niedziela, 14 lipca 2019

HUMBLE PIE - As Safe As Yesterday Is /1969/


1. Desperation (Kay) - 6:27
2. Stick Shift (Frampton- 2:25
3. Buttermilk Boy (Marriott) - 4:21
4. Growing Closer (McLagan- 3:12
5. As Safe as Yesterday Is (Frampton, Marriott) - 6:07
6. Bang! (Marriott- 3:25
7. Alabama 69 (Marriott- 6:57
8. I'll Go Alone (Frampton) - 3:55
9. A Nifty Little Number Like You (Marriott- 6:13
10. What You Will (Marriott- 4:22


* Steve Marriott  - Vocals, Guitar , Acoustic Guitar, Harmonica, Organ, Tablas, Piano
* Peter Frampton - Vocals, Guitar, Slide Guitar, Organ, Tablas, Piano
* Greg Ridley - Bass, Vocals, Percussion
* Jerry Shirley - Drums, Percussion, Tablas, Harpsichord, Piano,
* Lyn Dobson - Flute, Sitar



Tworzenie zespołu Humble Pie to jak tworzenie drużyny piłkarskiej w świecie fantasy. Steve Marriott z Small Faces, Peter Frampton z The Herd i aby zrównoważyć atak wokalny tych dwóch liderów, zabójczy basista z Spooky Tooth, Greg Ridley. Do tego siedemnastoletni perkusista Jerry Shirley. To początek składu muzycznego, który miałby udane sezony w Lidze Rock and Rolla.
Humble Pie od początku urodzenia zostali określeni jako supergrupa i pomimo niestabilnej osobowości Marriotta i trudności, których doświadczali, myślę, że godnie sprostali temu stwierdzeniu. Na pewno lepiej skończyli niż na przykład Blind Faith, chociaż ich dobry start rozpoczął w Wielkiej Brytanii, początkowo byli ignorowani w Stanach Zjednoczonych. Dopiero koncertami w Fillmore i płytą „Smokin’” zaskarbili sobie przychylność fanów po drugiej stronie Atlantyku. Ale już ich pierwsza pozycja, wydana w sierpniu 1969 roku a zatytułowana „As Safe As Yesterday Is” pokazuje równowagę, wyobraźnię i rzemiosło tych czterech chłopaków.
Dużą frajdę sprawia rozpoznawanie w trakcie odsłuchów trzech wokali, gdy Ridley ma rasowy hard rockowy wokal, Frampton dociąga amerykańską werwą tak Marriotta modulowanie i akcenty soulowe są po prostu mistrzowskie. To wszystko muzycznie na późne lata 60-te mocno dogrywa z psychodelicznymi podtekstami i ciężkim brzmieniem i wprowadza nową jakość w muzyczne trendy. Powstanie Humble Pie przyniosło wielkie oczekiwania zarówno opinii publicznej jak i prasy, więc pod osłoną tajemnicy cała czwórka odizolowała się w hrabstwie Essex i rozpoczęła proces twórczy. Na sesje próbne chłopcy zabezpieczyli sobie Wiejską Salę w Magdalen Lover a większość muzyki napisali w Chacie Steve’a Beehive’a w Moreton.


Był to bardzo produktywny czas dla nowo powstałego zespołu, ponieważ z tego procesu twórczego pochodzi materiał na dwa albumy. Debiut został wydany w sierpniu a już w listopadzie tego samego roku ukazał się drugi album grupy „Town and Country”. Płyty te zostały wydane przez wytwórnię Immediate. Jeszcze w trakcie tej sesji powstał materiał na hitowy singiel „Natural Born Boogie” a grupa zaczęła występować, aby promować sprzedaż nowo wydanych winyli. Koncerty były iście maratonami muzycznymi przedstawianymi w dwóch odrębnych częściach. Pierwszy był akustyczny i łagodny, wielokrotnie wykonywany przez cztery siedzące na podłodze osoby, podczas gdy druga połowa była elektryczna, głośniejsza i bardziej pod wpływem rocka i bluesa.

As Safe As Yesterday Is” to połączenie ciężkiego bluesa, miażdżącego rocka, pastoralnego folku z dodatkiem lekkiej mgiełki psychodelicznych barw. Czuć, że całość nagrywana była podczas długich jammowych ofert o czym wspomina Frampton:”Niektóre z piosenek na tym debiutanckim albumie Humble Pie naprawdę wyrosły z jammingu na próbach-wszyscy wpadliśmy na pomysły i stali się współpracownikami. To było jak jazda pośpiesznym. Zaczynaliśmy rankiem, niemrawo dopóki iskra nie zaskoczyła. A wtedy to już szło. Czasami trzeba było dać znać, to już koniec jak daleko zajedziemy?”.
Niewątpliwie urok tych nagrań odzwierciedla się w elektryzującej mieszance i w pełnej zmysłowości brzmieniu.
Już pierwszy numer „Desperation” ukazuje nam eklektyzm w pełni osadzony w potokach organów i dopasowany gitarowymi dźwiękami. A misternie skonstruowany, napisany przez kumpla Iana McLagana (klawiszowca Small Faces) utwór „Growing Closer” miesza wczesne rytmy rhythm and bluesowe z wyśmienitą grą na flecie Lyn Dobsona. Wibracyjne dźwięki wzbogacają wizje trippowymi pochodami gitarowych strun Framptona. Większość piosenek zostało napisanych przez Marriotta i widać tutaj jego kalejdoskopowe oblicze, które wyróżnia jego barwną osobowość. Posłuchajcie „Alabama’69” jak faceci wesoło śpiewają na szczycie brzmiącej akustyki, klaskania, tamburynu, harmonijki ustnej i prostego basu by pod koniec wkroczyć w fazę kontemplacyjną zabarwioną wschodnim instrumentarium. Znowuż „A Nifty Little Number Like You” pokazuje nam wyjątkową grę czterech muzyków ubarwioną nieokiełzaną linią basu.
Końcowy „What You Will” zawiera bardziej melancholijny aspekt, który kończy płytę spuchniętym hymnem przesiąkniętym organami i gitarą akustyczną.
Oczywiście i chociaż wokal Marriotta nieuchronnie się wyróżnia, muzyka żyje zarówno z kontrastu między zharmonizowanym wokalem a wspólnymi obowiązkami gitarowymi, między szorstkim Marriottem i bardziej zdecydowanym Framptonem.
I taki jest debiut supergrupy Humble Pie, dodam, że dla mnie supergrupy w najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu.


niedziela, 7 lipca 2019

NIRVANA - Dedicated To Markos III /1970/



1. The World Is Cold Without You - 3:45
2. Excerpt From "The Blind And The Beautiful" - 2:38
3. I Talk To My Room - 3:38
4. Christopher Lucifer - 4:06
5. Aline Cherie - 3:03
6. Tres, Tres Bien - 2:54
7. It Happened Two Sundays Ago - 3:08
8. Black Flower - 4:32
9. Love Suite - 6:04
10. Illinois - 3:37
All Music and Lyrics by Patrick Campbell-Lyons, Alex Spyropoulos.


*Patrick Campbell-Lyons - Guitar, Vocals
*Alex Spyropoulos - Keyboards
*Roger Cook - Backing Vocals
*Billy Bremner - Guitar
*Lesley Duncan - Vocals



To jest po prostu album w którym przewija się jesienne uczucie, tęsknota, poczucie końca epoki burzliwych lat sześćdziesiątych. Jest to płyta pełna piękna i uniesienia. I pomyśleć, że Chris Blackwell odrzucił ją i jego wytwórnia jej nie wydała. Miała mieć tytuł „Black Flower” ale Blackwell porównał ten materiał z pewnym lekceważeniem do „A Man And A Woman” Francisa Lai i radził aby zmienić repertuar na co oczywiście Patrick Campbell Lyons nie przystał. Pod nowym tytułem „Dedicated To Markos III” płytę wydała wytwórnia Pye. A stało się to za sprawą bogatego wujka Spyropoulosa, który pomógł sfinansować album i dzięki temu album ten nazwany został na jego cześć. Natomiast Cambell Lyons napisał piosenkę „Christopher Lucifer”, która jest gorzką drwiną z Blackwella.
Dedicated To Markos III” grupy Nirvana jest kolejną perełką, która niestety przepadła w otchłani czasu i dołączyła do wielu tym podobnych płyt.
Patrick Cambell Lyons napisał dziesięć wyśmienitych piosenek, pełnych dojrzałości i wyrafinowania. Biorąc pod uwagę jakość piosenek i płynność produkcji, wchodzisz w świat boleśnie pięknej miłości, tęsknoty i nostalgii, która wchłania nas niczym spadający liść z jesiennego drzewa.
Większość utworów na płycie jest łagodnym popem z sporadycznie lekkimi przebojami o harmonizującym wokalu i gitarze ale co najważniejsze i co dodaje niewątpliwie smaku tym nagraniom są solidne aranże orkiestrowe, które tutaj osiągają poziom niemal mistrzowski. Słychać to już przy pierwszych dźwiękach „The World is Cold Without You”, „Aline Cherie” czy w łagodno jazzowym „Love Suite” z warstwami oboju, które wzmacniają klasyczne aranżacje smyczkowe, lśniące pianino i żeńskie podkłady wokalne.
Ciągle przewija się nostalgiczna aura będąca tak wymowna, że nie potrzebuje żadnego komentarza. No cóż te orkiestrowe przewroty znacznie przewyższają standardowe słownictwo Tin Pan Alley, są one w rzeczywistości budowane wokół piosenek, a nie po prostu nakładane na nie.


Lider Nirvany stara się jednak w niektórych momentach zburzyć ten nastrój melancholii wtrącając choćby w „Tres, Tres Bien” folkowym utworze kabaretowe wstawki w style walca z rzadkim ale wspaniałym podkładem akordeonu, który nastawiony jest na nastrój. Tu gdzieś wchodzimy w klimaty Pearls Before Swine i zauważamy bez kozery, że jest to piękna muzyka.
Trochę optymizmu też się należy. Zbudowana na dynamicznym rytmie sekcji rytmicznej jedna z piosenek „It Happened Two Sundays Ago” to jakby muzyka dyskotekowa lat sześćdziesiątych, chociaż zaskakuje dodatkiem naprzemiennych zmian i country rockowym strzelaniem strun. Kolejnym numerem na płycie jest „Black Flower” stylistycznie zbliżony do dwóch pierwszych albumów Nirvany zaciekawia piękną linia wokalną i aranżem orkiestrowym tak potwierdzającym tylko moje powyższe myśli. A trzeba jeszcze zwrócić uwagę tutaj na ostra psychodeliczną solówkę gitarową trzymającą zwariowany świat w taflach morskiej piany. Płytę kończy „Illinois” mający dość wyjątkowe wsparcie orkiestrowe. To kolejny klasyk psychodelicznego popu z pięknymi harmoniami wokalnymi i dźwiękami płynącymi ponad wzgórza i daleko stąd.
Jeden z moich kumpli spostrzegł, że znaczna część ubóstwa artystycznego obecnej muzyki pop polega na tym, że współcześni popowi twórcy nie znają melodii, nie potrafią stworzyć klimatu aby przyciągnąć uwagę słuchacza. Ile aktualnych dźwięków popu ma wpływ na bluesa, jazz czy muzykę ludową? Świat stał się niezaprzeczalnie brzydszym, hałaśliwszym, nieszczęśliwym miejscem, a znajomość cynizmu zastąpiła niewinna nadzieję, która otwierała nasze zmysły na rzeczy niewidoczne dla współczesnych. „Dedicated To Markos III” jest dla tych którzy nie tylko mają uszy do słuchania, ale mają też czystość serca do odbioru i dla których taka twórczość jest balsamem dla duszy.


niedziela, 23 czerwca 2019

THE BEATLES - Magical Mystery Tour /1967/



1. Magical Mystery Tour
2. The Fool on the Hill
3. Flying
4. Blue Jay Way
5. Your Mother Should Know
6. I Am the Walrus
7. Hello, Goodbye
8. Strawberry Fields Forever
9. Penny Lane
10. Baby You're a Rich Man
11. All You Need Is Love


John Lennon
Paul McCartney 
George Harrison
Ringo Starr


Popatrzcie i posłuchajcie jak w krótkim czasie zmieniała się muzyka, jakie niesamowite fluidy krążyły w powietrzu i docierały w różne zakamarki tego świata. Jak to wszystko zaistniało i gdy po tylu latach słuchamy nadal gdzieś te wijące się po nieboskłonie mózgowym nuty docierają i mają się całkiem dobrze. Banalne piosenki, którymi grupa The Beatles mogła pochwalić się na początku kariery oczywiście zachwycały: prostotą, muzykalnością i młodzieńczym wykonaniem. „Love Me Do”, „Please, Please Me” nucimy nadal nie zastanawiając się, że przecież minęło od ich powstania grubo ponad pół wieku. W krótkim czasie ledwie czterech lat powstawały kolejne proste, banalne piosenki ale technika nagraniowa również miała już coś do powiedzenia. „Hello Goodbye” umieszczona na albumie „Magical Mystery Tour” również zawiera wszystko co sprawiło, że The Beatles jest tak wspaniałym zespołem. Ogromnie melodyjna linia fortepianu, wraz z zwiewną, synkopowaną perkusją Starra, stanowi wsparcie dla infantylnego tekstu McCartneya, który wokalnie kojarzy się ze szczęśliwą narracją. I tu ta prostota dostaje pomocy w postaci inżyniera dźwięku Georga Martina, który wprowadza różne nakładki, poślizgi a całość zadziwia zakończenie utworu. Zespół powraca do przewiewnego outro, podczas gdy McCartney wyśpiewuje nonsensowne dźwięki. Kolejny przebój.


Płyta „Magical Mystery Tour” w katalogu nagrań The Beatles jest pretendentem do ich najbardziej niedocenianego albumu. 
A powód jest prosty: czas, w którym został ten album wydany. Wkrótce po ukazaniu się „Sgt. Lonely Hearts Club Band” a tuż przed wydaniem „The White Album”, płyta ta często gubi się w historii The Beatles. Ale niesłusznie. 
Ot, choćby mamy rok 1967 , słynne „Lato Miłości” co oznacza, że taki numer jak „All You Need Is Love” staje się prawdziwym hymnem nie tylko tamtego czasu ale całej ery muzycznej. The Beatles głoszą przesłanie i tylko możemy żałować, że świat go nie posłuchał. 
Utwór tytułowy otwierający zarazem cały album natychmiast nadaje świetny nastrój, z mosiężnymi instrumentami zapewniającymi ciągłe podkłady, wraz z pędami hałasu, które miały reprezentować pełen zakres zabawy. Tekst odzwierciedla to, gdy McCartney śpiewa w refrenie „Roll up for the mystery tour”. Psychodeliczna piosenka pięknie otwiera tajemniczą trasę. 
Łagodna partia fortepianu, zawierająca wspaniałe słodkie, śrubujące części, które czają się tuż pod innymi instrumentami prowadzi do lirycznej kompozycji „Fool On The Hill” a „Flying” szykuje nam niespodziankę. Otóż oparta na wirujących partiach organów i mellotronów muzyka tworzy atmosferę bardzo przyjazną choć odrobinę niepokojącą. W klimacie mocno psychodelicznym jest kompozycja Harrisona „Blue Jay Way”. Nakładające się wokale tworzą mroczny obraz spotęgowany rzutami perkusji prowadzącymi do zakazanych obszarów kojarzących się z obłokami zielonego dymu. I proszę, niedoceniana a nawet czasami określana jako najsłabsza na płycie kolejna piosenka „Your Mother Should Know” jest dla mnie jedną z najbardziej udanych kompozycji grupy. Wspaniałe zaproszenie do tańca towarzyskiego stworzone z myślą o optymistycznym spojrzeniu na otaczająca rzeczywistość. Chwytliwe części klawiatury, wraz z warstwami wokalnymi, tylko potwierdzają , jak duet Lennon-McCartney się uzupełniał.
Siedzenie na płatku kukurydzianym, śpiewające pingwiny i wreszcie jestem morsem pod tymi linijkami tekstu ukrywa się muzycznie złożony, z różnych efektów psychodelicznych najbardziej barwny utwór Lennona, „I’m the Walrus”. Wprawdzie rywalizować może z nim kolejny „Strawberry Fields Forever”, który jest niewiarygodnie zmiksowany i który ukazuje możliwości studia nagraniowego i siedzącego za stołem mikserskim producenta. Znacznie mniej skomplikowane „Penny Lane” i „Baby You’re a Rich Man” są świetnymi piosenkami popowymi, a „Penny Lane” jest wesołym opisem Liverpoolu otulonym w tęczowej mgiełce po gwałtownej burzy. Instrumenty brzmią doskonale, a w szczególności trąbka stanowiąca interludium podczas piosenki, co daje nam kolejny przykład mistrzostwa The Beatles w muzyce pop. „Baby You’re a Rich Man” z kolei ma dziwnie tasujący rytm perkusji a stosunkowo intonowany wokal podczas refrenu nadaje mu nieco jazzowego charakteru.
Magical Mystery Tour” bez wątpienia przemyślany był jako album psychodeliczny, przecież The Beatles już wtedy byli ikoną pop kultury a cały świat zaczął obracać się wokół barwnych, kolorowych przecieków w których nie mogło ich zabraknąć.
I wiecie co jest dziwne. Znam te piosenki już czterdzieści lat i nadal jak wydobywają się z moich głośników nucę je, wsłuchuje się w nie i dziwię się, że ciągle mi się podobają.
I dobrze tak jest.




niedziela, 16 czerwca 2019

BOB DYLAN - Slow Train Coming /1979/



  1. Gotta Serve Somebody
  2. Precious Angel
  3. I Belive in You
  4. Slow Train
  5. Gonna Change My Way of Thinking
  6. Do Right To Me Baby ((Do Unto Others)
  7. When You Gonna Wake Up
  8. Man Gave Names to All the Animals
  9. When He Returns
Keyboards -- Barry Beckett
Drums -- Pick Withers
Bass -- Tim Drummond
Guitars -- Mark Knopfler, Bob Dylan

Pod koniec 1978 roku Dylan miał już za sobą czterdzieści z sześćdziesięciu pięciu koncertów zabójczego tournée po Ameryce. Była to jego pierwsza amerykańska trasa od czterech lat. Prasa nie zostawiła na tych koncertach suchej nitki. Można sobie wyobrazić jaki wpływ miało na Dylana krytyczne przyjęcie filmu „Renaldo and Clara”, albumu „Street Legal” i obecnego tournée po Ameryce. A wszystko to tak odmienne od pochwał, jakie zebrały w Europie ten sam album i trasa koncertowa. Dylan zamknięty w hotelowym pokoju po kolejnym koncercie, w nastroju co najmniej ponurym, potrzebował czegoś, czego nie miał dotychczas. Opowiadał o wielkim znaczeniu, jakie miało dla niego duchowe odrodzenie. Wygląda na to, że przeżył prawdziwą wizje Chrystusa.


W pokoju czułem czyjąś obecność, to nie mógł być nikt inny, niż Jezus. Miałem wrażenie, jakbym rzeczywiście „narodził się na nowo”. Jezus dotknął mnie swoją dłonią. To był prawdziwy dotyk. Poczułem go całym sobą. Poczułem jak drży moje ciało. Majestat Pana powalił mnie i podniósł z upadku”. Dylan często wyrażał przekonanie, że Jezus, który wstąpił w jego życie, uratował go od przedwczesnej śmierci.
Album, który Dylan planował nagrać wiosną 1979 roku, już z góry był skazany na kontrowersyjne przyjęcie, bez względu na to, ile trudu włożyłby w jego powstanie. Czuł, że im strawniejsze będzie brzmienie płyty, tym szybciej słuchacze zaakceptują zawarte na niej przesłanie. Istotnym składnikiem wcześniejszych dobrych recept na udana płytę był właściwy gitarzysta. W poprzednich przełomowych nagraniach wybór gitarzysty był zawsze celną decyzją, lecz tym razem okazał się wprost genialny. Mark Knopfler ze swoimi charakterystycznymi instrumentalnymi wstawkami zachwycał słodkim brzmieniem tak potrzebnym Dylanowi, który miał dla swoich słuchaczy gorzką pigułkę do przełknięcia. Łyżeczka cukru od Knopflera z pewnością pomogła łatwiej przyswoić sobie publiczności ten nagły zwrot w tekstach Dylana. Do tego produkcji najnowszej płyty Mistrza podjął się legendarny Jerry Wexler. Co ciekawe Dylan przyznał się później, że z początku sam nie zamierzał nagrywać utworów zawartych na tym albumie. Zdawał sobie sprawę z tego, że piosenki są szalenie kontrowersyjne i imię Boba Dylana wywoła jeszcze większą wrzawę.
Bob Dylan:”Utwory które napisałem do „Slow Train Coming” przeraziły mnie… Nie zamierzałem ich napisać, a jednak napisałem. Nie zamierzałem ich zaśpiewać. Poprosiłem pewną dziewczynę, aby mi je zaśpiewała. Była to Carolyn Dennis. Oddałbym jej wszystkie te utwory, pozwoliłbym jej nagrać cały ten materiał, nawet bez podawania mojego nazwiska. Chciałem aby te utwory się ukazały ale sam nie chciałem tego robić. Wiedziałem bowiem, ze zostaną inaczej odczytane”.
Jednak Dylan przełamał swój strach i po raz kolejny podjął rękawicę. Powstała wspaniała płyta, pełna płynnych melodii, które przepływają obok zmysłów. „Slow Train Coming” znajduje namiętnego i poważnego Dylana. Muzyka jest chwytliwa a słuchając jej uczestniczysz w wizji, która biegnie cały czas. Wszystko zależy od tego, jak podejdziesz do niej. Nie ma wątpliwości, że utwory są szczerym wyrazem jego przekonań dla niektórych nie do zaakceptowania. Ale Dylan się nie ugiął. Po oficjalnej premierze płyty 18 sierpnia dość istotne poparcie nadeszło z najbardziej zaskakującej, ale i najbardziej pożądanej strony-z magazynu „Rolling Stone”. Periodyk ten często odnosił się krytycznie do twórczości Dylana, a ponieważ był jedynym liczącym się amerykańskim dwutygodnikiem muzycznym, jego oceny miały ogromne znaczenie na amerykańskim rynku. 
Redaktor Jann Wenner poświęcił albumowi dwustronnicową recenzję tak ją kończąc:”Pod względem muzycznym jest to prawdopodobnie najlepsza płyta Dylana, wynik rzadko spotykanego zestrojenia inspiracji, pasji i talentu, które łączy w sobie się, wizję i artyzm. Bob Dylan to największy wokalista naszych czasów. Nikt nie jest od niego lepszy. Co więcej nikt nawet mu nie dorównuje. Jego wszechstronność i zdolności wokalne nie mają sobie równych. Brzmienie głosu i szczególna wrażliwość przewyższają, to, co reprezentują sobą współcześni mu wokaliści. Nie zdolności poetyckie, ani intuicja, lecz jego głos jest największym darem, jaki otrzymał od Boga”.
Dylan wkrótce zrozumiał, ze wysiłek włożony w wypracowanie odpowiedniego brzmienia płyty zaczął procentować licznymi pochwałami. Nastąpił powrót na listę najlepiej sprzedających się singli a sam album okazał się drugim najlepiej sprzedającym się albumem w karierze Dylana. Dwadzieścia sześć tygodni na liście było kolejnym dowodem niesamowitej żywotności Dylana w okresie, gdy wydawało się już, że jego pozycja na rynku osiągnęła dno. Po raz kolejny Dylan zaryzykował i będąc prawdziwym Artystą postawił kropkę nad i.


niedziela, 9 czerwca 2019

THE 13th FLOOR ELEVATORS - Easter Everywhere /1967/


1. Slip Inside This House (T. Hall, R. Erickson) - 8:03
2. Slide Machine (Powell St. John) - 3:43
3. She Lives (In A Time Of Her Own) (T. Hall, R. Erickson) - 2:58
4. Nobody To Love (S. Sutherland) - 3:00
5. Baby Blue (B. Dylan) - 5:17
6. Earthquake (T. Hall, R. Erickson) - 4:51
7. Dust (T. Hall, R. Erickson) - 4:02
8. Levitation (T. Hall, S. Sutherland) - 2:41
9. I Had To Tell You (Clementine Hall, Roky Erickson) - 2:28
10.Postures (Leave Your Body Behind) (T. Hall, R. Erickson) - 6:30


*Roky Erickson – Vocals, Rhythm Guitar, Harmonica
*Tommy Hall – Electric Jug
*Stacy Sutherland – Lead Guitar
*Dan Galindo – Bass
*Danny Thomas – Drums
Additional Musicians
*John Ike Walton – Drums ("She Lives", and "Levitation")
*Ronnie Leatherman - Bass ("She Lives", and "Levitation")

*Clementine Hall - Backing Vocals ("I Had To Tell You")


Tak to już jest. Inspirację do napisania kolejnej recenzji płyty spowodowała smutna wiadomość, która dotarła do nas niedawno. Otóż 31 maja 2019 zmarł amerykański muzyk, pionier psychodelicznego rocka, założyciel niezapomnianej i kultowej kapeli The 13th Floor Elevators, Roky Erickson. Debiut obowiązkowo był już tu opisywany, jest to bez wątpienia jedna z najbardziej zakręconych i bezpardonowych płyt jaka ukazała się na rynku amerykańskim w 1966 roku. Zauważ 1966 rok. Pewnie znasz, a jak nie to nadrób tą zaległość bo warto. No chyba, ze słuchasz tych różnych współczesnych gówien, to na dobrą sprawę nie masz czego szukać na tym blogu. Spokojnie możesz go omijać.


Podczas gdy debiut grupy był swoistym siniakiem, który nabierał rumieńców z każdym nowym odsłuchem, tak „Easter Everywhere” sprawia, ze uczucie jest znacznie bardziej mroczne i nieco bardziej powściągliwe. 
Roky Erickson brzmi bardziej perwersyjnie, bardziej przekonywująco sprawiając, że makijaż dźwięków zawartych na tej płycie jest intrygująco zastanawiający: psychodelia, wpływy Motown, pieprzony muzyczny jug „wupwupwupwup’up” przez całą wieczność oraz ekscentryzm przebijający na każdym rowku płyty podobny czasami do maniakalnego kaznodziei. 
„Easter Everwhere” jest spojrzeniem wewnątrz The 13th Floor Elevators i to po takim hipnotycznym spojrzeniu oceniaj tą płytę.
Rozpoczęcie albumu długim i bardzo ambitnym „Slip Inside This House” jest dziwnie zachęcające ale posiada subtelne ostrzeżenie. Erickson dobrze i prawdziwie prowadzi cię w swoją podróż LSD, jednak czując już prawdziwe efekty dmuchania umysłu, przekaz robi się całkowicie popieprzony i jednocześnie obłąkany. Ale Roky chce żebyśmy wszyscy weszli do środka i rzucili okiem i podzielili się, że nie do końca to jest takie piękne. Po takim doświadczeniu reszta albumu jest jeszcze bardziej rozgrzewająca. „Slide Machine” oraz „She Lives in (A Time Of Her Own)” są najbardziej podobne do wszystkiego co powstało na pierwszej płycie grupy. To konwencjonalne i chwytliwe utwory. „Nobody to Love” brzmi jak The Byrds ale wejścia szalonego Toma Halla i jego muzycznego dzbanka zostawiają przebłyski wyobraźni i zmuszają umysł do wypełniania luk.
Niemal punktem kulminacyjnym płyty jest cover Boba Dylana „Baby Blue”, który zagrany z pasją ukazuje dziką siłę wtapiającą się w te znane nuty.
Easter Everywhere” zyskała lepszą produkcję niż „Psychedelic Sound Of...” co słychać najlepiej na „Earthquake”. Wzajemne oddziaływanie perkusji i gitary jest szczególnym wydarzeniem. Te przesterowane, otwarte akordy gitary dobijane są kombinacją perkusji. To krótkie gitarowe lizanie pojawiające się w małym odstępie czasu jest zawsze satysfakcjonujące.
Będąca akustyczną balladą piosenka „Dust” wprowadza nastrój subtelnego mistrzostwa ukrytego w prawdziwej emocjonalnej naturze. Zwroty takie jak na „Levitation” może są dość zwyczajne ale to największy hak na płycie. Chwytliwy niezwykle refren jak i cała piosenka mogłyby stać się przebojem gdyby nie ociekające narkotycznymi lewitacjami teksty. A „I Had to Tell You” niesione jest kilkoma fajnymi harmoniami folkowymi prowadzącymi do zamknięcia płyty numerem „Postures (Leave Your Body Behind)”. Ależ tu jest poważny groove, uduchowiona, funkująca gitara i wpływ Motown. A do tego fantastyczna praca sekcji rytmicznej. „Wupwupwupwup’up” jest wszechobecne ale bez tego znaku rozpoznawczego The 13th Floor Elevators byłoby innym zespołem.
Słuchanie „Easter Everwhere” wymaga poświęcenia, musisz naprawdę znaleźć czas, aby zanurzyć się umyśle zespołu i rytmach płyty. To jest mroczny, nieokreślony i dziwny album, który zawsze pozostawia coś w wyobraźni a słuchając go wypełniasz swój umysł nieznanymi ścieżkami prowadzącymi w głąb jestestwa.
Wupwupwupwup’up.



środa, 29 maja 2019

QUICKSILVER MESSENGER SERVICE - Shady Grove /1969/


1. Shady Grove (P. O. Wands) - 3:00
2. Flute Song (Denise Jewkes) - 5:23
3. Three or Four Feet from Home (John Cipollina) - 3:05
4. Too Far (David Freiberg) - 4:30
5. Holy Moly (Nick Gravenites) - 4:25
6. Joseph's Coat (John Cipollina, Nick Gravenites) - 4:49
7. Flashing Lonesome (David Freiberg, Nick Gravenites) - 5:28
8. Words Can't Say (David Freiberg, Denise Jewkes) - 3:22
9. Edward, the Mad Shirt Grinder (Nicky Hopkins) - 9:22


*John Cipollina - Guitar, Vocals
*Nicky Hopkins - Organ, Piano, Celeste, Cello, Harpsichord, Keyboards
*Greg Elmore - Drums, Percussion
*David Freiberg - Viola, Bass, Guitar, Vocals



Przede wszystkim pozwólcie, że powiem wam, że jest taki jeden instrumentalny utwór, dziewięciominutowy jam, który kończy trzeci album grupy Quicksilver Messenger Service i że jest to prawdopodobnie najlepsza instrumentalna melodia jaka kiedykolwiek powstała w całym kalifornijskim rockowym duchu końca lat sześćdziesiątych. „Edward (The Mad Shirt Grinder)” to po prostu utalentowana, emocjonalna, nieskazitelna technicznie, olśniewająca ścieżka nie mająca swojego odpowiednika na studyjnych zapisach tamtych lat. Można określić ten twór zasadniczo słowem „jazz”, ale jest to rodzaj jazzu, który preferuje prawdziwą intensywność i melodyjność od pretensjonalnego bezsensownego makaronu, z pięknymi, ale potężnymi klawiszami i wrażliwymi, nastrojowymi gitarami w każdej sekundzie utworu. W rzeczywistości trzecia płyta herosów sceny kalifornijskiej różni się znacznie od dwóch poprzedzających ją dzieł.


Na „Shady Grove” mamy w składzie zespołu jedną zmianę, ale jakże istotną i jak się okazało brzemienną w skutki. Nie ma już tych słynnych podwójnych pojedynków gitarowych ponieważ nie ma już w składzie Gary Duncana. Jest za to przybyły prosto z Wysp Brytyjskich, prosto ze studiów nagraniowych w których akurat pomagał The Rolling Stones czy The Who, pianista Nicky Hopkins. I ta postać rzutuje w pełni na materiale zawartym na tym krążku. W tle tego instrumentalnego, dziewiczego jamu wzajemne oddziaływanie pomiędzy fortepianem Hopkinsa, gitarami Cippoliny i nadanych w tle organów potęguje oszałamiające dźwięki pełne przepływy krwi. Te wszystkie niewiarygodne riffy fortepianowe mogły być nagrane tylko przez Anglika, bo jest to bardzo brytyjski odłamek psychodelicznej podróży.

Shady Grove” idzie w bardzo nieprzewidywalnym kierunku i wychodzi to zespołowi na dobre. Bo co można było zrobić po genialnym gitarowym „Happy Trails”? Nawiązać współpracę i polegać na nienagannych umiejętnościach klawiaturowych Nicky Hopkinsa.
I nie da się ukryć, że to właśnie Hopkins odgrywa kluczową rolę w pozostałych ośmiu utworach znajdujących się na tym albumie. I w rzeczywistości „Shady Grove” jest przyjemną i ujmującą płytą, począwszy od okładki. No bo czyż ona nie jest po prostu piękna? Ta aksamitna zieleń jak ryk leniwy górskiego wiatru otula nas swym odcieniem. A powóz z koniem na tylej stronie okładki, nie zapomnij o tym. Piękna zieleń. Te dziewięć piosenek jest… no cóż, piosenki też są trochę zielone. Wystarczy posłuchać „Flute Song”.
Tytułowy utwór to atrakcja innego rodzaju. Majestatyczny pseudoklasyczny wstęp Hopkinsa trwa ledwie chwilę bo po nim następuje dziwnie zaaranżowany beat w którym wokalista brzmi jak odrodzony Eric Burdon. A gitara Cippoliny kąśliwie uderza wspaniałymi wirami. 
Rhythm and bluesowe, rasowe granie można usłyszeć w „Three or Four Feet from Home” oraz „Too Far”. Błotniste uderzenia gitary poprzecinane psychodelicznymi riffami fortepianu doprowadzają do otwartych przestrzeni. To jak droga ku wolności. Otwiera się przed nami pełen niepokoju świat. 
No i... hmmm, zaraz gdzie ja jestem. To muzyka z Zachodniego Wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Przecież widzę spacemana ubranego na Piccadilly Street jak swobodnie maszeruje po Londynie. Swingujący Londyn? W Kalifornii?
Tak! „Holy Moly”. Wirujący hymn rhythm and bluesa pełen celeste, klawesynu i Bóg wie czego jeszcze. Hopkins naprawdę rozkoszuje się swoim instrumentalizmem i wirtuozerią. A potem piosenka przyspiesza powodując kolorowy zawrót głowy. Niektóre chemiczne substancje potrafią przenieść nas do gabinetu krzywych luster. Numer kończy się wspaniałą kaskadą dźwięków dorównującą najlepszej tradycji brytyjskich zespołów blues rockowych.
Senny, melancholijny i pełen nostalgii utwór „Flashing Lonesome” to fortepian i wokal pełen pogłosów i to nawiązanie do okładki. Powóz z koniem i może frywolną damą?
Mam w swoich zbiorach mnóstwo płyt z muzyką z San Francisco tamtych lat i tu muszę przyznać, że ten mariaż brytyjsko-amerykański osiągnął rzecz niespotykaną. Powstała płyta bardzo pomysłowa, godna polecenia i wielkiej urody ale też pewnie by jej nie było gdyby nie Nicky Hopkins.


niedziela, 19 maja 2019

FOTHERINGAY - Fotheringay /1970/



01 - Nothing More
02 - The Sea
03 - The Ballad Of Ned Kelly
04 - Winter Winds
05 - Peace In The End
06 - The Way I Feel
07 - The Pond And The Stream
08 - Too Much Of Nothing
09 - Banks Of The Nile
10 - Two Last Weeks In Summer
11 - Gypsy Davey


Sandy Denny - guitar, piano, vocals
Trevor Lucas - guitar, vocals
Jerry Donahue - guitar, vocals
Pat Donaldson - bass, vocals
Gerry Conway - drums
Linda Thompson - vocals
Todd Lloyd - vocals



Fotheringay-zamek w Anglii z którym związana jest historia Marii I Stuart, księżnej Szkocji. Właśnie tu została ona osadzona i ścięta w 1587 roku.
2. Utwór muzyczny skomponowany przez Sandy Denny a zamieszczony na płycie „What We Did on Our Holidays” zespołu Fairport Convention.
3. Krótko działająca grupa brytyjska grająca muzykę folk rockową, którą w 1970 roku założyła Sandy Denny wraz ze swoim mężem Trevorem Lucasem.

Jedyna płyta (przez długi czas tak uważano) zespołu została nagrana i wydana w 1970 roku i jest to bez wątpienia zaginiony klejnot brytyjskiej muzyki folk rockowej.


Oczywiście Sandy Denny użyczając swojego głosu na trzech najbardziej reprezentatywnych dla brytyjskiej sceny folk rockowej płytach grupy Fairport Convention, w Fotheringay zachowała ten klimat starodawnych czasów gdy ziemie Brytanii opatulone były atmosferą pełną mistycyzmu, sławnych rycerzy i przygód opowiadanych przy kominku w wielkich salach potężnych zamków. I właśnie dzięki tej muzyce wnikamy do tych sal, uczestniczymy w ucztach i słuchamy opowieści o miłości, zdradzie i bohaterstwie.

Wokal Denny jest nieskazitelny i płynie słodko. To jest wielki atut tej płyty. A zaczyna się ona od „Nothing More”, który natychmiast ustawia nastrój albumu. To bardzo piękna ballada zawierająca jeden z najlepszych wokali Denny, który zdecydowanie brzmi jak kobieta, która wie wszystko o bólu i oferuje swoim bliźnim najlepszą możliwą radę, zwróć się ku przeszłości. Pięknie towarzyszy jej cały zespół a duże wrażenie zostawia po sobie gitarowe solo Jerry’ego Donahue w środkowej części utworu. Słuchając tej płyty odnoszę wrażenie, że muzycy od początku wiedzieli co chcą zrobić. Dla świeżo utworzonego zespołu nagrania brzmią tak, jakby były całkowicie wygodne i poukładane według starej recepty. Chociaż istnieje pewne podobieństwo z Fairport Convention to wpływy muzyki folkowej są tu nieco mniejsze. 
 
No proszę, absolutnie oszałamiająca piosenka „The Sea” ponownie bazuje na emocjonalnym stylu Denny w którym wyczuwamy delikatne lenistwo przyprawiające o gęsią skórkę. No ale mamy tu tez drugi objawienie. Otóż głos Trevora Lucasa wypełniający parę utworów na płycie również obiera znany już nam klimat. Fantastyczny „The Ballad of Ned Kelly” ma refrenowy, miło wpadający w ucho długi śpiew zapewniając wokaliście znakomity występ. Sympatyczny podkład akustyczny w „Winter Winds” zostaje wchłonięty przez delikatność kobiecego głosu pozwalającą uchwycić melodyjną wyobraźnię. W „The Way I Feel” znowu głównym wokalistą jest Lucas i ponownie jest to strzał w dziesiątkę. Zawsze uwielbiałem wokal Lucasa na tym albumie a cover Dylana „Too much of Nothing” tylko mnie w tym utwierdził. Fantastyczna wersja utworu, który wtedy jeszcze oficjalnie nie istniał. Dylan nagrał ten numer w 1967 roku ale ukazał się on dopiero na „The Basement Tapes” w 1975 roku. Po raz kolejny zwróć uwagę na te solowe dźwięki gitary Donahue. Zacne towarzystwo melancholijnych strumieni opowiada liryczną historię tęsknoty za otwartymi przestrzeniami. Doskonałym zakończeniem albumu jest piękny, tradycyjny „Banks Of The Nile”. Jeszcze raz liryczny głos Denny opanował mój zmysł słuchu i sprawił kolejną podróż w nieznane.
Fotheringay” jest bardzo melodyjną płytą, która w dużej mierze stanowi wizytówkę wokalnych talentów Sandy Denny a także wprowadza kolejne dzieło na piedestał piękna.