środa, 8 sierpnia 2018

THE HUMAN BEINZ - Nobody but Me /1968/


1. Nobody But Me (Isley, Isley) - 2:16
2. Foxey Lady (J. Hendrix) - 2:26
3. Shaman (De Azevedo) - 2:14
4. Flower Grave (Belley) - 2:14
5. Dance on Through (Whittington) - 3:03
6. Turn On Your Love Light (Malone, Scott) - 2:13
7. It's Fun to Be Clean (De Azevedo) - 2:06
8. Black Is the Color of My True Love's Hair (Trad. arr. by De Azevedo) - 4:24
9. This Lonely Town (Leatherwood, Scheri) - 2:22
10.Sueno (Belley, Markulin, Pachuta, Tatman) - 2:06
11.Serenade To Sarah (De Azevedo) - 1:58

*John "Dick" Belley - Vocals, Guitar
*Joe "Ting" Markulin - Vocals, Guitar
*Mel Pachuta - Vocals, Bass
*Mike Tatman - Drums

Piosenka „Nobody but Me” grupy The Human Beinz na zawsze zapisała się w umysłach każdego, kto żył w epoce lat sześćdziesiątych. W styczniu 1968 roku osiągnęła ona ósme miejsce na liście Bilboardu. Jest to nowa wersja utworu zespołu Isley Brothers ale jak posłuchasz ich obu…. Ja wracam z przyjemnością do tego co zrobiło czterech nastolatków z Youngstown, w stanie Ohio. 
W książce „The New Book of Rock Lists” Dave Marsh i Dave Bernard twierdzą, że “Nobody but Me” jest najbardziej  negatywną piosenką wszechczasów. Muzycy The Human Beinz używaja słowa „nie” co najmniej sto razy a słowa „nikt” czterdzieści sześć razy i to wszystko w ciągu 2:16 sekund. 
Zaczynający się od pulsującej, jednonutowej linii basu utwór wraz z natarczywymi uderzeniami perkusji, szybko dochodzi do rytmicznych powtórzeń słowa „nie”. Chryste, nie upłynęło jeszcze 30 sekund, a piosenka już mnie uzależniła. Bas i perkusja kontynuują pulsację a melodia przechodzi do bluesowych rytmów, podczas gdy wokalista dochodzi do refrenu i wyśpiewuje słowo „nikt” tam i z powrotem. Gitarowa solówka podburzona amfetaminowo-punkowym dźwiękiem dostarcza kąśliwego dostrojenia a bas przenosi większość melodycznej wagi. Jest prosty, chwytliwy i zwięzły jak cholera. Chcesz potańczyć, nie ma na co czekać, „Nobody but Me” daje ci taką możliwość jak żaden inny utwór w świecie. Uzależnia? Już to pisałem? Włączam repeat!!
The Human Beingz rozpoczął działalność  muzyczną w 1964 roku, kiedy to czterech młodych chłopaków spotkało się i postanowiło założyć zespół. 
M.Pachuta:”Graliśmy głównie w stylu zespołów z lat pięćdziesiątych wykorzystując kilka melodii brytyjskich grup rockowych. Od końca 1964 roku aż do wiosny 1966 roku zdobyliśmy pewną lokalną popularność. Występowaliśmy w nocnym klubie a nasze muzykowanie zyskało sympatię stałych bywalców tegoż klubu. Pozwoliliśmy urosnąć naszym włosom i już na całego pasowaliśmy do tego całego ruchu lat sześćdziesiątych”. The Human Beingz został w tamtym czasie fenomenem  w regionie Ohio. Wszystkie okoliczne kluby chciały aby grupa u nich występowała. George Rousher, przyjaciel zespołu a jednocześnie pracownik sklepu z płytami, ciągle powtarzał przedstawicielowi sprzedaży płyt Capitol, aby zainteresował się grupą. I stało się. Po ich wysłuchaniu zespół podpisał kontrakt z wytwórnią. Oburzeniem muzyków była dokonana przez wytwórnię samowolna zmiana nazwy grupy na The Human Beinz. I nie można było już tego zmienić!
Nagrań na debiutancki lp dokonano w 1967 roku a płyta „Nobody but Me” ujrzała światło dzienne w 1968 roku. Utworów utrzymanych w klimacie tytułowego nagrania nie znajdziesz na niej wiele ale i tak mamy tutaj parę urokliwych i nader melodyjnych piosenek wartych poznania. Ot, choćby „Dance on through”, mający zabawny wstęp poparty melodią kojarzoną z poczynaniami Manfreda Manna. Prosta, zabawna i łatwo wpadająca w ucho piosenka na każdą porę roku. Masz chandrę? Źle się czujesz? Posłuchaj „Dance on through” a złe myśli odpłyną daleko. 
Kolejne, melodyjne typowe dla lat sześćdziesiątych utwory „The Shaman”, „Flower Grave” czy „Sueno” wspaniale wypełniają dźwiękami kolejne rowki płyty. Pełne zadumy i melancholii „Sueno” miło sączy się, wpływając powoli i wypełniając otaczającą nas chwilę. Ale mamy tu też pełną zadziorności wersję „Turn on Your Love Light” zagraną z podobną werwą jak numer tytułowy oraz pełen psychodelicznych dźwięków „Black Is the Color Of My True Love’s Hair”. To tradycyjna melodia opracowana przez producenta płyty Lexa De Azevedo, który wypełnił ją orkiestrowymi, pełnymi niepokoju dźwiękami. Całość kończy „Serenade To Sarah”, psychodeliczna ballada mająca w sobie tęsknotę i czas utraconej miłości.
„Nobody but Me”, to płyta jakich powstało w tamtych latach wiele, no przecież były to najlepsze lata dla muzyki i jestem bardzo zadowolony, że takie rzeczy leżą u mnie w szafie i mogą często gościć w moim odtwarzaczu.





środa, 25 lipca 2018

LE ORME - Ad Gloriam /1969/


1. Introduzione (1:45)
2. Ad Gloriam (5:31) 
3. Oggi Verrà (2:32) 
4. Milano 1968 (3:12)
5. I Miei Sogni (3:00)
6. Mita Mita (2:53)
7. Fumo (3:39)
8. Senti L'Estate Che Torna (2:47) 
9. Fiori Di Giglio (3:07)
10. Non So Restare Solo (5:28)
11. Conclusione (1:42)

- Aldo Tagliapietra / lead vocals, acoustic guitar, flute, celesta
- Nino Smeraldi / lead guitar, sarangi, backing vocals, arrangements
- Antonio Pagliuca / organ, harpsichord, electric piano
- Claudio Galieti / bass, cello, backing vocals
- Michi Dei Rossi / drums, timpani, bongos, tambourine

Gdy w połowie lat osiemdziesiątych wpadła mi w ręce pierwsza płyta zawierająca muzykę rockową pochodzącą z Włoch, uderzyła mnie od razu wielka melodyka języka włoskiego. Zafascynowany tą śpiewnością zacząłem drążyć temat. I tak stopniowo moją płytotekę zasiliły, te bardzo znane kapele: Garibaldi, Premiata Forniera Marconi czy Le Orme, te mniej znane: Semiramis, Il Balletto di Bronzo i te prawie nie znane: Blocco Mentale, Errata Corrige, Panna Freda. Głównym stylem reprezentowanym przez włoskie kapele jest progresywny rock co nie jest dziwnym mając na uwadze tradycje muzyki włoskiej. Szybciej usłyszysz tu dźwięki rodem z opery niż bluesowe zagrywki Delty Mississippi. Ale oczywiście było parę płyt, na których możemy usłyszeć poszukiwania muzyków własnego stylu. Czasami są to rzeczy ciążące w stronę mocniejszej odmiany rocka, choćby Formula 3, a czasem są to nagrania, które jeszcze siedzą klimatem w latach sześćdziesiątych. Specyficzna melodyjność języka włoskiego oraz inna tradycja muzyczna od tej na Wyspach, zachowana jest w utworach lekkich i popowych, które bliższe są zachodom słońca nad morzem Śródziemnym niż mglistym porankom nad Tamizą.
Jedną z płyt do których wracam często jest debiut grupy Le Orme, wydany w 1969 roku a zatytułowany „Ad Gloriam”. Jest to interesujący krążek zawierający dużo przyjemnego pop rocka mocno utrzymanego w klimacie muzyki lat sześćdziesiątych. Również dźwięki natury psychodelicznej kręcą się w poszczególnych utworach a gdy dodamy do tego zauważalną muzykalność muzyków to nie dziwmy się, że otrzymaliśmy muzykę nacechowaną wspaniałymi momentami, którymi możemy się cieszyć przez następne lata.
Płytę wypełnia wiele instrumentów z będącymi na pierwszym planie organami ale nie obce są też dźwięki klawesynu, gitary, pianina elektrycznego czy fletu. Najbardziej ekscytujące są tu jednak głosy. Naprawdę podobają mi się te wokale. Pozytywne wrażenie robi głos Aldo Tagliapietry o wysokim tonie, będący na następnych płytach elementem rozpoznawalnym grupy. Muzycy są bardzo kompetentni, chociaż w utworach nie ma tak naprawdę bardzo wymagających sekcji instrumentalnych. No i fajny jest miks płyty, czysty, mający dobre miejsce w pejzażu dźwiękowym włoskiej sceny muzycznej.
To po kolei:
„Introduzione”- funkowy psychodelic, podłączony do wirującej gitary i organów w typie call and response.
„Ad Gloriam” – tytułowy numer z melodią łatwo wpadającą w ucho. Po krótkim wokalu pojawiają się dźwięki psychodelizujące, lekko rockowe. Zwróć uwagę na melodię. Powtarza się w tle, jakby żyła w swoim własnym świecie. To świetna piosenka i byłem mile zaskoczony gdy ją pierwszy raz usłyszałem.
„Oggi Verra” – kapryśny flet z uderzającym basem i kruchymi, przyjemnymi wokalami charakteryzują ten utwór. Sielankowa atmosfera.
„Milano 1968” – to psychodeliczny taniec przy miłosnych słowach i jasnych dźwiękach organów.
„I Miei Sogni” – gitarowe efekty wprowadzą nas w bardzo psychodeliczne klimaty umiejętnie łączone z popowymi wokalami. I te charakterystyczne chórki tamtej dekady. Uwielbiam to!
„Mita Mita” – a tu pojawiają się egzotyczne instrumenty i świetny lekko infantylny refren. Prężna piosenka. Dla mnie przebój.
„Fumo” – dalekie echo Pink Floyd. Tak. Ciężkie organy powoli sunące się po płaszczyźnie pokazują w którą stronę zmierza zespół. Wyróżniam ten numer, warto się wsłuchać.
„Senti L’Estate Che Torna” – przyjemna piosenka. Za bardzo popowa?
„Fiori Di Giglio” – pastoralne tekstury fletowe i błogi nastrój mijającego świata. Wszystko pędzi do przodu, jak dobrze się zatrzymać i złapać te ulotne chwile.
„Non So Restare Solo” – tutaj mamy stosunkowo dynamiczną sekcję rytmiczną z płynącymi organami i lekkim wokalem. I znowu zachwyca nas przyjemna melodia. Utwór kończy się instrumentalnym segmentem gitarowo-perkusyjnym.
„Conclusione” – to jak klamra wraz z pierwszym numerem spinająca płytę. Brzdąkanie gitary akustycznej, fortepianu honky-tonk i leniwego wokalu kończy melodia country lekko pijana w salonie.
I to wszystko.
„Ad Gloriam” to bardzo przyjemna płyta, z muzyką która została nagrana w kraju pełnym winnic i słonecznych plaż, z muzyką taką jak ten kraj.






środa, 18 lipca 2018

JERRY GARCIA - Compliments /1974/


1. Let It Rock
2. When the Hunter Gets Captured By the Game
3. That's What Love Will Make You Do
4. Russian Lullaby
5. Turn On The Bright Lights
6. He Ain't Give You None
7. What Goes Around
8. Let's Spend The Night Together
9. Mississippi Moon
10. Midnight Town

Wielka miłość do muzyki, chęć jej tworzenia i grania sprawiała, że lider Grateful Dead, Jerry Garcia pozostawił po sobie kilometry muzyki, które my możemy spokojnie wysłuchać i się radować. Oprócz nagrań z macierzystą kapelą, możemy zapoznać się też z solowymi poczynaniami Garcii, czy to wspólnie z Merlem Saundersem czy też z własnym zespołem Legion Of Mary.
Pierwszy solowy album, Jerry nagrał praktycznie sam, pomocą służył mu jedynie perkusista Bill Kreutzamann, drugi lp jest daleki od pierwszego. Choćby z tego powodu, że na płycie usłyszymy ponad 30 gościnnych muzyków. Podczas gdy jedynka to niezaprzeczalne perełki napisane przez samego Jerry’ego, to dwójkę wypełniają w całości covery. I to jakie covery! 
Utwory wybrane przez przyjaciela i basistę, Jerry’ego, Johna Kahna to osobliwe numery, które ukazują zdolności Garcii jako piosenkarza obracającego się w różnych stylach muzycznych. Dodajmy, że w większości są to utwory których Jerry wcześniej nie słyszał. Wybór piosenek przez Kahna jest ciekawy i odmienny od tego, z czym Jerry zwykle się kojarzy, dzięki temu płyta ta stała się frapująca i intrygująca. Ma w sobie coś  z atmosfery lat 40-tych, coś z pogoni po dawnych ulicach Nowego Jorku i oglądania tych wszystkich wykwintnych dam w pełnych żabotami udekorowanych sukniach. To jeszcze nie jest czas frywolnych kusych spódniczek i wetkniętych we włosy kwiatów. To oryginalne, robione przez najlepszych modystów kapelusze i woalki, które zakrywają niewieście uroki przed niepożądanymi oczami. To świat wypełniony dźwiękami skrzypiec i klarnetów. Słyszę śpiew Ameryki, tyle rozliczonych głosów, słyszę najpierw śpiewy rzemieślników. Cieślę, mularza, szkutnika, szewca, zaś późną nocą słyszę młodą, wesołą drużynę, śpiewającą z pełnych i czerstwych piersi mocno i harmonijnie.
„Compliments” został wydany w czerwcu 1974 roku przez wytwórnię Round Records, a na listę Bilboardu dotarł do 49 miejsca.
Muszę tutaj stwierdzić, że Garcia wraz z zespołem zrobił świetną robotę, nagrał album, którego słucha się nad wyraz przyjemnie i który dostarcza wiele zabawy. 
Płytę rozpoczyna „Let It Rock” Chucka Berry’ego, który dokładnie brzmi tak, jak „Johnny B. Goode”. Na samym końcu utworu możesz zaśpiewać „Johnny B. Goode” i idealnie to pasuje. W każdym razie numer ten ma nam zaprezentować Jerry’ego jako wokalistę rockowego i gitarzystę. Już od pierwszych dźwięków usłyszysz inne brzmienie gitary Garcii. To ostre, pełne wigoru i zbędnych nut granie, to robi dobrą robotę. Smokey Robinson i jego „When the Hunter Gets Captured By the Game” wypełnia drugą ścieżkę płyty. To osadzony w typowym stylu Motown kawałek, gdzie Garcia znowu robi świetną robotę swoją gitarą a i wokalnie nie można mu niczego zarzucić. Ta melodia kucharzy jest dobrze zrobioną piosenką, która zawiera dużo zabawy. Kolejny, prosty rhythm and bluesowy „That’s What Love Will Make You Do”, w pełni oddaje emocjonalną atmosferę nagrania. To może się toczyć i toczyć a swawolne solo Garcii ciągnie nas do tego kręgu i wyzwala pełne uczucia.
Jedyną pieśnią zawarta na płycie, którą Jerry zasugerował aby nagrać, jest „Russian Lullaby” Irvina Berlina. Jest to fantastyczna piosenka w stylu ragtime, w pełni zawarta w Tin Pan Alley, mająca klasyczne dźwięki gitary Garcii i niesamowity staromodny smak. Poczuj go!
A klarnet i skrzypce wprowadzą cię w pełne radosnych uniesień, zadymione sale wykwintnych nowojorskich barów. Świetny numer! Koniecznie posłuchaj.
Chicagowski blues, którym Garcia radzi sobie bardzo dobrze to kolejny numer na płycie. „Turn On The Bright Lights” jest doskonałą rzeczą, wypełnioną pełnym głosem i solówką gitarową w stylu Claptona. Nie usłyszysz takich rzeczy w nagraniach Grateful Dead ale to tylko ukazuje jak wielkim muzykiem był Jerry Garcia.
Jakieś niespodzianki? Idźmy dalej. Garcia w odsłonie gospelowej? Proszę bardzo.
„He Is not Give You None”, Vana Morrisona, nastrojowa ze świetnie wykorzystanym chórem właśnie w stylu gospel kolejna piosenka, wręcz zadziwia, sprawia, że już wiem co za chwilę będę robił. Jak skończy się płyta to po prostu-odtworzę ją kolejny raz.
Nastrój radosnej zabawy i miłej przechadzki na chwilę zostaje zatrzymany w trakcie numeru „Mississippi Moon”. To powolny, klasycznie zaaranżowany bluegrass mający w sobie atmosferę skończonej wojny i krwawych dzieł. Wróg mój zmarł. Patrzę jak z bladą twarzą leży taki cichy w trumnie.
Druga płyta Jerry’ego Garcii jest inna. Niesamowity jest jego wokal, bez wątpienia tutaj odkryty, jest tu kupę piosenek tak zagranych, że czuć wielką radość i zabawę w trakcie ich nagrywania. Wszystkie utwory oferują coś przyjemnego i żaden nie brzmi tak samo.
Jest to hołd oddany amerykańskiej tradycji muzycznej bez której nie byłoby wielu wspaniałych nagrań. Jest to wreszcie niezapomniana, pełna uroków letniego popołudnia płyta do której zachęcam cię abyś sięgnął.
Bo warto.





środa, 11 lipca 2018

STEPHEN STILLS - Stephen Stills /1970/


1. Love the One You're With - 3:04
2. Do for the Others - 2:52
3. Church (Part of Someone) - 4:05
4. Old Times Good Times - 3:39
5. Go Back Home - 5:54
6. Sit Yourself Down - 3:05
7. To a Flame - 3:08
8. Black Queen - 5:26
9. Cherokee - 3:23
10.We Are Not Helpless" - 4:20
All songs written by Stephen Stills

*Stephen Stills - Vocals, Guitars, Bass, Piano, Organ, Steel Drum, Percussion
*Calvin "Fuzzy" Samuel - Bass
*Dallas Taylor - Drums
*Conrad Isedor - Drums
*Ringo Starr (listed as "Richie" on track listing, tracks 7 and 10) - Drums
*Johnny Barbata - Drums
*Jeff Whittaker - Congas
*Jimi Hendrix - Guitar (Track 4)
*Eric Clapton - Guitar (Track 5)
*Booker T. Jones - Organ, Vocal
*Sidney George - Flute, Alto Saxophone
*David Crosby - Vocals
*Graham Nash - Vocals
*John Sebastian - Vocals
*Rita Coolidge - Vocals
*Priscilla Jones - Vocals
*Claudia Lanier - Vocals
*Cass Elliott - Vocals
*Henry Diltz - Vocal
*Liza Strike - Vocal
*Judith Powell - Vocal
*Larry Steele - Vocal
*Tony Wilson - Vocal
*Sherlie Matthews - Chorus, Vocals
Horns arranged by Stephen Stills

Swego czasu niezapomniany zespół Buffalo Springfield nagrał świetny numer „For What It’s Worth”, którego autorem był gitarzysta i wokalista grupy, Stephen Stills. Niesamowita piosenka. Po rozpadzie Buffalo Springfield, Stills swoją przygodę muzyczną kontynuował w super trio a potem kwartecie Crosby Stills Nash and Young. Jego piosenki przeplatały się tam z innymi utworami napisanymi przez zacnych kolegów. Wydaje się, że  przełomowym momentem w karierze Stillsa jest sesja do świetnego albumu „Super Session”, nagrana wraz z Al Kooperem i Mikem Bloomfieldem. Jest to jednorazowe dzieło, które pozostanie w naszej pamięci po wsze czasy. To tutaj ujawnił się bluesowy feeling Stillsa, swoboda wypowiedzi w niczym nieskrępowanych jamach oraz pełna dojrzałość artysty. 
Nadszedł czas zaprezentowania własnej twórczości na swojej solowej płycie. I tak w 1970 roku ujrzał światło dzienne lp „Stephen Stills”, będący mieszanką folku, bluesa, hard rocka i muzyki gospel. Dodajmy bardzo płynną mieszanką, która owocuje za każdym razem gdy słuchasz tej płyty. Na swoim debiucie Stills głęboko wraca do swoich doświadczeń  z Mikem Bloomfieldem i Al Kooperem, stosuje próbę odtworzenia tej atmosfery wczesnych nowoorleańskich jamów. 
Choćby w „Old Times Good Times” gdzie muzyka wspomaga gitarzysta Jimi Hendrix czy też w „Go Back Home” nagrany wraz z Ericiem Claptonem.  
Ale album zaczyna „Love the One You're With”, charakterystyczna fraza biegnąca przez całe życie, liryczna i optymistyczna piosenka. Lepiej płyty zacząć nie można. Zaraźliwa melodia ciągnie się długo po tym jak już przebrzmiał numer. Jednym z najładniejszych i najbardziej poruszających numerów jest druga ścieżka na płycie, „Do for the Others”. To kolejny drogowskaz na drodze Stillsa. To jak wejście w las i podziwianie jego uroków. Młodych buków i dębów i tych zwisających gałęzi nad drogą. I wszystko w pełnej harmonii. To dopiero drugi numer, co dalej? Ot choćby „Church (Part of Someone). Dla mnie najlepszy utwór Stillsa. Głęboka purpura wspomożona dźwiękiem Hammonda zmierza ku ewangelii i rhythm and bluesa. Chór złożony ze śpiewających przyjaciół muzyka, wśród których znaleźli się Rita Coolidge, John Sebastian, Mama Cass, Crosby i Nash zabiera nas w otchłanie chmurnego nieba. A tam już wszystko jest przygotowane. Podobne klimaty towarzyszą nam w „Sit Yourself Down” gdzie wyróżnia się świetny wokal Stillsa i grupki jego przyjaciół. A to wszystko obraca się wokół rhythm and bluesowej melodii. Nowoorleańskie korzenie Stillsa dają tu znać o sobie. Wspomniany wcześniej blues hard rockowy „Go Back Home” to jeden z najlepszych crossoverów bluesowych, jakie kiedykolwiek usłyszycie. Szybko przelatuje każda zwrotka, którą niosą organy Hammonda. I nic nie zawodzi a ty tylko kręć głową i uderzaj się w udo z uśmiechem na twarzy. Czasami po prostu trzeba pierwszemu wyciągnąć rękę i odkryć, kim są ci obok. Eteryczny, mocno zorkiestrowany „To A Flame” wspaniale uspokaja. Wyszedłeś już z lasu? Chyba nie. Dopiero teraz otwierają się przed nami rozległe pola i wzgórza. Och, tak spacerować bez żadnych trosk i napawać się tym zielonym morzem wokół siebie.
Co jeszcze? Akustyczny blues „Black Queen” zaprowadzi cię w czarne zaułki miejskiej dżungli a kończący płytę „We Are Not Helpless” jest uroczystą improwizacją Dusz przed szczytowym finałem. Smyczki, instrumenty dęte drewniane i rozszerzony chór opiera całość na kolistym motywie. Napędzający się samoistnie utwór doprowadza do fantastycznej wokalizy Stillsa. To są dźwięki, które już pozostaną z tobą na zawsze.
Dlatego uważaj, bo jak już „Stephen Stills” zagości u ciebie w odtwarzaczu to może tam zająć miejsce na długi czas.




środa, 4 lipca 2018

BOB DYLAN - Blonde On Blonde /1966/


01. Rainy Day Women #12 & 35
02. Pledging My Time
03. Visions Of Johanna
04. One Of Us Must Know (Sooner Or Later)
05. I Want You
06. Stuck Inside Of Mobile With The Memphis Blues Again
07. Leopard-Skin Pill-Box Hat
08. Just Like A Woman
09. Most Likely You'll Go Your Way (And I'll Go Mine)
10. Temporary Like Achilles
11. Absolutely Sweet Marie
12. 4th Time Around
13. Obviously 5 Believers
14. Sad Eyed Lady Of The Lowlands



„Ukamienują cię kiedy jedziesz samochodem/Będą cię kamieniować gdy próbujesz iść do domu/Będą cię kamieniować kiedy jesteś sam/ Lecz nigdy nie poczuję się tak całkiem sam/Wszyscy będziemy ukamienowani”.(Rainy Day Women #12&35)
Takimi słowami zaczyna się kolejna płyta Bob Dylana zatytułowana „Blonde On Blonde”. To jest reakcja artysty na to co dzieje się w trakcie jego występów. Folkowi puryście nie potrafili odpuścić Dylanowi zdrady i porzucenia akustycznej muzyki na rzecz wyjących szarpidrutów. Jednak jak każdy Wielki Artysta, Dylan konsekwentnie szedł dalej nie oglądając się za siebie.
Levon Helm:”W tamtym okresie, kiedy grało się dla purystów folkowych, to część elektryczna, w której występowaliśmy, ściągała na siebie wszystkie gwizdy, wrzaski itd. Po pewnym czasie przestawało to być zabawne”. Kulminacyjny punkt osiągnęło to w trakcie trasy po Wielkiej Brytanii, gdy podczas występu w Royal Albert Hall, któryś z widzów krzyknął: „Judasz”. Dylan zareagował odpowiadając: „Kłamca”. Słychać to na płycie „The Royal Albert Hall 1966 Concert” wydanej w 2016 roku.
Tak więc pierwsze wersy nowego utworu Dylana odnoszą się do obu stron. Już za chwilę mnie nie będzie w tym miejscu a was dopadną i ukamienują.
Poprzedni lp. Dylana, wzbudził w równym stopniu uwielbienie jak i pogardę. Po raz kolejny – wbrew wygłaszanym przez siebie twierdzeniom, ze może już zupełnie swobodnie kształtować własne życie – Dylan padł ofiarą rosnących oczekiwań. Jesienią 1965 roku powiedział reporterom, że według niego „Highway 61 Revisited” stanowi szczyt jego możliwości twórczych. Jednak  nie będąc człowiekiem lubiącym poruszać się po utartych szlakach, znowu szukał czegoś nowego. Na początku 1966 roku, Dylan zjawił się w studio w Nashville, by podjąć próbę nagrania nowego albumu. Jeśli myślał poważnie o zostaniu wiarygodnym rywalem w walce z dominacją Beatlesów i Rolling Stonesów w muzyce pop, to musiał utrwalić wcześniejsze sukcesy „Like A Rolling Stone”, „Positively 4th Street” i płyty „Highway 61 Revisited”.
Jego producent, Bob Johnson, utrzymuje, że od pewnego czasu próbował przekonać Dylana, by ten zechciał nagrywać w Nashville. Sam Dylan był pod dużym wrażeniem pracy Charliego McCoya przy nagrywaniu poprzedniego lp.
Dylan miał konkretne wyobrażenie tego, jak powinien brzmieć: ”Do brzmienia, jakie słyszę w głowie, najbardziej zbliżyłem się w kilku nagraniach z albumu „Blonde On Blonde”. To jest to oszczędne, dzikie, ostre brzmienie. Jest metaliczne i szczerozłote, ze wszystkim, co to może wyczarować. To jest moje charakterystyczne brzmienie. Najczęściej dążyłem do kombinacji gitary, harmonijki i organów”.
W trakcie tej sesji powstało sześć piosenek, które z powodzeniem mogły wypełnić płytę, będącą godnym następcą „Highway 61 Revisited”.
Dwunastominutowe „Sad Eyed Lady of the Lowlands” jest odą do ówczesnej żony Dylana, Sary Lowlands. „Smutna dama z nizin” ma powolną melodię i jest mieszanką miłości i złamanego serca w typowo surrealistyczny sposób: ”Wraz z tobą gdy światło słoneczne przygasa/Patrzę w twe oczy gdzie płynie światło księżyca”.
Kolejne arcydzieła, które powstały w trakcie tej sesji to: „Vision of Johanna” i kalejdoskopowe „Stuck Inside the Mobile” oraz lżejsze utwory: ”Leopard-Skin Pill-Box Hat”, „One of Us Must Know” i „Fourth Time Around”. No tak tych sześć piosenek okazało się za mało , Dylan chciał jeszcze coś nagrać aby wydać dwupłytowy album. Dodajmy pierwszy w historii muzyki rozrywkowej (drugim było „Freak Out!”, Franka Zappy). Marcowe sesje nagraniowe wniosły nieco popowego ducha. Świetne, liryczne „I Want You”, bluesowe „Just Like A Woman” czy typowo Dylanowskie “Absolutely Sweet Marie” dopełniły ten jeden z największych lp artysty.

„Blonde On Blonde” to skrzynka pełna emocji, dobrze przemyślana paczka doskonałej muzyki i ciekawej poezji, która gotowa jest stać się częścią twojej rzeczywistości. Oto człowiek, który z tobą porozmawia, bard lat sześćdziesiątych, z elektryczną gitarą i kolorowymi slajdami a wszystko co ty musisz zrobić, to wysłuchać go. 








środa, 27 czerwca 2018

TWENTIETH CENTURY ZOO - Thunder On A Clear Day /1968/


1. Quiet Before The Storm (P. Ladd, R. Sutko) - 4:56
2. Rainbow (P. Ladd, R. Wells, R. Sutko) - 4:17
3. Bullfrog (M. Merrick)- 6:39
4. Love In Your Face (G. Farley-R. Sutko) - 3:20
5. You Don't Remember (R. Sutko, G. Farley) - 3.09
6. It's All In My Head (H. Aceves) - 5:06
7. Blues With A Feeling (W. Jacobs) - 9:54

*Allan Chitwood - Bass
*Bob Sutko - Vocals, Harmonica
*Greg Farley - Guitar
*Randy Wells - Drums
*Paul "Skip" Ladd - Lead Guitar

The Twentieth Century Zoo jest jednym z pierwszych zespołów psychodelicznych, które zaistniały w mieście Phoenix. Ich historia rozpoczyna się w 1966 roku, kiedy uczeń West High School, Bob Sutko zwerbował Allana Chitwooda i Grega Farleya i założył folk-rockowy band The Bitter Sweets. Grupa stała się stałym elementem sceny rock and rollowej w dolinie rzeki Salt River, mierząc się z takimi lokalnymi legendami jak The Spiders (założony przez Vincenta Furniera, potem znanego jako Alice Cooper), Caravelles, Vibrators i Phil and the Frantics. 
The Bitter Sweet na początku swej działalności w 1966 roku wydali dwa lokalne single, w tym cover grupy The Byrds „Cry Your Eyes Out”. Wpływowy dyrektor muzyczny radiowego giganta Phoenix KRIZ, Tony Evans postarał się aby o The Bitter Sweet stało się głośno. Jednak hałaśliwe, nieco garażowe granie nie do końca znalazło sympatyków i pod koniec 1967 roku grupa zmieniła nazwę oraz skierowała się na inne obszary muzyczne.
„Thunder On A Clear Day”, zespołu Twentieth Century Zoo powstała w 1968 roku i należy do klasycznych płyt ciężkiej psychodelii.
Pierwszy utwór na płycie rozpoczyna „Quiet Before the Storm”, cicho i bardzo tajemniczo. Zaklęta czasem mistyczna atmosfera powstaje dzięki wiodącym partiom Hammonda. Odgrywane w zwolnionym tempie muzyczne podróże nagle ustępują miejsca mocno sfuzzowanej gitarze Paula Ladda, tworząc  muzykę jak najbardziej adekwatną do tytułu. Ale już „Rainbow” nie daje złudzeń. To ostra, pełna wspaniałych odjazdów gitarowych ,wzmocniona mocnym rytmem kompozycja. Interesująca i podkreślająca rolę gitarzysty prowadzącego, bez którego nie byłoby takiej siły i mocy. Ladd robi świetną robotę na płycie i jeszcze niejeden raz usłyszysz potwierdzenie moich słów. Blues rockowy, ponad sześciominutowy „Bullfrog” to jakby inna twarz zespołu. Namiętna improwizacja wśród ostrzejszych dźwięków powoduje pełne zaciekawienie utworem. Mamy tutaj wspaniały, dobrze osadzony w tradycji blues. Minuty wyśmienitej kompozycji rozkręcającej się podobnie jak muzycy. To nie tylko gitarzysta sobie pogrywa, wsłuchaj się w grę Randy Wellsa i jego perkusji. 
Wielki numer.
„Love In Your Face” to gitarowy dynamit z przyjemnym refrenem i równie miłą dla ucha solówką gitarową. A całość zaczyna się naturalistycznym efektem potłuczonego szkła.
No i nie sposób przejść obojętnie obok kolejnego utworu „You Do not Remember”, dodać muszę rewelacyjnego. Rozpoczyna go mocno sprzężona i zniekształcona gitara tworząc podwaliny pod garażowe granie w czystej postaci. „You Do not Remember” to wzorzec tego typu muzyki – ciężkie, z pasją i zadziornie zagrane, a przede wszystkim wzmocnione melodyjnym bólem. A dźwięki Hammonda lekko ostudzają tą zadziorność czyniąc utwór jeszcze bardziej intrygującym.
Te trendy zauważalne są w dwóch ostatnich kompozycjach na płycie. „It’s All In My Head” przyciąga nieustanny dźwięk sfuzzowanej gitary toczącej się powolnym rytmem w tle wybijanego na werblu marsza. Natomiast ostatni utwór „Blues With A Feeling” to rodzaj hołdu dla mistrzów gatunku. Numer wypełniony jest po brzegi wspaniałą improwizacją gitarową, organami Hammonda a nawet fortepianem. Tu z każdej sekundy wypływa bluesowa atmosfera przesiąknięta tradycją, a i proszę zwrócić uwagę na wokal. Pięknie wzmacnia utwór niezwykle emocjonalną interpretacją, czasami na granicy krzyku.
Kolejna grupa, która nie odniosła sukcesu, kolejna płyta, która leży gdzieś zapomniana.
A szkoda.
Jednak jak znajdziesz The Twentieth Century Zoo to nie bój się tych dźwięków tylko ciesz się nimi.






środa, 20 czerwca 2018

THE CRYAN' SHAMES - A Scratch in the Sky /1967/


1. A Carol For Lorelei - 4:05
2. The Sailing Ship - 3:36 
3. In The Cafe - 3:12 
4. Mr. Unreliable - 2:52 
5. The Town I'd Like To Go Back To - 4:30 
6. Up On The Roof (Gerry Goffin, Carole King) - 3:23
7. It Could Be We're In Love - 2:35 
8. Sunshine Psalm - 2:17 
9. Was Lonely When - 4:03 
10.Cobblestone Road - 2:51 
11.Dennis Dupree From Danville (Jeffrey Bryan - R. Holder) - 3:12 


*Tom Doody «Toad» - Lead Vocals, Autoharp, Bells
*Jim Pilster «J. C. Hooke» - Tambourine
*Dennis Conroy - Drums
*Jim Fairs - Bagpipes, Bass, Flute, Guitar, Mandolin, Vocals
*Isaac Guillory - Accordion, Bass, Cello, Guitar, Keyboards, Vocals
*Lenny Kerley - Bass, Guitar, Tambora, Vocals

Co jakiś czas przesłuchując swoje płyty coś mnie uderzy i pozostawia głębokie i trwałe wrażenie i tylko dziwię się sobie, że tyle lat to przeleżało na półce. I oto jak wiele innych nagrań nagle coś zostaje odkryte na nowo. Co za radość!
Jedną z takich okazji zaistnienia na nowo jest wygrzebanie z półki chicagowskiej kapeli garażowej The Cryan’  Shames i ich psychodelicznego klasyka „A Scratch in the Sky”.
To prawda, ze zamieszczony na płycie „Up on the Roof” ograny został aż do mdłości, wszak wcześnie był to wielki hit The Drifters ale The Cryan’  Shames zrobili z tego standardu Tin Pan Alley strzelisty, utkany w nastoletnią magię rodzaj młodzieńczego buntu i romantycznego lęku wplecionego w piękną harmonijną panoramę.
„A Scratch in the Sky” został nagrany w 1967 roku i jest to jedna z tych rzadkich płyt, które powstały  w latach sześćdziesiątych, które zdołały wyciągnąć najlepsze cechy z ówczesnej muzyki i stworzyć coś zupełnie nowego, własnego. 
Kosmiczne harmonie The Beach Boys,  narkotycznych duch The Byrds, szalony pop The Beatles: są to powszechnie zapożyczone dźwięki, ale tak fachowo zdemontowane i przekształcone, ze nie rażą wręcz ujmują swoim radosnym brzmieniem. Kolekcja piosenek na płycie wyróżnia się bardzo dobrym dopracowaniem w studio a własne umiejętności muzyków sprawiają, że całość zachowuje świeżość i niekomercyjną przewagę co w ostateczności doprowadza, że muzyka jest dostępna i pełna przygód.
Dobrym przykładem tego co  mam na myśli jest drugi utwór „Sailing Ship”. Wykrywamy tutaj różne rozdaje wpływów, ale to nie drażni a wręcz zachwyca. Grzmiąca perkusja, postrzępione gitarowe akordy i tęczowe wokale sprawiają, z piosenka ta brzmi dziwnie przed czasem, a przynajmniej w swoim czasie. The Beatles na „Sgt.Pepper Lonely Hearts Club Band” dążyli aby każda piosenka była odrębnym dziełem sztuki, aby wyróżniała się i pozostawała zapamiętana osobno. 
Wiecie o co mi chodzi.
Tutaj The Cryan’  Shames zrobili dokładnie to samo.
Efekt? 
Oczywiście jednemu zapadnie w pamięć każda z tych pereł innemu nie.
Bogato zdobione układy zawierające kwasowe dźwięki są lekko udekorowane taśmowymi zgrywkami. Słodkie harmoniczne krawędzie odkrywające słoneczne nuty tworzą malowane klejnoty gdzie niegdzie pobrudzone garażową postawą.
Dla kolekcjonera płyta „A Scratch in the Sky” to prawdziwy skarb, ukazujący amerykańskie podejście do muzyki granej na Wyspach.
I jeszcze, bardzo podoba mi się wokal Toma Doody’ego, nienachalny, lekko spokojny ale jednocześnie pełny radości tworzący specyficzny klimat tak ulubionych przeze mnie lat sześćdziesiątych.