solem gitarowym.
„Live At Keystone” zawiera materiał, na którym miłośnicy takiej szczerej i niezobowiązującej muzyki dostrzegą mistrzostwo wykonania i specyficzną atmosferę, a zarazem jest to kolejny dowód, że Jerry Gracia jest jednym z najbardziej wpływowych artystów i postaci kontrkultury współczesnej historii.




środa, 27 września 2017

SRC - SRC /1968/


1. Black Sheep 
2. Daystar 
3. Exile 
4. Marionette 
5. Onesimpletask 
6. Paragon Council 
7. Refugeve 
8. Interval 

*Steve Lyman - Second Guitar and Voice
*Glenn Quackenbush - Hammond Organ 
*Scott Richardson - Lead Voice
*E.G. Clawson - Drums
*Robin Dale - Bass and Voice
*Gary Quackenbush - Lead Guitar

Lata sześćdziesiąte pamiętane są jako żyzny czas na tworzenie muzyki, zespoły naprawdę zachęcały się do podejmowania ryzyka, aby wyróżnić się czymś innym, spróbować czegoś nowego i opierać się na własnym materiale. Przy tak wielu utalentowanych grupach łatwo jest zobaczyć jak dużo zespołów mogło odejść w zapomnienie. Czasami najciekawszą rzeczą jest szukanie i wykopywanie, podobnie jak zagubionego skarbu, muzyki aby wydobyć ją choć na chwilę z zapomnienia. Doskonałym przykładem takiej kapeli jest zespół SRC. Pochodzący z Detroit, band zerwał z ograniczeniami i barierami muzycznymi i dokonał czegoś oryginalnego. Scena muzyczna Detroit była od połowy lat sześćdziesiątych do wczesnych lat siedemdziesiątych dość spektakularna, zespoły w niej działające produkowały ostrzejsze dźwięki i nękały granice muzyczne. To była atmosfera w której rozkwitała ciężka psychodeliczna jazda SRC. Muzycy napisali dużo fajnego materiału, popychali granicę i wciąż brzmią świeżo. Oto ich historia.

Grupa rozpoczęła swoją działalność gdy dwaj bracia Gary i Glenn Quackenbush opuścili The Fugitives i wraz z perkusistą E.G.Clawsonem oraz wokalistą Scottem Richardsonem rozpoczęli próby jako Scott Richard Case, później skracając nazwę na SRC, aby nie wyróżniać nikogo z zespołu. Już pierwszy singiel grupy, który zawierał znany utwór Skipa Jamesa „I’m So Glad” ukazał jak wielkim talentem dysponują chłopaki a wyróżniał się szczególnie Gary Quackenbush i jego sfuzzowane gitarowe brzmienia. Utwór stał się lokalnym hitem i przy pomocy swojego przyszłego producenta Johna Rhysa muzycy spotkali się z wiceprezesem Capitol Records i podpisali z nim umowę.
Debiut powstał w 1968 roku i od razu stał się sztandarową pozycją gitarowej muzyki psychodelicznej. Płyta jest wypełniona wspaniałymi melodiami i harmoniami, wybuchowością i niesamowitym zgrywaniem gitarowych odjazdów. Technika Quackenbusha jest niesamowita, zwłaszcza sposób w jakim wykorzystuje efekt sprzężeń zwrotnych wypełniający efektowne solówki, które są tak ekspresyjne, że na chwilę zapominasz o sobie i okolicy. 
Głównym utworem na pierwszej płycie SRC jest otwieracz „Black Sheep”, który rozpoczyna dźwięk melodyjnych organ, przebijany przez kosmiczne rozbłyski gitary doprowadzające doskonałość w pączkującym wzgórzu. Wręcz przebojowe „Daystar” wyróżnia się intensywnymi solami gitarowymi na tle ciekawej garażowej melodyki. „Exile” opowiada kosmiczną historię lekkich podmuchów organ i zadziornej dzikiej gitary Quackenbusha.
Dalej, dalej, na wzgórze, w ocean dźwięku, delikatne powiewy mokrego powietrza, „Onesimpletask” mocna, psychodeliczna jazda ociera się o ostre skały i ulatuje we wzburzone morze. Gitara prowadząca jest głównym elementem tej płyty, porywająca, potężna, czasem mająca chwytliwy riff, który uzupełnia się wzajemnie z innymi instrumentami. Największe wrażenie robi w utworze „Refugeve” tu już mocno stąpa po ziemi i zdziczała ogarnia całą płytę aby w końcowym „Interval” nie popuścić ani sekundy i tak dociskać do ostatniej minuty. 
Zespół jeszcze w swojej podróży nagrał dwie płyty po czym rozpadł się. Muzyka SRC wyprzedzała swój czas, wykorzystując zniekształcenia i hałaśliwe gitarowe zadziory doprowadziła do nowych drzwi, nazwanych heavy psychedelic.





środa, 20 września 2017

THE GREAT SOCIETY - Collectors Item From The San Francisco Scene /1971/


1. Sally Go Round The Roses (06:32)
2. Didn't Think So (03:23)
3. Grimly Forming (03:53)
4. Somebody To Love (04:28)
5. Father Bruce (03:31)
6. Outlaw Blues (02:27)
7. Often As I May (03:43)
8. Arbitration (03:58)
9. White Rabbit (06:14)
10. That's How It Is (02:39)
11. Darkly Smiling (03:08)
12. Nature Boy (03:10)
13. You Can't Cry (02:57)
14. Daydream Nightmare (04:34)
15. Everybody Knows (02:36)
16. Born To Be Burned (03:13)
17. Father (06:34)


*Grace Slick – Piano, Vocals
*Darby Slick – Guitar
*David Miner – Guitar
*Jerry Slick – Drums
*Peter Vandergelder (Van Gelder) – Bass, Flute, Saxophone



The Great Society było tylko mgnieniem chwili, cieniem który trwał  i rozpłynął się potem w nieskończonym mroku gwieździstej nocy. Pod koniec 1965 roku zespół zarejestrował szereg nagrań niestety wybrane na singiel, o posmaku hinduizmu 
„Free Advice” oraz zagrana w powolnym tempie ballada „Someone to Love” nie odniosły żadnego sukcesu. Autorem obu nagrań był gitarzysta Darby Slick. Najwyraźniej bardzo niewiele osób było w stanie poznać potencjał drzemiący w „Someone to Love”.
Zespół został założony przez Jerry’ego Slicka a największą atrakcją grupy była jego wokalistka, małżonka Jerry’ego, Grace. Grupa była jedną z pierwszych które podpisały kontrakt płytowy na terenie San Francisco. Często występując w klubie The Matrix, The Great Society było suportem innej kapeli z tego miasta. 
Był to Jefferson Airplane, już wtedy cieszący się w pewnych kręgach niemałą popularnością. Nic dziwnego, że gdy Signe Anderson dotychczasowa wokalistka 
the Airplane postanowiła opuścić zespół wybór na jej miejsce padł na Grace Slick, utalentowaną, pełną wdzięcznego głosu, która z chęcią skorzystała z tej szansy. Tym bardziej, że jej małżeństwo zaczynało się sypać i atmosfera w grupie powoli stawała się nie do zniesienia. Jefferson Airplane zaczynał już swój psychodeliczny lot a wokal Grace Slick przyczynił się osiągnięcia przez zespół galaktycznych przestrzeni. Columbia Records wytwórnia, która miała podpisaną umowę z The Great Society zwietrzyła interes i postanowiła wydać nagrania grupy zarejestrowane z występów w klubie The Matrix w 1966 roku. W 1968 roku ukazały się dwa oddzielne wydawnictwa, które zostały w 1971 roku wydane jako całość pod nazwą „Collector’s Item From the San Francisco Scene”. Tak jak już wspomniałem mamy tutaj nagrania dokonane na żywo w gęstej od dymu atmosferze klubu, a materiał stanowi interesujący obraz powstawania dźwięku sceny San Francisco. 
„Sally Go’ Round the Roses” to numer, który rozpoczyna tą układankę. Utrzymany w transowym rytmie utwór hipnotyzuje swoim obliczem a gdy w środkowej części gitarowe solo zabiera nas we wschodnio brzmiące klimaty to mamy obraz tego co nas może spotkać. Jedną z dwóch piosenek o miłości jest „Didn’t Think So” to spokojny walczyk prowadzący nas wręcz do anielskiej atmosfery, ale poczekaj! 
Coś dziwnego brzmi w głosie Grace, coś co wprowadza pewien niepokój. Zatrzymaj się i zastanów!

„Someone to Love” to znany bardziej z wykonania Jefferson Airplane przebój „Somebody to Love”, to też druga pieśń o miłości. Zagrana w powolniejszym tempie intryguje klimatem i przyciąga świetną solówką gitarzysty, oszczędną ale mającą w sobie pełną energię. Zresztą w tworzeniu klimatów poszczególnych utworów niezwykłe wyczucie miała gitara Darby Slicka, czasami melancholijnie zmierzająca w głębię przestworzy, czasem otwierająca nam drogę na wschód, ku Indii a czasem zmagająca się z folkową tradycją. Do tego dochodził niebanalny wokal Grace Slick co tworzyło podstawy do pełnego wczesnego psychodelicznego brzmienia. Drugim utworem, który został potem wykorzystany przez Grace Slick w the Airplane był „White Rabbit”, zaczynający się jazzowym wstępem, opartym na hinduskiej radze, zagranym na saksofonie przez Petera Vandergeldera. Wersja The Great Society jest wyśmienita. Tak rodziło się brzmienie San Francisco. 
Więc jeśli jesteś fanem dźwięków Zachodniego Wybrzeża to bez dwóch zdań musisz poznać ten album i zapamiętać sobie nazwę The Great Society, bo warto.







środa, 13 września 2017

SONS OF CHAMPLIN - Loosen Up Naturally /1969/


1. 1982-A - 3:50 
2. The Thing To Do - 4:45 
3. Misery Isn't Free - 4:13 
4. Rooftop - 3:42 
5. Everywhere - 3:45 
6. Don't Fight It, Do It! - 4:15 
7. Get High - 7:45 
8. Black And Blue Rainbow - 3:18 
9. Hello Sunlight - 4:20 
10.Things Are Gettin' Better - 5:50 
11.Freedom - 14:45

*Bill Bowen - Drums
*Tim Caine - Saxophone
*Bill Champlin - Guitar, Keyboards, Saxophone, Vocals
*Terry Haggerty - Guitar, Vocals
*Geoffrey Palmer - Keyboards, Bass, Saxophone, Vocals
*Al Strong - Bass

Choć grupa Sons Of Champlin zadebiutowała w 1967 roku wydając singla 
„Sing Me a Rainbow” to jeszcze dwa lata trzeba było czekać na album-pierwszy album, na którym muzycy starali się nadrobić powstałe zaległości, wydając od razu podwójną płytę. Ponad godzina muzyki odróżnia Sons Of Champlin od innych kapel pod względem instrumentacji i stylu. Jeśli dźwięk San Francisco definiowany jest prostą strukturą folk rockową, rozszerzoną o długie solówki gitarowe, to muzyka grupy Billa Champlina jest inna.
Sons Of Champlin biorą inspirację z R&B oraz jazzu, do których dokładają psychodeliczne pejzaże. Pozorna walka o swoje miejsca w utworach doprowadza do śmiałych rozwiązań, skomplikowanych ustaleń oraz wielu zagrań solowych. Grupa może być lepiej rozumiana jako zespół jazzowy, na dodatek wspomagana jest mocnymi zagrywkami Tima Caina na saksofonie. W zespole pochodzącym z San Francisco instrumenty dęte są czymś niezwykłym i skłaniają się bardziej ku nadchodzącym dźwiękom wschodniego wybrzeża w postaci Blood Sweat & Tears. Ponad wszystko wściekła gra zespołowa połączona z piaszczystym wokalem Champlina w stylu rhythm & bluesowym tworzy melodie równie ważne jak solowe zagrywki.
Album „Loosen Up Naturally” został wyprodukowany przez Davida Shallocka oraz Bruce Walforda i został wydany w 1969 roku. Już sam początek płyty ukazuje moc i pełną werwy muzykę podbudowaną rockową ekspresją z świetnie zaznaczonymi akcentami saksofonu. Ach, uwielbiam to!
Otoczony organami oraz rozpychającą się gitarą Haggerta, „The Thing To Do” ukazuje wpływy muzyki soul na zespół co jeszcze spotęgowane zostaje brzmieniem wokalu Champlina. „Misery Is not Free” swobodnie toczące się po psychodelicznej płaszczyźnie sprawia, że do bielszych obłoków masz już całkiem niedaleko. „Rooftop” to dość komercyjny kawałek mający coś z niebieskookiej duszy rozwijający się za sprawą saksofonu w niemal swobodny jam a „Everywhere” potrafi wprowadzić subtelne klimaty w kolejne rowki nagrania. Większość piosenek na płycie nie wychodzi poza standardowe cztery minuty oprócz dwóch, mocno jammujących numerów. „Get High” oraz „Freedom” stanowią pełną spoistość całego nagrania. Mające soulowe zabarwienie „Get High”, oddziałuje na duszę i czyni pełny ruch w stanach wypełniających świadomość. Zaciekawia swobodne prowadzenie wokalu lidera, jakby miał to we krwi. I wszędobylski saksofon ciągle wychodzi gdzieś z ukrycia i atakuje dźwiękami, to ruszając do przodu, to chowając się w czeluściach oceanu. A całość kończy solo na ksylofonie, skąd on się wziął? No, pięknie.
„Get High”!!!!
Najsilniejszym akcentem albumu jest piosenka „Freedom” z po prostu wspaniale poprowadzonymi jammującymi fragmentami. To one wypuszczają nas w stronę wolności, zrywają okoliczne bariery i w blues jazzowych klimatach otwierają pełną swobód drogę. To one pod wpływem iluzji, prowadzą nas w magiczną potrzebę zerkania na końcówkę lat sześćdziesiątych.








środa, 6 września 2017

STEELEYE SPAN - Below the Salt /1972/


01 - Spotted Cow
02 - Rosebud In June
03 - Jigs The Bride's Favorite-Tansey's Fancy
04 - Sheep-Crook And Black Dog
05 - Royal Forester
06 - King Henry
07 - Gaudete
08 - John Barleycorn
09 - Saucy Sailor

Maddy Prior - vocals
Tim Hart - vocals, appalachian dulcimer, guitar
Peter Knight - violin, viola, mandolin, banjo, piano, vocals
Rick Kemp - bass, drum, vocals
Bob Johnson - guitar, vocals

Nic dziwnego, że brytyjska muzyka ludowa znalazła drzwi, które pozwoliły wejść jej ku szerszym masom i na stałe wpisała się w historię muzyki rockowej. Połączenie folku i rocka nastąpiło pod koniec lat sześćdziesiątych gdy swoje płyty wydały zespoły Incredible String Band i Fairport Convention. Z przebogatej tradycji celtyckich pieśni grupy te zamieściły, używając czasami oryginalnych instrumentów swoje interpretacje tych utworów a także własne numery utrzymane w podobnym klimacie. Pod koniec 1969 roku z zespołem Fairport Convention pożegnał się Ashley Hutchings, który chciał grać bardziej tradycyjną muzykę( jego macierzysty zespół miał inną wizję przyszłości). Nowy zespół założył gdy spotkał na londyńskiej folkowej scenie występujący razem duet, Tima Harta i Maddy Prior. Nazwa grupy wzięta została z tradycyjnej piosenki „Horkstow Grange” opowiadającej o legendarnym woźnicy z hrabstwa Lincolnshire. 
Steeleye Span zadebiutował na scenie w 1970 roku i od razu zdobył sporą popularność. Na swoich pierwszych trzech płytach zespół grał muzykę folkową z głównymi wpływami tradycyjnymi i niewielką domieszką rockowych instrumentów. Na czwartym lp zespół dojrzał już i wykreował swój własny styl tworząc rewolucyjne ciężkie elektryczne brzmienie mocno osadzone w folkowej tradycji. 
„Below the Salt” wydany został w 1972 roku i jest to już pozycja nagrana bez Hutchingsa. Na jego miejsce przyszło dwóch muzyków o rockowych korzeniach, basista Rick Kemp (wcześniej był w King Crimson) oraz gitarzysta Bob Johnson. Dźwięk grupy na tym albumie wypełnia w pełni przestrzeń, jest ciepły, a wszystkie instrumenty, także wokale brzmią świetnie. Dobry folk tworzony jest przez gromadzenie pięknych i poruszających obrazów ludowych, dokonywanych przez wyważone aranżacje i odtwarzanie muzyki tak tradycyjnej i autentycznej jak to tylko możliwe. Grupie udaje się ta sztuka proponując nam chwytliwe i wzruszające piosenki w ciekawych aranżacjach. 
Takie albumy jak „Below the Salt” pomagają mi pamiętać, że muzyka jest jednym z największych prezentów życia… Magiczny, wspaniały, cenny dar.
Ta płyta ukazuje, że grupie udało się wprowadzić nowe brzmienie. Już w ”Spotted Cow”  otwierającym płytę utworze jest lekko i przyjemne. Uroczym wprowadzeniem jest przemyślana praca basu Ricka Kempa. Hipnotyzujące wokale wykonywane w refrenie „Rosebud In June” zamieniają się w entuzjastyczne święto czasu a atrakcyjność melodii sprawia, że trudno powstrzymać się od dodania własnego głosu do utworu…ale lepiej nie.
Kolejnym popisem czystego i lekkiego głosu Maddy Prior jest utwór „Sheep-crook and Black Dog”. To trwa tak jakby była w transie, całkowicie zespolona z piosenką. Po prostu zamknij oczy i posłuchaj jednego z najpiękniejszych głosów, jakie kiedykolwiek słyszysz. A jakby tego było mało mamy „Gaudete”, zaśpiewany a cappella, powstający z wyciszenia niesamowity wkład chóralny. To tak, jakbyś wszedł do dużej, pełnej tajemnic średniowiecznej katedry i zaczął chodzić w stronę nawy, aby dowiedzieć się skąd pochodzą te piękne dźwięki… niebiańskie głosy otaczają cię, a następnie chór rozpoczyna powolny marsz ku górze, głosy podniesione… wyciszasz się, aby pozwolić chórowi swobodnie przemieszczać się aż do powolnego zanikania, wtedy rozważasz wieczne piękno katedry, które bez wątpienia trwało całe wieki… podczas gdy echo melodii i barwy głosów rezonują w twojej duszy. 
„John Barleycorn ” jest skoczną, zaśpiewaną przez Tima Harta piosenką, której słowa prawie śledzą sadzenie, wzrost, rozwój, cięcie, mielenie i fermentację jęczmienia. To wszystko ciężka praca ale to nic, kiedy możesz się śmiać, przepuścić butelkę i cieszyć się owocami tej pracy. Płytę kończy opowieść o zmarłym marynarzu, którego porzuca kobieta za pozorny brak bogactwa. Ale on ją zaskakuje: „Mam srebro w kieszeni, skarbie/I złoto w wielkim sklepie”. Chciwa niewiasta klęka przed nim, wyznając mu miłość ale on mówi jej, aby się rozpuściła. Najbardziej kocham ten numer ze względu na długie instrumentalne zakończenie, które wypełnia połowę utworu. Mieszanka różnych instrumentów (gitara, cymbały, mandolina) podróżująca nostalgicznie po pustych tawernach jest jednym z najpiękniejszych fragmentów muzycznych jakie kiedykolwiek słyszałem.