sobota, 25 lutego 2017

KALEIDOSCOPE - Faintly Blowing /1969/


1. Faintly Blowing - 4:08
2. Poem - 2:53
3. Snapdragon - 2:42
4. A Story From Tom Bitz - 3:45
5. (Love Song) For Annie - 2:33
6. If You So Wish - 3:40
7. Opinion - 0:18
8. Bless The Executioner - 2:58
9. Black Fjord - 3:13
10.The Feathered Tiger - 5:09
11.I'll Kiss You Once - 0:57
12.Music - 6:08   

*Peter Daltrey - Vocals,  Keyboards
*Eddie Pumer - Guitar
*Steve Clark - Bass
*Danny Bridgman - Drums


To jest prawdziwie fantastyczny album, jedna z najlepszych „zaginionych” płyt w natłoku lat sześćdziesiątych. Niewiele lepszy od debiutu sprawia, że należy do mojej absolutnej trójki najlepszych płyt z brytyjską muzyką psychodeliczną. 
Brytyjski Kaleidoscope powstał w połowie lat sześćdziesiątych w składzie: Eddie Pumer, Steve Clark, Danny Bridgman oraz Peter Daltrey. W 1967 roku muzycy podpisali kontrakt płytowy z wytwórnią Fontana Records. Już we wrześniu 1967 roku światło dzienne ujrzał debiut grupy „Tangerine Dream”. Płyta zawiera subtelne, pełne liryzmu folkowe ballady śpiewane przez Daltreya głosem bardzo czystym co tylko dodaje uroku poszczególnym utworom. Po wydaniu płyty zespół wyruszył w trasę po Europie gdzie towarzyszył m.in. amerykańskiej gwieździe Country Joe & The Fish. Dick Leahy, który był producentem debiutu grupy podjął się tej roli przy nagrywaniu drugiej pozycji w dyskografii Kaleidoscope.
„Faintly Blowing” został wydany w 1969 roku i jest to bardzo mocna pozycja w historii muzyki psychodelicznej. O wielkim atucie tej płyty świadczy jej melodyjność. 
Pomimo zastosowania różnych technik nagraniowych, mamy tutaj i kompresje i sfazowanie i wyciszanie dźwięków płyta jest zadziwiająco spójna i cholernie tajemnicza. Każdy utwór oddziałuje bardzo silnie na nasze zmysły i do tego każdy numer jest niezapomniany. 
Majestatyczne piękno z jakim obcujemy w „If You So Wish”  czyni z tej piosenki jedną z największych w swoim gatunku. Albo „Snapdragon” czy „Black Fjord” imponujące miniaturki mające taką siłę, że słuchając ich wchodzisz w głębię nieziemskiego nastroju prowadzącego ku zmartwychwstaniu planety z popiołów. 
W tytułowym  numerze folkowe odjazdy zmierzają do łąk zielonych poprzecinanych błękitnymi wstęgami falujących traw.
A taka króciutka balladka „I’ll Kiss You Once” z jakże uroczym tekstem:
I'll kiss you once, I'll kiss you twice
Won't you say it's very nice
I'll kiss you three, I'll kiss you four
Won't you let me through your door

I'll kiss you five, I'll kiss you six
By seven we can be in heaven
I'll kiss you eight, I'll kiss you nine
By ten we'll start all over again
kojarzy się od razu z pierwszą miłością i pierwszymi pocałunkami.
No i na zakończenie płyty pojawia nam się zagrany w konwencji rockowej utwór „Music” w którym końcowa część zawiera istną orgię psychodelicznych dźwięków.  

Dla mnie jest to pierwsza trójka płyt psychodelicznych z Wysp Brytyjskich a Ty jeśli chcesz posłuchać psychodelii z dodatkiem baśniowej aury nie powinieneś przeoczyć tej płyty.





środa, 22 lutego 2017

SUSAN CHRISTIE - Paint A Lady /1970/


1. Rainy Day  - 3:09 
2. Paint A Lady - 3:22 
3. For The Love Of A Soldier (John M. Hill) - 3:55 
4. Ghost Riders In The Sky (Stan Jones) - 3:26 
5. Yesterday, Where's My Mind? (John Reid) - 9:04 
6. Echo In Your Mind - 3:17 
7. When Love Comes (J. Hill, Beatrice Hill, Susan Hill) - 2:18 
8. No One Can Hear You Cry (B. Hill, J. Hill) - 2:21 

*Kirk Hamilton - Bass
*Jim Valerio - Drums
*Susan Christie - Performer


Pamiętam jak pewnego sierpniowego wieczoru siedziałem sobie na werandzie i z zainteresowaniem obserwowałem co to się dzieje w przyrodzie. Powoli odchodził upalny dzień, jeszcze powietrze drgało niezliczoną ilością szalonych promieni słonecznych ale już w oddali słychać było grzmoty zaczynającej się burzy. Chmury rosną jakby na grzbiecie ogromnej fali ponad rojem paproci wspaniale ukołysanych u zielonej skały. Ten ocean dźwięków drgających w delikatnym mokrym powietrzu upada na ziemię aby wpatrzeć się w doskonałość traw. Wysuwa się z niego pełen niewinności jeszcze jeden głos. W tych przyrodniczych otchłaniach głos Susan Christie zespala się, wtapia i wybija przyjemnie otulając mnie i pozwalając wsunąć się w powietrze pełne mokrych kropel zanikającego deszczu. 
Płyta „Paint A Lady” został nagrana przez Susan Christie w 1970 roku a dlaczego przeleżała na półce do wydania aż 36 lat tego nie wie nikt. Susan miała podpisany kontrakt płytowy z Columbia Records. Jednak po nagraniu materiału demo uznano go za mało komercyjny i rozwiązano kontrakt z artystką. 
Ukazało się zaledwie kilka egzemplarzy tego albumu i dopiero w 2006 roku Andy Votel DJ z Manchesteru natknął się na jeden z nich i podjął wysiłki, by krążek pojawił się na rynku. Tak ta płyta ujrzała światło dzienne w 2006 roku. Słuchając „Paint A Lady” aż trudno uwierzyć, że decydenci Columbia Records zdecydowali się nie wydawać tych nagrań.
No ale na szczęście mamy ten zbiór piosenek zanurzonych w otchłaniach folkowej mistyki o lekkim zabarwieniu psychodelicznym. 
Płyta zaczyna się finezyjnym, chwytliwym tematem z którego gdzieś tam w tle dociera do nas mroczna ciemność. Jednak głos Susan rozwiewa wszelkie niepokoje snując opowieść o deszczowym dniu. No właśnie ten głos mający tajemniczy i spokojny charakter rozbrzmiewa bez skazy powodując, ze tej płyty słucha się z zapartym tchem. A i sekcja rytmiczna ma wiele do powiedzenia. I wcale nie dziwią niepokojące dźwięki klawiszy w tytułowym numerze czy też partie instrumentów smyczkowych w „Rainy Day”. 
A dziewięciominutowy „Yesterday, Where’s My Mind” oj. robi wrażenie. 
Co!?
Folkowa jazda przez prawie dziesięć minut. Na początku z silnie akcentowaną perkusją Christie recytuje i wykrzykuje tekst, brzmi to jakbyś przebywał w jakimś narkotycznym transie a do tego jeszcze bardziej odjechany klimat nadają klawisze. 
I gdy powoli zaczynasz się irytować tymi trippowymi zagraniami, nagle utwór przechodzi w całkiem chwytliwą folkowo popową piosenkę, która sobie płynie swobodnie docierając do kresu świadomości.
Pozostałe utwory na płycie są bardziej spójne. Nie może zabraknąć pieśni protestu. Wszak trwa wojna i kolejni młodzi chłopcy wyruszają do Wietnamu. 
„For the Love Of A Soldier” pięknie oddaje niepokój duszy tych chłopaków i ich dziewcząt. 
Czy zobaczymy się jeszcze?
I tak sobie leci tych parę utworów z płyty, której Columbia Records nie chciała wydać.
Za mało komercyjna!!! Co ci panowie mieli w głowach.

No ale jest i tak sobie myślę, że gdyby tego jednak nie wydano to świat straciłby kolejną muzyczną perełkę a ja nie mógłbym po raz kolejny odtworzyć sobie płyty Susan Christie „Paint A Lady”.




środa, 15 lutego 2017

BEACON STREET UNION - The Clown Died In Marvin Gardens /1968/


  • The Clown Died In Marvin Gardens (Ulaky/Wright)
  • The Clown's Overture (Fallon)
  • Angus Of Aberdeen (Ulaky/Weisberg)
  • Blue Suede Shoes (Perkins)
  • A Not Very August Afternoon (Rhodes/Tartachny/Weisberg/Wright)
  • Now I Taste The Tears (Clifford)
  • King Of The Jungle (Tartachny/Ulaky/Weisberg/Wright)
  • May I Light Your Cigarette (Ulaky/Wright)
  • Baby Please Don't Go (Rhodes/Tartachny/Ulaky/Weisberg/Wright)
  • John Lincoln Wright - vocals
  • Robert Rhodes - keyboards, bass
  • Richard Weissberg - drums
  • Paul Tartachny - guitar
  • Wayne Ulaky - bass
W drugiej połowie lat sześćdziesiątych powstało kilkanaście płyt mających jedną wspólną cechę. Znajdowały się na nich wypełniające w wielu przypadkach całą jedną stronę lp długie rozimprowizowane utwory. Utwory te były z reguły chęcią pokazania umiejętności muzyków oraz wyobraźni jaką posiadają twórcy tych czasami niesamowitych podróży.
Love i „Revelation” czy Fever Tree ze swoją przeróbką „Hey Joe” to rzeczy godne polecenia i uwagi. Oczywiście nie sposób pominąć „In-A-Gaddy-Da-Vida” grupy Iron Butterfly, niestety czasami mam wrażenie, że jest to wybryk czasoprzestrzennego załamania. No bo jak można nagrać coś tak intrygującego i świetnego w odbiorze a poza tym…. nic. No ale wspomniany tytuł wart jest zauważenia.
Krótka pochodząca z delty Mississippi przejmująca pieśń „Baby, Please Don’t Go” najbardziej znana mi jest z wykonania walijskiej grupy hard rockowej Budgie. 
Jakież było moje zdziwienie gdy przeglądając ostatnio płyty stojące na półce wpadł mi egzemplarz z tą właśnie piosenką ale w wersji ponad szesnastominutowej. 
Utwór zaczyna się tradycyjnym wstępem a orgia dźwięków zaczyna się po refrenie. Motoryczna sekcja rytmiczna wyzwala niesamowitą energię, która zostaje lekko rozładowana przez dźwięki organ. Zwraca uwagę twarde brzmienie basu wypełniające w całości kompozycję a tuż za nim wrażenie robi niemal jazzująca perkusja na tle której swoje apokaliptyczne wizje rozsiewa gitarzysta.
Nagranie powstało w 1968 roku i zostało zarejestrowane przez grupę Beacon Street Union. Zespół założony został na początku lat 60-tych przez grupkę kolegów, których los zetknął ze sobą na campusie Boston College. Najwięcej do powiedzenia w zespole mieli John Lincoln Wright oraz Wayne Ulaky twórcy większości repertuaru grupy. W 1967 roku dzięki Wesowi Farrellowi, znanemu producentowi grup pop rockowych i garażowych muzycy podpisali kontrakt płytowy z wytwórnią MGM. Ponieważ swoją scenę muzyczną miało Zachodnie Wybrzeże, wiele działo się w Teksasie a na wschodzie prężnymi muzycznymi ośrodkami były Nowy Jork oraz Boston. Dział marketingu MGM szybko wymyślił nazwę na lokalną scenę. 
The Bosstown Sound zaistniało w drugiej połowie lat 60-tych a obok Beacon Street Union do przedstawicieli tego brzmienia należeli The Ultimate Spinach, Eden’s Children czy Orpheus. 
Po nagraniu debiutu „The Eyes Of Beacon Street Union” jeszcze w tym samym 1968 roku tylko jesienią zespół nagrał drugi album zatytułowany „The Clown Died In Marvin Gardens”.  Tak wspomina ten czas perkusista grupy Richard Weisburg: „Te wszystkie zmiany społeczno-gospodarcze oraz polityczne w połowie lat sześćdziesiątych wyzwoliły w nas potrzebę eksperymentowania z muzyką w taki sposób aby była to reakcja na to wszystko. W twórczy sposób staraliśmy się wyrazić siebie.”
„The Clown Died In Marvin Gardens” jest bardziej dojrzalsza od debiutu. Intryguje pomysłami i nawet typowy wypełniacz jakim jest „Blue Suede Shoes” aż tak nie razi. Tytułowy utwór rozpoczynający całą płytę już zaskakuje swoim brzmieniem. Wibrafon, flet, klawesyn w połączeniu z kwasową gitarą zaskakuje słuchacza czyniąc fantastyczny wstęp do wysłuchania całej płyty. A tu niespodzianka. Drugi numer jest kompozycją w stylu klasycznym w wykonaniu małej orkiestry. Dla grupy grającej na debiucie lekko garażowo jest to zmiana imponująca. Lekkie, skąpane w oparach psychodelicznego opium utwory nadają tajemniczości płycie a „May I Light Your Cigarette” wręcz owija nas aurą musicalowej psychodelii. Na podkładzie cicho brzmiącej gitary John Wright recytuje straconym głosem złamanego człowieka historię życia. Surrealistyczne wizje nadziewane zostają dźwiękami sfuzzowanej trąbki co jeszcze bardziej przenosi nas na ekran kinowego spektaklu. 
I to wszystko? 
No, nie.
Na zakończenie płyty swoista wersja "Baby, Please Don't Go" w ponad szesnastominutowej wersji zachęca do wysłuchania po raz kolejny tej zapomnianej już płyty.




środa, 8 lutego 2017

GRATEFUL DEAD - Reckoning /1981/


  • Dire Wolf (Garcia / Hunter)
  • The Race Is On (Rollins)
  • Oh Babe, It Ain't No Lie (Cotton)
  • It Must Have Been The Roses (Garcia / Hunter)
  • Dark Hollow (Traditional rec. Browning)
  • China Doll (Garcia / Hunter)
  • Been All Around This World (Traditional)
  • Monkey And The Engineer (Fuller)
  • Jack-A-Roe (Traditional)
  • Deep Elem Blues (Traditional)
  • Cassidy (Weir / Barlow)
  • To Lay Me Down (Garcia / Hunter)
  • Rosa Lee McFall (Monroe)
  • On The Road Again (Traditional)
  • Bird Song (Garcia / Hunter)
  • Ripple (Garcia / Hunter)
  • Jerry Garcia - acoustic guitar, vocals
  • Mickey Hart - percussion
  • Billy Kreutzmann - percussion
  • Phil Lesh - bass
  • Brent Mydland - keyboards, vocals
  • Bob Weir - acoustic guitar, vocals
Ku uciesze fanów zespołu kolejne nagrania grupy jakie dane nam jest usłyszeć to nagrania koncertowe. 
A że zespół czuje się w nich najlepiej, co do tego nie mamy żadnych wątpliwości. 
W roku 1981 spotkała nas wielka radość. Otóż Grateful Dead wydał dwa albumy z muzyką zagraną we wrześniu i październiku 1980 roku. Obie płyty pochodzą z tych samych koncertów. 
Grupa wróciła do formuły koncertowej, którą praktykowała już w 1970 roku. Pierwszy set wypełniały utwory zagrane akustycznie, drugi elektrycznie. Tak też zostały wydane te płyty. 
„Reckoning” jest całkowicie akustyczny. Każdy utwór jest odłączony od prądu i słuchając tych nagrań ma się wrażenie, że zespół zabrał nas do źródeł swojej twórczości. To są muzyczne poszukiwania swoich korzeni. Mroczne country & western, folk oraz akustyczne psychodeliczne odjazdy wypełniają tą część koncertu i płyty. Z tego powodu „Reckoning” jest szczególną pozycją w dyskografii grupy i nie sposób jej pominąć.
Choć korzenie Grateful Dead leżą w muzyce akustycznej to jako rockowy band częściej na koncertach używali instrumentów elektrycznych. W studio zespół pozwalał sobie na wykorzystywanie akustyki. Choćby na płycie „American Beauty” czy „Workingman’s Dead” mamy liczne numery wykonane akustycznie. Ale na koncertach wykonywane były elektrycznie jak „Friend Of The Devil”. 
To wielka uczta dla fanów wysłuchać Grateful Dead grających swoje utwory w innym formacie dźwiękowym.
Słuchając „Reckoning” nie mamy powodów do narzekań. Umiejętności Garcii potwierdzają tylko wysoki kunszt gry tego artysty. Aby bardziej utwory brzmiały akustycznie dopasowano specjalne zestawy bębnów dla obu perkusistów. Zostały one pomniejszone tak, że wyszły z tego małe akustyczne perkusje zawierające ponadto dużą ilość bongosów i bębnów ręcznych. Ponadto słychać pełną harmonię między perkusją a basem i gitarą Boba Weira.
„Reckoning” zawiera różne tradycyjne numery, każdy z nich jest ciekawą perełką, którą słucha się z zapartym tchem. Muzyka zagrana na tym koncercie jest bardzo klarowna i na pełnym luzie, pełna harmonii i wysokich lotów. Również wokalnie nie można nic zarzucić muzykom. Głos Jerry’ego brzmi czysto i perfekcyjnie podobnie jak Boba. Oj jest tu trochę smaczków obok których nie potrafię przejść obojętnie. Kryształowo czysta posiadająca jakąś nostalgię „China Doll”, piękne ballady „To Lay Me Down” czy „It Must Have Been the Roses” powodują, że płyty tej słucha się wyśmienicie. Ale mamy tu tez i pełne energii wykonane „The Race Is On” czy utwór z solowej płyty Weira „Cassidy”. Na uwagę zasługuje również numer „Bird Song” poświęcony pamięci Janis Joplin. To tutaj ujawnia się w pełni polot i fantazja gry na gitarze Garcii. Jego solo w tym utworze należy do jednych z najlepszych w karierze. Akustyczna psychodelia – to jest właśnie to. Koncert kończy się porywającą pełną radości wersją „Ripple”. 
Co jeszcze jest tak bardzo odczuwalnego oprócz muzyki na płycie Grateful Dead. 
ATMOSFERA jaka panuje na występach grupy. Wręcz czuć ten oddech publiczności, tę zabawę, tę iskrę która powoduje, wyśmienitość nastroju.
Hmm, nie pozostaje nam nic innego jak wejść w tę atmosferę koncertu i poczuć to tchnienie radości jakie dają nam Wdzięczni Nieboszczycy.




środa, 1 lutego 2017

THE KINKS - Face To Face /1966/



01 - Party Line
02 - Rosy Won't You Please Come Home
03 - Dandy
04 - Too Much On My Mind
05 - Session Man
06 - Rainy Day In June
07 - House In The Country
08 - Holiday In Waikiki
09 - Most Exclusive Residence For Sale
10 - Fancy
11 - Little Miss Queen Of Darkness
12 - You're Lookin' Fine
13 - Sunny Afternoon
14 - I'll Remember


Pete Quaife - bass
Dave Davies - guitar, vocal
Ray Davies - guitar, vocal
Mick Avory - drums
Nicky Hopkins - piano

The Animals, Small Faces, The Yardbirds, Manfred Mann zajmują na mojej półce muzycznej doczesne miejsce. Są to zespoły od których wszystko się zaczęło i dzięki którym pokochałem muzykę. Jest jeszcze jeden zespół, którego dyskografia wypełnia miejsce w szafce - to The Kinks. 
Ekipa braci Davies nagrała dużo płyt i wszystkie mają jedną wspólną cechę – są na wskroś brytyjskie. 
Głównego kompozytora i lidera zespołu Raya Daviesa nie interesowała psychodelia w formie choćby podróży kosmicznych czy też testów kwasowych. Bardziej skupiał się na codzienności życia, podsumowywał aspiracje angielskiej klasy robotniczej lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, był wielkim obserwatorem londyńskiej ulicy. Czwarta płyta zespołu The Kinks zatytułowana „Face to Face” ukazała się w przełomowym 1966 roku. 
The Beatles wydali „Revolver”, The Byrds nagrali „Fifth Dimension”, światło dzienne ujrzał debiut Cream. 
Również płyta „Face to Face” jest przełomowa. Nie ma na niej już prostych rock’n’rolowych numerów czy też rhythm & bluesowych standardów mamy za to bardzo widoczna zmianę nastawienia muzycznego. To dzieje się w całym przemyśle muzycznym. Nadchodzi nowe!!!
Muzykalność, śpiew, produkcja albumu, jakość piosenek to sprawia, że nie przejdziesz obok „Face to Face” obojętnie. Ta płyta to przede wszystkim seria szkiców, życiowych scen, małych dramatów i nadziei, które możesz znaleźć spacerując po małym miasteczku gdzieś w West Midlands. 
To tutaj objawiła się wokalna maniera Daviesa, śpiewającego lakonicznie a czasami zrezygnowanie. Muzycznie również pojawia nam się nowatorstwo. 
W „Rosie Won’t You Please Come Home” grupa wykorzystuje klawesyn z połączeniu z groźnie brzmiącą gitarą. W „Dead End Street” młodszy z braci Daviesów, Dave pokazuje kunszt swojej gry na gitarze tworząc już inne brzmienia, a efekty dźwiękowe choćby w numerze „Rainy Day in June” czynią ten utwór wstępem do bardziej psychodelicznych kawałków zespołu. Najbardziej znaną piosenką z tej płyty jest numer jeden na liście przebojów „Sunny Afternoon”, który faktycznie ma w sobie to coś, że nieznacznie wyróżnia się na tle innych nagrań grupy. Nic dziwnego, że wydano go na singlu i stał się hitem. A moją ulubioną ścieżką jest kompozycja „Dandy”, opowiadająca o życiu, które kręci się wyłącznie wokół pięknych dziewcząt, którym nie można się oprzeć i tylko trzeba czekać „aby mężulek poszedł gdzieś”. Zaśpiewana bardzo lekko tworzy specyficzną aurę i powinna być kolejnym singlem. Na „Face to Face” objawił nam się również w pełni unikalny talent pisania utworów przez Raya Daviesa i postawił go w jednym rzędzie obok takich twórców jak Lennon i McCartney.
Podsumowując. Na fali wielu wielkich płyt powstałych w 1966 roku „Face to Face” jest wyjątkowe i przełomowe i przy każdym kolejnym przesłuchaniu ujawnia nam swoje dary i świeżość a wpływ tej muzyki odczuwalny jest aż do czasów nam współczesnych.





poniedziałek, 23 stycznia 2017

MOUNTAIN BUS - Sundance /1971/



1. Sing ANew Song - 3:49
2. Rosalie - 6:33
3. I Don't Worry About Tomorrow - 3:01
4. Sundance - 7:12
5. I Know You Rider - 10:15
6. Apache Canyon - 2:50
7. Hexahedron - 9:10

*Bill Kees - Electric, Acoustic 12 String, Bottleneck Guitars
*Ed Mooney - Electric, Acoustic Guitars
*Tom Jurkens - Vocals
*Steve Krater - Drums, Percussion
*Lee Sims - Drums, Percussion
*Craig Takehara - Bass, Banjo

Trudno jest znaleźć muzyczny odpowiednik tego co robił zespół Grateful Dead, chociażby w jakiejś większej części. Podobny klimat na początku lat 70-tych reprezentował słynny kwartet Crosby Stills Nash & Young ale poszukując można odnaleźć zespół stylistycznie podobny do tego co Grateful Dead zaprezentował nam na „Workingman’s Dead”. Pochodzący z Chicago Mountain Bus obrał sobie za kierunek psychodeliczno country bluesowe granie i zaprezentował nam je na swojej /niestety/ jedynej płycie „Sundance”.
Historia grupy sięga początku lat 60-tych gdy Ed Mooney wraz z Tomem Junkersem utworzyli grający bluesa zespół Rhythms Children, który przetrwał na scenie do 
1967 roku. Wtedy to z grupy odszedł Joe Wilderson  i drogi pozostałych muzyków rozeszły się. Chicagowska scena muzyczna ma to do siebie , ze wielu utalentowanych muzyków pomagało sobie grając w różnych konfiguracjach. 
Z jednej z takich wspólnot muzycznych  powstała grupa Mountain Bus. 
Bill Kees, Ed Mooney, Tom Jurkens, Steve Krater, Lee Sims oraz Craig Takehara stworzyli tą grupę i w 1970 roku nagrali jedyną płytę zatytułowaną „Sundance”.
Znalazły się na niej cudownie atmosferyczne utwory, które łączyły w sobie bluesa, rocka, country, bluegrass oraz folk. Utwory zagrane z wielkim smakiem i w luzackim stylu.
Jak wspomina B.Kees: „ Dużo materiału wymyślaliśmy na podstawie improwizacji, rozwijaliśmy pomysły wspólnie i dlatego jako kompozytorzy nagrań są nazwiska wszystkich muzyków grupy. Wszystkie solówki gitarowe były improwizowane, za każdym podejściem wychodziło inne solo, problemem było wybrać to właściwe.”
I tak już od pierwszych minut uczestniczymy w uczcie muzycznej za sprawą świetnego otwieracza „Sing A New Song”. To dumna muzyka niosąca górski wiatr poprzez prerie , mieszając z rytmem natury mężny pomruk leśnych wierzchołków. 
I tak jest przez cały album. 
Fantastyczna „Rosalie” utrzymana jest w lekkim bujającym bluesie i z kolejną frapującą solówką gitarową zagraną na wielkim luzie. Tutaj mocno pachnie inną wielka kapelą tamtych lat The Allman Brothers Band. A tytułowy numer zaczynający się bardzo nostalgicznie rozwija się powoli i tak w tych mglistych otchłaniach trwa aż nagle wyłaniają się dźwięki gitary B.Keesa z mroków nocy i
Och, płacząca rakieto nie oprę się twoim dzikim pragnieniom
Nadeszła chwila
Zamknąć wrota festiwalu!
Świat się budzi.
Wreszcie dochodzimy do najlepszej części płyty. „I Know You Rider”  cover, który miał w swoim repertuarze Grateful Dead tutaj zagrany w podobnej konwencji prowadzi tą jedyną drogą do tych dni najspokojniejszych, najszczęśliwszych, zamyślonych, błogich dni niezmąconego szczęścia! 
Tutaj znowu wspaniale przemawia muzyka. Cholera szkoda, że mamy tu tylko siedem nagrań. Psychodeliczne dźwięki w „Apache Canyon” portretują wielkie zachodzące na czerwono słońce, tą kulę, która powoli znika za górami. Końcowym akordem płyty jest numer „Hexahedron” spinający klamrą ten album. Swobodne, jammujące granie trwające ponad osiem minut mogłoby trwać jeszcze przez kolejne ale niestety ostatnie dźwięki przemijają i następuje cisza.
U mnie obok wielkich Grateful Dead, Quicksilver Messenger Service i The Allman Brothers Band stoi na półce jedyny lp zapomnianego już zespołu Mountain Bus.




środa, 18 stycznia 2017

ALRUNE ROD - Hej Du /1970/


01. Du Taler Og Sir’ (7.51)
02. Hej Du (15.11)
03. Perlesøen (21.51)

Giese / guitar & vocals
Kurt Ziegler ‘Pastor’ / organ, piano
Claus From / drums
Leif Roden / vocals, bass

Jeśli debiut Alrune Rod jest bardzo mroczny i ciężki w odbiorze to „Hej Du” mający tylko trzy utwory należy do najwybitniejszych osiągnięć duńskiej sceny rockowej. Muzyka zawarta na tym albumie pozostawia duże wrażenie i z każdym kolejnym przesłuchaniem wprowadza mnie w zachwyt. Płyta została zrealizowana w 1970 roku ale brzmi jeszcze jakby nagrana została pod koniec lat 60-tych. 
Alrune Rod to czteroosobowy band powstały w 1968 roku, który założył basista i wokalista Leif Roden. Grupa uważana jest za prekursorów duńskiego psychodelicznego rocka i wyróżnia się wśród takich nazw jak: Culpepper’s Orchard, Burnin’  Red Ivanhoe czy Ache. 
Zadebiutowali singlem nagranym w 1968 roku „Tael Aldrig I Morgen Med” oraz płytą długogrającą „Alrune Rod” z 1969 roku. W 1970 roku zespół nagrał przyjętą bardzo entuzjastycznie drugą płytę „Hej Du” a rok później wydany w wersji językowej duńskiej i angielskiej tytuł „Alrune Rock”. W sumie potem wyszły jeszcze dwa albumy z muzyką prostszą w odbiorze i bardziej zwartą.
Styl muzyczny, który najpełniej obrazuje drugi album to połączenie improwizowanego rocka z elementami psychodelii i space rocka. Może dzięki długim zawierającym improwizowane momenty utworom grupa porównywana jest do Grateful Dead chociaż klimat nagrań Pink Floyd też jest obecny na albumach.
„Du Taler Og Sir’” jest utworem otwierającym drugi album zespołu. Ciężkie gitarowe wariacje Fleming Giese Rasmussena wraz z zniekształcającym dźwiękiem budują stopniowe napięcie, które wypływa z nieskończonych spotworniałych ciemności sprzed początku świata. Nastrój powraca w tytułowym trwającym piętnaście minut utworze. Słuchając tego numeru moja świadomość zostaje opróżniona gdy psychodeliczne organy Zieglera atakują moje uszy. Chcę uciec ale przecież nie na zawsze. Gitara Rasmussena doprowadza wizje niebiańskich oczu poza bólem złudzeń. Utwór podzielony jest na trzy części. Po zniewalających, ostrych riffach gitarowych przechodzimy w części środkowej do bardziej spokojniejszej psychodelicznej części po czym wracamy do bardziej wyluzowanej formy, która prowadzi ku końcowi. Całą drugą stronę płyty zajmuje ponad 21 minutowa kompozycja „Perlesoen” składająca się z ośmiu części. To ciekawy oparty na organach i kwasowej gitarze numer w którym psychodeliczne klimaty wiążą się z progresywnym brzmieniem a wszystko to utopione jest w kosmicznych dźwiękach nadających całemu utworowi łagodność i przejrzystość. To tutaj właśnie najbardziej ujawnia się klimat nagrań Pink Floyd z okresu „Ummagummy”.
„Hej Du”  w swoim gatunku zasługuje na miano najbardziej ostatecznych albumów spośród płyt nagranych na dalekiej północy i powinien zaistnieć również w świadomości słuchaczy z pozostałej części Europy.