wtorek, 13 listopada 2018

THE PAUPERS - Magic People /1967/


1. Magic People - 2:43
2. It's Your Mind - 5:20
3. Black Thank You Package - 3:12
4. Let Me Be - 3:10
5. Think I Care - 3:55
6. One Rainy Day - 2:20
7. Tudor Impressions - 4:13
8. Simple Deed - 2:43
9. My Love Hides Your View - 3:20
10. You and Me - 2:40

*Dennis Gerrard - Bass
*Skip Prokop - Drums, Bass Guitar
*Adam Mitchell - Rhythm Guitar, Drums
*Chuck Beal - Lead Guitar

Kanadyjska scena psychodeliczna nie jest zbyt dobrze znana i rozpropagowana ale i tu oczywiście szperacz znajdzie parę kapel, które nagrały płyty, które dumnie stoją na półce pasjonata tamtych czasów. Jedną z tych grup jest The Paupers, którzy powstali w 1964 roku i występując na żywo w klubach w Yorkville takich jak „El Patio” czy „Boris ‘Red Gas Room” osiągnęli status legendy. Wtedy jeszcze pozostawała chwila do wybuchu pełnego radości Lata Miłości a The Paupers otworzyli drzwi każdej kanadyjskiej kapeli, która podążała za nimi. I to jest bardzo ważna sprawa.
Zespół został założony przez młodego perkusistę Ronna „Skip” Prokopa, który był tak grzeczny, że swoje umiejętności szlifował w marszowym zespole Optimist Drum Corps. Prokop zaproponował udział w przedsięwzięciu gitarzyście Chuckowi Beala, który pracował w sklepie muzycznym. Beal przyprowadził ze sobą basistę Denny’ego Gerrarda, samouka. Wokalistą i gitarzystą został Bill Marion grający wcześniej coś w stylu Little Richarda. Jednak po nagraniu czterech singli w 1965 roku Marion zrezygnował z występów, a grupa znalazła się w zawieszeniu.
Na szczęście nie na długo. Losy zmieniły się, gdy chłopcy poznali Berniego Finkelsteina, który pracował w klubie „El Patio” jako sprzątacz. Miał jednak silną przedsiębiorczą passę. Wcielając się w rolę managera, szybko zauważył zmiany, które już nadciągały. „Potrzebujemy kogoś, kto napisze nam poezje a nie popowe piosenki”. I znalazł w kawiarni „Mousehole” rudowłosego folkowca, Adama Mitchella, będącego częścią folkowej bohemy na scenie Yorkville, gdzie znaleźli się: Gordon Lightfoot, Joni Mitchell i Buffy Saint-Marie. W grupie tej byli także Zal Yanovsky i Denny Doherty, zanim wyruszyli do Nowego Jorku, by dołączyć do The Lovin’ Spoonful i The Mamas and The Papas. Mitchell wiedział w która stronę wieje wiatr. The Beatles byli wszędzie. Dylan już podłączył się do prądu a Neil Young dołączył do rockowego zespołu Mynah Birds. Zmiana już wisiała w powietrzu.
Wraz z Mitchellem, The Paupers zaczęli tworzyć nowe, odważne brzmienie-bardziej folk rockowe niż popowe, z zdecydowanie rytmiczną przewagą. Na wykorzystanie dodatkowych bębnów w muzyce wpadł Prokop. Mitchell: „Skip przyniósł dodatkowy zestaw perkusyjny i podzielił go, zmuszając mnie do grania na tam-tamach, a Denny’ego do wykorzystywania bębna basowego odwróconego tak, by tworzył głęboki afrykański dźwięk. Brzmieliśmy jak korpus bębnów na LSD”.
Szybko The Paupers zaczęli tworzyć dynamiczny pokaz sceniczny oparty na grzmiących rytmicznych utworach, zniekształconej gitarze Beala i szalonych partiach solowych Gerrarda.
Był chłodny marcowy dzień, kiedy zespół poleciał do Nowego Jorku aby zagrać w Cafe a Go Go, gdzie rozentuzjazmowany tłum czekał na gwiazdę wieczoru, przybywającą prosto z Haight-Ashbury grupę Jefferson Airplane. W klubie przebywali również, Brian Epstein i Albert Grossman.
To, co stało się później, jest teraz legendą. The Paupers zagrali po prostu ten sam set, jaki grywali każdego wieczoru w „El Patio”. Gdy zaczęli grać „Think I Care”, w klubie przebiegła fala podniecenia. Co to za zespół gra? Bębnienie było przykuwające, wokal wysublimowany, nieziemska gitara wywołała wrzaski rozkoszy, podczas gdy basowe solówki wgniatały w krzesła.
Kiedy The Paupers kończyli swój występ numerem „Magic People” mieli całe „Cafe a Go Go” w kieszeni. Co niewiarygodne, bestia z Haight-Ashbury została pokonana. Magazyn Voice and Esguire zażądał natychmiastowych wywiadów a Grossman już dogadywał się aby współrządzić zespołem.
Po podpisaniu umowy z wytwórnią Verve Forecast, 1 lipca 1967 roku został wydany debiut zespołu zatytułowany „Magic People”.
To płyta wyróżniająca się ciekawym brzmieniem lat sześćdziesiątych zakotwiczonym w psychodelicznym podejściu do tematu. Piosenka tytułowa wraz z „It’s Your Mind” oraz „Think I Care” to typowe psychodeliczne nagrania z epoki ale wyróżniające się bardziej dominującymi i złożonymi partiami perkusji, specjalnymi efektami gitarowymi i świetnym solo raga. „Let Me Be” oraz „You and Me” to z kolei klasyczne piosenki folk-rockowe przypominające powrót do tego co grupa robiła jeszcze w Kanadzie. Oczywiście musi podobać się „Tudor Impressions”, doskonały, refleksyjny i abstrakcyjny numer kierujący się bardziej w stronę jam session, w którym błyszczą gitary akustyczne, akcenty sekcji dętej i popowe harmonie Beach Boys a oszałamiającym arcydziełem acid-folku jest piosenka „My Love Hides Your View”. Świetnie czuje się też „Black Thank You Package”, który ma wyraziste, ekscytujące intro i chwytliwy refren. Niestety gdy bramy sukcesu wydały się otwierać The Paupers wystąpili na Monterey Pop Festival. Udział w tej wielkiej przygodzie okazał się klapą. Podobno muzycy przyjmowali zbyt duże dawki kwasu, co doprowadziło do braku kontroli nad sprzętem grającym.


Jednak w 1968 roku po licznych wewnętrznych zawirowaniach, The Paupers byli w stanie wycisnąć jeszcze jeden lp „Ellis Island”, który okazał się małym klejnotem psychodelii i o którym będzie już wkrótce.




niedziela, 4 listopada 2018

BOB DYLAN - New Morning /1970/


  1. If Not For You
  2. Day of the Locusts
  3. Time Passes Slowly
  4. Went to See the Gypsy
  5. Winterlude
  6. If Dogs Run Free
  7. New Morning
  8. Sign on the Window
  9. One More Weekend
  10. The Man in Me
  11. Three Angels
  12. Father of Night

Dylan: „Mieliśmy kilka nagrań do „New Morning”, zanim jeszcze wyszedł longplay „Self Portrait”. Wcale nie powiedziałem: „ O Boże, nie podoba mi się to, więc zrobię coś innego”. Nie było tak. To, że te płyty wyszły tak szybko po sobie, było tylko zbiegiem okoliczności”.
W maju 1970 roku, George Harrison przyjechał do Nowego Jorku i zatelefonował do Dylana w celu umówienia się na wspólną sesje nagraniową. Jednak prawdziwym problemem był brak dostatecznie dobrych utworów, które można by nagrać. Większą część sesji zajęły przymiarki do starych numerów Dylana. Chociaż nagrano przynajmniej trzy premierowe kompozycje-”If Not For You”, „Working on a Guru” i nieznaną piosenkę, to tylko pierwsza z nich wchodziła właściwie przy ustalaniu repertuaru do „New Morning”. Jednak Dylan nadal pracował nad nowym albumem i na początku czerwca nagrał nową wersję „If Not For You”(znaną z płyty) oraz jeszcze jeden dojrzały numer ”Time Passes Slowly”, a w nagraniu udział wzięli dwaj jego dawni współpracownicy, Harvey Brooks na basie i Al Kooper na gitarze. 
„If Not For You” przedstawia nam się jako prosty utwór, ale strasznie chwytliwy, napędzany gitarą w okolice folkowe. Jest bardzo przyjemny dla ucha. Nic dziwnego, że swoją wersję tego numeru zaprezentował Harrison na genialnym swoim solowym albumie „All Things Must Pass”.
W sierpniu Dylan zebrał w Nowym Jorku tak znanych muzyków, jak Al Kooper, Ron Cornelius, Dave Bromberg i Charlie Daniels, by wzięli udział w trwających tydzień sesjach nagraniowych.
Po zakończeniu sesji problem pojawił się jak najlepiej zaprezentować te piosenki. Dobór utworów i miksowanie stały się torturą. Al Kooper, który pełnił rolę współproducenta, dostawał szału wskutek niezdecydowania Dylana.
Al Kooper: „Kiedy skończyłem ten album, nie miałem ochoty więcej z nim rozmawiać. Była inna wersja „Went to See the Gypsy”. Kiedy zacząłem nad tym pracować, wpadłem na pomysł, jak to zaaranżować, więc powiedział mu: „Pozwól mi to opracować, a potem będziesz mógł nałożyć wokal”. No i zmiksowałem ten kawałek i wyszło mi to naprawdę dobrze. Brzmiało ja Cream. A on wszedł do studia i udawał, że nie rozumie w którym miejscu ma śpiewać. „Nie mogę śpiewać z tym miksem”. Ale tak naprawdę to mógł to zrobić, bo wziąłem metrum z oryginału”.
Kiedy w październiku 1970 roku płyta „New Morning” ukazała się na rynku, wzbudziła łatwy do przewidzenia zachwyt. Wydaje się, że w tym nagraniu Dylan znalazł wyjątkową równowagę między swoim starym folk-rockowym stylem a nowym, country-rockowym. Dylan tutaj gra dużo na pianinie i wychodzi mu to całkiem nieźle. A teksty są pochwałą jego żony, Sary i szczęścia jakie znalazł u jej boku.
Gdyby nie ty, moje niebo spadłoby/deszcz też zebrałby się/Bez twojej miłości nie było by mnie/Och, co zrobiłbym/Gdyby nie ty”.
Ta płyta to oświadczenie Dylana o spokoju, radości życia, szczęściu i kruchych spraw których jesteśmy świadkami na co dzień. Słuchając tej muzyki rozkoszujesz się śpiewem ptaków, zamiast zastanawiać się, dlaczego to robią i dlaczego to słyszysz, to proste siedzenie na zewnątrz, pośrodku poranka, który może rozjaśnić ci resztę dnia.
Czy nie słyszysz piania koguta/królika przebiegającego drogę/Pod mostem gdzie przepływa woda/Jestem bardzo szczęśliwy widząc cię uśmiechniętą/Pod błękitnym niebem/W ten kolejny poranek/Kolejny poranek/W ten kolejny poranek z tobą”.
Pomimo niezdecydowania Dylana co do miksu, powstała wspaniała płyta a tytułowy numer mocno siedzi w klimacie innego arcydzieła „Highway 61 Revisited”.
Krótko mówiąc „New Morning” to genialnie przyjemny album, inspirowany ogólnym szczęściem. Jest to jedna z nielicznych prawdziwie radosnych płyt, która sama w sobie prowadzi nas ścieżkami szczęścia by cieszyć się chwilą i złapać kolejny poranny promień słońca.





wtorek, 23 października 2018

SAINT STEVEN - Over the Hills /1969/


1. Over The Hills - 0:43
2. Animal Hall - 2:50
3. Gladacadova - 2:11
4. Over The Hills - 0:18
5. Poor Small - 2:41
6. Ay-Aye Poe Day - 3:22
7. Grey Skies - 2:51
8. Over The Hills - 1:28
9. Bastich I - 3:07
10.Voyage To Cleveland - 2:51
11.Sun In The Flame - 2:26
12.Bright Lights - 2:02
13.Louisiana Home - 2:51
14.Bastich II - 1:06

Mija pierwsze dziesięć sekund muzyki zawartej na tej płycie i już wiesz, że to będzie coś wyjątkowego. Po licznych odsłuchach dźwięki spływające do naszego wnętrza nadal są tajemnicze i ...urokliwie relaksujące. Album „Over the Hills” uważany jest za klasyczny acid rock i jest to
perła , pomiędzy ciężką rockową psychodelią, popowymi melodiami i akustycznym folkiem.
To jeden z długo oczekiwanych psychodelicznych klejnotów, które, jak sądziłem, nigdy nie zostaną wznowione. To była jedna z tych płyt, która pojawiła się znikąd, została trochę zagrana w radiu FM, a potem zniknęła bez śladu. Wydała to wytwórnia ABC/Probe Records ta sama, która ma na sumieniu debiut Soft Machine. 
Autorem tego pomysłu jest Steven Cataldo, muzyk niegdyś występujący w słynnej bostońskiej formacji Ultimate Spinach. Każda ze stron płyty ma swój podtytuł: „Over the Hills” oraz „The Bastich”. 
Na okładce natomiast widnieje napis „Saint Steven” przytulający gitarę, która unosi się w chmurach, gdy wokół niego promieniuje słońce z rysunkiem morskiego potwora, który ślizga się na brzegu oceanu. Wewnątrz nie ma żadnych informacji: kto to nagrał, kto był producentem, inżynierem czy też projektował okładkę. Teksty zostały dołączone i dotyczą uczucia lęku ukrytego pod niektórymi cieplejszymi obrazami.
Wojna w Wietnamie i protesty na całym świecie sprawiły, że wszystko gnało bez opamiętania do przodu, jakby świat miał się zaraz skończyć. Ale jeszcze chwila, może jednak coś ocaleje: „Ponad wzgórzami, które wychodzimy, uśmiechając się”. A potem słyszymy płacz słonia, który rozrywa głośniki prowadząc nas do „Animal Hall”… tekst brzmi po części: „Błękitne niebo i góry, kamienne fontanny wyrastają z ziemi w środku miasta, krew wędruje zielonymi dłońmi w brązowych papierowych torbach, ulice przewracają się, są myte w morzu”. Tutaj już mamy niewinność równoważącą się z ciemnymi siłami, z którymi wszyscy musimy się zmierzyć. Ale tutaj też jest muzyka, bardzo klimatyczna, świetnie wykonana, z pierwszorzędną orkiestracją, miksowaniem i balansowaniem. Gustowne!
Saint Steven używa własnych mitycznych postaci, „Gladacadova” dodaje magii i tajemnicy do tych małych opowieści urozmaicając je różnymi efektami dźwiękowymi. Tutaj jest surrealizm intrygującej melodii połączony w tajemniczym śpiewem i wyrazistą solówką gitarową. A z drugiej strony mamy utwór „Poor Small” zawierający fragmenty wypowiedzi z konwencji republikańskiej, które trwają nadal, gdy piosenka toczy się dalej i Steven jakby nigdy nic relaksująca śpiewa. Ostre, kojarzone z garażowymi klimatami gitarowe odjazdy usłyszysz w „Ay aye Poe day” a „Bright Lights” odchodzi w tajemnicze głębie nieodkrytych stanów świadomości. Kolejny zaskakujący numer to „Voyage to Cleveland” z gitarą pełnych istot z zaświatów i psychodelicznymi drogowskazami. Cholera to jest poważna wada tego albumu. Utwory są zdecydowanie za krótkie. No przecież cała płyta trwa raptem 29 minut. Tylko.
Dla mnie najbardziej wyróżniającą się piosenką jest „Luisiana Home”. Skoczna, folkowa melodia, która po paru taktach zachęca do wspólnego śpiewania, która zabierze nas magicznym autobusem do końca drogi gdzie ryk słonia doprowadzi do wieczornych wizji.
Tylko 29 minut działających jako całość, zadziwiających od początku do końca.


niedziela, 14 października 2018

OCTOPUS - Restless Night /1970/


1. The River (4:26) 
2. Summer (3:05) 
3. Council Plans (3:37) 
4. Restless Night (4:02) 
5. Thief (3:38) 
6. Queen and the Pauper (3:39) 
7. I Say (1:54) 
8. Johns' Rock (2:40) 
9. Rainchild (3:05) 
10. Tide (5:37) 


Tracks 1.2.5.
Paul Griggs - Lead Guitar- Vocals.
Nigel Griggs - Bass Guitar - Vocals.
Rick Williams - Rhythm Guitar - Vocals.
Brian Glasscock - Drums.

Tracks 3.4.6.7.8.9.10.
Paul Griggs - Lead Guitar - Vocals.
Nigel Griggs - Bass Guitar - Vocals.
John Cook - Wurlitzer Organ - Piano - Vocals.
Malcolm Green - Drums.



Dziś parę słów o grupie, która zabrała słynny album The Beatles „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” w inny wymiar, która nagrała bardzo ciekawą a zarazem melodyjną płytę. Mowa o zespole Octopus i ich płycie „Restless Night”. Płyta została wydana w 1970 roku i wypełniona jest motywami Beatlesque a także muzycznymi uczuciami. „Restless Night” to połączenie wspaniałej gry na gitarze i organach wraz z fajnym wokalem. Płyta w swej pierwotnej formie jest dość rzadka ale wydana ponownie przez See For Miles w 1997 roku jest już dostępna szerzej a do tego dołożone są dwa numery z singla z epoki.
Paul Griggs: „W grudniu 1968 roku, zaledwie miesiąc po zmianie nazwy z The Cortinas na Octopus graliśmy w RAF Benson w Oxfordshire wspierając mającą już parę sukcesów grupę Plastic Penny. Basista Tony Murray (wkrótce dołączył do The Troggs) oraz perkusista Nigel Olsson (późniejszy współpracownik Eltona Johna) rozmawiali z nami o możliwościach dokonania przez nas nagrań. Po ponownym spotkaniu z Murrayem w styczniu 1969 roku zapadła decyzja aby nagrać parę kawałków. I tak latem weszliśmy do studia aby nagrać m.in. takie numery jak: Laught at The Poor Man” czy „Girlfriend”. Zostały one wydane 7 listopada i zebrały dobre recenzje”.
W styczniu 1970 roku zespół postanowił wejść do studia i nagrać album ze swoim oryginalnym materiałem. Wybrali studio nagraniowe Radia Luxemburg na Hertford Street w Mayfair.
Jak już pisałem płyta wypełniona jest kolorowymi, energetycznymi piosenkami, które są naprawdę miłe. Otwierający utwór „The River” oparty został na sfuzzowanej gitarze i wklęsłym rytmie co momentalnie powoduje, że jest to przebój. „Summer” jest bardzo beatlesowski i melodyjny, ładnie się rozkręca i jest miły dla ucha. Psychodeliczne organy owiane kalejdoskopem barw czynią z kolejnego numeru na płycie zatytułowanego „Council Plans” swoistą perełkę, która pokazuje co mogliby The Beatles zrobić na kolejnych ścieżkach do Sierżanta Pieprza. Tytułowy „Restless Night” rozpoczyna się od mocnych sfuzzowanych gitar oraz ciężkiego, dziwnego tempa by po chwili zmienić rytm robiąc wejście dla wokalu. Ten utwór wypełniają doskonałe riffy, psychodeliczne organy oraz wszechobecna melodyka z kolei „Thief” to dynamiczny rocker z dodatkiem fajnego grania na basie.
Drugą stronę płyty otwiera numer „Queen and the Pauper”, numer kierowany jest przez organy, z prostym i radosnym rytmem, ale mający bardzo interesujące zmiany które kierują nas w przebogate dźwięki końcówki lat sześćdziesiątych. Lekka ballada „I Say” po prostu, podoba mi się. Kolejne dwie piosenki to ponowny powrót na terytorium The Beatles a ostatni numer na płycie, to najdłuższy trwający ponad pięć minut utwór „Tide”. Rozpoczynający się powoli z przyjemną melodią podnosi nas w obłoki by podkręcając tempo prowadzić do czasu hipnotyzującego, łagodnego sola na organach, które kończy się niemalże symfonicznymi dźwiękami.
Płyta „Restless Night” zespołu Octopus polecam tym, którzy lubią wplecione psychodeliczne dźwięki wraz z tym co proponowała nam Wielka Czwórka.
Jeszcze raz Paul Griggs: „ W 1971 roku Octopus stopniowo zmieniał się w bardziej progresywny band. Skończyliśmy nasz album i zaczęliśmy nagrywać utwory z niego na żywo wraz z coverami takich grup jak Yes czy Neil Young. Przez resztę 1971 roku kontynuowaliśmy ciągłe występy ale na początku 1972 roku po bardzo emocjonalnych koncertach w Storthfield Country Club w South Normanton czuliśmy się już wypaleni i stęchliwi, co doprowadziło do rozpadu grupy.
Wraz z bratem Nigelem wyjechaliśmy do Nowej Zelandii, gdzie współtworzyliśmy zespół Split Enz”.



niedziela, 7 października 2018

BOB DYLAN - Self Portrait /1970/


CD 1

  1. All the Tired Horses
  2. Alberta #1
  3. I Forgot More Than You'll Ever Know
  4. Days of '49
  5. Early Mornin' Rain
  6. In Search of Little Sadie
  7. Let It Be Me
  8. Little Sadie
  9. Woogie Boogie
  10. Belle Isle
  11. Living the Blues
  12. Like a Rolling Stone (Live)
CD 2

  1. Copper Kettle (The Pale Moonlight)
  2. Gotta Travel On
  3. Blue Moon
  4. The Boxer
  5. Quinn the Eskimo (The Mighty Quinn)
  6. Take Me As I Am (Or Let Me Go)
  7. Take a Message to Mary
  8. It Hurts Me Too
  9. Minstrel Boy (Live)
  10. She Belongs to Me (Live)
  11. Wigwam
  12. Alberta #2
Po nagraniu dziewięciu płyt, będąc najpierw ochrzczonym przez folkowych purystów jako ich przywódca, by następnie zostać głosem kontestującej młodzieży aż do słynnego pytania zadanego przez dziennikarza „Paris Match”-Czy Pan jest Prorokiem?, Bob Dylan miał już tego dość. Dylan:”Ten album powstał ponieważ w tamtym czasie nie podobało mi się, że zwracam na siebie tyle uwagi. Nigdy nie byłem osobą, która lubi zwracać na siebie uwagę. Więc wydaliśmy ten album, żeby ludzie wreszcie się ode mnie odczepili”.
Ja napiszę tak: obok pięciu kompozycji, które mi nie podeszły reszta jest po prostu świetna i wcale nie przeszkadza mi początek recenzji Greila Marcusa w „Rolling Stone” rozpoczynający się pytaniem: „Co to za gówno?”. Dylan miał później określić tę recenzję jako „kawał gówna”.
Najpierw to co w sumie mogłoby nie być. Cztery utwory wybrane z koncertu na wyspie Wight są mało strawne. „Like A Rolling Stone” zagrane jest bez entuzjazmu, Dylan zapomina słów, śpiewa bez krztyny uczucia. „The Mighty Quinn” położone jest na całego a przecież wersja Manfreda Manna była idealna. O dwóch kolejnych numerach może nie wspomnę. Jedynym studyjnym utworem, który omijam jest kompozycja Paula Simona „Boxer”.
„Self Portrait” został wydany w czerwcu 1970 roku i jest to album zawierający covery ulubionych? numerów Dylana, mało znanych tradycyjnych melodii folkowych, występów na żywo z festiwalu na wyspie Wight oraz kilku utworów napisanych przez Dylana. Jest to migawka artysty i jego przyjaciół, w określonym miejscu i czasie. Postrzegaj to jako chwilę z jednego dnia życia.
Wszystko zaczyna się od chórów kobiecych, które towarzyszą nam przez kilka minut, śpiewając jedynie dwa wersy piosenki. „All the Tired Horses” jest piękną i dziwną piosenką jak na Dylana a jeśli pojawiła by się na ścieżce dźwiękowej Ennio Morricone to byłoby idealne. Uruchamiasz album a tu taka fantastyczna rzecz a do tego dodaj jeszcze te rozmarzone skrzypce, faktycznie bardzo filmowe. „Alberta” dołącza do klimatów „Ramony” a „I Forgot More Than You Will Ever Know” jest urocze. Piosenka „Early Morning Rain” to obok „Let It Me Be”, „Gotta Travel On” oraz „Blue Moon” bardzo melancholijne nowe wersje znanych utworów. Dylan nie wysila tu się na jakieś przearanżowania i zmiany, po prostu trzyma wszystko w powolnym, luźnym tonie i robi to doskonale. Natomiast dobre wiatry protestu odnajdziemy w „Days of 49” kolejnym godnym uwagi utworze. Zaskakującym jest umieszczenie na płycie utworów instrumentalnych i chociaż „Woogie Boogie” jest tradycyjnym boogie to „Wigwam” posiada miłe zmiany akordów a aranżacja przenosi nas do jakiegoś meksykańskiego pueblo. A żeby było jeszcze mocniej to Dylan akcentuje te zwieszone z głów meksykańskich wieśniaków sombrera swoistym zaśpiewem „la la la la la la”.
Słuchając całości bez dwóch zdań uderza nas nastrój płyty, wciąż spokojny i przyjemny. Relaksujące numery w klimacie country podbarwione grą Pete Drake’a na stalowej gitarze to kolejny dowód na urok i błogi nastrój. Niewątpliwie jednym z najwspanialszych utworów zawartych na krążku jest „Copper Kettle” , znów utrzymany w klimacie typowo Dylanowskiej ballady wprowadza nas w ten niepowtarzalny nastrój pieśni Boba Dylana. Och, to jest cudowne!
A i jeszcze nie sposób przejść obojętnie obok „It Hurts Me Too” słynnego smutnego tradycyjnego bluesa. No więc, czy „Self Portrait” jest naprawdę „gównem”? Nie, posłuchaj tej płyty na spokojnie, nie wymagaj od Twórcy wzniosłych haseł, tylko odpręż się i słuchaj, słuchaj ile chcesz bo Greil Marcus myli się. To jest naprawdę kawał dobrej, relaksującej czasami bardzo wrażliwej muzyki.



środa, 26 września 2018

MOON'S TRAIN - Moon's Train /Recording 1964-67/









  • 1.   The Life I Lead
  • 2.   Wait For Me
  • 3.   You Got Me
  • 4.   Say What I Mean
  • 5.   Loving, Sacred Loving
  • 6.   Bakerman
  • 7.   Telephone Talker
  • 8.   My Town
  • 9.   I'm Not The Marrying Kind
  • 10. I Get Excited
  • 11. I love for You
  • 12. Shades of Orange
  • 13. Home and Dry
  • 14. Nervous
  • 15. Moanin'
  • 16. Memories Of You

  • Peter Gosling 'Moon' - vocals and keyboard
  • Ken Leaman - sax
  • Peter Frampton - guitar
  • Ian dibbon - guitar
  • Alex Brown - trumpet
  • Peter Atwood - bass
  • Malcolm Penn - drums
  • Tony Chapman - drums

  • To były złote lata sześćdziesiąte. Włosy młodych mężczyzn nagle swobodnie sobie urosły do ramion, dziewczyny miały na sobie spódniczki mini a muzyka była wszędzie, trwała w całym powietrzu i nie sposób było nią nie oddychać. Modny wiatr dmuchał dźwięki z Wysp Brytyjskich na cały świat-dźwięk, który był nowy i budził niepokój, a także był bardzo elektryzujący.
    Trudno jednoznacznie stwierdzić z jakich elementów składał się ten dźwięk. Może słusznym jest stwierdzenie, że była to sprytna synteza bluesowych korzeni i brytyjskiej staroświeckiej świadomości życia. Ale było tam coś więcej. To energia, która zaburzyła relacje między pokoleniami i płciami, oczekiwania młodych ludzi a nawet moralne idee zachodnich społeczeństw.
    To było więcej niż muzyka, chociaż nigdy wcześniej nie było tak dużo muzyki. Na początku entuzjazm dla afroamerykańskich odmian bluesa i rhythm and bluesa był ograniczony do małego kręgu koneserów, a pierwsze emulatory wykonywane były w Liverpoolu, a także w Manchesterze i Londynie. Potem nastąpiła masowa euforia. Nazwano ją „Beatlemanią”, ale równie dobrze mogła przejść do historii jako „Stones-Sensation”. The Rolling Stones nie tylko mieli talent aby zaistnieć na scenie jako „Źli Chłopcy Brytyjskiego Rocka”. Operowali ostrzejszymi środkami wyrazu, byli mniej kompromisowi i ostatecznie nie mniej ambitni niż John, Paul, George i Ringo. „Glimmer Twins” czyli Mick Jagger i Keith Richards zwrócili uwagę publiczną na The Rolling Stones. Spokojna woda, basista zespołu Bill Wyman był chyba najbardziej otwarty na nowe wydarzenia, na nowe trendy i różne ciekawostki.
    Nie stronił też od sporadycznych występów z innymi grupami najczęściej w klubach w Londynie. Pisałem już wcześniej o zespole The End, to teraz czas na kolejną grupę do której podczas występu pewnego wieczoru dołączył basista The Rolling Stones. Moon’s Train tak bardzo podobała się Wymanowi, że postanowił zostać ich managerem i producentem. A dodatkowo Bill zaczął niezwykle produktywne partnerstwo pisania piosenek z główno dowodzącym tej księżycowej, wysokoprężnej machinerii, z klawiszowcem i wokalistą Peterem Goslingiem.
    Wszyscy wiemy, że Moon’s Train nie stał się największą perełką lat sześćdziesiątych. Ale spotkanie na scenie i w studiach na fajnych sesjach nagraniowych w latach 1964 i 1967/68 przyniosło szesnaście nagrań, które zostały wydane na płycie zatytułowanej „Moon’s Train”. Na płycie, która wyróżnia się cholernie dobrym, ponadczasowym dźwiękiem. W trakcie nagrywania tych utworów przez studio przewinęło się siedmioro muzyków. Gosling i jego kompani zawarli w tych utworach entuzjazm do eksperymentów, poczucie humoru i przytłaczającą przyjemność z tworzenia tego co możemy usłyszeć. Praktycznie nie ma stylistycznej finezji ani koloru, którego by nie próbowali.
    Posłuchaj już otwierającego „The Life I Lead”, który pchają do przodu potężne karaibskie rockowe rytmy. Niepokojąco pulsująca baza utworu „I Get Excited” to ekscytująca panorama miejskiego amerykańskiego rhythm and bluesa. A do tego zwróć uwagę na te refrenowe chóry. „Home and Dry” sięga głęboko do korzeni bluesa i gospel a „I Am Not The Marrying Kind” to piękna jazzowa kołysanka. Podczas gdy soulowe zapędy usłyszysz w „Telephone Talker” to „Shades of Orange” przeniesie cię w typowe klimaty swingującego Londynu.
    Ze względu na Billa Wymana, grupa Moon’s Train zatrzymywała się na każdej stacji klubowej w Wielkiej Brytanii – od legendarnego „Speakeasy” po słynny z występów The Beatles klub „Cavern”. Wraz z The Rolling Stones wystąpili w programie telewizyjnym „Ready Steady Go”.
    Teraz po latach słuchając tych nagrań nie sposób docenić jak wielkim talentem dysponowali muzycy Moon’s Train i tylko można się dziwić, że jest to kolejny zespół, który przepadł w otchłaniach czasu.







  • niedziela, 16 września 2018

    AGUATURBIA - Psychedelic Drugstore /1970/


    01. Somebody To Love
    02. Erotica
    03. Rollin' 'N' Tumblin'
    04. Ah Ah Ah Ay
    05. Crimson & Clover
    06. Heartbreaker
    07. Blues On The Westside
    08. Waterfall
    09. Evil
    10. I Wonder Who
    11. Aguaturbia


    - Ricardo Briones / bass
    - Willi Cavada / dr
    - Denise Corales / voc
    - Carlos Corales / gtr

    Twoje słowo jest pochodną dla nóg moich i światłem na mojej ścieżce.
    Aguaturbia jest zespołem wyjątkowym w historii rocka, pochodzący z dalekiego Chile zauroczony został hipisowską inspiracją, psychodeliczną charakterystyką i uznaną autentyczną imitacją stylu i wyglądu muzyków takich jak Jimi Hendrix i Janis Joplin. Te składniki dały życie kwartetowi, być może pierwszemu kultowemu lokalnemu zespołow. Grupa istniała pięć lat i nigdy nie osiągnęła ogromnego sukcesu, jednak zarówno jakość muzyczna, jak i siła tchnąca ze sceny doprowadziły do wstrząsu chilijską młodzieżą.
    Aguaturbia założona została w maju 1968 roku, w szczytowym momencie wprowadzania liberalnych tendencji w polityce kraju. Carlos Corales, jeden z najważniejszych gitarzystów lokalnego środowiska założył grupę wraz z Willym Cavada i Ricardo Brionesem spoglądając w stronę muzycznych wieści z USA i Anglii rozwinął własną formę blues rockowej i psychodelicznej wspólnoty doprowadzając do nagrania dwóch fajnych albumów. Wokalistką zespołu została młoda brazylijka Climene Puleghini Solis, pochodząca z wyższych warstw społecznych, zafascynowana R & B i rockiem, pomimo że nie miała żadnego wykształcenia muzycznego. Jej rodzice nie wyrażali zgody na założenie rockowego zespołu ani tym bardziej na śpiewanie w nim. Climene uciekła z domu i trafiła do sąsiedniego Chile gdzie poznała Carlosa za którego wyszła za mąż i pojawiła się w jego nowej grupie jako Denise Corales.
    Zespół rozpoczął od grania koncertów w małych kubach w Santiago, utwory śpiewane były po angielsku i związane były z miłością, pokojem i obroną swobód. Jednak największym szokiem pierwszego albumu grupy była okładka. Czterech nagich muzyków siedzących w kręgu z neutralnym wyrazem twarzy to było za dużo dla establishmentu i doprowadziło do bojkotu zespołu.
    Carlos: „Nastąpiło bardzo silne odrzucenie, wiele osób chciało nas wręcz ukamieniować. Nagle znaleźli się tacy, którym przeszkadzały nasze długie włosy i chcieli nam je obciąć. Wyzywali nas od pedałów i narkomanów. To był straszny czas. Wyobraźcie sobie kobietę na krzyżu. Tak właśnie reagowali”. I nic dziwnego w tym tak bardzo katolickim kraju taka okładka musiała wywołać wielkie kontrowersje. Sklepy płytowe odmówiły wystawienia płyty na półkę, a prasa i Kościół ją ocenzurowali. Na szczęście muzyka przetrwała. Surowa, z ciężkimi psychodelicznymi rytmami powodującymi wybuchy zniekształceń i sfuzzowanych dźwięków z fantastycznym kobiecym głosem wypełniło ponad pięćdziesiąt minut wydanych i zatytułowanych jako „Psychedelic Drugstore”. Jest to zbiór utworów pochodzących z pierwszej i drugiej płyty zespołu.
    Wielkie wrażenie robi gra gitarzysty Coralesa, jego umiejętności najbardziej widoczne są w erotycznej „Erotica” oraz w dziesięciominutowej epickiej „Crimson and Clover”.
    Płyta składa się z paru coverów i własnych kompozycji gitarzysty grupy. Na pierwszy ogień idzie pieśń „Somebody To Love” grupy Jefferson Airplane, zagrana z większym pazurem choć solówek gitarowych w niej brak ale riffy gitary oraz partie wokalne szalenie urozmaicają tą piosenkę. Nic dziwnego, że do zespołu przylgnął tytuł „South American Jefferson Airplane”. Ale nie bądźmy niesprawiedliwi. Już „Erotica” ukazuje inne oblicze zespołu. Kompozycja walijskiej grupy Man jest pełna imponujących erotycznych wokali Denise, które nie są prawdziwymi wokalami. To prawie pięciominutowa droga do raju, wysłuchaj to będziesz wiedział o co chodzi.
    Mocy gitarowy podkład, używający różnych przetworników kusi i kusi…
    Fantastycznie muzycy poradzili sobie z blues rockowym standardem „Rolling’n’Tumbling”. Ciężkie, toczące się niczym walec riffy atakują nas od początku i za szybko mijają, za szybko.
    Trwający ponad trzy minuty w wersji T.James & The Shodnells słodki, popowy kawałek „Crimson and Clover” tutaj diametralnie zmienia swoje upodobanie. Corales tworzy ponad dziesięciominutowe, pełne kwasowych odniesień zawirowanie. Jego gitara spełnia tu rolę potężnego wypełniacza atakujące co rusz nowymi dźwiękami i ostrą psychodeliczną jazdą. To naprawdę świetny cover. Posłuchaj.
    Trzeba dodać, że utwory „Heartbreaker”, „Evoll” i „Waterfall” szczególnie charakteryzują się fantastycznym wokalem Denise, a w „I Wonder Who” jestem pod wpływem bardzo pomysłowego kontrastu wywodzącego wokal jakby z zaświatów. I jeszcze chwila o „Evoll”-to ostra, psychodeliczna odsłona, złożona i napełniająca się niczym morderca, który zbliża się do ciebie. Tak wyglądają rewolucje nie te zbliżone do ideału Dzieci-Kwiatów, tylko krwawe i pełne tragedii.